„Atmosfera w Irlandii jest kapitalna!” Wywiad z Cedrikiem Fromontem.

Cedric Fromont urodził się 9 listopada 1979 roku we Francji, tam trenował w akademii FC Louhans-Cuiseaux. Od 2005 roku mieszka w Polsce, prowadzi w Krakowie firmę konsultingową. Jej zadaniem jest wspieranie ekspansji zagranicznych firm na rynek polski i całą Europę Środkowo-Wschodnią. W latach 2005-2015 był zawodnikiem Wieczystej Kraków, zresztą do tej pory występuje w oldbojach tego klubu. Ale zanim przyjechał do Polski, grał w Irlandii – o tym właśnie z nim porozmawialiśmy!

W jaki sposób znalazł się pan w Irlandii i zaczął tam grać w piłkę?

Wyjechałem do Dublina na Erasmusa w 1999 r. i zostałem tam aż cztery lata, do 2003 r. Razem z kolegą zgłosiliśmy się na treningi do drużyny Home Farm Fingal FC, która grała wówczas w First Division [drugi poziom rozgrywkowy w Irlandii – przyp. BB]. Występowaliśmy głównie w rezerwach, ale udało nam się zagrać parę spotkań w pierwszej drużynie.

Jakiś mecz utkwił panu szczególnie w pamięci?

Graliśmy w Pucharze Irlandii na wyjeździe z Finn Harps FC. Do Balyboffey jechaliśmy aż cztery godziny, udało mi się nawet wyjść w pierwszym składzie. Trenerem Home Farm Fingal był wtedy Mick Lawlor, były reprezentant Irlandii, a później członek sztabu Giovanniego Trapattoniego w kadrze narodowej. Naprawdę świetny trener i człowiek, dobrze go wspominam.

Ten pucharowy mecz z Finn Harps pozostał mi w pamięci, bo to był najwyższy poziom, na jakim zagrałem w swojej przygodzie z piłką. „The Harps” grali wtedy w irlandzkiej ekstraklasie, więc mogłem doświadczyć futbolu na najwyższym poziomie. Ok, ktoś powie, że to tylko Irlandia – ale zawsze to pierwsza liga. Pojechałem na ten mecz, bo trener Mick Lawlor miał problemy ze składem, była to dla mnie nagroda za dobre występy w rezerwach. Nocowaliśmy w hotelu, warunki były w pełni zawodowe, więc bardzo miło to wspominam.

Na jakim poziomie grał pan wcześniej we Francji?

Jestem wychowankiem akademii piłkarskiej FC Louhans-Cuiseaux, gdzie grałem na najwyższym poziomie juniorskim. Był to wówczas klub pierwszoligowy. Po skończeniu wieku juniora trafiłem do III-ligowego Grenoble Foot 38. Występowałem tam w trzeciej drużynie, to był poziom mniej więcej polskiej okręgówki. A potem wyjechałem do Irlandii.

I przez te cztery lata cały czas grał pan w Home Farm Fingal?

Nie, tam grałem tylko w pierwszym sezonie (1999/2000), a potem przeniosłem się do amatorskiego Clontarf FC. Pracowałem już wtedy i nie mogłem aż tak bardzo angażować się w treningi. Spędziłem w Clontarf FC trzy lata, graliśmy w United Churches Football League. To była lokalna, amatorska liga, mecze były w soboty lub w niedziele. Clontarf FC to taki klub osiedlowy, ale mieli dobrą infrastrukturę. Muszę powiedzieć, że ogólnie poziom infrastruktury piłkarskiej w Irlandii jest słaby, a przynajmniej wtedy taki był. W porównaniu do Francji to była różnica jak między niebem a ziemią. Podczas meczów zawodnicy musieli robić zrzutkę, żeby opłacić sędziów, tak samo było z wynajmowaniem obiektów – we Francji rzecz nie do pomyślenia.

W sumie spędziłem w Clontarf FC trzy lata (2000-2003) i świetnie wspominam ten czas, panowała tam super atmosfera. Wybierano też reprezentację United Churches Football League na specjalne zawody między amatorskimi ligami. Byłem do niej wybierany i raz nawet doszliśmy do finału, ostatecznie go przegrywając. To był jakiś puchar trzech lig czy coś takiego.

Jak pan wspomina te cztery lata w Irlandii?

To był bardzo fajny okres, byłem młody i czerpałem wiele radości z gry. Ta reprezentacja ligi klubów amatorskich grała na całkiem przyzwoitym poziomie. Poza tym szczególnie do gustu przypadła mi atmosfera. Po każdym meczu szliśmy całą grupą do pubu, spędzaliśmy wspólnie mnóstwo czasu. Wszyscy podchodzili na luzie do tego grania – to znaczy na mecze była pełna mobilizacja, ale wszystko odbywało się w duchu fair play, a po meczach każdy był niezwykle przyjacielski. Wszyscy traktowali to na zasadzie hobby, na drugi dzień grali w hurling lub futbol gaelicki. Miałem nawet w drużynie kolegę, który uprawiał ten irlandzki futbol – kawał chłopa był z niego.

Wspomnień jest dużo i w większości pozytywne, głównie ze względu na świetną atmosferę. Tak z czysto piłkarskiego punktu widzenia, to przede wszystkim ten pucharowy mecz z Finn Harps zapadł mi w pamięć. Czasem we znaki dawała się pogoda – pamiętam jeden z meczów tej amatorskiej ligi, podczas którego wiał bardzo silny wiatr. Wykonywaliśmy przez 10 minut rzuty rożne jeden po drugim, bo nie można było w ogóle wykopać piłki do przodu. Przegraliśmy niestety, ale to nie był w ogóle futbol, przez ten wiatr nie dało się grać. To akurat jedno z gorszych wspomnień.

Pamięta pan wynik tego meczu z Finn Harps?

Przegraliśmy 0:2, o ile się nie mylę. Miałem wrażenie, że przebiegłem wtedy maraton. Grałem w środku pomocy, rywal był dużo lepszy i podawali sobie szybko piłkę, a ja tylko za nią biegałem.

A to ciekawe, spodziewałem się raczej tradycyjnego „kick and rush”.

Nie, akurat wtedy Finn Harps naprawdę „grało piłką”. A ja biegałem z jednej strony na drugą jak oszalały. Mimo wszystko super wspomnienie, bo w amatorskiej przygodzie takie mecze nie zdarzają się często.

Wspominał pan o Micku Lowlerze. A czy poznał pan wtedy w Irlandii jakichś piłkarzy, którzy potem się wybili i zrobili zawodową karierę?

Raczej nie, zresztą nie interesowałem się wówczas za bardzo piłką na poziomie zawodowym w Irlandii, po prostu grałem dla przyjemności. Ekstraklasa irlandzka nie jest jakaś bardzo pasjonująca… Jeden z napastników, z którym grałem w sezonie 1999/2000 w Home Farm Fingal FC, grał chyba potem zawodowo w Anglii, ale nawet nie pamiętam jego nazwiska. Minęło już przecież 20 lat

W 2003 r. przyjechał pan z Irlandii do Polski?

Nie, wróciłem jeszcze do Francji. W Polsce zjawiłem się w 2005 r.

I od razu trafił pan do Wieczystej Kraków, czy jeszcze było coś po drodze?

Nie, tylko Wieczysta. Szukałem klubu, bo miałem wciąż chęć do gry i akurat było blisko. Warunki jak na poziom amatorski były tutaj bardzo dobre, boisko i szatnie w zadowalającym stanie, wszystko mi pasowało. Świetny czas, mogę jedynie żałować, że trafiłem tu trochę za wcześnie, bo prawdziwe eldorado zaczęło się już po moim odejściu.

Grał pan więc na poziomie amatorskim we Francji, Irlandii i Polsce. Można jakoś porównać futbol amatorski w tych trzech krajach?

Ciężko mi to porównywać, bo po pierwsze było to 20 lat temu, a po drugie, w każdym kraju byłem na zupełnie innym etapie swojego życia. Kiedy we Francji skończyłem wiek juniora i grałem na poziomie ligi okręgowej, to mój entuzjazm do piłki opadł. Potem w Irlandii w tym pierwszym sezonie 1999/2000 zaczęła mi znowu chodzić po głowie zawodowa kariera i mocno angażowałem się w treningi. Jak przyjechałem do Polski, była to już tylko i wyłącznie gra dla przyjemności.

Mogę porównywać infrastrukturę i pod tym względem najlepiej jest we Francji. Tam wszystko jest podporządkowane temu, żeby zawodnik mógł się uczyć i rozwijać. Najgorzej było w Irlandii – brakowało szatni, często graliśmy na boisku bez namalowanych linii. Ale wszystkie te niedociągnięcia rekompensowała wspaniała atmosfera. Ogółem Irlandia to nie jest kraj dla ludzi, którzy chcą grać zawodowo w piłkę. Za moich czasów grał tam tylko jeden Francuz, ale on ożenił się z Irlandką, a że nie mógł się przebić we Francji, to spróbował sił na Zielonej Wyspie. Poziom piłkarski jest niski i infrastruktura pozostawia wiele do życzenia.

Polska będzie tutaj gdzieś pomiędzy Francją i Irlandią. Na pewno jest lepiej pod względem infrastruktury niż w Irlandii, ale też często brakuje pieniędzy na podstawowe rzeczy. We Francji natomiast kadry trenerskie i obiekty treningowe są świetnie rozbudowane i zbliżone do poziomu zawodowego, nawet w ligach okręgowych.

W Polsce byłem już starszym zawodnikiem i nie przejmowałem się żadnymi niedociągnięciami. Podsumowując: jeśli chodzi o warunki, podejście do piłki, profesjonalizm, to Francja na pewno rządzi, a Polska jest trochę w tyle. Natomiast jest tutaj dużo lepiej niż w Irlandii, gdzie dominuje typowo amatorskie podejście.

Załóżmy, że jakiś 3-ligowy piłkarz z Polski lub Francji zapytałby się pana, czy warto wyjechać do ligi irlandzkiej. Co by mu pan poradził?

Trudno powiedzieć. Jeśli ktoś chce grać zawodowo w ekstraklasie, np. w Dublinie, to może tam spróbować sił pod warunkiem, że jest obrońcą. Dla pomocnika czy napastnika ta gra jest strasznie nudna, bo nikt tam nie próbuje grać finezyjnie. Ja akurat jestem obrońcą, więc nieźle się odnajdywałem, ale był ze mną kolega z Francji: napastnik i to jeszcze mikrej postury. Dla niego gra w Irlandii to było duże wyzwanie, ale mimo wszystko czerpał z tego sporo przyjemności.

Obrońcom z Polski czy Francji polecam grę w Irlandii, natomiast niekoniecznie zawodnikom ofensywnym. Tam raczej głównie kopią piłkę do przodu, więc napastnik musi być mocny. Jeśli ktoś we Francji nie może się przebić, to zdecydowanie bardziej polecam Polskę niż Irlandię. Po prostu tutaj będzie mógł więcej „pograć piłką”, sprawi mu to wszystko więcej zabawy.W Polsce poziom nie jest wysoki, można go krytykować, ale na pewno lepszy niż w Irlandii.

Także rada ode mnie – albo trzeba się tam faktycznie urodzić, albo trzeba lubić tę mentalność, czyli grę bardzo fizyczną, taki fightingspirit. Jeśli ktoś tego nie lubi, w Irlandii będzie mu ciężko.

A próbował pan grać w ten ich futbol irlandzki?

Nie, nigdy nawet o tym nie myślałem (śmiech). Zwyczajnie mnie to nie interesowało, ale trzeba przyznać, że cieszy się to w Irlandii dużą popularnością. Coś jak skoki narciarskie w Polsce, oni tam tak podchodzą do swoich dyscyplin GAA. Choć czasami mecz w piłkę nożną tak naprawdę niewiele się różnił od futbolu gaelickiego (śmiech).

Rozmawiał Bartosz Bolesławski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: