LesDogues – na podwórku u Mastifów. O francuskiej piłce i nie tylko #1

Czy z Francją rzeczywiście w parze zawsze idzie elegancja? Jak wygląda miasto i klub mistrza Ligue 1 od podszewki? Kim w ogóle są Francuzi jako społeczeństwo? Te i wiele innych wątków postaram się poruszyć w tym krótkim cyklu, jaki zaplanowałem na czas kilkumiesięcznego pobytu w kraju Trójkolorowych. Owe felietony będą traktowały zarówno o tutejszej piłce jak i warstwie kulturowej. Wszystko w formie luźnych obserwacji, spostrzeżeń osoby, która z Francją ma bezpośrednią styczność po raz pierwszy w życiu. Zapraszam.

Pierwsze wrażenia

W przypadku Francji tak samo jak z każdym innym państwem, pierwszymi skojarzeniami są pewne stereotypy. Jedne mają pośrednie odnalezienie w rzeczywistości, podczas gdy inne z kolei to praktycznie przeżytki, które jednak na stałe wbiły się do kulturowych kanonów. Ślimaki, żaby i bagietki – gastronomia. Elegancja, przepych, piękno – styl życia. Duma, zraza do języka angielskiego, ale i tolerancyjność – charakter. Ile z tego jest prawdą, a ile zwykłą bujdą?

Uwielbienie do bagietek rzeczywiście jest tu mocno zauważalne. Niejednokrotnie idąc ulicą, można natknąć się na osobę niosącą przynajmniej kilka sztuk tego charakterystycznego pieczywa, którego rodzajów w tutejszych sklepach mamy do wyboru multum. Ślimaki to z kolei raczej danie świąteczne, nie jada się ich na co dzień. Co do żabich udek zaś, tutaj na północy nie są one pospolite – w Lille i okolicy dużo bardziej popularne są, chociażby mule, które dominują zwłaszcza we wrześniu w trakcie “braderie de Lille” – lokalnego wydarzenia, gdy miasto przemienia się w istny “pchli targ”.

Powiedziałbym, że Lille składa się z wielu segmentów. We “właściwej” części miasta można natknąć się na zabytkową architekturę, piękne zabudowania, liczne sklepy, kawiarnie czy restauracje. Na mnie osobiście największe wrażenie wywarł Palais des BeauxArts – muzeum sztuki, spektakularnie wyglądające zarówno z zewnątrz jak i w środku. Jest też bardzo rozległy park zwany Cytadelą, ze względu na znajdujące się w jego centrum pozostałości po twierdzy, w których obecnie znajduje się placówka wojsk NATO. Główne miasto nie jest wyjątkowo duże, lecz razem z otaczającymi ją aglomeracjami, tworzy nam się spora metropolia z ponad milionem mieszkańców. Samo Stade Pierre-Mauroy leży w Villeneuve-d’ Asq, a więc miasteczku na południowy wschód od właściwego Lille. Akademik, w którym pomieszkuję, jest dosłownie za zakrętem, do stadionu mam pięć minut piechotą. Jednak do tematu piłki i samej areny wrócę jeszcze w późniejszym akapicie.

Tutejsze społeczeństwo jest zarówno wielowarstwowe jak i wielokulturowe. W końcu ogromną część francuskiej populacji stanowią potomkowie imigrantów z postkolonialnych prowincji – Maroka, Tunezji, Algierii itd. Na ulicach można więc spotkać wielu muzułmanów, którzy mają tu też swoje sklepy czy lokale gastronomiczne. Francja to kraj bardzo tolerancyjny i otwarty na imigrantów, co nie do końca jest w smak rodowitym obywatelom, bowiem po masowej fali migracji jeszcze z XX wieku, zdecydowanie wzrósł wskaźnik przestępczości. W parze z osławioną elegancją idą również bieda i spore zróżnicowanie odnośnie zamożności w społeczeństwie. To kraj dość dużych kontrastów.

Palais Beaux Arts

Stosunek do sportu, kwestia koszulek, pamięć o polskich piłkarzach w Ligue 1

Sportem przewodnim we Francji jest oczywiście piłka nożna, ale sporą popularnością cieszy się tu również rugby. Przechadzając się po parkach czy w okolicy szkolnych placówek, bez trudu można natknąć się na trenujących ten sport nastolatków. Sam poznałem tu studenta z Tuluzy, który jest ogromnym sympatykiem dyscypliny. Notabene Stade Toulousain to obecny mistrz kraju w rugby.

Aspektem, który wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce, jest samo podejście do klubowych koszulek. Tu stanowią one bardziej element popkultury: na ulicach Lille dominują trykoty PSG, co niekoniecznie musi oznaczać sympatię klubową. W końcu stołeczny zespół wydawał przeróżne kolekcje, współpracując z osławioną na całym świecie linią Jordan spod brandu Nike. To zasadnicza różnica dzieląca ubrania paryskiego klubu od innych francuskich drużyn. Do utarczek w kwestiach sympatii klubowych dochodzi raczej w trakcie samych spotkań. Jak jest u nas, doskonale wiemy. Czasem nosząc obce barwy w nieodpowiednim mieście można – kolokwialnie mówiąc – dostać w zęby.

Miałem okazję porozmawiać z kilkoma Francuzami będącymi z piłką na bieżąco i ku mojemu zaskoczeniu o wielu polskich nazwiskach z Ligue 1 się nie zapomina. Na ten moment oczywiście najbardziej charakterystyczny dla nich jest Arkadiusz Milik, ale wspominano też o Kamilu Grosickim czy Ireneuszu Jeleniu. Graczem spoza ich rodzimej ligi, który od razu przychodzi im do głowy jest rzecz jasna “Lewangoalski”.

Miasto mistrza Francji, czyli wrażenia ze Stade Pierre-Mauroy

Przyjeżdżając tutaj, postawiłem sobie ultimatum, albo odwiedzę Stade Pierre-Mauroy, albo nigdy mnie tu nie było. W końcu to właśnie kampania Mastifów z ubiegłego sezonu tak naprawdę przyciągnęła mnie do francuskiej Ligue 1. Wcześniej tylko zerkałem na nią od czasu do czasu, upewniając się, że PSG ma tytuł w kieszeni, ale od dobrych kilku miesięcy śledzę ją już na bieżąco.

Bilet na mecz Ligi Mistrzów z Sevillą kupiłem, gdy tylko dowiedziałem się, że pula została otwarta (ok. 30 euro za miejsce na łuku). Okazja przyjścia na stadion pojawiła się jednak jeszcze wcześniej. Wybrałem się bowiem na starcie Lille z Marsylią i to w nie byle jakim towarzystwie, gdyż razem z fanem Olympique, studiującym na tutejszym uniwersytecie. Studencki bilet na takie spotkanie kosztował mnie 25 euro. Miejsce na łuku, wysoko, z zadziwiająco dobrą widocznością na boisko.

Jak już wspominałem, mieszkam bardzo blisko samego stadionu, ale nawet w trakcie tego krótkiego spaceru buzowały już we mnie emocje. Na bramkach tłumy ludzi, a kolejka do klubowego sklepu ciągnęła się dobre kilkanaście metrów od wejścia. To jednak nawet nie dziwi – z okazji meczu przygotowano, chociażby specjalne, okolicznościowe szaliki (niestety nie zdążyłem takowego zakupić). Kontrola przed wejściem na sam obiekt jest nieco bardziej rygorystyczna niż w Polsce, ze względu na m.in. zagrożenie atakiem terrorystycznym. Kiedy już znaleźliśmy swoje miejsca razem z moim kompanem, czekała nas mała, aczkolwiek miła niespodzianka. Przy każdym siedzeniu bowiem znajdowała się niewielka flaga z herbem klubu – sympatyczny bonus do kibicowania, a przy okazji sentymentalna pamiątka.

Prezentacja składu LOSC

Sam wstęp do spotkania, jego przebieg oraz koniec mogę nazwać śmiało mianem spektaklu. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem działo się sporo. Skład gospodarzy prezentowali nastolatkowie, dzierżący w dłoniach flagi z podobizną każdego z jedenastu zawodników. W momencie wyczytywania określonego gracza przez spikera przypisana do niego osoba biegła z owym proporcem do koła środkowego boiska. Wszystko przy akompaniamencie muzyki i efektów pirotechnicznych.

Stadion był niemal wypełniony po brzegi, wolne zostały pojedyncze siedzenia. Kibice Marsylii nieco rozproszyli się po wszystkich sektorach, choć gdzieniegdzie udało im się uformować zorganizowane grupki. Wszystko ze względu na zakaz ich uczestnictwa w meczach wyjazdowych. Część przeznaczona dla gości została wyłączona z użytku, a sami fani ubrani w trykoty OM mogli liczyć się z przykrymi konsekwencjami w obliczu spotkania z obsługą stadionową (temu też skrzętnie chowali koszulki pod kurtkami przed wejściem na stadion).

Ultrasi LOSC są podzieleni na kilka grup. Największe z nich w trakcie spotkań lokują się na trybunie północnej oraz południowej. Prowadzony przez nich doping wywoływał gęsią skórkę, zwłaszcza w samej końcówce, gdy Marsylię swoim golem dobił bohater całego meczu Jonathan David. 2:0 dla Mastifów w tak renomowanym meczu. Atmosfera była genialna, a ja nie mogłem sobie wyobrazić lepszej pierwszej wizyty na Pierre-Mauroy.

Był to dla mnie pierwszy w życiu mecz obejrzany na zagranicznym stadionie. Wszystko wywarło na mnie ogromne wrażenie i mogę z pełną powagą powiedzieć, że nawet po powrocie do akademika wręcz mną telepało. Mam zamiar wrócić na Pierre-Mauroy jeszcze przynajmniej kilkukrotnie, a jeśli szczęście dopisze to kto wie, może uda się zaliczyć jeszcze jakąś inną francuską arenę.

Tymczasem idę szlifować swój język, bo mój francuski jest w opłakanym stanie. W następnej części cyklu napomnę o mieście z zupełnie innej części kraju (podpowiedź: południe) oraz opiszę wrażenie z meczu Ligi Mistrzów między Lille, a Sevillą. Na koniec podpiszę się sposobem, w jaki wymawiają moje imię i nazwisko Francuzi, bo nie mogę powstrzymać się od uśmiechu, gdy z tym walczą.

Fimiki ze stadionu:

VID_20211003_185749.mp4

VID_20211003_165841.mp4

MasieżŻedzeżak (Maciej Jędrzejak)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: