LesDogues – na podwórku u Mastifów. O francuskiej piłce i nie tylko #2

Nigdy nie doceniałem “polskiej złotej jesieni”. Rzadko, kiedy zwracałem uwagę na to jak wygląda ta pora roku w Polsce. Teraz chyba dostrzegam powoli, dlaczego tak bardzo lubimy chwalić się tym określeniem, bo w północnej Francji jesień zapowiada się bardzo ponuro, a słońce coraz rzadziej wyłania się w ciągu dnia. Ale nie ma co się rozwodzić nad smętną pogodą, bo udało mi się wykorzystać ostatnie cieplejsze dni na wypad na południe kraju i kolejne, drugie już wyjście na Stade Pierre-Mauroy.

Podróżowanie po Francji do tanich uciech nie należy

Pierwszym większym wyjazdem poza Lille, na jaki się zdecydowałem, była jednodniowa wizyta w Bordeaux. Przyznam, że sam jestem nieco zdziwiony tym faktem, bo przecież na północy kraju jest dużo równie ciekawych, a znacznie bliżej położonych miejsc wypadowych, zahaczając nawet o Belgię i Holandię. Na nie przyjdzie jeszcze pora.

Podobnie jak w większości innych, zachodnioeuropejskich państw, ceny wszystkiego wydają się znacznie wyższe względem polskich standardów. Artykuły spożywcze, ubrania, wyposażenie domowe – wynika to oczywiście z innej waluty, francuskich zarobków itd. Co ciekawe, wszystko na głowę biją koszty biletów czy to komunikacji miejskiej, czy międzymiastowej. Sami Francuzi przyznają, że są one bardzo wysokie. Za przejazd pociągiem do dalej położonych części kraju można zapłacić kwotę nawet trzycyfrową. Ceny potrafią jednak zmieniać się jak w kalejdoskopie i nawet jutrzejszy dzień może nie być równy dzisiejszemu. Ogólnie zalecam kupować bilety ze sporym wyprzedzeniem, gdyż zazwyczaj można na tym wyjść znacznie lepiej, aniżeli załatwiając te kwestie na ostatni moment.

Wraz z moją towarzyszką zdecydowaliśmy się na FlixBusa, dzięki czemu koszty podróży udało się zniwelować niemal do 50 euro (wraz z powrotem). Wszystko odbiło się jednak na komforcie i czasie jazdy – przez 10 godzin siedzenia na mało wygodnym fotelu z klaustrofobiczną wręcz przestrzenią na nogi, poczułem ból chyba w każdej możliwej części ciała.

W krainie winem płynącej – wizyta w Bordeaux

Mimo owych mało sprzyjających okoliczności podróży udało się dojechać na miejsce rano, tak żeby spędzić w mieście cały dzień, na wieczór znowu wpakować się w busa i na początek kolejnego dnia być z powrotem w Lille.

Pierwsze wrażenia z Bordeaux? Cóż, to dosyć brudne miasto. Dzielnica przydworcowa należy typowo do jednej z uboższych. Nieopodal niej znajduje się bardzo zabytkowa Bazylika św. Michała, ale jej urok kompletnie psuje pole tandetnych bazarków, rozstawionych wokół budynku. Lepsze wrażenia zdecydowanie zapewnia sama promenada, przy miejscowej rzece Garonnie. Choć sama w sobie woda jest nieprzezroczysta i nie nadaje się do kąpieli, to stworzono tam idealny deptak, zarówno dla spacerowiczów jak i biegaczy czy rowerzystów.

Duże wrażenie wywiera na pewno Fontanna Żyrondystów. Jest monumentalna, a dodatkowo dwustronna, skutecznie przyciąga oko. Również między uliczkami można natknąć się na ciekawe sklepiki czy starszą zabudowę – kościoły potrafią być wciśnięte nawet w nieco bardziej kameralnych zakątkach.

Fontanna żyrondystów

Gwoździem programu było jednak zdecydowanie muzeum wina, bo w końcu z tego słynie Bordeaux. CitéduVin (Miasto Wina) to pierwsza atrakcja, która pokazuje się w przeglądarce w trakcie wyszukiwania miejsc do zwiedzenia w mieście. Kompleks jest niesamowicie rozbudowany. W środku czekają przeróżne materiały – wypowiedzi somelierów, sprzedawców, hodowców, a nawet lekarzy odnośnie tematu tego jakże tradycyjnego trunku. Źródeł audio i wideo jest od groma, cała wycieczka może potrwać nawet do 4-5 godzin, jeśli zechce się sprawdzić każde z nich. Od win białych, przez czerwone, aż po szampany. Ogrom wiedzy do nabycia. Dla mnie była to bardziej forma ciekawostki, dowiedzenia się czegoś, o czym niemal nie miałem pojęcia, ale dla prawdziwych koneserów i sympatyków wina to istna gratka. Absolutny “musthave” na liście miejsc do zwiedzenia w trakcie pobytu w Bordeaux, zwłaszcza że całą wizytę można zwieńczyć degustacją wina. Za możliwość zobaczenia ekspozycji i spróbowania jednej, wybranej przez siebie marki zapłaciłem 16 euro (bilet studencki, 20 euro za normalny), lecz istnieją znacznie bardziej rozbudowane oferty, włączając wielosegmentową degustację różnych gatunków na raz.

Z perspektywy fana piłki nożnej nie jestem w pełni usatysfakcjonowany wizytą w Bordeaux. Stadion znajduje się nieco bardziej w głębi miasta, przez co nie był po drodze ogólnej trasy zwiedzania. Nie udało się też niestety zahaczyć o żaden sklep klubowy, by chociaż załatwić sobie drobną piłkarską pamiąteczkę. Koleżanka, która mi towarzyszyła niespecjalnie siedzi w tematach sportu, wobec czego też dostosowałem się pod nią w tej kwestii. No nic, mówi się trudno – kto wie, może jeszcze życiowe szlaki poprowadzą mnie pod Matmut Atlantique.

Krótka dygresja odnośnie języka angielskiego we Francji

Kilka mitów i stereotypów o Francuzach zdementowałem, bądź postarałem się wyjaśnić w pierwszej części Les Dogues. Nietknięta pozostała jednak kwestia owej powszechnie znanej, w kraju Trójkolorowych, awersji do języka angielskiego. Trochę bardziej zagłębiłem się w temacie i przedstawię swoje dotychczasowe wnioski. Z rozmowy z kilkoma osobami w podobnym do swojego wieku (studenci; +/- 20 lat) dowiedziałem się, iż w edukacji francuskiej często niespecjalnie przykłada się wagę do tematu języka angielskiego, bądź zaczyna on być nauczanym na bardzo późnym etapie. Również na uczelnianych wykładach, które są prowadzone w języku angielskim, zaobserwowałem, że wykładowcy dość luźno podchodzą do tematu, pozwalając studentom, chociażby odpowiadać według własnego uznania. O ile jestem w stanie zrozumieć, dlaczego czasem robią oni pewnego rodzaju dygresje, wyjaśniając jakieś angielskie pojęcie po francusku, o tyle ta swoboda przy możliwości wyboru języka w trakcie odpowiedzi jest dla mnie nielogiczna. Nauka w końcu opiera się przede wszystkim na praktyce. Jeśli studenci będą trzymać się bezpiecznych i znanych sobie kręgów, nie próbując przełamać bariery językowej, później nie powinno dziwić, że Francuzi nie znają lub też wstydzą się używać angielskiego.

Cite du Vin

Liga Mistrzów na Pierre-Mauroy (Lille – Sevilla)

Na koniec klasycznie segment stricte piłkarski. Bilet na mecz Lille z Sevillą leżał u mnie gotowy na półce już na dobre kilka tygodni przed samym spotkaniem. Kiedy tylko mój wyjazd na Erasmusa został potwierdzony, wiedziałem, że muszę wykorzystać okazję pobytu w mieście klubu, który zagra w Lidze Mistrzów. Champions League nigdy na własne oczy nie widziałem ze stadionu. Od małolata siedziałem przed telewizorem, oglądając dostępne mecze. Pierwszym był, jeśli dobrze pamiętam finał Liverpool-Milan, ale nie ten ze Stambułu, a z Aten (2:1 dla Milanu). Kiedyś te, co wtorkowe/środowe seanse były tak naprawdę moim jedynym regularnym kontaktem z profesjonalną piłką nożną. Rodzice nie wykupywali żadnych abonamentów, a sam nie miałem też konkretnych sympatii ligowych.

Nastroje przed meczem z Sevillą w obozie Mastifów raczej do pozytywnych nie należały. Remis z Wolfsburgiem, piekąca porażka w Salzburgu i przeplatanie lepszych spotkań z gorszymi w lidze. A przecież na Pierre-Mauroy przyjeżdżał hipotetycznie najtrudniejszy ze wszystkich grupowych rywali.

Liga Mistrzów rządzi się jednak swoimi prawami. Na stadionie frekwencja ponownie dopisała. Podobnie zresztą jak przy meczu z Marsylią, do każdego miejsca dołączona była flaga z herbem klubu – kolejny element do wyjazdowej kolekcji pamiątek. Za oprawę odpowiadała tym razem trybuna południowa, lecz pojawiła się ona i zniknęła tak szybko, że nie zdążyłem uchwycić jej na żadnym ładniejszym zdjęciu. Na północ Francji przyjechała też grupka kibiców gości. Sympatyków klubu z Andaluzji nie było specjalnie wielu, ale gęsto rozwiesili swoje transparenty, a tuż po rozpoczęciu spotkania odpalili race.

Co do samego meczu – cóż, nie był on zbyt atrakcyjny. Remis 0:0 zostawił dość spory niedosyt w kwestii wrażeń czysto sportowych. Bezzębny atak Lille przeciwko brakowi konkretniejszych akcji ze strony Sevilli. Dla mnie jednak i tak był to wieczór niezapomniany. Emocje towarzyszące wejściówce, przy akompaniamencie tak dobrze znanego hymnu, są naprawdę nie do opisania. Oglądanie meczu w takiej perspektywie to zupełnie inny wymiar doznań. Człowiek ma ciarki, czuje te emocje, żyje meczem, starając się docenić każdą jego minutę. Może więc i piłkarze szczodrzy w temacie goli nie byli, ale ja i tak wyszedłem ze stadionu przeszczęśliwy.

Do tego możliwość zobaczenia na własne oczy piłkarzy takich jak Ivan Rakitić czy Erik Lamela – zawodników, których spotkania wcześniej oglądało się wiele razy, ale nigdy z trybun. Tyczy się to zwłaszcza Chorwata, którego mogę określić najbardziej zasłużonym graczem, jakiego widziałem na żywo. Ten niestety większość spotkania spędził na rozgrzewce, a szkoda, bo chętnie pooglądałoby się jego wyczyny na boisku, nawet jeśli najlepsze lata ma już za sobą.

Swoje minimum z piłkarskich doświadczeń w trakcie całego wyjazdu odhaczyłem. Kilka koncepcji w głowie jeszcze jest. Jedne są bardziej abstrakcyjne, podczas gdy inne postaram się wdrożyć jeszcze w listopadzie. Czas upływa tu bardzo szybko – z czteromiesięcznego pobytu, połowę już praktycznie mam z głowy. Dlatego też postaram się wycisnąć maksimum z tego co jeszcze zostało. Tymczasem idę się kurować, bo nagła zmiana pogody, o której wspominałem we wstępie, chyba nieco we mnie uderzyła. Klasycznie, w ramach tego cyklu pisał…

…MasieżŻedzeżak (Maciej Jędrzejak)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: