W jakiej materii poczynił postępy selekcjoner Brzęczek?

Pierwsze dwa lata pracy Jerzego Brzęczka można było podsumować mniej więcej tak: wyniki lepsze niż gra i proszę, niech już nic nie mówi. Wypowiedzią selekcjonera towarzyszył syndrom oblężonej twierdzy, który uwierał już nawet reprezentantów. W pewnym momencie można było się zastanawiać, czy aby przypadkiem Jerzy Brzęczek nie wmówił sobie, że jest bohaterem kreskówki, w której motywem przewodnim jest walka dobra ze złem i to właśnie jemu przypadł zaszczyt zbawienia świata przed działaniami ciemnej strony mocy?

Każdy gest, każde słowo, które zostało odebrane przez selekcjonera negatywne, stanowiło zapalnik. Wyglądało to trochę tak, jakby Brzęczek przed wystąpieniami publicznymi wsłuchiwał się w kawałek “Zaraz cię zniszczę” w wykonaniu Krystiana Pudzianowskiego. Pierwszym przykładem z góry jest reakcja selekcjonera na tweeta Michała Pola związanego ze zmianą szyldu. Brzęczek pękł i w ten sposób wyraził swoją złość na wpis twórcy Kanału Sportowego:

Czy mogę jeszcze pozdrowić jedną osobę? Chciałbym bardzo serdecznie pozdrowić w imieniu całej reprezentacji, w szczególności tej kadry piłkarskiej, jak i szkoleniowej, bardzo znanego eksperta, pana Michała Pola. Panie Michale, dziękujemy bardzo, że pan wierzy w tę reprezentację i chce pan zmieniać szyld bez udziału żadnego z tych zawodników. Dlatego też jeszcze raz bardzo serdecznie pozdrawiam w imieniu całej drużyny.

Podobnych sytuacji było przynajmniej kilka. To generalnie stawiało selekcjonera w bardzo złym świetle, bo kto chciałby stać się Don Kichotem, który z każdego może zrobić hejterski wiatrak? Kiedy na rynku ukazała się abstrakcyjną biografia Jerzego Brzęczka, wydawało się, że na naszych oczach pisze się ostatni rozdział związany z rozstaniem PZPN.

Don Kichot Z La Manchy : Miguel de Cervantes Saavedra : 9781987707144

Tymczasem przesłodzona biografia okazała się czymś w rodzaju oczyszczenia. Być może wraz z zebraniem niepochlebnych opinii i beczki pełnej beki Brzęczek zrozumiał, że znalazł się w rynsztoku po uszy, do którego sam zresztą się wpakował i zamiast kontynuować etap zanurzania, pora się z niego wydostać.

Zauważcie, że od tego momentu skończyło się lukrowanie czerstwego chleba i udawanie, że jest to sernik wiedeński. Po meczu z Bośnią przyznał, że nie można piać z zachwytu, ponieważ rywal od 15. minuty grał w osłabieniu. Podczas konferencji po spotkaniu z Ukrainą wspomniał, o tym, że byliśmy słabsi. Brawo! O to właśnie chodzi. Kibic nie lubi być oszukiwany. Oczekuje jedynie rzetelnej oceny. Nikt nie wymaga samobiczowania. Wystarczy pokazać kibicom, że dostrzega się oczywiste problemy bez zbędnego owijania w bawełnę.

Wcześniej mogło irytować stawianie reprezentacji w „Niekochanym” świetle. W każdym społeczeństwie znajdzie się garstka ludzi przejawiająca oikofobię, natomiast na ogół kibic reprezentacji nie życzy piłkarzom grającym z orzełkiem na piersi źle. Wręcz przeciwnie. Przecież nie na darmo w naszym kraju przed ekranami telewizorów zasiada kilkanaście milionów selekcjonerów, którzy za biało-czerwone barwy daliby się pokroić.

Może cieszyć, że Brzęczek dokonał ewolucji w dialogu z kibicami. Zastanawiam się tylko, po co była wcześniejsza gra oparta na przybieraniu maski? To całe tworzenie wyimaginowanej rzeczywistości i wzorce zapożyczone z końcówki pracy Jose Mourinho na Estadio Santiago Bernabeu, kiedy to Portugalczyk zajmował się kompletowaniem bazy wrogów, a skończyło się na tym, że to on stał się wrogiem numer jeden.

Wszelkie kontrowersje związane z jego osobą były owocem tego, że po prostu się zagubił. Przytłoczyła go presja towarzysząca tej funkcji od niepamiętnych czasów. Wraz z parafką na umowie z PZPN selekcjoner zyskuje status premiera polskiego sportu, a popularność rośnie w niewiarygodnie szybkim tempie, z którym nie poradził sobie selekcjoner.

Nie można wprost powiedzieć, że Brzęczek jest złym trenerem. Uczy się. Widać, że potrafi wyciągać wnioski, że kadra nabiera kształtu, choć nie z każdą decyzją można się zgodzić i wiele spotkań kadry pod wodzą Brzęczka irytowało. Jednak skoro kapitan naszej reprezentacji w jednym z wywiadów podkreślił, że nasz selekcjoner ma duże pojęcie o taktyce, to należy uwierzyć mu na słowo. Przeskok z poziomu Ekstraklasy na poziom reprezentacyjny jest ogromny. Można go porównać do przesiadki z samochodu klasy GT3 do pojazdu F1. Oba pojazdy przeznaczone są do ścigania, ale różnica prędkości, techniki prowadzenia oraz funkcjonowania zespołu jest uderzająca i potrzeba dużo czasu na wyrobienie sobie pewnych nawyków.

Otwarcie trzeba przyznać, że Brzęczek miał pod wieloma względami furę szczęścia. W spadku po Nawałce otrzymał dobre rozstawienie a w konsekwencji łatwą grupę eliminacyjną, z której udało się wywalczyć awans, co było obowiązkiem. Podejrzewam, że selekcjoner przynajmniej kilka razy wyłożył się na zaufaniu i wierze w niektórych piłkarzy, którzy nie potrafią przełożyć treningów na warunki meczowe. Nie można się też temu dziwić. Inaczej wygląda praca, z dajmy na to Danielem Łukasikiem, niż z Piotrem Zielińskim, przez co łatwo przecenić umiejętności względem przydatności dla zespołu.

Pozostaje, więc trzymać kciuki za kadrę. Chwalić za dobre mecze i krytykować za te słabe!

Diana Ross i najsłynniejszy rzut karny w historii soccera

Sergio Ramos posyłający piłkę na orbitę, John Terry ślizgający się przed futbolówką, Rui Patricio broniący strzał Jakuba Błaszczykowskiego czy ostatnia “panenka” Ademoli Lookmana. Każdy z nas kibiców ma w swojej pamięci dziesiątki zmarnowanych rzutów karnych. Każdy piłkarski naród potrafi wymienić tą jedną zaprzepaszczoną jedenastkę, która zabolała go najbardziej w jego historii. Mają taką również Amerykanie. A jest ona doprawdy wyjątkowa i różni się od wszystkich pozostałych. Posłuchajcie.

Czytaj dalej „Diana Ross i najsłynniejszy rzut karny w historii soccera”

Ultras, który został piłkarzem. Historia Cristiano Lucarelliego

Cristiano Lucarelli od dziecka był zapalonym fanatykiem. Wychowywał się w rodzinie, której członkowie byli oddanymi kibicami Livorno. Od najmłodszych lat pojawiał się na Stadio Armando Picchi. Nie opuszczał żadnego spotkania amaranto, a w dodatku ojciec zabierał go nawet na wyjazdowe spotkania. Podziwiał swoich idoli prosto ze stadionu i chciał zostać kimś takim jak oni.

Czytaj dalej „Ultras, który został piłkarzem. Historia Cristiano Lucarelliego”

Zapowiedź 7. kolejki


W poprzedniej kolejce ligi włoskiej padło aż 36 bramek, najwięcej spośród topowych lig Europy. Oglądaliśmy świetną końcówkę w meczu Torino – Lazio, kiedy to piłkarze z Rzymu jeszcze w doliczonym czasie gry przegrywali 3:2, ostatecznie wygrali 3:4, po bramce Caicedo, który we Włoszech zyskał przydomek „Mr. 90 minuti”. Kolejne zwycięstwo w tym sezonie odnieśli piłkarze Milanu, pokonali na wyjeździe Udinese 2:1. Bramką kolejki według kibiców została wybrana przewrotka Zlatana w tym spotkaniu. Na największe słowa uznania w poprzedniej kolejce zasłużyła ekipa Sassuolo. Pokonali na wyjeździe 2:0 Napoli bez swoich największych ofensywnych gwiazd. Nie można przejść też obojętnie obok postaci Mussy Barrowa, który został wybrany najlepszym piłkarzem 6 kolejki. Kolejna nr. 7 zapowiada się jeszcze ciekawiej, każde spotkanie powinno przyciągnąć przed telewizory sporą widownię. Wszyscy liczą, że kluby Serie A podtrzymają świetną średnią zdobytych bramek na mecz wynoszącą ponad 3.5 (nie wliczając spotkania Hellas-Roma).


LAZIO – JUVENTUS


W ubiegłym sezonie na Stadio Olimpico odbyło się prawdziwe show w starciu tych ekip. Gospodarze pokonali Juventus 3:1. Wysoki poziom spotkania przeniósł się również na trybuny, gdyż tifosi Lazio przygotowali jedną z piękniejszych opraw tamtego sezonu. Obie drużyny mierzyły się w tygodniu w Lidze Mistrzów i obie mogą być zadowolone ze swojego wyniku. Co prawda biancocelesti zremisowali z Zenitem, ale przystąpili do niego bez swoich liderów. W meczu z Juventusem trener Inzaghi będzie mógł skorzystać z całej artylerii. Do gry wraca Luis Alberto i Ciro Immobile. Juve ma swoje problemy, piłkarzom brakuje zgrania na boisku i zrozumienia taktyki Andrei Pirlo, który znalazł się na celowniku włoskich mediów, którzy szukają już następcy na jego stanowisko. Ciąży na nim ogromna presja, ale w tym momencie na młodego trenera bianconerich nie można narzekać. Interesująco zapowiada się pojedynek pomiędzy Moratą, a Ciro Immobile. Będzie to 174 spotkanie w historii między drużynami. Aż 90 zwycięstw odnieśli aktualni mistrzowie Włoch, natomiast Lazio wygrała tylko 43 spotkania. Dziś wydaje się, że siły mogą być wyrównana. Spotkanie zostanie rozegrane w niedzielę o 12:30.



INTER – ATALANTA

Oba zespoły mają w ostatnim tygodniu problemy. Ich gra nie wygląda najlepiej, a w tygodniu odnieśli porażkę w Lidze Mistrzów. Mimo lekkiego dołka obie drużyny znajdują się w górnej części tabeli. Niedzielne spotkanie będzie sczególnie ważne dla Antonio Conte, ponieważ trener Interu znalazł się w ogniu krytyki. Mimo tak szerokiego składu, zawodnicy rezerwowi i nowo sprowadzeni do drużyny nie prezentują się dobrze. Kłopoty w defensywie są aż nadto widoczne u jednych i drugich. Inter stracił 10 bramek w 6 dotychczas rozegranych spotkaniach w lidze, a Atalanta straciła 13 goli. W niedzielnym spotkaniu prawdopodobnie nie zobaczymy Romelu Lukaku i Robina Gosensa. Ta dwójka jest niezastąpiona w układance Conte i Gasperiniego. Obie ekipy będą chciały zmazać kiepskie wrażenia po porażkach w środku tygodnia. Historyczne statystyki przemawiają za Interem, ale Atalanta nie ma zamiaru sprzedać tanio skóry. Mecz zostanie rozegrany w niedzielę o godzinie 15:00.


BOLOGNA – NAPOLI


Po sześciu kolejkach w meczach z udziałem rossoblu padło aż 23 bramek. Po zwycięstwie nad Atalantą, piłkarze z Neapolu byli chwaleni, ale ostatnie mecze sprawiły, że kibice zapomnieli o zwycięstwie 4:1 nad drużyną z Bergamo. Bologna przystępuje do spotkania po wygranej w ubiegłym tygodni 3:2 nad Cagliari. Do ofensywy ekipy Sinisy Mihajlović nie można mieć żadnych zastrzeżeń, natomiast problemy w obronie pogłębiają się z kolejki na kolejkę. Na tym wszystkim traci Łukasz Skorupski. Polski bramkarz notuje serię 39 meczów bez czystego konta. Trener Gattuso ma pełne poparcie u Aurelio De Laurentisa, ale ostatnie wyniki Napoli mogą martwić. Styl gry również nie wygląda dobrze. Wielkie problemy są w środku pola, duet Bakayoko & Fabian Ruiz gra poniżej oczekiwań i jest wielce prawdopodobne, że w tym spotkaniu od pierwszych minut zagości na placu Piotr Zieliński. Będzie to jego pierwszy występ od pierwszego gwizdka po zakażeniu koronawirusem. W tym spotkaniu warto obserwować Victora Osimhena, który nadal dociera się z zespołem, ale jeszcze nie świeci pełni blasku i Mussę Barrowa, który w ubiegłej kolejce został wybrany MVP. Początek spotkania w niedzielę o godzinie 18. 


POZOSTAŁE



Jeżeli ktoś zamierza spędzić niedzielny wieczór przed telewizorem, to powinien obejrzeć spotkanie Milanu z Hellasem. Ekipa Stefano Piolego odniosła kompromitującą porażkę na własnym stadionie z Lille w Lidze Europy. Chcą jak najszybciej wrócić na zwycięską ścieżkę, ale drużyna Ivana Jurica postawi trudne warunki.

Dzisiejszy mecz Sassuolo – Udinese może być idealnym przetarciem przed sobotnimi i niedzielnymi meczami. Do gry w ekipie neroverdich wraca Francesco Caputo i Domenico Berardi. Imponujące zwycięstwo odniesione na wyjeździe z Napoli potwierdziło, że pora przestać traktować drużynę Roberto De Zerbiego jako „czarnego konia” rozgrywek. Udinese w poprzedniej kolejce postawiło trudne warunki Milanowi, a nowe ustawienie wprowadzone przez trenera Gottiego może się sprawdzić lepiej niż gra z wahadłami. Pierwszy gwizdek już dziś o 20:45.

Mecz Benevento – Spezia na pierwszy rzut oka może nie brzmieć ciekawie, ale obie drużyny prezentują bardzo miły dla oka styl gry. Starcie beniaminków będzie ich pierwszym na poziomie Serie A. Faworytem jest ekipa Filippo Inzaghiego, ale Spezia potrafi zaskoczyć wyżej notowane zespoły, a ich pozytywny i radosny futbol zyskuje wielu fanów.

Kolejka nr 7 daje powinna przynieść wiele emocji oraz bramek. Pozostaje mieć nadzieje, że łatka „defensywnego Serie A” zniknie na dobre ze słowników, ponieważ piłkarze i trenerzy robią wszystko, by tak się stało.

PS Po każdej kolejce wybieram najlepszy skład kolejki oraz najgorszy. Przeprowadzone zostaną też ankiety z wyborami na najlepszego zawodnika kolejki i najpiękniejszą bramkę. Głosy możecie oddać na profilu na twitterze Kacpra Karpowicza. Serdecznie zapraszam!

KACPER KARPOWICZ

Italian man in New York – historia Pellegrino Matarazzo

Amerykańska piłka nożna od kilku lat przeżywa swój renesans. McKennie, Reina, Sargent, Weah… Tak utalentowanej reprezentacji Stany Zjednoczone nie miały jeszcze nigdy. Czasy w których o sile reprezentacji stanowili Donovan, Dempsey, Bradley czy Howard są już dawno za nami. To, co kiedyś dla amerykańskiego piłkarza był sufitem, dzisiaj jest jego podłogą. Co ciekawe, zależność ta dotyczy również trenerów. Znakomitym tego przykładem jest Jesse Marsch – szkoleniowiec RB Salzburg, którego drużyna napsuła w tym tygodniu krwi Bayernowi Monachium. Nie jest on jednak wyjątkiem. W Europejskiej piłce odnalazło się bowiem dwóch Amerykanów. Pierwszym z nich jest wspomniany Marsch, a drugim dzisiejszy bohater – Pellegrino Matarazzo, trener VFB Stuttgart. Amerykanin z włoskimi korzeniami, który odnalazł szczęście w Niemczech. Futbol dawno nie słyszał o takiej historii. Najwyższy czas ją opowiedzieć. 

Pellegrino Matarazzo urodził się 28 listopada 1977 roku w Wayne – niewielkim mieście nieopodal Manhattanu. Jest synem włoskich emigrantów, którzy przed laty osiedlili się na przedmieściach Nowego Jorku. Założyli tam farmę, która stała się domem dla całych pokoleń, w tym przyszłego trenera VFB Stuttgart. Młodego Pellegrino od najmłodszych lat pasjonowały dwie rzeczy – sport oraz nauki ścisłe. Co więcej, w każdej z tych dziedzin był niezwykle utalentowany. 

Matarazzo już jako dziecko posiadał ponadprzeciętne warunki fizyczne (ma 198 cm wzrostu). Nauczyciele od zawsze angażowali go więc w rozmaite dyscypliny sportu. Siatkówka, koszykówka, futbol. Rodzaj aktywności nie miał dla niego większego znaczenia. Grał w co mógł, choć od zawsze najbardziej lubił piłkę nożną. Nigdy nie zaniedbywał jednak nauki. Po latach ukończył Colombia University, w międzyczasie wciąż osiągając świetne wyniki sportowe. Szkoła wręczyła mu nawet nagrodę odkrycia roku. 

„Zawsze miałem coś z trenera. W wieku 20 lat byłem opiekunem na obozach i prowadziłem różne treningi dla dzieci. To była dla mnie naturalna ścieżka kariery”

PIŁKARZ Z DUSZĄ TRENERA

„Musiałem wybrać między karierą sportową, a naukową. Rodzice namawiali mnie do porzucenia sportu. -Musisz coś ze sobą zrobić, znaleźć pracę, kupić mieszkanie – powtarzali. Mieli w tym dużo racji, ale ja konsekwentnie odpowiadałem ”nie”. Chciałem dać sobie szansę.” 

Jego problemy zaczynają się po wylocie z kraju. Najpierw ląduje we Włoszech, gdzie bezskutecznie szuka klubu, udając się na testy do kilku klubów Serie B. Po 6 miesiącach wraca do USA.

Mimo wszystko decyduje się na poszukiwanie szczęścia w kolejnym kraju. Tym razem mowa o Niemczech. Karierę kontynuował w licznych zespołach profesjonalnych i półprofesjonalnych z niższych lig. W pewnym wieku zdał sobie jednak sprawę, że jest już po drugiej stronie rzeki i czas zająć się swoją przyszłością. Dostał dobrą ofertę pracy w banku, lecz ponownie wybrał futbol. Tym razem jednak gra była warta świeczki. W nowym fachu już po kilku latach osiągnął znacznie więcej niż podczas długoletniej kariery piłkarskiej. W roli grającego trenera odnalazł się znakomicie, co pozwoliło mu na zebranie cennego doświadczenia w młodym wieku. Karierę piłkarską zakończył oficjalnie w FC Nürnberg. Czasami koniec jest jednak początkiem czegoś wielkiego. Nie inaczej było tym razem.

„Zawsze byłem ciekawski. Dlatego też z wiekiem coraz bardziej ciekawiło mnie, jak daleko uda mi się zajść w sporcie. Ta ciekawość była moją motywacją przez większość kariery.”

MÓJ PRZYJACIEL GENIUSZ

Gdyby zdecydowano się nakręcić drugą część filmu „Beautiful Mind”, zapewne opowiadałaby ona o Julianie Nagelsmannie. To co 33-letni szkoleniowiec zrobił z Hoffenheim, a następnie RB Lipsk mówi samo za siebie. Dlatego też jednym z ciekawszych wątków historii amerykańskiego szkoleniowca jest długoletnia przyjaźń z niemieckim wizjonerem.

Matarazzo oraz Nagelsmann zaczynali przygodę z trenerką jako szkoleniowcy zespołów u17. Ich drużyny (FC Nürnberg oraz Hoffenheim) niejednokrotnie rywalizowały ze sobą w rozgrywkach juniorskich. Już wtedy nabrali do siebię dużego szacunku. „Przeciwko jego drużynie grało się bardzo ciężko” – wspomina po latach Nagelsmann. 

Poznali się jednak dopiero w 2016 roku na jednym z kursów organizowanych przez UEFA. Przez 10 miesięcy dzielili ze sobą pokój, a następnie zostali kolegami z pracy. Młody Niemiec był pod wrażeniem jego umiejętności taktycznych, więc wkrótce zaproponował mu przenosiny do Hoffenheim. którego właśnie został pierwszym trenerem. Początkowo Matarazzo prowadził drużynę u17, lecz już pół roku później został prawą ręką niedoświadczonego szkoleniowca. Jakiś czas temu ich drogi się rozeszły, ale ich przyjaźń przetrwała próbę czasu. „Wciąż utrzymujemy ze sobą kontakt. Gratulowałem mu awansu do półfinału Ligi Mistrzów, on mi awansu do Bundesligi” Jak się później okazało, nawet jego przenosiny do Stuttgartu, z którym wywalczył wspomniany awans miał związek z Nagelsmannem. Trener RB Lipsk niejednokrotnie sugerował włodarzom VFB, że Matarazzo to wielki fachowiec i warto mu zaufać. Nie mylił się.

„Gramy elastyczny futbol oparty na kilku zasadach. Zawsze dostosowuję styl gry pod przeciwnika, ale jest kilka filarów, których nie ruszam. Chcę grać ofensywny futbol, kontrolować spotkania i podejmować ryzyko.

AMERICAN DREAM

Grudzień 2019 roku. W jednym z domów nieopodal Sinheim dzwoni telefon. Zbliżają się święta, jeden z nielicznych okresów, gdy amerykańska rodzina spędza czas razem. Matarazzo nie był więc zbytnio zadowolony z dźwięku dzwonka. Mimo wszystko podnosi jednak słuchawkę. 

-Tak, słucham? 
-Dobry wieczór, z tej strony Sven Mislintat. Nie chciałby Pan może zostać trenerem VFB Stuttgart? 

Tak mniej więcej wyglądała pierwsza rozmowa Pellegrino Matarazzo z jego przyszłym pracodawcą, dyrektorem sportowym VFB Stuttgart – Svenem Mislintatem. „Jak dostałem tę pracę? Dobre pytanie. Odebrałem telefon i zostałem zapytany wprost, czy nie chciałbym może dołączyć do ich drużyny. Byłem zaskoczony, potrzebowałem trochę czasu. Do podpisania kontraktu wystarczyły trzy kolejne rozmowy. Sven jest niesamowitym człowiekiem, szybko złapaliśmy wspólny język.” – opowiada Matarazzo w jednym z amerykańskich podcastów.

Przed Amerykaninem postawiono jasne cele – awans do Bundesligi i rozwój młodzieży. Pierwszy jest już odhaczony, drugi konsekwentnie realizowany. Nie dość, że wywalczył awans, to stworzył jedną z najmłodszych ekip w lidze. Co ciekawe, jest również pierwszym Amerykaninem w historii, prowadzącym drużynę w Bundeslidze.

Okazały stadion, bogata historia oraz młoda, utalentowana kadra. VFB Stuttgart wygląda na zespół z dużym potencjałem, który w przeciągu kilku lat może wrócić do czołówki Bundesligi. Szczególnie, że za sterami ma prawdziwego fachowca.

MACIEJ SZEŁĘGA

Czy Milan jest w stanie zdobyć Scudetto?

Za nami już 6 kolejek, a w dalszym ciągu liderem Serie A pozostaje drużyna Stefano Piolego. Milan od początku sezonu zachwyca formą, choć wielu ekspertów nawet nie brało pod uwagę, że Rossoneri będą walczyli o mistrzostwo Italii. Ostatni raz tak dobry start rozgrywek odnotowali w sezonie 2003/04, kiedy trenerem był Carlo Ancelotti i zdołali sięgnąć po najważniejsze trofeum we Włoszech. Czy sytuacja się powtórzy i Milan zdobędzie Scudetto po 9 sezonach?

W ubiegłym sezonie spekulowano o możliwym przyjściu do klubu Ralfa Rangnicka, który miał objąć stanowisko trenera i dyrektora sportowego. Rozpoczęto nawet negocjacje, ale szybko z nich zrezygnowano, kiedy Stefano Pioli zaczął osiągać z klubem świetne wyniki. Zmienił ustawienie, a co za tym idzie, także styl gry. Drużyna Milanu nie przegrała od 23 spotkań. Trener Pioli otrzymał od zarządu wolną rękę co do transferów, wzmocnił klub na kilku pozycjach.

Najważniejszą postacią jest 39-letni Zlatan Ibrahimović. Można przecierać oczy ze zdumienia, kiedy oglądamy go na boisku. Wygląda lepiej fizycznie niż przed koszmarną kontuzją w barwach Manchesteru United. Ma na swoim koncie już 7 bramek w lidze, a jeszcze kilka tygodni temu walczył z koronawirusem. Jest dziś prawdziwą inspiracją i autorytetem dla wielu ludzi. Słowa wypowiedziane przez Szweda na filmiku ostrzegającym przed wirusem zdenerwowały wielu ludzi. Kontrowersyjne wypowiedzi Zlatana odbijają sie zawsze szerokim echem. Presja jaką wywiera na boisku na swoich kolegach jest dla nich świetną motywacją. U boku Ibry każdy piłkarz Milanu wygląda dużo lepiej. Transfer Ibrahimovica zimą ubiegłego sezonu okazał się strzałem w 11.

Nigdy nie widzieliśmy lepszego Simona Kjaera niż w ostatnich tygodniach. Nikt nie spodziewał się takiej formy Duńczyka, a sam piłkarz jest zaskoczony swoją formą i chwali współpracę z trenerem oraz Zlatanem. Kapitan Milanu Alessio Romagnoli ostatnio zmagał się z urazami, więc to Kjaer musiał przejąć pałeczkę i zostać liderem oraz mózgiem defensywy. Po powrocie z rekonwalescencji Romagnolego to Simon dalej pozostaje liderem. Wystrzega się błędów, potrafi dokładnie rozegrać piłkę od tyłu i dziś widzimy, że jego gra wygląda jak za najlepszych czasów Johna Terry’ego w Chelsea, który był autorytetem piłkarskim Kjaera.

Hakan Calhanoglu od zimy jest zawodnikiem nie do poznania. Czy to przyjście Zlatana wywarło na nim taką presję i Turek wykorzystuje 100% swojego potencjału? Na to wygląda. Wzbudził zainteresowanie innych klubów i angielskie media ujawniły poważne zainteresowanie ze strony Manchesteru United. Calhanoglu u Piolego występuje na „10”, zdobywa bramki i asystuje. Czego chcieć więcej od tak uniwersalnego pomocnika, który haruje dla dobra całej drużyny?

Można tak opisywać każdego piłkarza Milanu, który wydobywa 100% swojego potencjału ze Stefano Piolim u boku. Idealny człowiek na właściwym miejscu, te słowa trafnie pasują do aktualnego trenera Rossonerich. Połączenie młodego składu z doświadczeniem wychodzi na plus w drużynie Mediolanu. Kibice zaczynają wierzyć, że ten sezon będzie udany i nawet zdobędą Scudetto. Tak wielki klub, jak Milan musi wrócić do czołówki ligi włoskiej i grać w Lidze Mistrzów. Dziś czytamy, że Milan jest o krok od przedłużenia kontraktu z Gigim Donnarummą, a także Ibrahimoviciem. To kolejna wspaniała informacja dla czerwono-czarnych kibiców Mediolanu.

KACPER KARPOWICZ

Co robią dziś mistrzowie z Lazio?

Sezon 1999/2000 był dla kibiców Lazio cudowny. Zdobyli mistrzostwo Włoch, wygrali Coppa Italia, dotarli do ćwierćfinału Ligi Mistrzów oraz zdobyli Superpuchar UEFA, pokonując w finale Manchester United (1:0). Rzymianie mieli wówczas prawdopodobnie najlepszy skład w całej historii istnienia klubu. Trenerem był legendarny Szwed Sven-Goran Eriksson. Na platformie YouTube można znaleźć mnóstwo filmów z ostatniego spotkania w sezonie z Regginą, podczas którego kibice na Stadio Olimpico nie byli w stanie w żaden sposób kontrolować emocji. Po ostatnim gwizdku na murawie rozpoczęła się feta, a najbardziej zagorzali kibice postanowili wyciąć kępki murawy i potraktować je jak relikwie. Minęło już 20 lat i nadeszła pora sprawdzić, co słychać u członków legendarnego składu.

LUCA MARCHEGANI


Kiedyś solidny bramkarz Włoski o wyróżniającej się nowoczesnej technice bronienia. Świetnie grał na przedpolu, a przy tym miał niesamowitą elegancję w swoich paradach. Nie biła od niego nadmierna pewność siebie, ale piłkarze drużyny przeciwnej czuli respekt do niego. W mistrzowskim sezonie był już u schyłku kariery. W wywiadach powtarzał wielokrotnie, że był piłkarzem spełnionym, ponieważ zadebiutował w reprezentacji Włoch oraz zdobył scudetto. Dziś pracuje w studiu Sky Italia i jest szanowanym ekspertem. Miał też epizody jako komentator, a nawet użyczył głosu do włoskiej wersji PES w latach 2012-15. Jego syn Gabriele Marchegiani również jest bramkarzem, ale będzie mu bardzo ciężko dorównać sukcesom ojca.

ALLESANDRO NESTA


Mistrz Świata z 2006 roku. Był młodym chłopakiem, kiedy jako kapitan pierwszy raz zdobył scudetto. Nestą zaczęły interesować się bogatsze kluby i w 2003 roku podpisał kontrakt z Milanem. Można nazwać go legendą rossonerich, ponieważ rozegrał dla tego zespołu 224 spotkania i zdobył wiele tytułów. Alessandro nie miał szczęścia do wielkich turniejów, często łapał kontuzje, które uniemożliwiły mu grę. Nesta jest uważany za jednego z najlepszych obrońców ostatnich lat. Potrafił doskonale wyprowadzić piłkę, był twardy, silny, ale najbardziej rzucała się w oczy jego elegancja. Uwielbiał mierzyć się z przeciwnikami w poejdynkach 1 na 1. Był ścianą nie do przejścia. Dziś jest trenerem Frosinione i w ubiegłym sezonie otarł się o awans do Serie A.

SINISA MIHAJLOVIĆ


Dziś trener Bologni, a kiedyś doskonały obrońca. Był przywódcą, prawdziwym liderem oraz walczakiem. Potrafił doskonale wykonywać rzuty wolne, miał dobre podanie crossowe. Jest rekordzistą Serie A pod względem bramek ze stałych fragmentów. Dla Lazio rozegrał 126 spotkań i dziś jest miło wspominany oraz ciepło witany przez kibiców biancocelestich, kiedy przyjeżdżał jako trener z innymi zespołami. W dniu 13 lipca 2019 roku ogłosił, że zdiagnozowano u niego ostrą białaczkę. Mimo tak okropnej choroby nadal pełnił funkcję trenera Bologni. Przeszedł chemioterapię i przeszczep szpiku kostnego. W sierpniu uzyskał pozytywny wynik na koronawirusa. Sinisa wszystko pokonał i jest wojownikiem, od którego można czerpać inspirację.

DIEGO SIMEONE


Tego Pana nie trzeba nikomu przedstawiać. Mowa o jednym z najlepszych trenerów na świecie. Z Atletico zdobył prawie wszystko. Znany jest ze swojego energicznego prowadzenia drużyny, mówi się, że „gra razem z piłkarzami”. Argentyńczyk był zawodnikiem wszechstronnym i ciężko pracującym dla dobra drużyny. Nie robiło mu różnicy, jakie ma zadanie na boisku. Potrafił zagrać na „6” i jako ofensywny pomocnik. Boiskowym idolem Simoene był Lothar Matthaus. Jego syn Giovanni Simeone aktualnie występuje w Cagliari. Gio marzy o zrobieniu kariery na miarę ojca, ale zegar tyka, a Giovanni nie robi znaczących postępów.

PAVEL NEDVED

Zdobywca złotej piłki w 2003 roku był piłkarzem kompletnym. Włosi pokochali styl gry Czecha, który trafił do Lazio w 1996 roku. Był jednym z ojców scudetto w sezonie 99/00. Trener Sven-Goran Eriksson traktował Nedveda jako talizman i to od niego rozpoczynał wyjściowy skład. Z Lazio nie rozstał się w miłych stosunkach, klub sprzedał go do Juve, mimo że piłkarz zadeklarował pozostanie i podpisał nowy kontrakt. Kibice na Półwyspie Apenińskim nadali mu pseudonim „blind fury”. Nedved był świetnym piłkarzem, uwielbiał uderzać z dystansu. W 2015 roku Pavel został vice-prezesem Juve. Rodzina Agnellich jest zadowolona ze współpracy z Czechem.

SERGIO CONCEICAO

Na lewym skrzydle biegał Pavel Nedved, a na drugim Sergio Conceicao. Portugalczyk był bardzo szybki, uwielbiał dryblować i był bardzo wszechstronny, jak przystało na Portugalczyka. Po mistrzowskim sezonie z Lazio przeniósł się do Parmy. Miał bardzo udaną karierę piłkarską i dziś powoli spełnia się jako trener. Od kilku sezonów prowadzi FC Porto, które jest aktualnym mistrzem Portugalii. Na jego cześć nazwano malutki stadion znajdujący się w Coimbrze. Jego synowie powoli wchodzą do świata piłkarskiego.

ROBERTO MANCINI

Młodsi kibice kojarzą tego Pana z pracy trenerskiej. Zdobył mistrzostwo Anglii z Manchesterem City, pracował w Interze, a dziś chcę wrócić z reprezentacją Włoch na sam szczyt. Jako piłkarz był oddany jednemu klubowi – Sampdorii. Pozasportowe sytuacje sprawiły, że pod koniec kariery przeniósł się do Lazio i tak zdobył upragnione scudetto po raz drugi. Roberto ma trudny charakter, potrafił bić się nawet ze swoimi kolegami z drużyny o błahostkę. Juan Sebastian Veron powiedział kiedyś, że Mancini „ma trudną osobowość”. Były momenty, że Mancini prowadził autokar klubowy i sprzątał szatnie. Chciał robić wszystko. Nawet pod koniec kariery nie odpuszczał żadnych treningów i nigdy nie skarżył się na urazy.

SIMONE INZAGHI

Kiedyś był uwielbiany w niebieskiej części Rzymu, a dziś jest kochany. Po 13 latach zdołał wrócić z Lazio jako trener do Ligi Mistrzów. Simone jest świetnym szkoleniowcem, a warto pamiętać, że zastąpił na tym stanowisku Marcelo Bielsę, który po kilku dniach zrezygnował z pracy w Lazio. Inzaghi jako piłkarz zawsze był w cieniu swojego brata Pippo. W mistrzowskim sezonie nie zawsze wychodził w pierwszej XI, ale często wchodził z ławki. Był wtedy jeszcze młodym piłkarzem, którego czas miał dopiero nadejść. W barwach biancocelesti występował przez 11 lat. Przez całą karierę był porównywany do brata, byli do siebie bardzo podobni i prezentowali podobny styl gry.

SVEN-GORAN ERIKSSON

Szwed z Lazio zdobył drugie w historii klubu mistrzostwo kraju. Kibice zapomnieli, że w przeszłości był trenerem ich odwiecznego rywala. Na kanale 2AngryMan można obejrzeć wywiad z tym doskonałym byłym Szwedzkim trenerem oraz dowiedzieć się, jak Eriksson spędza czas na emeryturze. Odsyłam do tego materiału!

KACPER KARPOWICZ

Jak Negredo stał się ambasadorem Cadiz?

Każdy klub potrzebuje symbolu, z którym postronny kibic będzie kojarzył dany zespół. Podnosi to spontaniczną znajomość marki, przyciąga przed telewizory, a co za tym idzie, w dłuższej perspektywie przynosi również korzyści finansowe. Jednak w piłce nożnej niezbędna jest również klasa sportowa, którą powinien posiadać ambasador danej marki. Dla drużyny Cadiz kimś takim jest Alvaro Negredo, który po kilku latach rozbratu z LaLiga powrócił na hiszpańskie boiska, na których kilka lat miał wykupiony abonament na zdobywanie bramek.

Ojciec Negredo był socio Rayo Vallecano i właśnie w tej ekipie Alvaro stawiał pierwsze kroki w seniorskim futbolu. W tym czasie Rayo grało na poziomie trzeciej ligi i w jednym z sezonów wraz z Negredo dotarli do barażów o Segunda, ale w nich lepszy okazał się Real Union, który swoją drogą kilka lat później skompromitował Real Madryt w rozgrywkach o Puchar Króla.

Dobre występy Negredo zaowocowały transferem do Realu Madryt Castilla. Na drugim szczeblu rozgrywkowym strzelał praktycznie, w co drugim spotkaniu, a to otworzyło mu drogę do grającej w najwyższej lidze Almerii. Tam poznał Unaia Emerego, a ten szybko dał mu okazję do debiutu w LaLiga zwieńczonego golem na El Riazor w starciu z Deportivo. W Almerii Negredo błyszczał, a jego 31 bramek zdobytych w ciągu dwóch sezonów sprawiło, że Real zdecydował się odkupić byłego gracza Castilli. Jednak nie było mu dane stać się gwiazdą „Królewskich”. Ze względu na obecność w zespole Benzemy, Raula i Higuaina byłby tylko piątym kołem u wozu.

Postanowił odejść do Sevilli, w której spędził cztery lata. W międzyczasie wraz z reprezentacją Hiszpanii wygrał EURO2012, ale jego wkład w zdobycie najcenniejszego tytułu na starym kontynencie był marginalny. W 2013 zaliczył pierwsze podejście do Premier League i wraz z Manchesterem City wygrał mistrzostwo Anglii. Skończyło się tylko na jednym sezonie w „The Citizens”, albowiem po jego usługi zgłosiła się Valencia.

W klubie z Mestalla rzadko błyszczał, a w dodatku wiele osób zarządzających klubem mocno uwierała wysoka pensja Hiszpana. Po dwóch dość rozczarowujących dla zawodnika latach odszedł na wypożyczenie do Middlesbrough, ale drugie podejście do Premier League było dla niego kolejnym gorzkim doświadczeniem. Zespół prowadzony przez Karankę spadł do Championship, a następnie Valencia sprzedała napastnika do Turcji. Po rocznym pobycie w Besiktasie dwa kolejne lata spędził w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Czas spędzony w Al-Nasr sprawił, że Negredo zatęsknił za rywalizacją na najwyższym poziomie. Władze Cadiz jeszcze przed zapewnieniem sobie awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej przeprowadziły pierwsze rozmowy z doświadczonym snajperem. Ostatecznie obie strony parafowały roczną umowę z możliwością przedłużenia o kolejny w przypadku utrzymania w LaLiga.

„Od jakiegoś czasu rozmawiałem z zarządem i prezesem. Moim pomysłem było ponowne konkurowanie na najwyższym poziomie, ponieważ moje ciało mnie o to prosiło. Chciałem wrócić do konkurencyjnej ligi. Nie zastanawiałem się długo. Skontaktowali się ze mną na długo przed awansem i końcówkę sezonu śledziłem ze zdenerwowanie. Bycie tutaj jest dla mnie dużym wyzwaniem”.

Transfer Negredo był dla wszystkich jasnym sygnałem, że Cadiz nie zamierza poprzestać na jednym sezonie w LaLiga. Pomijając efekt medialny związany z przybyciem rozpoznawalnego piłkarza, Negredo wniósł do zespołu mnóstwo jakości, której niewątpliwie w swojej układance potrzebował Cervera. Warto zauważyć, że Cadiz awansował do LaLiga, nie mając napastnika, który zdobył dwucyfrową liczbę bramek. Najskuteczniejszym piłkarzem Cervery na zapleczu LaLiga był bowiem pomocnik Alex Fernandez.

W trwającym sezonie piłkarze Cadiz zdobyli 8 bramek, z czego przy pięciu (2 bramki + 3 asysty) bezpośredni udział miał Negredo:

-bramka na 1:0 w spotkaniu z Huescą,

-asysta na otarcie łez w przegranym starciu z Sevillą,

-asysta przy bramce Choco Lozano w starciu z Realem Madryt,

-gol zdobyty głową po wrzutce Espino w starciu z Eibar,

-asysta przy golu Salviego również w starciu z Eibar.

Bramka z Huescą była dla Negredo pierwszym trafieniem na hiszpańskiej ziemi od czterech lat. Wówczas przesądził o losach meczu Valencii z Sevillą, a tym razem otworzył wynik w starciu z innym beniaminkiem oraz stał się autorem pierwszej bramki Kadyksu w Primera od czternastu lat.

Oprócz suchych liczb dochodzą również aspekty wolicjonalne. Negredo angażuje się mocno w grę obronna zespołu. Nie stawia siebie wyżej od reszty i stoi w jednym szeregu z innymi piłkarzami. Jednak ma to również swoja cenę, ponieważ przy tej intensywności nie jest w stanie rozegrać pełnych 90 minut. Wraz z trenerem wypracował kompromis, więc trener rozsądnie gospodaruje siłami Negredo, tak by pomógł drużynie w decydujących momentach. 

Doświadczony gracz stara się podpowiadać swoim boiskowym partnerom również i poza boiskiem. Jakiś czas temu w rozmowie z dziennikarzami AS-a przyznał, że podczas swojego pobytu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich po raz pierwszy przeszła mu przez głowę myśl, że mógłby w przyszłości zostać trenerem. Na razie jednak skupia się na boisku. Ma przecież kawał roboty do wykonania. Cel? Utrzymanie.

PAWEŁ OŻÓG

Korupcja, skandale i śmierć na wizji – jak król zabawek zapragnął władzy w futbolu.

Wyobraź sobie, że idziesz wąską, brukowaną ulicą. Jest ciepły wieczór. Uliczne latarnie świecą słabym światłem. Widzenie utrudnia szczypiący, tytoniowy dym, wyłaniający się zza każdego zakamarka. Za plecami słyszysz szepty i pogróżki. Słychać szelest banknotów, brzęk biżuterii i wystrzał pistoletu. Czujesz się zagrożony, chcesz uciec, ale możesz biec tylko przed siebie. Po chwili dźwięk spadających łusek zagłusza radosny wrzask komentatora, a zapach tytoniu łagodzą znakomite potrawy z pobliskich restauracji. Z każdym krokiem dostrzegasz coraz więcej drobiazgów. Pizza, wino i gazeta leżą na prawie każdym stoliku. Po chwili jesteś już pewny miejsca, w którym się znajdujesz, a przynajmniej tak ci się wydaje…

Czytaj dalej „Korupcja, skandale i śmierć na wizji – jak król zabawek zapragnął władzy w futbolu.”

Co za dużo, to niezdrowo. Rozterki Lamparda. Felieton Michała Bakanowicza.

Okno transferowe w wykonaniu Chelsea zostało rozegrane w iście spektakularnym stylu.
Zanim ktokolwiek zdążył się połapać, w klubie mieliśmy już Ziyecha i Wernera. Potem doszli
Havertz, Chilwell, Thiago Silva, czy wreszcie Mendy. Łącznie sześciu piłkarzy za kwotę
bliską 250 mln euro.

„Mają rozmach, skurwysyny” chciałoby się nawiązać klasyki polskiej komedii.

Abramowicz zawsze lubił wydawać pieniądze. Czasem było to zakupowe szaleństwo, w
późniejszych okresach inwestycje raczej wyważone, ale jednak na Stamford zawsze coś się
działo. Transferowy zakaz zastopował jednak rosyjskiego oligarchę w poprzednim oknie.
Teraz należało sobie to odbić.

Nie ma w tym niczego dziwnego. Ostatnie rozgrywki były w wykonaniu Chelsea solidne, ale
do poprawy jest sporo. Czwarte miejsce w lidze i odpadniecie w 1/8 Ligi Mistrzów to jednak
za mało. W Londynie ambicje są większe.

Mimo wszystko przy całym zachwycie transferami takimi jak przybycie Havertza, czy
Wernera, mam spore wątpliwości co do tego, że pieniądze zostały zainwestowane dokładnie
tam, gdzie powinny.

Chelsea z sezonu 2019/2020 kojarzy nam się z zespołem kreatywnym, widowiskowym i niemającym problemu ze zdobywaniem goli. Mankamentem była defensywa. Lampard do dziś
nie znalazł sposobu jak uszczelnić tę formację. Mało tego. Daily Mail podaje, że ten angielski
menadżer korzystał z 20 różnych zestawień w obronie, w zaledwie 41 ligowych spotkaniach.
Istne błądzenie we mgle.

The Blues wyglądają w tyłach przeciętnie pod względem personalnym. Przed obecnym
sezonem jasnym więc było, że wzmocnienia tam są niezbędne. Jaki jest tego efekt? Do klubu
trafił Ben Chilwell, który jest defensorem znanym z tego, że jest lepszy w ataku, niż w
obronie. Oprócz niego mamy 36-letniego Thiago Silvę, który mimo doświadczenia najlepsze
lata ma za sobą. Kolejny nabytek to grający do tej pory w Rennes Eduardo Mendy, o którym
wiemy, na razie tyle, że od Kepy gorszy na pewno nie będzie. Czy to jednak wystarczy?

Deprecjonowanie tych zawodników, zanim zdążą w klubie tak naprawdę zaistnieć, jest
oczywiście niesprawiedliwe. Jeśli jednak zestawimy powyższe nazwiska z wyżej
wymienionymi Ziyechem, Wernerem, czy Havertzem, to trudno oprzeć się wrażeniu, że
akcent został postawiony chyba nie do końca tam, gdzie należało to zrobić.

Szczególnie że gdy zerkniemy na tabelę z poprzedniego sezonu i zauważymy, że Chelsea pod
względem strzelonych goli była trzecim zespołem w lidze (69 trafień), a jeśli chodzi o
stracone, to był to wynik dopiero dziewiąty (54 gole).

I nawet już nie grzebiąc – w mimo wszystko nie tak dawnej – historii, to obecne rozgrywki też
dają już nam pewne sygnały. Co prawda Chilwell i Mendy nie zadebiutowali jeszcze w lidze,
ale Silva zdążył zrobić już błąd, po którym The Blues stracili gola. Ostatni mecz Chelsea z
WBA był pokazem nieporadności w tyłach. Wyniki 3:3 to żywe wspomnienie poprzednich
rozgrywek, gdzie ofensywę należy chwalić, ale za to obrona pozostawia wiele do życzenia.

A to może być też wynikiem problemu bogactwa w ataku. Kiedy masz w kadrze piłkarzy
takich jak Giroud, Abraham, Mount, Havertz, Werner, Hudson-Odoi, a wiesz, że za chwilę
dojdzie do nich jeszcze Pulisic i Ziyech, to trudno Ci zrezygnować, z któregokolwiek z nich.
Skład Chelsea w meczu z beniaminkiem był więc totalnie niezbalansowany. Boczni obrońcy
w postaci Alonso i Jamesa, to raczej tacy, których kojarzymy z ofensywnymi inklinacjami,
niż z solidnością w obronie, a druga linia złożona z defensywnych Kante, Kovacicia i
ofensywnego Havertza, okazała się niewystarczająca, by odpowiednio wesprzeć tyły.

I tu pojawia się mój zarzut do Lamparda. Osobiście uważam, że jeśli Anglik zdecydował się
na poświęcenie odpowiedzialnego w obronie Azpilicuety, kosztem wyżej wymienionych
zawodników, to jego druga linia powinna zostać zestawiona w bardziej przemyślany sposób.
No ale jak tu odpalić z kogoś z czwórki Mount, Havertz, Werner, czy Abraham? I to jeszcze
w momencie, w którym na ławce zostawiasz Girouda oraz Hudsona-Odoi’a, a wkrótce do
składu wskoczą Ziyech i Pulisic? No właśnie! Co za dużo to niezdrowo.

Efektem takich rozterek jest radosny futbol, który niekoniecznie jest odpowiednią drogą do
osiągnięcia sukcesu. Oczywiście, ofensywne zakupy Chelsea i ich bogactwo w ataku wciąż
robią wrażenie i są źródłem zazdrości wielu menadżerów. Tu jednak należy znaleźć złoty
środek, którego, na razie nie udało się zdefiniować, zarówno Abramowiczowi w trakcie
transferowego szaleństwa, jak i Lampardowi podczas kompletowania wyjściowego składu.

To drugie na pewno przyjdzie z czasem. Nie ma go jednak zbyt dużo. Chelsea nie może
pozwolić sobie na stratę kolejnych punktów, gdyż konkurencja nie śpi. Trzy zespoły mogą
pochwalić się kompletem zwycięstw po trzech kolejkach, a dorobek The Blues na poziomie 4
oczek jawi się, póki co mizernie. Tak więc, jeśli ten sezon ma być lepszym od poprzedniego,
recepta na sukces, którą jest pozbycie się defensywnych problemów, musi pojawić się niemal
natychmiast.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑