Pogromy i historyczne starcia – Bundesliga obudziła się z reprezentacyjnego snu!

            Nie wiem jak wy, ale ja mam dosyć tych reprezentacyjnych pojedynków. Chcesz się wczuć w ligowy rytm, a tu znowu przerwa, bo na przykład Liga Narodów się sama nie zdobędzie. Wiadomo, eliminacje do MŚ są ważne, ale te przerwy jednak są irytujące. Na szczęście wróciła ona – ukochana liga niemiecka! I od razu z grubej rury! Co się tam wydarzyło? Zobaczcie sami.

            W piątkowy wieczór przerwano oczekiwanie na klubowe emocje, gdyż Hoffenheim podejmował na własnym boisku robiące dobre wrażenie Koeln. Od początku nie było to porywające widowisko, gdyż było tyle niedokładności, że nie można było powiedzieć o płynnej grze. Była jednak osoba, która zrobiła w pewnym momencie różnicę. Nazywa się Andrej Kramarić. To on posłał fantastyczną piłkę do Ihlasa Bebou, który minął Timo Horna i posłał piłkę do pustej bramki. Do przerwy 1:0 dla gospodarzy, ale jak weszli na drugą połowę, to wióry leciały. W ciągu dwóch minut z 1:0 zrobiło się 3:0! Najpierw składną akcję ze zmianą strony jej rozgrywania wykończył piętą Bebou, a potem lewą stroną pognał David Raum i idealnie obsłużył Cristopha Baumgartnera, dla którego to już trzecia bramka w lidze. Wieśniacy nie chcieli poprzestać na takim wyniku i dalej nękali prezentującą się fatalnie w tym spotkaniu obronę Koziołków. Defensorzy Koeln swoją nieudolność potwierdzili przy golu na 4:0, kiedy nie potrafili wybić futbolówki, a taki stan rzeczy wykorzystał Dennis Geiger. A żeby zakończyć tę kanonadę, nawet Stefan Posch pognał w pole karne i wykorzystał świetne dośrodkowanie Kramaricia i głową pokonał Horna. Koniec. 5:0. Mimo wygranej gospodarze mają powody do obaw. Z kontuzją jeszcze w pierwszej odsłonie zszedł Pavel Kaderabek. A goście… cóż, lepiej przegrać raz 0:5 niż pięć razy po 0:1. Miejmy nadzieję, że to wypadek przy pracy.

            Sobotni przegląd zaczniemy od Signal Iduna Park, gdzie BVB w meczu z Mainz chciał utrzymać status niezdobytej twierdzy. Szybko zaczęli ją budować, gdyż już w 3. minucie po dośrodkowaniu Thomas Meuniera i małym bilardzie w polu karnym pięknym uderzeniem z około 16 metrów popisał się Marco Reus. W ogóle gospodarze wyglądali, jakby chcieli zamknąć mecz w pierwszej połowie. Wyszli tak wysoko na przeciwników, że ci tracili piłkę na 40. metrze własnej połowy. Nie udokumentowali jednak tej przewagi golem no i schodzili do szatni z wynikiem 1:0. Druga odsłona i inne ustawienie Mainz, ale to nic nie dało, bo został podyktowany rzut karny po zagraniu ręką jednego z obrońców gości. Do piłki podszedł oczywiście Erling Braut Haaland i wykorzystał tę szansę. Jak to na dortmundczyków przystało, nie mogli ze spokojem dowieźć tego wyniku. Najpierw zaprosili rywali na swoją połowę, by skończyć to stratą bramki pod koniec spotkania. Gregor Kobel źle wybił futbolówkę, głową popracowali Niklas Tauer i Jae-Sung Lee, a do siatki zapakował Jonathan Burkardt. Nie dali jednak rady doprowadzić do reisu, a do tego kontrę wykończył Haaland i kolejny komplet został w Zagłębiu Ruhry. Kibice zadowoleni z wyniku, ale znowu widzieli chwilę nieuwagi drużyny.

            A w Bochum miało miejsce wyjątkowe wydarzenie. Tegoroczni beniaminkowie po raz pierwszy w historii gier spotkali się w ramach 1. Bundesligi. Wcześniej były to mecze najwyżej na zapleczu. Tak jak można się było spodziewać, obie drużyny nie porwały kibiców z miejsc. Greuther próbował kreować sytuacje, ale to Bochum miało je bardziej klarowne. Do przerwy nie było goli. Wystąpiły one w końcówce, a raczej ona, bo bramka była jedna. Z rzutu wolnego dograł Eduard Loewen, a głową ustalił wynik spotkania kapitan Anthony Losilla. Podopieczni Thomasa Reisa odnieśli drugie zwycięstwo w sezonie, natomiast Stefan Leitl musi się martwić. Skoro nie zdobyli punktów z beniaminkiem, to z kim mają je uzyskać?

            We Fryburgu miał miejsce debiut Europa-Park-Stadion w oficjalnym meczu. Rywal do tego godny – nieprzewidywalny w tym sezonie RB Leipzig. Mogło się tutaj skończyć każdym wynikiem. Obie drużyny miały swoje okazje do strzelenia gola, a prowadzenie przypadło gościom. Faulowany w polu karnym był Christopher Nkunku, a jedenastkę wykorzystał Emil Forsberg. Do końca pierwszej połowy obito aluminium po razie u każdej ze stron – najpierw Forsberg w poprzeczkę, a pod koniec Lukas Hoeler trafił w słupek. Po przerwie gospodarze wyrównali za sprawą fenomenalnego dośrodkowania Vincenzo Grifo i gry głową Woo-yeong Jeonga. Uskrzydleni tym stanem rzeczy rzucili się na Byki i byli bliżej wyniku 2:1, ale niestety się nie udało. Strzał Hoelera fantastycznie obronił Peter Gulacsi, a przy próbie Nicolasa Hoeflera Węgra uratował słupek. Podopieczni Christiana Streicha znowu urywają punkty wielkiej firmie, choć mogą czuć lekki niedosyt. Wicemistrzowie Niemiec są tragiczni na wyjazdach – tylko dwa oczka i dwa gole strzelone. A zaraz mecz z PSG! Oj, ciężary Marscha…

            Zaglądamy do wschodniej części Berlina, gdzie na drodze Unionu stanął będący w kryzysie Wolfsburg. Niestety, Tymek Puchacz i Paweł Wszołek poza kadrą meczową. Lepsze okazje w pierwszej połowie wypracowali sobie goście. Najbliżej strzelenia bramki był Dodi Lukebakio, który z bliskiej odległości trafił w słupek. Nie wykorzystali swoich pięciu minut, a ekipę Ursa Fischera dwa razy nie trzeba prosić o odpowiedź. W 49. minucie wydarzyła się trójkowa akcja Max Kruse-Genki Haraguchi-Taiwo Awoniyi, a ten ostatni wturlał piłkę do siatki. Ponad 11 tysięcy kibiców ryknęło z radości. Następnie gospodarze wydawali się mieć wszystko pod kontrolą. Nawet wchodzący z ławki Wout Weghorst nie zdołał pokonać Andreasa Luthego, a miał piłkę na głowie, by go zaskoczyć. Czego nie zrobiły Wilki, wykonał Union. Nadeszła akcja zmienników – Andreas Voglsammer dośrodkował na głowę Sheraldo Beckera, Koen Casteels złapał futbolówkę, ale zdążyła ona przekroczyć linię bramkową. Znowu taktycznie berlińczycy zaskoczyli rywali i pną się w tabeli. Pogłębił się za to kryzys Marka van Bommela. Po komplecie punktów w czterech pierwszych meczach uzyskuje tylko jeden w następnych czterech. I Union go wyprzedza.

            Jak już mówimy o klubach ze stolicy, to warto odnotować występ Krzysztofa Piątka od pierwszej minuty w wyjazdowym meczu z Eintrachtem. Grał do 60. minuty, miał dwie stuprocentowe sytuacje, których nie zamienił na gola. Wyręczyli go jednak koledzy. Już od początku gospodarze musieli gonić wynik. Dobre dośrodkowanie Vladimira Daridy musnął Marco Richter i piłka zatrzepotała w siatce. Potem jedna i druga drużyna starała się coś wskórać, ale do przerwy bez skutku. Dopiero po przerwie coś strzelono. Płaskie dogranie Maximiliana Mittelstaedta w pole karne wykończył Jurgen Ekkelenkamp. Podczas akcji na 2:0 Piątek już był na ławce. Asystent przy drugiej bramce kilka minut później schodził z murawy kontuzjowany, a za niego wprowadzono Dennisa Jastrzembskiego, czyli liczba Polaków na boisku się znowu zgadzała. Goście nie byliby sobą, gdyby sobie nie skomplikowali lekko sytuacji. Bramkarz Alexander Schwolow faulował w „szesnastce” Goncalo Paciencię, a sam poszkodowany strzelił skutecznie z „wapna”. Na szczęście dla stołecznego klubu dowieziono zwycięstwo do końca. To był najlepszy mecz w sezonie podopiecznych Pala Dardaia. A ta porażka Eintrachtu dołącza do serii meczów nijakich pod wodzą Olivera Glasnera.

            Na koniec sobotniego grania zdajmy relację z Borussia-Park, gdzie miejscowi grali ze Stuttgartem. Zdecydowaną przewagę miała Borussia, ale to goście objęli prowadzenie. Na około 25. metrze Konstantinos Mavropanos postanowił kropnąć w stronę bramki Yanna Sommera i zrobił to na tyle skutecznie, że mógł się cieszyć z gola, a był to jego trzeci w tym sezonie. Na dodatek wspomnę, że partner Greka w obronie – Marc-Oliver Kempf – ma tyle samo, więc defensywa łata braki w ataku. Ciekawa sprawa. Tego prowadzenia podopieczni Pellegrino Matarazzo nie dowieźli nawet do przerwy. Zmasowany atak Źrebaków wreszcie dopiął swego. A że Jonas Hofmann pozazdrościł uderzenia z daleka obrońcy wypożyczonego z Arsenalu, to zdobył przepiękną bramkę z prawej nogi. Zarówno do końca pierwszej połowy, jak i meczu wynik się nie zmienił, chociaż zawodnicy dwoili się i troili, by tak się nie stało. Ostatecznie Adi Huetter i spółka może sobie pluć w brodę, że nie wygrała. Goście zaś mogą być dumni ze swojej postawy – postawili się dobremu zespołowi i nie skończyło się jak na przykład z Lipskiem.

            Nadszedł czas na opis hitu tej serii spotkań. W końcu na BayArena zgłosili swoją obecność wicelider i lider tabeli – Bayer kontra Bayern. Błyskawicznie zaczęła się strzelanina w Leverkusen. Joshua Kimmich z rzutu wolnego dograł do niepilnowanego Dayota Upamecano, ten podał wzdłuż linii do Roberta Lewandowskiego, który pokonał Lukasa Hradecky’ego. Goście poczuli krew i cały czas atakowali i pressowali podopiecznych Gerardo Seoane. Czuć było, że monachijczycy zaraz mogą podwyższyć. Ale tego, co się stało między 30. a 37. minutą, się nikt nie spodziewał. Nagle z 0:1 zrobiło się… 0:5! Najpierw Lewandowski przelobował lekko bramkarza po składnej akcji Leroya Sane i Alphonso Daviesa. Potem z rzutu rożnego Kimmich obsłużył Niklasa Suele, ten strzelił, dotknął jeszcze tej piłki Thomas Mueller i wylądowała ona w siatce. Minutę później Mueller zaliczył asystę przy golu Serge’a Gnabry’ego, który po dwóch minutach już miał doppelpacka po świetnej dwójkowej akcji z Leonem Goretzką. Piłkarze Bayeru byli wstrząśnięci tak samo zresztą kibice. Chcieli dograć tylko ten mecz. Zdołali strzelić na 1:5. Dobrym prostopadłym podaniem popisał się Florian Wirtz, a wykorzystał tę szansę Patrik Schick. Mistrzowie Niemiec zagrali jak zwykle z poważnym rywalem – zmiażdżył go i kontrolował sytuację. Wygląda na to, że nikt ich nie zatrzyma w tym sezonie. Chyba że BVB, ale też wątpię…

            Na koniec przeniesiemy się na drugą połowę… tabeli, bowiem w Bawarii Augsburg podejmował Arminię. Widać było kto ma większą jakość jeżeli chodzi o indywidualności. Gospodarze od razu przejęli kontrolę, co zostało udokumentowane golem z rzutu rożnego. Dośrodkowywał Daniel Caligiuri, a najwyżej wyskoczył Reece Oxford i umieścił piłkę w siatce. Tempo meczu było wolne, a po bramce podopieczni Markusa Weinzierla zdawali się być lepszą drużyną. Dusili w zarodku ataki gości do końca pierwszej połowy. Po przerwie gospodarze zaprosili swoich rywali na swoją połowę. Dla klubu z Bielefeldu była to woda na młyn, gdyż oni paradoksalnie dobrze się czują z piłką przy nodze. Starali się wyrównać i wreszcie to się udało. Futbolówka została dograna w pole karne, skąd źle wybijał Jan Moravek, więc z woleja ładnego gola strzelił Jakob Laursen. To rozwścieczyło piłkarzy z Bawarii. Strzelili nawet dwie bramki, ale żadna z nich nie została uznana. Skończyło się remisem, dzięki czemu zadowoleni są… kibice i piłkarze Bochum, gdyż wyszli ze strefy spadkowej. Zagrali Robert Gumny i Rafał Gikiewicz i prezentowali się poprawnie.

            Po 8. seriach spotkań liderem Bayern o punkt przed Borussią Dortmund i trzema nad Leverkusen i Freiburgiem. Na ten moment w barażach Augsburg, a spadają Arminia i Greuther. A już w piątek kolejna kolejka w Niemczech. Warto obserwować mecz Bawarczyków z Hoffenheim, Wolfsburga z Freiburgiem oraz Stuttgartu z Unionem.

Adrian Malanowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: