Korupcja, skandale i śmierć na wizji – jak król zabawek zapragnął władzy w futbolu.

Wyobraź sobie, że idziesz wąską, brukowaną ulicą. Jest ciepły wieczór. Uliczne latarnie świecą słabym światłem. Widzenie utrudnia szczypiący, tytoniowy dym, wyłaniający się zza każdego zakamarka. Za plecami słyszysz szepty i pogróżki. Słychać szelest banknotów, brzęk biżuterii i wystrzał pistoletu. Czujesz się zagrożony, chcesz uciec, ale możesz biec tylko przed siebie. Po chwili dźwięk spadających łusek zagłusza radosny wrzask komentatora, a zapach tytoniu łagodzą znakomite potrawy z pobliskich restauracji. Z każdym krokiem dostrzegasz coraz więcej drobiazgów. Pizza, wino i gazeta leżą na prawie każdym stoliku. Po chwili jesteś już pewny miejsca, w którym się znajdujesz, a przynajmniej tak ci się wydaje…

Czytaj dalej „Korupcja, skandale i śmierć na wizji – jak król zabawek zapragnął władzy w futbolu.” →

Co za dużo, to niezdrowo. Rozterki Lamparda. Felieton Michała Bakanowicza.

Okno transferowe w wykonaniu Chelsea zostało rozegrane w iście spektakularnym stylu.
Zanim ktokolwiek zdążył się połapać, w klubie mieliśmy już Ziyecha i Wernera. Potem doszli
Havertz, Chilwell, Thiago Silva, czy wreszcie Mendy. Łącznie sześciu piłkarzy za kwotę
bliską 250 mln euro.

„Mają rozmach, skurwysyny” chciałoby się nawiązać klasyki polskiej komedii.

Abramowicz zawsze lubił wydawać pieniądze. Czasem było to zakupowe szaleństwo, w
późniejszych okresach inwestycje raczej wyważone, ale jednak na Stamford zawsze coś się
działo. Transferowy zakaz zastopował jednak rosyjskiego oligarchę w poprzednim oknie.
Teraz należało sobie to odbić.

Nie ma w tym niczego dziwnego. Ostatnie rozgrywki były w wykonaniu Chelsea solidne, ale
do poprawy jest sporo. Czwarte miejsce w lidze i odpadniecie w 1/8 Ligi Mistrzów to jednak
za mało. W Londynie ambicje są większe.

Mimo wszystko przy całym zachwycie transferami takimi jak przybycie Havertza, czy
Wernera, mam spore wątpliwości co do tego, że pieniądze zostały zainwestowane dokładnie
tam, gdzie powinny.

Chelsea z sezonu 2019/2020 kojarzy nam się z zespołem kreatywnym, widowiskowym i niemającym problemu ze zdobywaniem goli. Mankamentem była defensywa. Lampard do dziś
nie znalazł sposobu jak uszczelnić tę formację. Mało tego. Daily Mail podaje, że ten angielski
menadżer korzystał z 20 różnych zestawień w obronie, w zaledwie 41 ligowych spotkaniach.
Istne błądzenie we mgle.

The Blues wyglądają w tyłach przeciętnie pod względem personalnym. Przed obecnym
sezonem jasnym więc było, że wzmocnienia tam są niezbędne. Jaki jest tego efekt? Do klubu
trafił Ben Chilwell, który jest defensorem znanym z tego, że jest lepszy w ataku, niż w
obronie. Oprócz niego mamy 36-letniego Thiago Silvę, który mimo doświadczenia najlepsze
lata ma za sobą. Kolejny nabytek to grający do tej pory w Rennes Eduardo Mendy, o którym
wiemy, na razie tyle, że od Kepy gorszy na pewno nie będzie. Czy to jednak wystarczy?

Deprecjonowanie tych zawodników, zanim zdążą w klubie tak naprawdę zaistnieć, jest
oczywiście niesprawiedliwe. Jeśli jednak zestawimy powyższe nazwiska z wyżej
wymienionymi Ziyechem, Wernerem, czy Havertzem, to trudno oprzeć się wrażeniu, że
akcent został postawiony chyba nie do końca tam, gdzie należało to zrobić.

Szczególnie że gdy zerkniemy na tabelę z poprzedniego sezonu i zauważymy, że Chelsea pod
względem strzelonych goli była trzecim zespołem w lidze (69 trafień), a jeśli chodzi o
stracone, to był to wynik dopiero dziewiąty (54 gole).

I nawet już nie grzebiąc – w mimo wszystko nie tak dawnej – historii, to obecne rozgrywki też
dają już nam pewne sygnały. Co prawda Chilwell i Mendy nie zadebiutowali jeszcze w lidze,
ale Silva zdążył zrobić już błąd, po którym The Blues stracili gola. Ostatni mecz Chelsea z
WBA był pokazem nieporadności w tyłach. Wyniki 3:3 to żywe wspomnienie poprzednich
rozgrywek, gdzie ofensywę należy chwalić, ale za to obrona pozostawia wiele do życzenia.

A to może być też wynikiem problemu bogactwa w ataku. Kiedy masz w kadrze piłkarzy
takich jak Giroud, Abraham, Mount, Havertz, Werner, Hudson-Odoi, a wiesz, że za chwilę
dojdzie do nich jeszcze Pulisic i Ziyech, to trudno Ci zrezygnować, z któregokolwiek z nich.
Skład Chelsea w meczu z beniaminkiem był więc totalnie niezbalansowany. Boczni obrońcy
w postaci Alonso i Jamesa, to raczej tacy, których kojarzymy z ofensywnymi inklinacjami,
niż z solidnością w obronie, a druga linia złożona z defensywnych Kante, Kovacicia i
ofensywnego Havertza, okazała się niewystarczająca, by odpowiednio wesprzeć tyły.

I tu pojawia się mój zarzut do Lamparda. Osobiście uważam, że jeśli Anglik zdecydował się
na poświęcenie odpowiedzialnego w obronie Azpilicuety, kosztem wyżej wymienionych
zawodników, to jego druga linia powinna zostać zestawiona w bardziej przemyślany sposób.
No ale jak tu odpalić z kogoś z czwórki Mount, Havertz, Werner, czy Abraham? I to jeszcze
w momencie, w którym na ławce zostawiasz Girouda oraz Hudsona-Odoi’a, a wkrótce do
składu wskoczą Ziyech i Pulisic? No właśnie! Co za dużo to niezdrowo.

Efektem takich rozterek jest radosny futbol, który niekoniecznie jest odpowiednią drogą do
osiągnięcia sukcesu. Oczywiście, ofensywne zakupy Chelsea i ich bogactwo w ataku wciąż
robią wrażenie i są źródłem zazdrości wielu menadżerów. Tu jednak należy znaleźć złoty
środek, którego, na razie nie udało się zdefiniować, zarówno Abramowiczowi w trakcie
transferowego szaleństwa, jak i Lampardowi podczas kompletowania wyjściowego składu.

To drugie na pewno przyjdzie z czasem. Nie ma go jednak zbyt dużo. Chelsea nie może
pozwolić sobie na stratę kolejnych punktów, gdyż konkurencja nie śpi. Trzy zespoły mogą
pochwalić się kompletem zwycięstw po trzech kolejkach, a dorobek The Blues na poziomie 4
oczek jawi się, póki co mizernie. Tak więc, jeśli ten sezon ma być lepszym od poprzedniego,
recepta na sukces, którą jest pozbycie się defensywnych problemów, musi pojawić się niemal
natychmiast.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Imperium niemocy.

Skuteczna gra, kreatywność, wizja – tego z pewnością nie można powiedzieć o Legii Warszawa, która po raz kolejny zawiodła w eliminacjach do europejskich pucharów, ale czy można było uniknąć tej żenady?

Na początku należy cofnąć się do momentu, w którym wszystko zmierzało w dobrą stronę. Końcówka jesieni w wykonaniu Legii była naprawdę mocna i pokazała, że w tej lidze każdy musi się z nią liczyć. Legia nie grała może futbolu, który sprawiał, że na całym świecie podziwiano styl zespołu Vukovica, ale była do bólu skuteczna i każdy piłkarz wiedział, co ma robić na boisku. Część ludzi zaczęła powoływać Pawła Wszołka do reprezentacji, Jarosław Niezgoda rozstrzelał się na dobre, dzięki czemu wiosną już go w Legii nie było, Michał Karbownik dał pozytywny sygnał i w końcu wyrzucił ze składu średniaka Rochę, a Vesovic grał na miarę możliwości.

Wiosną Legia już nieco spuściła z tonu, ale pierwszy duży sygnał ostrzegawczy nastąpił po lockdownie. W grupie mistrzowskiej Legia wygrała tylko dwukrotnie w siedmiu spotkaniach, trzykrotnie zremisowała i odniosła dwie porażki. Wyniki te przełożyły się na zdobycie 9 punktów na 21 możliwych, ale większość się tym nie przejmowała, bo mistrzostwo, to mistrzostwo. Zrzucono kiepską dyspozycję Legii na kontuzję Vesovica i odrzucano myśli sugerujące, że coś się psuje. A szkoda.

Lukę po Vesovicu miał wypełnić Juranovic, który trafił do Legii pomimo tego, że nie miał najlepszej opinii w lidze chorwackiej. Wczorajszy mecz pokazała słuszność tych tez. Słabo broni, kiepsko się ustawia, a ofensywie nie daje tyle ile Czarnogórzec. Jednak czy to jest największy problem Legii? Nie. Problem tkwi znacznie głębiej. Brakuje wizji budowania zespołu na dłuższą metę. Wygląda to tak jakby część transferów była przeprowadzana na zasadzie znam to biorę, a resztę niech ktoś nam poleci, ale w sumie jesteśmy mocni. 

Czy Bartosz Kapustka jest złym piłkarzem? Nie, ale od EURO2020 nie poczynił postępów, a jego kontuzje oraz wybory sprawiły, że ciężko by stanowił wzmocnienie na tu i teraz. Rafa Lopes? Zaliczył niezły sezon w Cracovii, ale czy prezentuje poziom europejski? Joel Valencia? Swego czasu najlepszy piłkarz ligi, ale teraz przyjechał się odbudować. Mladenovic? W tym przypadku akurat ciężko się przyczepić. Podobnie wygląda sytuacja z Arturem Borucem.

A kogo tak naprawdę Legia potrzebowała? Młodego i zwrotnego środkowego obrońcy. O ile Jędrzejczyk i Lewczuk w poszczególnych meczach są w stanie Legii pomóc, o tyle jak mawiał klasyk „Peselu nie oszukasz”. Doświadczenie jest potrzebne, ale również młodość do rywalizacji. Ich zmiennik William Remy stale pokazuje, że Legia nie jest jego spełnieniem marzeń i znając życie gdyby dostał dobrą ofertę z drugiej ligi francuskiej wsiadłby w pierwszy samolot. Na boisku się snuje i jest elektryczny, a występy przeciwko Jagiellonii i Górnikowi powinny otworzyć osobom decyzyjnym, które powinny go wysłać gdziekolwiek, ale z dala od Legii. W talii wygniecionych kart pozostaje Wieteska, dobry znajomy Michniewicza, u którego Wietes wyglądał bardzo dobrze. W Legii jego występy sprowadzają się zazwyczaj do dwóch opcji. Pierwsza robienie karygodnych błędów, druga to wszelkiego rodzaju urazy. Jeżeli Michniewicz nie sprawi, że Wieteska zrobi kilka kroków do przodu, to już nikt.

Warto uderzyć w skrajności i nie zakończyć wytykania braków wyłącznie w obronie. Legii brakuje dobrego napastnika, który przesądzałby o losach meczów. Pekhart to zawodnik, który ma jedną cechę wiodącą. Grę głową. Reszta jest na poziomie ligowego dżemiku. Odetniesz go od dośrodkowań i jest tak przydatny, jak widelec podczas jedzenia zupy. Jose Kante nie jest złym piłkarzem, ale dość przeciętnym. Zwykle można go chwalić za chęci i grę pod zespół, ale samymi chęciami się nie wygrywa. Rafa Lopes również nie jest goleadorem, który zapewni rekordową sprzedaż koszulek. Jednej rzeczy można być pewnym. Gdyby Legia miała napadziora pokroju Jarosława Niezgody lub Mikaela Ishaka, możliwe, że ukryłby 3/4 mankamentów zespołu, a tak mamy walenie głową w mur w nadziei, że coś się zmieni.

Ponownie wszystko sprowadza się do wizji. Karabach od lat gra to samo. Może nie grają już tam piłkarze, którzy walczyli jak równy z równym w starciach z Romą, ale charakterystyką odpowiadają swoim poprzednikom. A w Legii wiecznie panuje chaos. Mioduski wiedział jakim trenerem jest Vukovic, pozwolił mu rozpocząć sezon, ale szybko go pożegnał. Mioduski widział, że Legia obniżyła w pewnym momencie loty, ale nie zareagował odpowiednio. Oczywiście zmiany trenerów w momencie, gdy wszystko zaczyna się walić, w niektórych przypadkach dają pozytywny impuls, ale ile można się łudzić, że samą podmianką trenerów uda się zbudować zdrowe podstawy?

PAWEŁ OŻÓG

Wywiad z Freddiem Paxtonem

Wywiad z FreddiemPaxtonem – dziennikarzem sportowym piszącym między innymi dla The Guardian, Times, FourFourTwo, Independent, ESPN i Al Jazeera News, a prywatnie sympatykiem Arsenalu. Czym dla niego jest praca dziennikarza? Skąd bierze pomysły na swoje teksty? Co sądzi o obecnej drużynie Arsenalu? Na te oraz wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie poniżej.

Czytaj dalej „Wywiad z Freddiem Paxtonem” →

Klopp ulepsza machinę. Przybycie hiszpańskiego magika. Felieton Michała Bakanowicza.

Obecne okno transferowe w Anglii to prawdziwe szaleństwo. Każdego dnia zasypują nas doniesienia o coraz to większych bombach. Wysokobudżetowe transakcje Wernera, Van de
Beeka, czy Bale’a, to zaledwie wierzchołek góry usypanej z żywej gotówki.

W tym finansowym wariactwie może się jednak okazać, że najważniejszy transfer opiewał na stosunkowo niską sumę. Wszystko za sprawą Liverpoolu i Thiago Alcantary, który zasilił zespół The Reds za kwotę zaledwie 20 mln funtów (+5 mln w ewentualnych bonusach). Co tak wyjątkowego kryje się w Hiszpanie, i jak może on wpłynąć na zespół Kloppa? Śpieszę z odpowiedzą.

Jeśli mielibyśmy się doszukiwać, jakichkolwiek mankamentów w maszynie zbudowanej przez Niemca, to w moim odczuciu na pierwszy plan wychodzi brak kreatywności w środku pola. Druga linia Liverpoolu skonstruowana jest głównie po to by przeszkadzać rywalom. To zbiór świetnie wyszkolonych zadaniowców w postaci Milnera, Fabinho, Hendersona i Wijnalduma. Żaden z tych piłkarzy nie jest kimś kto jest w stanie brylować w ofensywie. To co jednak oferują powyżsi zawodnicy to wybieganie, agresywność i doskonała organizacja w pressingu. Oczywiście, to nie jest tak, że żaden z nich nie jest w stanie zaliczyć asysty, czy strzelić gola. Ale nie liczby tu chodzi.

Do powyższego grona środkowych pomocników należy jeszcze dorzucić Jonesa, Oxlade’a-Chamberlaina i Keitę, którzy to zdają się być piłkarzami obdarzonymi nieco bardziej ofensywnymi atrybutami. Mimo wszystko, pierwszy z Anglików dopiero wchodzi do zespołu, drugi to raczej typ zawodnika rozwiązującego boiskowe problemy siłą i dynamiką, a Gwinejczyk wciąż nie przypomina piłkarza z czasów gry w RB Lipsk.

I wtedy wchodzi Thiago, cały na czerwono. Ten hiszpański magik jest w stanie przedefiniować grę drugiej linii The Reds. Świat obiegła już informacja o jego rekordzie pobitym w debiucie z Chelsea. Żaden inny piłkarz w historii Premier League, nie wykonał tak wielu dokładnych podań w ciągu 45 minut meczu (75 zagrań). Oczywiście, można to traktować jak ciekawostkę. Można też uzmysłowić sobie jak mocno zawodnik ten wzbogaci grę Liverpoolu.

Tu nawet nie chodzi o to, czy Hiszpan jest piłkarzem lepszym od Fabinho czy Hendersona. Jest po prostu całkowicie inny. I to nie tylko od nich! Bo Thiago to prawdziwy unikat. Weźmy na przykład takie dryblingi, a więc domenę – bądź co bądź – głównie skrzydłowych. Boczne sektory boiska to miejsce, w którym ryzyko „kiwki” jest minimalne w związku z czym, z takimi zagraniami kojarzymy zawodników jak Sancho, Neymar czy Sterling (Messiego pomijam bo to inna planeta). Otóż Hiszpan bierze tę teorię i z
uśmiechem na twarzy wrzuca ją do kosza. Jego średnia 3 dryblingów ma mecz to najlepszy wynik w całej Bundeslidze, jeśli chodzi o rozgrywki 2019/2020. Tak! On robi to w środku pola!

Każdy kto choć trochę zna się na piłce, ma świadomość tego, że po pierwsze – drybling to niesamowicie trudny element, po drugie – wykonany na środku boiska jest czymś co całkowicie dezorganizuje defensywę nawet najlepiej poukładanego przeciwnika. To jednak nie wszystko. Kiedy mamy już świadomość, że Thiago to piłkarz obdarzony odwagą i umiejętnością gry jeden na jeden, okazuje się, iż jego brawura łączy się również ze spokojem i schludnością.

Gdy zerkamy na statystki podań Hiszpana, możemy się dowiedzieć, że był on jednym z najczęściej i najdokładniej podających piłkarzy całej Bundesligi (sezon 2019/2020). Thiago zagrywał piłkę do partnerów średnio 74,9 razy na mecz, a jego procent skuteczności to 90,5. Jeśli wziąć pod uwagę stosunek ilości podań do ich celności, to nowy piłkarz Liverpoolu zmieścił się w czołówce ligi.



Wiemy już, że były gracz Bayernu to ktoś kto świetnie drybluje w newralgicznych strefach boiska i odznacza się doskonałą umiejętnością rozgrywania piłki. Poza tym jest on kimś kogo grę najzwyczajniej w świecie, dobrze się ogląda. Doskonały balans ciałem, świetne przyjęcie kierunkowe, oraz niespotykana i dopracowana do perfekcji technika podania. To naprawdę cieszy oko. Ciekawym jest jednak to, że Thiago wcale nie jest zawodnikiem typowo ofensywnym. Ba! Ktoś kto nazwie go „defensywnym rozgrywającym” wcale nie rozminie się z prawdą.

Wszystko dlatego, że nasz bohater do powyższy umiejętności dorzuca znakomitą grę w obronie. Zmysł do odpowiedniego asekurowania, przesuwania, czy zarządzania zespołem trudno zmierzyć w liczbach, ale odbiory i przechwyty już wyliczyć można. A Thiago to 1,9 takiego zagrania na mecz, zarówno jeśli chodzi o pierwszy, jak i drugi z parametrów. Daje mu to kolejno drugie, oraz pierwsze miejsce w tej statystyce, jeśli chodzi o wszystkich piłkarzy Bayernu.



Pokażcie mi więc drugiego piłkarza, który drybluje najlepiej w lidze, jest w topie jeśli chodzi o ilość/jakość podań, a do tego daje efekty w defensywie.

Thiago to odwaga, technika, dokładność, kreatywność, błysk, nieszablonowość i praca w obronie. Hiszpan może pomóc Liverpoolowi nie tylko w strzeleniu bramek, ale też w utrzymaniu wyniku, w regulowaniu tempa gry, czy generalnie w funkcjonowaniu całego zespołu. Na przestrzeni ostatnich sezonów, można było dostrzec, że pewien procent rywali The Reds „nauczył się” ich gry. Wysoki pressing, potężna ilość dośrodkowań z bocznych sektorów i ewentualne liczenie na kombinacje ofensywnego trio. W tym można było się w końcu połapać. A Thiago to nie tylko plan A czy B, jego wizja może otwierać również furtki z napisem C i D.

Tak więc jeśli Hiszpanowi będzie dopisywało zdrowie, może się okazać, że zespół Kloppa to jeszcze bardziej perfekcyjna machina, której działania tym razem nie sposób będzie rozgryźć.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Diabły Solskjaera. Sezon bez wymówek. Felieton Michała Bakanowicza.

Po wielu latach miotania się od menedżera do menedżera wydaje się, że władze Manchesteru United postawiły wreszcie na odpowiedniego człowieka. Solskjaer miewał oczywiście zarówno upadki, jak i wzloty, ale poprzedni sezon zakończył z bardzo solidnym wynikiem, jakim jest zajęcie trzeciego miejsca w Premier League, a także dotarcie do półfinału Ligi Europy.

Wszystko to z zespołem, który zdawał się być wciąż w budowie. Kiedy Norweg pojawiał się na Old Trafford, drużyna zmagała się z wieloma problemami. Niska jakość piłkarska, sporo przepłaconych nazwisk, luki na poszczególnych pozycjach, zakulisowe brudy, czy wreszcie brak pomysłu na optymalne wykorzystanie piłkarzy jak Martial, czy Pogba. Norweg otrzymał jednak od włodarzy spory kredyt zaufania. Opłaciło się.

Wszelakie trudności zdają się odchodzić w cień. Co więcej, gdy spoglądam na zestawienie personalne zespołu z czerwonej części Manchesteru, wydaje mi się, że drużyna Solskjaera to twór niemal kompletny. Przynajmniej na papierze.

Oczywiście, nie zamierzam nikomu wmawiać, że Czerwone Diabły to gwiazdozbiór na poziomie Realu, Bayernu czy PSG, ale ich kadra to w moim odczuciu idealnie zbalansowane zestawienie. Trudno tu znaleźć jakikolwiek mankament. 

Zapytacie – Jak to? A bramkarz? To prawda. De Gea nie jest sobą, mniej więcej od drugiej połowy 2018 roku. Hiszpan w ciągu kilkunastu miesięcy zaliczył niesamowity zjazd i dziś tak naprawdę ciężko powiedzieć ile może dać jeszcze swojemu zespołowi. Co z tego skoro na ławce już czeka gotowy do gry Henderson? Nie chce mi się wierzyć, że to Anglik od razu będzie pierwszym wyborem Solskjaera, ale po pierwsze – jest to naprawdę solidne zabezpieczenie, w razie kłopotów „jedynki”, po drugie – Hiszpan wreszcie ma realnego konkurenta do miejsca w składzie. Tak więc albo De Gea pokaże, że należy mu się pierwszy skład, albo ustąpi miejsca jednemu z najlepszych golkiperów tamtego sezonu. O obsadę bramki na Old Trafford mogą być spokojni.

Jeśli zaś przejdziemy do linii obrony, to po jej lewej stronie mamy ciekawą rywalizację. Shaw vs Williams. Owszem, pierwszy z nich kojarzy nam się co prawda z częstymi kontuzjami, ale drugi z duetu pokazał już, że w razie konieczności jest do dyspozycji trenera. Pod nieobecność starszego z kolegów Williams rozegrał w poprzednim sezonie 17 razy i wielokrotnie pokazał, że drzemie w nim spory potencjał.

Kiedy zaś zerkniemy na przeciwną stronę, to mamy do czynienia z być może najlepiej broniącym prawym defensorem w lidze. Owszem, Wan-Bissace sporo brakuje do ofensywnych zdolności Alexandra-Arnolda czy Ricardo Pereiry, ale w zatrzymywaniu przeciwników zostawia konkurentów w tyle. Zastrzeżenia pojawiają się, gdy postaramy się znaleźć jego zastępcę. Diogo Dalot to piłkarz o sporym potencjale, lecz poprzedni sezon to pasmo nieustających problemów zdrowotnych. Pocieszeniem może być jednak fakt, że Wan-Bissaka to facet o końskim zdrowiu. Świadczy o tym liczba 70 spotkań rozegranych na przestrzeni dwóch ostatnich, ligowych sezonów. Tak więc tylko mocno niesprzyjający los, mógłby sprawić, że na prawej stronie Manchesteru pojawi się wakat.

Zerkając na centrum linii obronnej, widzimy parę solidnych zawodników. Lindelof wreszcie ustabilizował formę, a Maguire to ważne ogniowo zespołu, o czym świadczy wręczona mu przez Solskjaera opaska kapitana. Defensywa kierowana przez Anglika i Szweda może pochwalić się trzecim wynikiem w lidze, co do liczby straconych goli (36 bramek). W poprzednich rozgrywkach pod tym względem lepiej wyglądał tylko Liverpool (33) i Manchester City (35). Problem pojawia się, gdy zerkniemy na ławkę rezerwowych. Niejasna jest wciąż sytuacja Smallinga i wydaje się, że jeśli Anglik nie pozostanie na Old Trafford, to zasadnym byłoby poszukanie alternatywy. Bailly to naprawdę dobry obrońca, jednak liczenie na zawodnika o tak kruchym zdrowiu, wydaje się ryzykowne.

Mimo powyższego problemu defensywa Czerwonych Diabłów wygląda naprawdę solidnie. A dalej jest tylko lepiej.

Gdy spojrzymy na drugą linię, złożoną z takich piłkarzy jak McTominay, Matic, Fred, Mata, Bruno Fernandes, Pogba czy wreszcie świeżo zakupiony Van de Beek, to wydaje się, że niczego tutaj nie brakuje. Mamy ludzi odpowiedzialnych za destrukcję (McTominay, Matic), a także za fajerwerki pod bramką rywala i regulowanie tempa gry. Szczególnie pomysłowo wygląda transfer byłego zawodnika Ajaxu. Donny Van de Beek zdaje się idealnym piłkarzem do rotacji z Pogbą i Bruno Fernandesem. Pomoc Manchesteru to chyba najbardziej kompletna formacja tego zespołu i w moim odczuciu jakościowo nie gorsza, niż te, które posiadają City, a tym bardziej Liverpool.

No bo czy Bruno Fernandes to piłkarz na pewno gorszy od Kevina De Bruyne?
Czy grający na 100% Pogba nie znalazłby miejsca w składzie, któregoś z powyższych zespołów?
Czy Klopp lub Guardiola nie widzieliby w swojej wizji takiego talenciaka jak Van de Beek?
No właśnie!

Linia ataku również ma się świetnie. Rashford, Martial, Greenwood. Każdy z nich wydaje się być piłkarzem na fali wznoszącej. Powyższe trio zdobyło w tamtym sezonie łącznie 44 bramki, a wszystko wskazuje na to, że w obecnym może być jeszcze lepiej. Solskjaer znalazł miejsce na boisku dla każdego z nich, a szczególnie duże brawa należą mu się za to, co zrobił z Martialem. Francuz odblokował się i zaliczył fenomenalny finisz poprzedniego sezonu. Napastnik zakończył rozgrywki z 17 trafieniami. Tyle samo dołożył Rashford, a całość dopełnił będący odkryciem sezonu Greenwood. Ten 18-latek spędził na boiskach Premier League zaledwie 1313 minut, strzelając przy tym 10 bramek. Ten wynik daje mu współczynnik 0,7 gola na 90 minut gry i jest to osiągnięcie na poziomie Vardy’ego i Ingsa. Strach pomyśleć jak powyższa trójka może wyglądać w obecnym sezonie. W końcu są to piłkarze wciąż rozwojowi. Ich średnia wieku to zaledwie 21 lat! A w razie jakichkolwiek problemów na okazje czekają utalentowany James i – póki co – wciąż obecny w klubie Ighalo.

Tak więc skład Manchesteru wydaje się być zestawieniem, w którym wszystko jest na miejscu. Mamy tu zarówno piłkarzy kreatywnych, jak i solidnych rzemieślników. Młodość i brawura mieszają się z klasą i doświadczeniem. Tu naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Wszystko wskazuje na to, że Czerwone Diabły okres przejściowy mają za sobą. Problemy są daleko w tyle, kadra jest stabilna, a plany ambitne.

To wszystko sprawia, że dla Solskjaera to może być sezon trudniejszy niż dotychczas. Kiedy wszystko zdaje się być dopięte na ostatni guzik, nie ma miejsca na wymówki. Obowiązkiem Manchesteru jest rozegranie kampanii co najmniej tak dobrej, jak poprzednia. Zadanie do łatwych nie należy, ale na Old Trafford jest wszystko, czego potrzeba, by osiągnąć sukces.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Kolejny Metalist Charków? Takie numery tylko na Ukrainie.

Jakiś czas temu opisałem sytuację Charkowskich zespołów, ale w międzyczasie pojawił się kolejny klub powiązany z Metalistem! Tym razem wszyscy mówią wprost, że celem jest dotarcie do UPL i europejskich pucharów, by stworzyć jak najlepsze warunki dla powrotu architekta sukcesów Metalista – oligarchy Jaroslawskiego.

Metal Charków to nowy twór stworzony przez Evgena Krasnikova, byłego dyrektora sportowego Metalista i prawej ręki Jaroslawskiego. To on stał za transferami Taisona, Cleitona Xaviera i Marlosa do klubu, który zasłynął z bardzo dobrych występów w Lidze Europy. Teraz jest właścicielem, trenerem i dyrektorem sportowym. „Podoba mi się ta robota. Ja znalazłem graczy, ja ich zakontraktowałem”.

Metal ma być matrycą, na której powoli będzie kształtował się stary Metalist. W ciągu kilku lat ma powrócić ojciec wielkiej piłki w Charkowie – Jaroslawski (główny cel) – a wraz z nim w niedalekiej przyszłości ma zostać przywrócona nazwa, historia, stadion i baza, a także sukcesy. Drugim celem jest natomiast stworzenie akademii na poziomie Dynama i Szachtara. Ta nie powstanie szybko, ale według mocarny planów za kilka lat może być nawet największa w kraju.

„Jarosławski nie daje nam teraz pieniędzy, ale odnosi się do mojego pomysłu pozytywnie. A to wielki plus, bo tylko on może przywrócić Metalista i wielki futbol do żywych. Rozmawiamy w każdy dzień”.

Media ukraińskie podały informację, że oligarcha ma 10-letni zakaz brania udziału w piłkarskich projektach. Nawet jeżeli to prawda, to ewentualna karencja kończy się w 2021.

Klub nie ma ani, bazy, ani stadionu. Będą grać na stadionie policji w parku. Naczelnik policji charkowskiej oblasti – Sukurenko – to fan piłki, a jego syn gra w piłkę. Treningi odbywają się na arenie innego byłego charkowskiego klubu – Heliosa (obecnie obiekt zwie się Nova Bavaria). Ciekawym ruchem wydaje się zatrudnienie Andrija Kolesnika, komentatora i blogera, którego popularność na Ukrainie można porównać do twórców Kanału Sportowego. Kolesnik będzie odpowiedzialny za komentowanie spotkań, a także klubowy marketing. Sam zainteresowany chciałby jednak zająć się skautingiem, ponieważ niedawno ukończył specjalny kurs przygotowujący go do pracy skauta.

Kadra zespołu wygląda ciekawie, a za wyniki zespołu odpowiada Kucher – była gwiazda reprezentacji Ukrainy, trenerem bramkarzy (a jakże-były reprezentant i gracz Spartaka Moskwa) Dykań, a funkcję kapitana zespołu pełni grający jeszcze w poprzednim miesiącu w Mariupolu, Fomin, który obiecuje, że nie zakończy kariery, dopóki klub nie zagra w najwyższej lidze. Oprócz Fomina występują również inni gracze z przeszłością w UPL, a także na jej zapleczu. Klub ma potencjał, by już dziś móc utrzymać się na poziomie UPL.

Metal został stworzony w trzy miesiące. Oczywiście nie powinni zaczynać od gry w II lidze, czyli na szczeblu centralnym, ale prawdopodobnie ktoś odsprzedał im licencję. Tylko kto? To duża rysa na wizerunku klubu.

Mieszkańców Charkowa cieszy, że Metal chce być przyszłością Metalista. Krasnikov ma plany, by grać w Lidze Europy już za cztery lata. Patrząc na finanse i chęci możliwe, że tak się stanie. Kwestią budzącą wątpliwości jest to, czy uda się przyciągnąć Jaroslawskiego i spełnić główny cel klubu oraz marzenie wszystkich Charkowian. Przyszłość Metalu jest zdecydowanie pewniejsza niż Metalista 1925. Problemami są jedynie nieścisłości związane ze sponsorami i licencją, ale przy euforii towarzyszącej powstaniu Metalu nikt nie zwraca na nie uwagi.

BUCKAROO BANZAI

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑