Dziś rozmowa z wyjątkowym gościem. Zrezygnował ze studiów w Jokohamie, by zostać zawodowym piłkarzem. Próbował swoich sił w ponad 10 krajach, a od ponad roku przebywa w Polsce. Ostatnio podpisał kontrakt z Bronią Radom. Co myśli o Polsce? Który japoński piłkarz jest jego zdaniem najlepszy? Najlepsza rzecz, która przydarzyła mu się w Polsce?
Czytaj dalej „Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.”W Madrycie potrzebna jest rewolucja. Jak ważne będzie przyszłe okienko dla Realu?
Florentino Perez w ostatnich sezonach wychodził z założenia, że drużyna nie potrzebuje przebudowy, bo ciągle składa się z wielu ogromnych nazwisk. W defensywie absolutna legenda klubu, drugą linie tworzy jeden z najlepszych tercetów pomocników w historii piłki nożnej, a na pozycji napastnika gra czołowy snajper na świecie. Jak widać, nie wystarczyło to jednak, aby utrzymać wielkość zespołu. Ze zmianami zbyt długo zwlekano, i w tym momencie potrzebna jest rewolucja. Letnio okienko może być jednym z najważniejszych w historii Realu Madryt.
CZAS NA WIELKI TRANSFER
W Madrycie po odejściu Cristiano Ronaldo nie ma postaci wiodącej, która potrafiłaby pociągnąć drużynę do zwycięstwa, a w tak wielkim klubie, taki piłkarz jest bardzo potrzebny. Następcą Portugalczyka w tej roli miał być Eden Hazard, który jak dzisiaj wiadomo, przez urazy nie jest w stanie wejść na poziom, który prezentował w Chelsea. Transfer nie wypalił, jednak nie jest to powód, aby teraz zrezygnować z takich inwestycji i liczyć, że któryś z młodych piłkarzy w klubie wyrośnie na gwiazdę, bo ostatnie miesiące znacznie w tej kwestii na nikogo nie wskazują. Tym bardziej, że sytuacja finansowa klubu nie wygląda źle. Okres pandemii przeszli bez większych – w porównaniu z innymi klubami – strat, oraz trzeba wziąć pod uwagę, że w ostatnich trzech okienkach wydali zaledwie 30 milionów euro. Zimą 2020 roku na Reiniera, i tyle. Przed i w trakcie obecnego sezonu nie przeprowadzili ani jednej transakcji wzmacniającej drużynę, lecz tylko się wzbogacali na sprzedażach. Czemu więc nie odpuścić transferów 2-3 Viniciusów, a w zamian sprowadzić jednego, bądź dwóch sprawdzonych, pewnych zawodników.
W ostatnim czasie przewijają się głównie dwa nazwiska, których domagają się kibice. Kylian Mbappe i Erling Haaland. W gruncie rzeczy wyciągnięcie przynajmniej jednego z nich może być problemem, ale grono wielkich piłkarzy, którymi może, a wręcz powinien się interesować Real, jest dużo szersze. W kwestii defensywy sporo się mówi o Davidzie Alabie, i tutaj chociaż pojawiają się ostatnio duże wątpliwości, to Królewscy ciągle są faworytem w wyścigu. Jeśli dojdzie do skutku, to wielkie brawa, jednak Los Blancos nie powinni spocząć na samym transferze Austriaka. Ciągle toczy się temat Camavingii, który chociaż byłby przyszłościową inwestycją, tak mimo wszystko raczej pewną, bo mowa tu o ogromnym talencie, który mimo 18 lat zdążył już zadebiutować w seniorskiej reprezentacji narodowej. W ostatnich tygodniach wrócił także temat Jadona Sancho, który mimo kiepskiego sezonu, byłby sporym wzmocnieniem.
Są to tylko przykłady, które najczęściej przewijają się w mediach. W rzeczywistości zbiór piłkarzy, którymi interesują się skauci Realu jest o wiele większy. Perez powinien kolejny raz zaryzykować. Postawić na kolejny transfer pokroju Hazarda, oraz liczyć na odrobinę więcej szczęścia. Bezczynne czekanie i liczenie na to, że któryś z obecnych zawodników wyrośnie na lidera może być fatalne w skutkach.
WZMOCNIENIA NA TERAZ
Dziesięć z ostatnich piętnastu transferów definitywnych Realu to piłkarze, którzy w chwili realizacji zaliczani byli do kategorii wiekowej u23. Pozostała piątka to oczywiście Eden Hazard, Thibaut Courtois, Ferland Mendy, Mariano Diaz, oraz Omar Mascarell, który w Madrycie kariery nie zrobił. Około 293 milionów euro z 516 wydanych w ostatnich 3 sezonach (włącznie z tym), zostało przeznaczone na transfery młodych zawodników. Przyszłościowe wzmocnienia to rzecz naturalna, a wręcz konieczna w każdym klubie, jednak w Realu zdecydowanie za dużo pieniędzy przeznaczyło się w to, co być może będzie kiedyś, a w dość dużym stopniu zapomniało się o tym, co jest teraz.
To, że duża część z wydanej kwoty na młodzież nie wypaliła to już odrębna kwestia, ale zarząd Los Blancos samym przeznaczeniem tak sporej ilości budżetu na niedoświadczonych piłkarzy, popełnił błąd. Powinniśmy więc mieć nadzieje, że zostały wyciągnięte z tego wnioski, i przyszłe okienko będzie obfitowało przede wszystkim we wzmocnienia, które z miejsca wpłyną na dyspozycje drużyny. Nie chodzi tu wyłącznie o wielomilionowe transfery wielkich piłkarzy, którzy w poprzednich klubach byli mocno wyróżniającymi się zawodnikami, lecz po prostu przemyślane. Choć nie jest to jeszcze potwierdzone, to ściągnięcie Davida Alaby jest absolutnym majstersztykiem. Królewscy – jeśli transfer dojdzie do skutku – Austriaka wezmą za całkowicie darmo.
Oczywiście nie ma na rynku wielu piłkarzy podobnej klasy, co aktualny piłkarz Bayernu Monachium, jednak na pewno znajdzie się kilku, których ściągnięcie nie będzie wielkim problem, a będą w stanie pozytywnie wpłynąć na drużynę. Nawet w roli rezerwowego, nie musi być to zawodnik pierwszego składu. Znaczna część budżetu musi po prostu zostać przeznaczona na wzmocnienia „na teraz”. Kolejne inwestycje w przyszłość aktualnie nie są konieczne, ponieważ w Madrycie kryzys trwa teraz.
TRANSFERY Z KLUBU
Składanie ofert innym klubom to jedna sprawa, ale w Realu sporo również ich otrzymają. Już teraz, na niespełna 4 miesiące przed otwarciem okienka, pojawiają się informacje jakoby Manchester United miał zamiar złożyć ofertę za Raphaela Varane’a. To propozycje z grupy tych, które należy mocno przemyśleć, jednak pojawią się też takie, które – jeśli kwota będzie odpowiednia – powinno się bez wahania przyjąć.
Luka Jović jest piłkarzem numer jeden, którego w letnie okienko powinno się pożegnać. Serb kompletnie nie sprawdził się w Hiszpanii, a na półrocznym wypożyczeniu w Eintrachcie pokazuje, że swoich umiejętności nie stracił. Okres w Madrycie udowodnił, że do drużyny Królewskich po prostu nie pasuje, i trzeba się z tym pogodzić. Real na transferze zwrotnym do Frankfurtu (zakładając, że tam wróci, a dużo na to wskazuje) zarobi zapewne zdecydowanie mniejszą kwotą, niż ta, za którą go ściągał, jednak pobyt Luki w stolicy Hiszpanii nikomu się nie opłaci, a przyszłe okienko będzie tym, w którym będą mogli najwięcej za niego zawołać.
Wręcz identyczna sytuacja jest Garethem Balem. Walijczyk również jest na wypożyczeniu w klubie, z którego przyszedł do Madrytu, oraz podobnie jak Jović, gra tam, i czuję się zdecydowanie lepiej, niż w stolicy Hiszpanii. Z odejściem Walijczyka pogodził się już chyba każdy nawet rok temu, jednak największą przeszkodą są warunki finansowe przyszłego pracodawcy. Chociaż w północnym Londynie złapał w ostatnim czasie wysoką formę, to wcale nie jest pewne, że do Tottenhamu wróci. W tym przypadku, w porównaniu do Serba, sprawa będzie trudniejsza, ale wydaje mi się, że wytransferowanie Garetha w tym roku będzie o wiele łatwiejsze, niż w zeszłym.
Wyżej wspomniany Raphael Varane jest podobno na najwyższym miejscu transferowej listy życzeń Manchesteru United, który ma zamiar mocno walczyć o ściągnięcie Francuza. Forma byłego zawodnika Lens w ostatnim czasie mocno spadła, i w sprawie obrońcy, który miał zastąpić Sergio Ramosa w roli lidera defensywy Los Blancos, zaczęły się dyskusje, czy z mistrzem świata z 2018 roku powinno się dalej współpracować. Ewentualna sprzedaż Raphaela na pewno mocno zasiliła by budżet Królewskich, jednak w tym momencie środek obrony jest tak mocno okrojony, że pozbycie się nawet piłkarza nie będącego od kilku miesięcy w optymalnej dyspozycji, byłoby ryzykownym posunięciem. Jeśli rzeczywiście dojdzie do wielkiego zainteresowania ze strony Anglików, to zarząd powinien mocno przemyślać tę ofertę, bo żadna z opcji nie wydaje się w 100% słuszną.
Piłkarzem, którego zdecydowanie powinno się zatrzymać w klubie jest Sergio Ramos, któremu po sezonie wygasa kontrakt. Hiszpan jest bez wątpienia jednym z największych kapitanów w historii dyscypliny, który nawet jeśli nie jest w stanie grać, to w ogromnym stopniu wpływa na drużynę. Różne media podają różne wersję negocjacji, Jedne, że Ramos wymaga absurdalnych warunków umowy, a drugie, że Florentino Perez nie zgadza się na takie w granicach rozsądku. Zarazem prezesowi, jak i kapitanowi niesamowicie zależy na sukcesach klubu, oraz kibicach, dla których Sergio jest ikoną, więc obie strony dla najlepszego rozwiązania muszą dojść do porozumienia. Florentino nie powinien popełniać błędu, który zrobił z Ikerem Casillasem. W tym momencie sprawa ta jest ponad ewentualnymi wzmocnieniami, i póki nie zostanie rozwiązana, nie będzie można w pełni skupić się na transferach.
MATEUSZ PEREK
Przebudzenie Christiana Eriksena
Eriksen po fatalnym starcie w Interze Mediolan w końcu zaczyna wchodzić na swój odpowiedni poziom. Antonio Conte postanowił dać mu drugą szanse, co powoli się odpłaca, bo Duńczyk z meczu na mecz w coraz większym stopniu przypomina Christiana, jakiego znaliśmy z Anglii.
Christian Eriksen na półwysep Apeniński przychodził jako supergwiazda. Piłkarz, którym interesowały się absolutnie największe kluby świata jak Real Madryt, PSG, czy FC Barcelona. Wyścig wygrali Nerazzuri ze względu na to, że transfer dopięli w styczniu 2020 roku. Kontrakt duńskiego pomocnika z Tottenhamem wygasał pół roku później, przez co większość drużyn wolała poczekać do końca sezonu, aby ściągnąć Christiana za darmo. Włosi jednak nie zamierzali czekać, ponieważ Antonio Conte naciskał na transfer pomocnika. Wówczas Nicolo Barella nie był jeszcze na poziomie, na którym jest dzisiaj, a były szkoleniowiec reprezentacji Italii potrzebował ofensywnie usposobionego zawodnika drugiej linii. 27 milionów euro – tyle wynosi podawana kwota, za którą Inter sprowadził Eriksena w swoje szeregi. Liczba spora, jak na piłkarza, który za 6 miesięcy nie kosztowałby ani centa. Osoby odpowiedzialne za transfer twierdziły jednak, że zawodnik takiej klasy jak najbardziej jest warty owej ceny. Wartość reprezentanta Danii w chwili realizacji kontraktu wynosiła aż 90 milionów, co tylko świadczy o tym, jak wielkie nazwisko przyszło do stolicy Lombardii.
Wielkie nazwisko – wielkie oczekiwania. Nie inaczej było w kwestii Christiana, bo kibice już od momentu ogłoszenia transferu licytowali się, ile zdobędzie bramek i ile zaliczy asyst. W programach piłkarskich i na forach społecznościowych trwały liczne dyskusje na temat tego, jak bardzo zmieni się gra Nerazzurich i jak duży wpływ będzie miał na nią Eriksen. Wielu typowało go liderem środka pola, który wręcz od niechcenia będzie uruchamiał Lukaku i Martinez. Z niecierpliwością czekano na jego debiut, ponieważ nie często piłkarz takiego poziomu zmienia otoczenie. W końcu nadeszło spotkanie z Fiorentiną. Pierwszy mecz, tydzień, miesiąc i po supergwieździe Premier League ani śladu. Kibice twierdzili „spokojnie, jeszcze się rozkręci”, ale już po 5 spotkaniach można było wywnioskować, że coś jest nie tak. Niepewny, zagubiony na boisku, popełniający proste błędy. Nie był to piłkarz, za którego jeszcze rok temu Tottenham żądał ponad 100 milionów euro, a bardziej junior, który zalicza pierwsze w życiu występy przed wielotysięczną publicznością.
Zaledwie po niecałych dwóch miesiącach pobytu w Mediolanie nadeszła pandemia, a wraz z nią zawieszenie rozgrywek. Christian pewien okres lockdownu spędził w centrum szkoleniowym Nerazzurich, ponieważ nie miał jeszcze zakupionego domu w stolicy Lombardii. Czas ten wykorzystywał na trenowanie, intensywniejsze niż inni, bo miał do dyspozycji boiska. Efekty było widać już na samym początku wznowienia rozgrywek, ponieważ Duńczyk zaliczył serie kilku naprawdę udanych spotkań. Bramka z Napoli w Coppa Italia, gol i asysta z Brescią, czy też świetny mecz z Sampdorią w lidze. Wszystko zmierzało ku dobremu i można było odnieść wrażenie, że przerwa spowodowana wirusem zrobiła akurat mu dobrze. Było to jednak złudne, bo ostatnie mecze sezonu z włączeniem finałowej fazy Ligi Europy, były równie słabe, jak jego debiutanckie występy.
Mimo nieudanego i dość rozczarowującego pół roku o sprzedaży póki co na poważnie nie myślano, ponieważ jest to za krótki okres, aby podejmować takie decyzje. W sezonie 2020/21 w końcu miał pokazać swoją klasę, czego oczekiwał od niego przede wszystkim Conte. W trakcie zgrupowania reprezentacji narodowej poprzedzającego start nowej kampanii Christian pokazał się z naprawdę dobrej strony, rozgrywając solidne spotkania z Belgią oraz Anglią. Ponadto nieźle wyszły mu także mecze sparingowe Nerazzurich. Jednak w przeciwieństwie do tego, na co się zapowiadało – runda jesienna w wykonaniu Eriksena była jeszcze gorsza, niż wiosenna ubiegłego sezonu. 11 spotkań, 0 bramek i 0 asyst. W pewnym momencie został wręcz całkowicie odstawiony na bok, co mogło zwiastować, że styczeń okaże się kolejnymi przenosinami. Stracił miejsce w składzie, atmosfera wokół niego podobno nie była zbyt dobra, a fala krytyki sięgała sporych wysokość. Dla piłkarza, który chce grać, w takiej sytuacji przenosiny są zazwyczaj jedyną słuszną opcją.
Antonio Conte nieoczekiwanie okazał jednak sporo cierpliwości i po rozmowach z Duńczykiem stwierdził, że nigdzie się nie przenosi. Ciągle widział w nim piłkarza swojej drużyny, z którym jest w stanie sięgać po trofea. Po nowym roku można było zauważyć, że wsparcie od trenera podniosło go na duchu. Niezła zmiana w meczu z Sampdorią, dobre 120 minut z Fiorentiną w Pucharze Włoch i przede wszystkim – Milan. Można uznać, że derby Mediolanu w ćwierćfinale Coppa Italia były początkiem odrodzenia Eriksena w Interze. Duńczyk wszedł na boisko w 88 minucie, kiedy na tablicy widniał wynik 1:1. Sprawa była prosta – kto strzeli, wygrywa i awansuje, inaczej czeka nas dogrywa. Los chciał, że Nerazzuri otrzymali rzut wolny przed samym polem karnym Rossonerich. Choć w ostatnich miesiącach nie słynął z wykonywania tego stałego fragmentu gry, to wybór do roli wykonawcy padł właśnie na Eriksena. 7 minuta doliczonego czasu, strzał, 2:1. Lepszego momentu na pierwsze trafienie w obecnym sezonie po prostu nie mógł sobie wybrać.
Od tamtej chwili Christian odżył jako piłkarz. Nie chodzi tu już o samą rolę i wkład w drużynę, który obecnie ciągle wzrasta, ale boiskowe zachowanie, mentalność, zaangażowanie w drużynę. Od tej bramki jakby stał się częścią Interu. Zaczął przeżywać spotkania drużyny, a wyniki i dobro zespołu są dla niego istotne jak nigdy wcześniej. Pod kątem pewności siebie została też zdjęta blokada, co widać po swobodzie poruszania się na boisku, oraz częstszych pojedynkach. Poza boiskiem ma także być już coraz bardziej otwarty i pozytywny, co przekłada się na lepsze relacje z drużyną. Ciężko będzie mu aktualnie wyjść przed szereg w Interze, bo obok siebie ma fenomenalnego Nicolo Barelle, który wskoczył w zapowiadaną mu wcześniej rolę lidera środka pola, natomiast główne oklaski zbierają Romelu Lukaku z Lautaro Martinezem. Jednak bez wątpienia Conte powoli rośnie, a bardziej przebudza się kolejny wielki piłkarz, który będzie w stanie przesądzić o wyniku meczu.
Czasem potrzeba czasu, w tym przypadku aż rok. Prawdopodobnie jesteśmy właśnie świadkami odradzania się Eriksena z piłkarskich popiołów. Pytanie tylko, na jaką skalę.
MATEUSZ PEREK
31 lat to za mało, by opuszczać świat. Wspominamy Davide Astoriego w trzecią rocznicę śmierci.
4 marca 2018 cały piłkarski świat zamarł, kiedy Fiorentina podała informację, że ich kapitan Davide Astori nie żyje. Italia pogrążyła się w ogromnej rozpaczy. Kapitan Violi został znaleziony martwy przez kolegów z drużyny w hotelowym pokoju w dniu meczowym z Udinese. Odejście Astoriego była szokiem dla milionów fanów piłki nożnej. Davide zostawił narzeczoną Francescę i osierocił ich córkę, która w chwili jego śmierci miała dwa lata. W ceremonii pogrzebowej wzięło udział kilkanaście tysięcy osób. Do dziś kiedy myślimy o tym wydarzeniu, czujemy ogromny smutek.
POCZĄTEK KARIERY I PRZYGODA W CAGLIARI
Przygodę z piłką Davide rozpoczął na prowincji Bergamo w lokalnej drużynie Pontisola. Miał ogromny talent i wyróżniał się pracowitością. Już w wieku 14 lat sięgnął po niego Milan, gdzie spędził 5 lat, grając w drużynach młodzieżowych. Idolem Astoriego był Alessandro Nesta, którego podpatrywał na treningach. Nie przypadkowo występował przez większą część kariery z numerem 13. Po dwóch latach wypożyczeń z Milanu trafił do Cagliari. Sardyńczycy podczas pewnego spotkania w Serie C zwrócili uwagę na młodego chłopaka i kilka tygodni później Astori mógł zakładać koszulkę rossoblu. Po dołączeniu do nowego klubu powiedział: „Transfer do tutaj [Cagliari] traktuję jako poszukiwanie przygód, który podejmuję z wielką chęcią sprawdzenia siebie, nauki i rozwoju. Będę gotowy, kiedy trener będzie mnie potrzebował”. Astori zadebiutował w Serie A mając 21 lat, w spotkaniu ze Sieną 14 września 2008 roku. Rok później już regularnie występował w pierwszym składzie Cagliari. Udanie zastąpił Diego Lopeza, który odziewał koszulkę rossoblu przez 12 lat i rozegrał 343 spotkania. Pierwszego gola na poziomie Serie A strzelił 31 stycznia 2010 przeciwko Fiorentinie. Jeszcze wtedy nie wiedział, że będzie w przyszłości piłkarzem Violi. Astori prawdziwą rozpacz przeżył w spotkaniu z Milanem 3 kwietnia 2010 roku, kiedy strzelił samobója w doliczonym czasie gry i pozwolił swojej byłej drużynie cieszyć się ze zwycięstwa. Sezon 2010/11 był przełomowy w karierze Włocha. Został wybrany jednym z lepszych obrońców w lidze, a Cesare Prandelli dał szansę zadebiutować w reprezentacji Italii. Latem 2011 roku Cagliari w pełni wykupiła kartę Davida Astoriego od Milanu.
Łączna kwota transferu wyniosła 4.5 mln euro. Do nieprzyjemnej sytuacji doszło w spotkaniu z Napoli 23 października 2011 roku, kiedy po wejściu Ezequiela Lavezziego musiał pauzować 3 miesiące, ze względu na złamaną kość śródstopia. Nie był to udany sezon w wykonaniu Astoriego. Na sam koniec przegrał rywalizację z Angelo Ogbonną o wyjazd na Euro 2012 rozgrywane w Polsce i na Ukrainie. Na początku sezonu 2012/13 mówiło się, że Astori zmieni barwy klubowy i trafi do Spartaka Moskwa za bardzo wysoką cenę 15 mln euro. Kibice Cagliari byli zagotowani tę informacją, ale na sam koniec Davide nie trafił do rosyjskiej drużyny, a podpisał nowy kontrakt z drużyną isolanich.
W styczniu jednak był bardzo blisko przejścia do Southampton, ale transfer upadł na ostatnich krokach. Był to kolejny wspaniały sezon w wykonaniu Włocha. W indywidualnych statystykach obrońców był w czołówce, a występował w drużynie, która ledwo się utrzymała w Serie A. Kolejny sezon rozpoczął w złych nastrojach z klubem. Początek piłkarskiego roku rozpoczął na ławce rezerwowych za karę, ponieważ piłkarz negocjował warunki kontraktu z Napoli. Transfer nie doszedł do skutku, a chwilę potem Astori wrócił do podstawowego składu Cagliari. W sezonie 2013/14 Davide został kapitanem drużyny. Sam wiedział, że pora szukać nowego pracodawcy, ponieważ z ekipą rossoblu utknął w dole tabeli, a mierny poziom drużyny hamował rozwój piłkarza. I tak w następnym sezonie udał się na wypożyczenie do Romy.
SEZON W RZYMIE I TRANSFER DO FLORENCJI
W zespole giallorossi Davide spędził tylko sezon. Trafił na wypożyczenie. Rok pozwolił mu zdobyć doświadczenie i odbudować się po gorszym okresie w Cagliari. 17 września 2014 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów przeciwko CSKA Moskwa. Pierwszego spotkania w Champions League nie wspominał najlepiej, ponieważ doznał kontuzji kolana, która wykluczyła go z gry na miesiąc. Dla Romy zdobył jedną bramkę w spotkaniu ligowym z Atalantą. Strzałem głową pokonał Marco Sporitello, który później był jego kolegą we Fiorentinie, do której trafił w następnym sezonie, ponieważ Roma nie dogadała się z Cagliari odnośnie ceny za kartę Astoriego. Do gry o piłkarza włączyła się Fiorentina, która szybko przekonała Davide do podpisania kontraktu. Od pierwszego dnia we Florencji czuł się jak w domu. Kibice miło przywitali nowego obrońcę, a ten od dnia debiutu zaczął się spłacać. W pierwszym sezonie rozegrał 42 spotkania we fioletowej koszulce. Nowy selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa, wielokrotnie w wywiadach opowiadał, że Astori był wielkim profesjonalistą i jednym z lepszych piłkarzy, z którym współpracował jako trener. Davide był twardzielem, którego można porównać do Francesco Acerbiego. Nie zwracał uwagi na drobne urazy, a z gry głównie wykluczaly go zawieszenia za żółte kartki. W sezonie 2016/17 wyszedł w podstawowym składzie i zagrał od deski do deski w 40 spotkaniach. Nikt nie spodziewał się, że sezon 2017/18 będzie ostatnim w karierze piłkarza i jego życiu…
SMUTNY SEZON, KTÓREGO NIGDY NIE ZAPOMNĄ W ITALII
Na początku sezonu 2017/18 przejął opaskę kapitańską od Gonzalo Rodrigueza, który wrócił do swojego kraju kontynuować karierę. Fiorentina chciała wrócić do Europejskich Pucharów po słabszym ubiegłym sezonie. Wszystko szło po myśli do 4 marca. Dzień wcześniej drużyna Violi udała się do Udine na mecz z tamtejszym Udinese. Po zgrupowaniu i lekkim rozruchu wszyscy udali się na kolację, a później do hotelowych pokoi. Jak co każdy wyjazd Ricky Saponara spotkał się z Davide Astorim na wieczorną grę na playstation. Około godziny 23 Riccardo wrócił do swojego pokoju. Przed snem przypomniał sobie, że zostawił obuwie u Davide za ścianą. Postanowił nie budzić swojego przyjaciela, który w tamtym czasie był już nieprzytomny przez zatrzymanie akcji serca. Kiedy przed śniadaniem zapukał do drzwi Astoriego nikt mu nie otworzył. Był pewny, że poszedł na śniadanie. Cała drużyna przebywała na stołówce, ale brakowała na niej kapitana, który zawsze pierwszy się pojawiał. Wzięli zapasowy klucz z portierni i pobiegli na górę, zobaczyć co się dzieje. Kiedy otworzyli drzwi wszyscy zamarli. Davide już nie żył. Trener Diego Lopez i pomocnik Carlos Sanchez zemdleli, a Riccardo Saponara pogrążył się w rozpaczy. Krótko po tym wszystkie media pisały o śmierci kapitana Fiorentiny. Piłkarski świat zamarł, a reszta spotkań w Serie A zostały przełożone.
CIAO DAVIDE
Po powrocie ze spotkania z Udinese zaplanowane były rozmowy dotyczące nowego kontraktu. Astori był gotowy zakończyć karierę we Fiorentinie. Jako kapitan chciał święcić triumfy z klubem i całym miastem. Był przykładnym kapitanem. Każdy słuchał Davide, każdy liczył się z Davide i każdy przyjaźnił się z Davide. W barwach Violi rozegrał łącznie 91 oficjalnych spotkań i strzelił 3 bramki. Kibice z Florencji kochali Astoriego i kochają go do dziś. Numer 13, w którym występował został zastrzeżony, nie tylko przez Fiorentinę, a także Cagliari, gdzie stawiał pierwsze kroki w seniorskiej karierze i występował tam przez 8 lat. Po jego śmierci w Serie A i Serie B kolejka została przełożona. Przed każdym następnym spotkaniem we Włoszech i Europejskich rozgrywkach była minuta ciszy poświęcona pamięci Davide. Każda 25 kolejka sezonu w Italii jest zadedykowana włoskiemu piłkarzowi. W 13 minucie jest przerwana gra, a kibice i piłkarze nagradzają gromkimi brawami pamięć zmarłego Davide. Tego samego roku Astori został wprowadzony do Fiorentina Hall of Fame.
W kwietniu 2019 roku kontrakt piłkarza został przedłużony na całe życie. Zbiórkę przeprowadzili kibice Fiorentiny, którzy uzbieraną kwotę kontraktu przekazali dla małżonki i jego córki. Podczas towarzyskich spotkań reprezentacji Włoch z Argentyną i Italią pod koniec marca 2018 roku widniał napis „Davide semper co noi” (Davide zawsze z nami) na koszulkach squadra azzurra. Serie A pozwoliła wprowadzić inicjały i numer koszulki na opaskę kapitańską Violi. Do dnia dzisiejszego, kiedy German Pezzella nakłada odznaczenie, wpierw całuje opaskę. W maju 2019 roku podczas ceremonii Davide został wprowadzony do Italian Football Hall of Fame, gdzie znajdują się tylko wybitni.
„O KAPITANIE, NA ZAWSZE MÓJ KAPITANIE” – WZRUSZAJĄCY LIST RICCARDO SAPONARY
„O Kapitanie, mój Kapitanie. Dlaczego nie przyszedłeś zjeść śniadania z nami wszystkimi? Dlaczego nie odebrałeś butów przed pokojem Marco Sporitello i nie przyszedłeś napić się soku pomarańczowego? Teraz wszyscy mówią, że życie toczy się dalej, że musimy być skoncentrowani i musimy się podnieść. Ale jak to będzie wyglądać bez Ciebie? Kto każdego ranka przyjdzie do kawiarni, aby rozgrzać nas wszystkich swoim uśmiechem? Kto będzie karcił młodszych i kto będzie najbardziej odpowiedzialny? Kto stworzy krąg, byśmy mogli zagrać w „dwa dotknięcia”, grę, którą uwielbiałeś? Z kim będziemy rozmawiać na temat ostatniego odcinka MasterChef? Na temat florenckich restauracji, seriali i meczów… Na kim będę się wspierać podczas wyczerpującego lunchu? Na kim położę rękę? Wracaj, musisz zobaczyć w końcu LaLaLand i przeanalizować go scena po scenie, jak każdy film. Wracaj do Florencji, czekamy na Ciebie. Wyjdź z tego cholernego pokoju. W życiu poznajesz ludzi i wiesz, że nigdy się z nimi nie zaprzyjaźnisz. Jest też David, który po transferze przychodzi do Ciebie, rozkłada ręce i mówi: Witamy we Florencji, Ricky. O Kapitanie, na zawsze mój Kapitanie”.
Kiedy pisałem tekst o Astorim myślami wracałem do tego dnia. Jak co niedziela miałem zasiąść przed telewizorem i spędzić dzień z Serie A przed nosem. Nie mogłem uwierzyć wiadomościom, które czytałem. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wymieniałem Astoriego w składzie, który powinien pojechać na zbliżający się mundial w Rosji (jak wszyscy wiemy, Włochy nie awansowały). Wrócił smutek, który towarzyszył mi 3 lata wcześniej. Minęło już sporo czasu, a myślę, że nie tylko ja pogrążam się w rozpaczy, kiedy przypominam sobie ten dzień. Astori był wspaniałym człowiekiem i doskonałym piłkarzem. Po zakończeniu kariery chciał zamieszkać w swoim ukochanym mieście Bergamo i rozpocząć nowy biznes, który był jego hobby. Interesował się architekturą. Jako sportowca i obrońcę możemy porównać go do architekta. Budował relacje z kolegami klubowymi oraz budował mur, z którym mieli problemy napastnicy w Serie A. Nigdy nie zapomnimy o Davide. Będzie w naszych sercach na zawsze!
KACPER KARPOWICZ
Dynamit w nogach i głowie – ciekawy przypadek Pione Sisto
Nazywają go dziwakiem i niespełnionym talentem. Jedni oklaskują, drudzy wskazują palcami. Był na okładkach gazet ze względu na swoje umiejętności, ale większą popularnością cieszyły się newsy o jego ekscentrycznym zachowaniu. Poznajcie Pione Sisto. Oto słodko-gorzka historia o depresji, talencie i oczekiwaniach, którą napisał futbol.
JEDEN Z DZIEWIĘCIU
Pione Sisto Ifolo Emirmija przyszedł na świat w Kampali, stolicy Ugandy. Jego rodzice pochodzili z Sudanu. Tam się wychowali, założyli rodzinę i dowiedzieli się, co to znaczy wojna. Konkretnie II wojna domowa w Sudanie, która trwała aż przez 22 lata. Szacuje się, że podczas jej trwania życie straciło 1,5 miliona cywilów, natomiast aż 4 miliony osób zostały zmuszone do emigracji. Wśród tych osób znajdowali się Masima Sisto Iccang oraz Sisto Locco Majuleikwa, czyli rodzice dzisiejszego bohatera. W przeciągu kilku miesięcy dwukrotnie zmieniali swoje miejsce zamieszkania. Najpierw zmuszeni byli do ucieczki z Sudanu do Ugandy, a następnie otrzymali pomoc ze strony duńskiego rządu. Do Europy trafili, gdy Pione miał zaledwie dwa miesiące.
Piłkarz ma aż ośmioro rodzeństwa: Adeleide, Lobolohitti, Margaret, Akari, Cathy, Angelo, Lopunyaka i Reginę. Jeden z jego braci jest inżynierem, inny posiada licencjat z ekonomii. On sam nigdy nie przykładał zbytniej wagi do nauki, co wcale nie oznacza, że próżnował. Już w wieku 7 lat trafił do szkółki Tjörring IF. „Pione cały czas musiał z kimś rywalizować, bo inaczej po prostu się nudził” – powiedział Kent Kalhoj, jego pierwszy trener. Jak sam mówi, Pione był jego ulubieńcem nie tylko ze względu na wrodzone umiejętności, ale również wielką pracowitość. „Większość dzieci w akademii trenowało 12 godzin tygodniowo, tymczasem Pione ćwiczył przez 24.” Nic dziwnego, że w wieku 15 lat trafił do FC Midtjylland. W barwach Wilków przeżył wiele pięknych chwil. Gol na Old Trafford, tytuł gracza sezonu w wieku zaledwie 19 lat, aż w końcu mistrzostwo Danii. Po pewnym czasie znacząco przerósł ligę duńską, a oferty Evertonu, Porto, czy West Hamu tylko czekały na podpis. Ku zdziwieniu mediów, Sisto wybrał jednak grę dla Celty Vigo.
Jak sam mówił, przekonała go możliwość występowania w pierwszej jedenastce i szansa na rozwój w silnej, europejskiej lidze. Ruch ten mógł wydawać się niezrozumiały, ale osoby z jego środowiska nie były nim specjalnie zaskoczone. Szczególnie, że jego bliscy twierdzili, że Pione jest uzależniony od ciągłego rozwoju. Celta mu ten rozwój zapewniała, przynajmniej do czasu…
Jego pierwsze sezony w Hiszpanii wyglądały obiecująco. Sisto na pewnym etapie rozgrywek potrafił być najlepszym asystentem ligi, a w mediach pojawiało się coraz więcej pogłosek o zainteresowaniu FC Barcelony. W spełnieniu marzenia o przeprowadzce na Camp Nou miał Duńczykowi pomóc dobry występ na mundialu. Jego wartość rynkowa sięgała już niespełna 20 milionów euro, wszystko wskazywało na to, że Celta pobije swój dotychczasowy rekord transferowy (należący wówczas do Nolito, za którego Manchester City zapłacił 18 milionów euro). W klubie rosła presja, a wśród kibiców oczekiwania. Balonik został napompowany. Wystarczyło jedno ukłucie, aby pękł z hukiem.
PRZECIĄŻENIE SYSTEMU
Debiut na mistrzostwach świata to dla większości piłkarzy wielka chwila. Niegdyś Paweł Sibik porównał swoje słynne 5 minut na mundialu w Korei i Japonii do 100 występów w Ekstraklasie. Nie bez powodu. Mundial to święto różnorodności, prawdziwy piłkarski karnawał. Teoretycznie taki kolorowy ptak jak Sisto powinien znakomicie odnaleźć się na tego typu imprezie. W rzeczywistości, to właśnie na mundialu przeżywał swój największy koszmar.
„Problemy, które za mną chodzą przez ostatnie dwa lata miały swój początek na mundialu w 2018 roku. Kompletnie mi się tam nie podobało. Po jakimś czasie chciałem już tylko wrócić do domu”.
Podczas trwania mistrzostw Duńczyk zdiagnozował u siebie pierwsze objawy depresji. Debiut na tak dużej imprezie nie był dla niego niczym specjalnym. Czuł zobojętnienie, nie obchodziło go zupełnie nic, co się działo wokół niego. A działo się sporo. W ostatnim sparingu przed mistrzostwami (przeciwko Panamie) Sisto strzelił swoją debiutancką bramkę dla reprezentacji. Prasa natychmiast podchwyciła temat (osobny artykuł poświęcił mu nawet „The Guardian”), oznajmiając, że skrzydłowy trafił z formą na mundial. Być może trafił, ale tylko z formą fizyczną. Głowa ewidentnie nie dojechała. Miał być duńskim Messim, czy nowym Laudrupem. Wkrótce okazało się, że nie pozostał nawet sobą. Gdy wrócił do Hiszpanii był już zupełnie innym człowiekiem.
OWOCOWA DESPERACJA
Gra Celty w sezonie 18/19 była równie rozczarowująca, co drugi sezon serialu „True Detective”. Potrafili co prawda wyeliminować Real Madryt w ćwierćfinale Pucharu Króla, ale jednocześnie do przedostatniej kolejki walczyli o utrzymanie. Gdy masz w składzie Stanislava Lobotkę, Maxiego Gomeza, czy Iago Aspasa, oczekuje się od ciebie zajęcia miejsca przynajmniej w środku stawki. Większość zawodników nie wzięło sobie jednak oczekiwań kibiców do serca, a kwestia utrzymania znowu spoczęła na barkach Aspasa. Co więcej, gdy tylko okazało się, że Celta zapewniła sobie utrzymanie, w klubie zaczęło dochodzić do prawdziwej serii niefortunnych zdarzeń. W tym przypadku ich autorem nie był Lemony Snicket, a pewien duński skrzydłowy i jego paru kolegów z zespołu.
Od kontuzjowanego Emre Mora nagrywającego swoje skoki do basenu, Sofiane Boufala i Ryada Boudebouza zatrzymanych przez policję za jazdę na motorze bez uprawnień, aż do Pione Sisto i jego cudownej diety owocowej. O Celcie Vigo z tamtego okresu można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było tam nudno. Co do samego Duńczyka i jego dziwnych nawyków: 21 dni o samych owocach, tak wyglądały przygotowania gracza „Celestes” do najważniejszej fazy sezonu. Co ciekawe, to nie koniec dziwnych historii z jego udziałem. Sezon później, w dobie pandemii wyruszył wraz ze swoją siostrą w podróż po Europie. Bez wiedzy klubu wrócił do Danii, a podczas lockdownu standardowy trening zastąpił medytacją. Po jakimś czasie w klubie mieli go już serdecznie dosyć, a transfer wydawał się być kwestią czasu.
Już kilka miesięcy później Sisto został zaprezentowany jako stary-nowy gracz FC Midtjylland. Warto dodać, że na prezentacji pojawili się jego rodzice, którzy z włóczniami w rękach zaprezentowali tradycyjny afrykański taniec. Po jego wcześniejszych wybrykach nikt nie był tym specjalnie zaskoczony (szczególnie, że jego rodzice zrobili to samo podczas jego premierowej konferencji dla reprezentacji Danii w 2014 roku).
OSTATNI PUZZEL
Początkowo wydawało się, że Sisto nie będzie pasował do Midtjylland. Podczas jego czteroletniej nieobecności klub poszedł mocno do przodu, zaczął stosować najnowocześniejsze metody scoutingu, czy treningu przy użyciu nowych technologii. Zaczęli również sprowadzać analityków specjalizujących się w absolutnie każdym aspekcie gry (na przykład rzutach z autu). Jednym słowem, w tym klubie nie ma miejsca na przypadek. Jak na ironię, jedynym przypadkiem wydawać się mógł transfer naszego bohatera.
Do tak profesjonalnego, hermetycznego środowiska miał wkroczyć facet, który znany był z niewykonywania poleceń klubu, czy stosowania własnych, specyficznych metod treningu. Zespół, w którym zwracają uwagę na każdą dodatkową kalorię miał przyjąć faceta, który wierzył w cudowne działanie diety owocowej, czy medytacji. Okazało się, że w tym szaleństwie była jakaś metoda.
Negocjacje kontraktowe z zawodnikiem wcale nie należały do najłatwiejszych. Sisto był już zdecydowany na transfer do FC Kopenhagi, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się. Podczas rozmów z Midtjylland wcale nie było lepiej. Negocjacje się wydłużały, a piłkarz zachowywał się coraz bardziej nieprofesjonalnie. Odmawiał, żądał wysokiego wynagrodzenia, a nawet chciał wpłynąć na ostateczną kwotę transferu. Na jego szczęście duński klub prowadził negocjacje twardą ręką, a jego przedstawiciele wiedzieli, że nie mogą wrócić do Danii bez 26-letniego skrzydłowego. Postawili na swoim, a hitowy transfer stał się faktem.
Po powrocie do Danii Pione Sisto odżył. Coraz bardziej przypomina piłkarza, który strzelał bramki na Old Trafford, po cichu marząc o grze dla Barcelony. Po 17 ligowych spotkaniach ma swoim koncie 5 bramek oraz 2 asysty. Jak sam mówi, musiał zniszczyć starego człowieka, tak aby w jego miejsce pojawił się nowy. Pomimo tak dobrej dyspozycji, nie zanosi się, aby spełnił on oczekiwania, jakie mieli co do niego kibice jeszcze kilka lat temu. Jego historia może posłużyć za przestrogę dla nas wszystkich. Dla mediów, zawodników, trenerów, a nawet kibiców. Pamiętajmy, że płyta boiska potrafi być krzywym zwierciadłem, które wygładza ludzkie problemy. Wielu piłkarzy prawdziwą rywalizację rozpoczyna dopiero po końcowym gwizdku. Najgorsze, że jest to rywalizacja z samym sobą.
MACIEK SZEŁĘGA
Bohater miesiąca w Hiszpanii?
Każdy zespół potrzebuje goleadora, który w kluczowych momentach przesądzi o losach spotkania. Na kogoś takiego w Realu Sociedad wyrasta młody Szwed. Imponujący wzrost, momentami krnąbrny charakterek oraz instynkt killera sprawiły, że od najmłodszych lat Alexander Isak był porównywany do swojego słynnego rodaka Zlatana Ibrahimovicia. Czy były to porównania na wyrost? Oceńcie sami.
Na Isaku porównywania do Ibry nie robiły wrażenia. Reagował podobnie jak Kamil Stoch na porównania do Adama Małysza. Rozumiał je, ale podkreślał, że nosi inne nazwisko. Isak ma 21-lat, a już zdążył zaliczyć kilka wzlotów i upadków, które można usprawiedliwić wciąż niewielkim doświadczeniem, ale czas pokazuje, że potrafi wyciągać wnioski.
Nigdy nie miał renomy grzecznego chłopca z sąsiedztwa, który każdemu się kłaniał, a złośliwym obrońcą nadstawiał drugą nogę do skopania. Od początku swojej przygody z piłką wiedział, czego oczekuje od życia i nie rzadko zadzierał nosa. W końcówce jednego ze spotkań reprezentacji Szwecji pojawił się na ostatnie minuty i po strzeleniu bramki, spojrzał na swój nadgarstek niczym na Rolexa, stwarzając wokół siebie aurę gwiazdy, która sprawdza, ile zajęło jej rozprawienie się z kolejnym rywalem.
Długo nie musiał czekać na wejście do dorosłego futbolu. Już mając 16 lat, zadebiutował w seniorskiej piłce. Nie miał łatwego życia, przepychając się ze znacznie silniejszymi i bardziej doświadczonymi obrońcami, ale to doświadczenie nauczyło go szybkiego podejmowania decyzji, a dzięki twardej grze bark w bark szybko zmężniał, a jego pseudonim żyrafa szybko uległ przedawnieniu.
Kiedy tak młody piłkarz zbiera regularnie minuty na najwyższym poziomie ligowym w swoim kraju, od razu zjeżdża się grono skautów z największych europejskich klubów. Swego czasu wzbudził zainteresowanie Realu Madryt, ale lepsze na tamten moment warunki rozwoju zaproponowała Borussia Dortmund. W Niemczech Isak zbyt wiele sobie nie pograł. Tuchel wolał stawiać na innych zawodników, wierząc, że czas Isaka dopiero nadejdzie. To oznaczało, że Isak musiał szukać gry gdzieś indziej. Gra w rezerwach w żaden sposób nie rekompensowała mu gry w Bundeslidze, więc nadszedł czas na podjęcie kolejnej decyzji.
Szwed w porozumieniu ze swoimi agentami szukał rozwiązania pośredniego. Ligi, która będzie przetarciem przed Bundesligą, a przy tym będzie dobrą ekspozycją na topowe ligi. Padło na Eredivisie. Willem II przyjęło go z otwartymi ramionami, a on swoimi bramkami odwdzięczył się za szansę, którą otrzymał. Po bardzo dobrym sezonie powrócił do Dortmundu, ale na krótko. Na stole pojawiła się oferta Realu Sociedad, a wraz z nią wizja długofalowego rozwoju zawodnika. W ten sposób zawitał na hiszpańskie boiska.
Pierwsza eksplozja formy Isaka miała miejsce mniej więcej rok temu. Wówczas regularnie zdobywał bramki w rozgrywkach ligowych, a w Pucharze dosłownie się bawił. Na dobrą sprawę passa Szweda zakończyła się po meczu z Realem Madryt, w którym ustrzelił dublet. Czy zahuczało w głowie młodego piłkarza i czy poziom wody sodowej osiągnął stan powodziowy? Można podejrzewać, że do pewnego stopnia ta teza jest prawdziwa, tym bardziej, że pojawiały się takie głosy. Z drugiej strony można zrozumieć chwilowe nadmierne samouwielbienie Isaka, po tym, jak w Dortmundzie był postacią marginalną, a nagle w Hiszpanii jedną nogą wszedł na stopień z napisem gwiazda. Wszyscy chwalili trenera Imanola Alguacila oraz piłkarzy na czele z Odegaardem, Oyarzabalem i Portu, więc mogło zaszumieć.
Później z wiadomych przyczyn liga przestała grać, a Real w wyniku problemów zdrowotnych głównego dyrygenta zespołu znacząco obniżył loty, co przełożyło się też na gorszą grę Isaka. Sezon 20/21 rozpoczął w pierwszym składzie, ale bez oczekiwanych fajerwerków. Jego głównego konkurenta do miejsca w składzie z gry wykluczył pozytywny test, ale pomimo tego, że w ten sposób Isak sztucznie wygrał rywalizację, nie przekonywał. Często przechodził obok spotkań i brakowało mu już słynnego ognia w oczach. William Jose od dłuższego czasu siedział na walizkach, a Jon Bautista przy całym szacunku dla tego zawodnika, nie stanowi realnej konkurencji dla Isaka. W zimowym oknie transferowym Jose w końcu opuścił txuri-urdin i powietrze dla Isaka stało się jakby rzadsze. Złapał niesamowity luz i nawiązał do oczekiwań, jakie z nim wiązano. Nagle wszystko stało się dla niego łatwe i praktycznie każdy kontakt z piłką kończył się strzałem, który lądował w siatce. Dziewięć bramek w ostatnich siedmiu spotkaniach LaLigi mówi samo za siebie.
Bramkostrzelni napastnicy bez względu na sytuację na rynku transferowym zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem. Zawsze znajdzie się zespół, który potrzebuje maszyny do zdobywania bramek. Warto pamiętać, że kwota odstępnego za Isaka wynosi 70 milionów euro, ale przy tym należy postawić gwiazdkę. Dortmund oddając Szweda na preferencyjnych warunkach, zastrzegł sobie możliwość odkupienia gracza za 30 milionów euro. O ile sam Isak przebąkiwał, że Dortmund jest dla niego przeszłością, a nie przyszłością, o tyle sytuacja może ulec zmianie w momencie transferu Erlinga Haalanda do jednego z gigantów. Wówczas zwolni się miejsce dla bramkostrzelnego napastnika. Do Haalanda Isakowi nadal daleko, natomiast zna dortmundzkie realia. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, Isak ze swoją charakterystyką mógłby godnie zastąpić Norwega, bez większej ingerencji w grę całego zespołu.
Jednak choć ewentualny powrót do BVB jest możliwy, to Isak w Hiszpanii czuje się dobrze. Szybko nauczył się języka i dobrze dogaduje się z pozostałymi piłkarzami Realu. RSSS latem ściągnął Davida Silvę, żeby pokazać takim zawodnikom jak Isak, że sufit klubu jest stale podnoszony, a wraz z klubem mogą też rosnąć piłkarze. Zaplecze Realu San Sebastian jest fenomenalne i nie trudno przekonać młodych zawodników do dołączenia do projektu, tym bardziej że trener Imanol Alguacil potrafi wprowadzać nowe twarze do zespołu bez utraty jakości ogółu. Oczywiście RSSS na miano hiszpańskiego giganta musi jeszcze zapracować, ale stopniowo buduję swoją renomę i stał się atrakcyjnym miejscem dla piłkarzy, którzy chcą stopniowo budować swoją pozycję w europejskiej piłce.
PAWEŁ OŻÓG
Od futsalu do piłkarskiej reprezentacji narodowej. Historia Wissama Ben Yeddera.
„Myślę, że kluczem jest mieć wiarę. Nigdy nie przestawaj wierzyć. Nawet gdy sprawy nie układają się dobrze, musisz wierzyć, że dasz radę”. Każdy z nas ma postanowienia, które stoją w szeregu przed wszystkimi innymi sprawami. Wiara, rodzina i uśmiech – w życiu Wissama od zawsze najbardziej liczą się tę trzy wartości.
SZCZĘŚLIWE DORASTANIE W TRUDNYM MIEJSCU
„Benye” – bo tak koledzy nazywali go w dzieciństwie – urodził się 12 sierpnia 1990 roku w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic aglomeracji Paryskiej. Sarcelles położone na granicach stolicy Francji w dawnych czasach było znane przede wszystkim z licznych rabunków, przewinień, czy nawet zabójstw. Znaczną część społeczeństwa regionu stanowili migranci z północnej Afryki, którzy byli głównym celem przestępstw. Rodzice Wissama pochodzili z Tunezji i nie raz byli atakowani przez rdzennych mieszkańców ze względu na swoją narodowość. Innym znanym dzisiaj piłkarzem, który również żył we wspomnianej dzielnicy był Riyad Mahrez. Algierczyk do dzisiaj pozostaje przyjacielem Francuza, chociaż co ciekawie nie połączyła ich pasja do piłki. Tytułowy bohater nie miał zbyt wiele swobody poza domem, ponieważ Pan i Pani Ben Yedder z obawy na bezpieczeństwo, rzadko pozwalali mu wyjść na podwórko.
Prześladowanie i ataki przemocy nie ustępowały, przez co rodzina została zmuszona do przeprowadzenia do pobliskiego miasteczka Garges-les-Gonesse. Regionu o teoretycznie bardziej spokojnego, niż Sarcelles. Sytuacja jednak znacząco się nie poprawiła, gdyż rasizm we wczesnych latach był bardzo powszechny, ale w nowym miejscu zamieszkania Benye miał możliwość podjęcia życiowego celu. Padło na piłkę nożną, ponieważ jak sam dzisiaj tłumaczy – „Z piłką przy nodze odrywam się od rzeczywistości” – a to z powodu dyskryminacji, która trafiała jego bliskich, było dla niego istotne. Jak u każdego dzieciaka w młodym wieku, w tym okresie narodziły się u Wissama ambicje pozostania profesjonalnym piłkarzem.
„Kiedy nie musieliśmy iść do szkoły, budził mnie o ósmej rano i kazał mi iść grać przeciwko niemu na boisku. Uwielbiał rywalizacje, a już szczególnie gry jeden na jeden”.
Daniel Mendy, przyjaciel z dzieciństwa Ben Yeddera, tak wspomina początki znajomości z aktualnym piłkarzem Monaco. Nie przeszkadzało mu, że najczęściej to on przegrywał w starciach z Benye. Robił to po prostu z koleżeństwa, ponieważ Wissam również wiele razy bez problemów mu pomagał. Dorastanie w trudnym otoczeniu nauczyło go wiele rzeczy. Zrozumiał, że trzeba wierzyć w sukces i nie pozostawiać swoich przyjaciół jak i rodziny w potrzebie, ponieważ sukces osiąga się wspólnie. Jako dziecko postanowił, że niezależnie od sytuacji będzie starać się być uśmiechniętym, aby pozytywnie wpływać na swoje otoczenie.
WYSZKOLONY NA PARKIECIE
Będąc w szkole elementarnej Ben Yedder uwielbiał grać w piłkę na zajęciach wychowania fizycznego. Starcia na małej powierzchni wymagające sprytu sprawiały mu ogromną przyjemność. W pewnym momencie podjął decyzje, że to właśnie w futsalu chce kontynuować swoją przygodę ze sportem. Z czasem postanowił przenieść swe umiejętności z osiedla oraz szkoły na poważną rywalizacje. Przy pomocy rodziców zdecydował zapisać się do lokalnej drużyny i mimo, że nie było zespołu z jego rocznika, to ze względu na atuty został bez problemu przyjęty. Po pewnym czasie przeciwnicy będący o zaledwie kilka lat starsi zaczęli się robić dla niego zbyt łatwi do konkurowania, a to spowodowało, że został przesunięty do pierwszego zespołu klubu.
Jak się później okazało – również i w starciach z dorosłymi osobami nie miał problemu, aby się wyróżniać. W profesjonalnych rozgrywkach futsalu pokazał się na tyle z dobrej strony, że zaczął być powoływany do reprezentacji narodowej do lat 21. Z miejsca stał się liderem młodzieżowego zespołu trójkolorowych, kilkakrotnie wychodząc nawet z opaską kapitańską. Jednak podobnie jak w klubie, na arenie międzynarodowej również znacząco się odznaczał od swoich nieco starszych kolegów. Poskutkowało to tym, że został powołany do seniorskiej reprezentacji narodowej na mecz z Chile. Mało brakowało, a zaprzepaściłby szanse na debiut. Na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu, z którego mieli odlatywać, okazało się, że Wissam nie posiada francuskiego paszportu, a jedynie tunezyjski. Federacja z zakłopotaniem skontaktowała się z miejscowym burmistrzem, dzięki czemu Benye dostał zezwolenie na lot samolotem. Przez całą swoją późniejszą futsalową karierę rozegrał jeszcze 5 spotkań w pierwszej reprezentacji Francji.
Dzisiaj bez problemu można dostrzec, że ma za sobą kilka lat spędzonych w halowej odmianie piłki nożnej. Charakteryzuje się przede wszystkim zwinnością, sprytem oraz wyjątkową techniką, czyli cechami, które rozwinął właśnie podczas gry w futsal. Warto też wspomnieć, że w trakcie jednego z treningów złapał kontuzję prawej stopy. Nie chcąc siedzieć bezczynnie i oglądać, jak inni grają, postanowił ćwiczyć lewą nogą, mając prawą w gipsie. Do momentu kiedy wodząca noga była już zdolna do grania, Wissam opanował wręcz do perfekcji tę lewą. Przełożyło się to na to, że obecnie wyśmienicie używa obie z nich. Czas spędzony na parkiecie spowodował, że dzisiaj Ben Yedder pod względem umiejętności jest niesamowicie wyjątkowym zawodnikiem.
„NOWY MARADONA”
Mistrzostwa Świata w 2006 roku sprawiły, że Benye zdecydował zmienić swoją dalszą ścieżkę życia. Widok reprezentacji Francji wchodzącej do finału Mundialu – co prawda przegranego przez trójkolorowych – uświadomił Wissamowi, że to murawa jest jego prawdziwym powołaniem. Rok po podjęciu życiowej decyzji postanowił przenieść się do miejscowości Saint-Denis na obrzeżach Paryża, gdzie rozpoczął swoją piłkarską karierę w lokalnym amatorskim klubie. Doświadczenie zdobyte podczas gry w futsal sprawiło, że swoimi wyjątkowymi umiejętnościami w dość szybkim tempie przebił się do seniorskiej drużyny. Mimo, że był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem, to podobnie jak na hali, zdecydowanie przewyższał na boisku starszych rywali.
Sezon 2008/2009 był absolutnie przełomowy w karierze Ben Yeddera. Plotki na temat wielkiego talentu zaczęły się rozchodzić po całej stolicy a spora część kibiców zespołu przychodziła na spotkania głównie w celu ujrzenia gry młodego Francuza. Jeszcze w trakcie wyżej wspomnianych rozgrywek, klub Alfortville , również z aglomeracji Paryskiej, postanowił zaklepać sobie zawodnika, który ostatecznie dołączył do nich po zakończeniu sezonu. Nowa drużyna występowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym we Francji, więc była to znakomita szansa na pokazanie się szerszej publiczności. Jak się z czasem okazało, dwa lata które spędził w Saint-Denis były wyjątkowo długie patrząc na miarę talentu, oraz status byłego klubu. Bowiem zaledwie po niecałym roku spędzonym w Alfortville po Wissama zaczęły się zgłaszać kluby z absolutnego krajowego topu. W ciągu jednego sezonu zrobił takie wrażenie, że specjalnie z jego powodu na mecze przyjeżdżali skauci nawet zza granicy.
„Powiedziano mi o młodym piłkarzy, który według wielu był nazywamy fenomenem, więc chętnie przyszedłem zobaczyć jego grę. Wystarczyło 15 minut. Chwyciłem za telefon i zaoferowałem chłopaka Lille. To był nowy Maradona”.
Takimi słowami po kilku latach swoje pierwsze wrażenie po zobaczeniu Ben Yeddera opisał Michel Moulin dla stacji RMC Sport. Do transferu do Lille ostatecznie nie doszło, ponieważ liderem w wyścigu była drużyna z Tuluzy. Olivier Sardana, prezydent Toulouse osobiście skontaktował się z chłopakiem i skutecznie nakłonił go do transferu. Pierwsze kroki stawiał w drużynie rezerw, jednak zaledwie po 4 miesiącach od oficjalnych przenosin zadebiutował w Ligue 1. Wystarczyły cztery lata, żeby dzięki swojej determinacji i zaangażowaniu, zamienił hale na najwyższy stopień rozgrywkowy we Francji.
CORAZ BLIŻEJ SPEŁNIENIA MARZENIA
Toulouse do dzisiaj pozostaje klubem, w którym spędził najwięcej czasu. Od debiutu do ostatniego spotkania w fioletowych barwach minęło aż sześć lat. Zasłynął jednak z gry nie tylko dla drużyny, która wprowadziła go do poważnego świata futbolu. W pozostałych dwóch klubach – Sevilli i obecnie Monaco – także emanował bardzo dobrą dyspozycją. W Los Nervionenses mimo, że spędził dwa razy mniej czasu niż w Tuluzie, to zdobył niemalże identyczną ilość bramek i asyst (71 trafień w Toulouse, 70 w Sevilli i po 22 asysty w obu klubach). Podczas pobytu w Monaco również utrzymuje wysoki stosunek udziału przy bramkach, do liczby rozegranych spotkań. Na dzień pisania tego tekstu wystąpił 54 razy w drużynie byłego mistrza Francji, oraz zdobył 30 bramek i zaliczył 14 asyst. Od momentu przybycia do „Les Rouge et Blanc” jest prawdopodobnie najważniejszą postacią całego zespołu.
W skrócie rzecz ujmując – gdziekolwiek i kiedykolwiek grał, zawsze utrzymywał pewien poziom, z którego rzadko schodził. W trakcie 11 sezonów w profesjonalnej piłce w jego wykonaniu (licząc także obecny) rozegrał 366 spotkań, strzelił 171 bramek i zaliczył 58 asyst. Dzieląc przez liczbę kampanii wychodzi średnio 20 bezpośrednich udziałów przy bramkach na sezon. Całkiem niezły wynik jak na zawodnika, który ani razu w swojej karierze nie wzniósł trofeum.
Mając za sobą występy w Lidze Mistrzów, czy Lidze Europy, Wissam ciągle walczy o spełnienie swojego największego marzenia – wyjazd na wielki turniej z reprezentacją Francji. W 2016 podczas selekcji na Mistrzostwa Europy we Francji został pominięty na rzecz Giroud, Griezmanna, Martiala oraz Gignaca, a na Mundial 2018 Didier Deschamps powołał Mbappe, oraz ponownie Griezmanna z Olivierem Giroud. Obecnie jednak jest na dobrej drodze, aby zostać zabranym na przyszłe euro. W 23 rozegranych kolejkach ligowych zdobył 11 bramek, dzięki czemu jest drugim najlepszym francuskim strzelcem w aktualnym sezonie Ligue 1 (Mbappe 16 trafień). Dodatkowym argumentem, być może nawet głównym dla którego miałby zostać powołany jest fakt, że od czerwca 2019 roku ominął zaledwie jedno zgrupowanie z powodu zarażenia COVID-19. Na 15 możliwych meczów wyszedł na boisko w aż 11, więc jak widać, trener mu ufa.
Wydaje się więc, że ostatnim zadaniem jakie musi spełnić Ben Yedder, aby pojechać z reprezentacją Francji na Mistrzostwa Europy i tym samym spełnić swoje marzenie, jest utrzymanie równej dyspozycji do końca rozgrywek. A jak znamy z poprzednich lat – Wissam niemal zawsze jest gwarancją ponadprzeciętnej formy.
MATEUSZ PEREK
W Lechii sezon przejściowy w pełni.
Lechia Gdańsk w tym sezonie delikatnie rzecz ujmując, nie zachwyca. Jeżeli ktoś spodziewał się postępów, to mógł się zawieść niczym pracownik oczekujący znacznej podwyżki, który zamiast niej otrzymał bakaliowe środy i owocowe czwartki. Należy zadać sobie pytanie, w którą stronę zmierza ten zespół, w czym tkwi problem i gdzie upatrywać szans.
PODSTAWOWA GARŚĆ STATYSTYK
Lechia zazwyczaj jako pierwsza traci bramkę. W 10 z 16 rozegranych spotkań traciła gola jako pierwsza, co pokazuje, że zespół Stokowca lubi sobie utrudniać zadanie. Jeżeli chodzi o dorobek bramkowy, Lechia strzeliła dokładnie tyle samo bramek co czwarty w tabeli Śląsk Wrocław. Lechia podobnie jak Pogoń większość bramek strzela po stałych fragmentach gry. W ten sposób Lechia zdobyła 13 spośród 21 bramek (najwyższy udział procentowy bramek po SFG w całej lidze).
TYLKO JEDEN ZESPÓŁ SPADA Z LIGI
Najprostszym wytłumaczeniem przeciętnej oraz słabej gry w większość spotkań jest fakt, że tylko jeden zespół po sezonie opuści ligę. Regulamin rozgrywek 20/21 sprzyja zespołom, które postanowiły urządzić sobie tzw. sezon przejściowy. Jeśli dany klub ma kadrę na miejsca powiedzmy 6-10, może sobie przebimbać sezon, a i tak prawdopodobnie nie skończy na ostatnim miejscu, o ile spręży się w spotkaniach ze słabeuszami. Zespół Stokowca działa jak bystry uczeń, któremu nie zależy na stypendium, ale wie, że musi zdać do następnej klasy i robi to bez zbędnego wysiłku. Lechia na ogół nie zachwyca, ale potrafi wypunktować drużyny, które dopiero co awansowały do Ekstraklasy:
– wygrali na wyjeździe z Wartą 0:1,
– wygrali u siebie ze Stalą Mielec 4:2,
– wygrali u siebie z Podbeskidziem 4:0,
– zremisowali w Grodzisku z Wartą Poznań 1:1.
Dziesięć punktów w czterech spotkaniach z beniaminkami, to połowa dorobku punktowego Lechii w tym sezonie. Pozostałe punkty zawodnicy Piotra Stokowca wywalczyli w spotkaniach z Cracovią, Wisłą Kraków, Zagłębiem oraz Śląskiem.
TYLKO UZUPEŁNIENIA
Transfery letnie:
Bartosz Kopacz z Zagłębia Lubin,
Kristers Tobers z Lipawy (sprowadzono na stałe),
Kenny Saief wyp. z Anderlechtu (a właściwie przedłużono jego wypożyczenie).
Transfery zimowe:
Mykola Musolitin z Valmiery,
Jan Biegański z GKS-u Tychy,
Joseph Ceesay z Helsingborgsa.
O ile na ocenę zimowych transferów jeszcze przyjdzie czas, o tyle letnie ruchy można już rzetelnie podsumować. Tobers i Saief już w poprzednim sezonie grali dla biało-zielonych, więc ciężko ich rozpatrywać w kontekście wzmocnień. Docenić należy transfer Bartosza Kopacza, który gra bardzo solidnie i tworzy dobry, jak na warunki Ekstraklasy duet stoperów.
Letnim pomysłem na uzupełnienie kadry było postawienie na młodych zawodników, którzy ostatnio przebywali na wypożyczeniach, czyli Mateusza Żukowskiego i Mateusza Sopoćko. Pierwszy zagrał tylko raz w podstawowym w składzie, ale na tle Wisły Płock prezentował się na tyle słabo, że otrzymał w przerwie wędkę od trenera Stokowca. Jak dotąd uzbierał 98 minut w 6 spotkaniach ligowych. Sopoćko już zdążył pożegnać się z Lechią. Uzbierał nieco więcej minut, ale również nie zachwycał. Raczej nikt nie spodziewał się, że Sopoćko podbije ekstraklasowe boiska, ponieważ w poprzednim sezonie będąc na wypożyczeniu w Podbeskidziu, nie był nawet podstawowym młodzieżowcem.
MARAZM, MARAZM I MARAZM
Lechia potrafi ciułać punkty, ale niestety na tym poprzestaje. Ciężko doszukać się w tym zespole większych pokładów kreatywności, bo nawet jak któryś z zawodników wybija się ponad przeciętność, to za moment reszta ściąga go w dół. Na pierwszy plan wysuwa się środek pola, który bez względu na personalia prezentuje się zazwyczaj przeciętnie bądź słabo. Od Kubickiego raczej nikt nigdy nie wymagał stania się nowym Tonim Krossem, ale jego rozwój w pewnym momencie stanął i Stokowiec, który pracował z nim jeszcze w czasach Zagłębia, nie sprawił, że były młodzieżowy reprezentant Polski podniósł swój poziom sportowy. Tomasz Makowski w zasadzie nie ma atutów poza byciem młodzieżowcem. Ostatnio przynajmniej podejmuje próby strzałów z dystansu, ale wciąż śrubuje statystykę spotkań bez strzelonej bramki na poziomie Ekstraklasy.
Maciej Gajos to już wyższy poziom ligowego dżemiku. Kiedy przechodził do Lechii, wielu kibiców Lecha żartowało, że duet Klimczak&Rutkowski podrzucił do Gdańska konia trojańskiego. Niewiele dziś zostało z piłkarza, który kilka lat temu nieźle się zapowiadał, a dziś nie jest w stanie wziąć na siebie gry cieniującej Lechii w większości spotkań Lechii. Egzon Kreyzu zagrał tylko dwa spotkania i niczym szczególnym się nie wyróżnił. Młody Kałuziński zdążył już wylecieć z boiska w meczu z Jagiellonią i – co gorsza – potem Lechia zaczęła grać nawet lepiej. Nadal musi ciężko pracować, ale daleki jestem od skreślenia 18-letniego zawodnika.
Z oceną Kennego Saiefa można mieć problem. Widać u tego zawodnika jakość czysto piłkarską, ale nie ma liczb. Trzynaście spotkań i aż biją po oczach zera po stronie bramek i asyst. Faktem jest, że w wielu spotkaniach koledzy z zespołu „okradali” go z asyst, ale już przyzwoite 2+3 wyglądałoby zdecydowanie lepiej. Wydaje się, że mógłby z powodzeniem grać na tzw. „kierownicy”, ale ostatnio trener Lechii postanowił wrócić do ustawienia z Saiefem na boku.
Na skrzydłach sytuacja też nie wygląda kolorowo. Conrado zdarzają się przebłyski, ale brakuje mu regularności. Brazylijczyk potrafi zrobić coś z niczego, ponieważ nie kalkuluję. Podejmuje ryzyko i to może podobać się kibicom Lechii. Haydary w ostatnich spotkaniach wygląda tragicznie. Wspomniany wcześniej Sopoćko oraz Mihalik zdążyli już pożegnać się z klubem. Swoją drogą samo sprowadzenie Mihalika było tematem dość kontrowersyjnym, ponieważ w Cracovii zaliczył mnóstwo żenujących spotkań i ktoś, kto postawił na niego, był człowiekiem wielkiej wiary. Kilka dni temu do Lechii dołączył Joseph Ceesay, który w 2020 spadł z ligi szwedzkiej. Bazuje przede wszystkim na szybkości i w dzisiejszym spotkaniu z Puszczą zdobył bramkę już w trzeciej minucie spotkania. Pod koniec pierwszej połowy miał jeszcze jedną doskonałą okazję, ale jej nie wykorzystał. W zimowym oknie dołączył również Ukrainiec Musolitin, ale wciąż czeka na debiut w spotkaniu ligowym.
GŁOWNE ATUTY
O ile można wytykać Lechii braki na wielu pozycjach, o tyle duet środkowych obrońców Kopacz – Nalepa prezentuje się bardzo solidnie i śmiało można powiedzieć, że należą do ligowej czołówki. Co ciekawe Michał Nalepa z trzema bramkami na koncie jest drugim strzelcem w zespole, co powinno uwierać graczy ofensywnych. Dziś nie miał najlepszego dnia – zdobył bramkę samobójczą i miał kilka niepewnych interwencji – ale zazwyczaj gra dobrze.
Promykiem nadziei na lepsze czasy dla Lechii jest Rafał Pietrzak. Zaliczył w tym sezonie już 6 asyst, co prawda aż trzy w meczu z Podbeskidziem, ale w Lechii brakuje piłkarzy, którzy potrafią regularnie asystować i trafiać do bramki. Jeżeli już mowa o asystach, to warto przedstawić również statystykę kluczowych podań:
– Pietrzak 33,
– Kubicki 15,
– Conrado 13,
– Saief 12,
– Paixao 11,
– Fila 10,
– Haydary 10,
– Gajos 8,
– Makowski 5.
W Ekstraklasie tylko Bartosz Nowak uzbierał więcej kluczowych podań niż Rafał Pietrzak, co pokazuje potencjał, który drzemie w lewym obrońcy Lechii. Gdyby większa liczba piłkarzy Lechii potrafiłaby wziąć grę na siebie, to ich sytuacja wyglądałaby zdecydowanie lepiej. Grają tak, jak grają, ale czwarte miejsce jest nadal na wyciągnięcie ręki. Przez długi czas dość zachowawcza gra Lechii przynosiła dobre rezultaty. Niestety pragmatyzm przełożył się na znaczący regres, który nie oddaje tabela. Złośliwi mogą powiedzieć, że Lechia, kiedy strzela bramkę cofa się, ale kiedy traci, również się cofa. Nawet spotkanie z Puszczą to pokazało. Lechia szybko strzeliła bramkę na 1:0 i nie zdecydowała się pójść za ciosem, a końcówka meczu wyglądała, jak typowy pomysł Cracovii na spotkanie, czyli wrzutki bez ładu i składu.
Lechia jeszcze nie tak dawno grała w finale Pucharu Polski, a rok wcześniej wywalczyła Puchar i Superpuchar, a dziś stała się drużyną, której głównym celem jest gra na poziomie Ekstraklasy, ale nic więcej. Czy zwolnienie Stokowca mogłoby pomóc? Być może. Trzeba jednak pamiętać, że od jakiegoś czasu Lechia działa na określonych zasadach, które nie każdemu trenerowi mogą odpowiadać, a trener Stokowiec, co by nie mówić, zna już ten klub od podszewki, zdobył zaufanie kibiców zasilając klubową gablotę i zapewne wie najlepiej jakie potencjalne trupy mogą po raz kolejny wyskoczyć z szafy.
PAWEŁ OŻÓG
Piękni trzydziestoletni – sekret ofensywy Levante
Od czasu zakończenia kariery przez Davida Villę, reprezentacja Hiszpanii ma spory problem z obsadzeniem pozycji numer 9. Na Euro 2016 pojechali tacy napastnicy jak Aritz Aduriz, czy Nolito. Smak mundialu w Rosji poznali natomiast Lucas Vazquez i Rodrigo Moreno. Do dyspozycji kolejnych selekcjonerów prawie zawsze byli Iago Aspas (jeżeli tylko był zdrowy), czy Gerard Moreno, ale nie są to typowe 9. Warto jeszcze wspomnieć o naturalizowanym Diego Coście, ale ten rozdział jest już raczej zamknięty.
Jeszcze za czasów Villi reprezentację Hiszpanii miał zbawić Bojan Krkić, a nieco później Munir El Haddadi, który najpierw nieco przygasł, a ostatnio zdecydował się nawet na grę dla reprezentacji Maroka. W międzyczasie 36 spotkań dla „La Roja” rozegrał Alvaro Morata, a na horyzoncie pokazał się Ferran Torres. Sytuacja w kadrze Luisa Enrique zaczęła się stabilizować, a do drużyny zaczęli pukać nowi, dość ciekawi zawodnicy. Ich główną wadą jest wiek, ale to przecież tylko liczba.
Roberto Soldado, Alvaro Negredo, Roger Marti i Jose Luis Morales – razem 133 lata i… aż 30 bramek w tym sezonie La Liga. Pierwszy z nich jest najlepszym strzelcem Granady, drugi najlepszym strzelcem oraz asystentem Cadiz, a pozostała dwójka stanowi drugi najlepszy duet ofensywny w lidze. Tylko Joao Felix i Luis Suarez mają lepsze liczby od napastników Levante. Razem przeszli drogę od gry w trzeciej lidze, przez spadek do Segunda Division, aż do wygranej z Realem Madryt, czy awansu do półfinału Copa del Rey. Oto jak formował się jeden z najciekawszych duetów napastników w europejskiej piłce.
JAK DWIE KROPLE WODY
Fabryka bramek – Roger & Morales, tak duet napastników Levante opisali dziennikarze „El Pais”. Nie bez powodu. Dowódca i rewolwerowiec (z kolei tak Martiego i Moralesa nazywają kibice Levante) zdobyli w tym sezonie aż 21 z 44 bramek „Żab” we wszystkich rozgrywkach. W swojej 112-letniej historii klub z Walencji nigdy nie widział bardziej zabójczego duetu.
Ich wspólna droga rozpoczęła się w 2011 roku. Obaj trafili wówczas do rezerw Levante – Marti ze szkółki Valencji, Morales z niewielkiego zespołu CF Fuenlabrada. Przez najbliższe dwa lata nie mogli się przebić do pierwszego zespołu, więc w sezonie 13/14 obaj zdecydowali się na wypożyczenie – Roger trafił do Realu Saragossy, a Morales do Eibaru.
W tym momencie ich drogi rozeszły się pierwszy i ostatni raz. Morales szybko znalazł miejsce w składzie Eibaru i odegrał ważną rolę w awansie zespołu do Primera Division, co dało mu przepustkę do pierwszego składu Levante. Wkrótce otrzymał nawet opaskę kapitańską. Droga drugiego ze snajperów była nieco bardziej skomplikowana. Marti był wypożyczany aż trzykrotnie, a do Levante wrócił dopiero w 2016 roku. Najważniejsze jednak, że w pierwszym zespole zastał przyjaciela sprzed lat. W ciągu pięciu następnych sezonów zostali najlepszymi strzelcami Levante w najwyższej klasie rozgrywkowej.
TRUST THE PROCESS
Pod koniec zeszłego roku kibice Levante nie mieli zbyt wielu powodów do uśmiechu. Ich ukochany klub bił rekordy pod względem jednobramkowych remisów (nazbierał ich aż 5 z rzędu), a nowy sezon rozpoczynał zdobywając zaledwie 3 punkty w 4 spotkaniach. Posada Paco Lopeza wisiała na włosku. Prezydent klubu – Quico Catalan postanowił mu jednak zaufać, co szybko okazało się strzałem w dziesiątkę.
W międzyczasie ten sam Quico Catalan popadł w konflikt z największą gwiazdą zespołu – Jose Luisem Moralesem. Poszło o przedłużenie kontraktu, który miał wygasać w czerwcu 2021 roku. Jak dobrze jednak wiemy, taki konflikt potrafi niesamowicie zmobilizować zawodnika. Robert Lewandowski podczas trwania sporu z Cezarym Kucharskim strzelał bramkę za bramką, co jakiś czas dokładając „doppelpacka”, a nawet hat-tricka. Co więcej, Leo Messi wyraźnie odżył właśnie podczas ostatniej afery kontraktowej, co potwierdzają jego bramki przeciwko Granadzie, czy Betisowi. Podobnie było w przypadku napastnika Levante. Od momentu rozpoczęcia sporu z prezydentem klubu aż do podpisania kontraktu, Morales strzelił 5 bramek i zanotował 3 asysty. Potem było już tylko lepiej.
Zdarza się, że zawodnicy po podpisaniu nowej umowy obniżają loty. W tym przypadku było wręcz przeciwnie. Za starcie z Granadą kapitan „Żab” otrzymał nagrodę „King of the match”. Zdobył dwie bramki, ale jego prawdziwą wartość można było zaobserwować dopiero, gdy opuścił boisko z powodu urazu. Gra Levante posypała się, a Granada zdołała wyrównać. Skończyło zakończyło się wynikiem 2:2 po bramce Roberto Soldado w doliczonym czasie gry.
NAJWAŻNIEJSZY GOL
„Do dzisiaj wspominam swoją pierwszą bramkę w La Liga, ale to bramka z Villarealem jest od teraz najważniejszą w mojej karierze” – Roger Marti
120 minuta spotkania, na Estadio Ciudad de Valencia panuje głucha cisza. Przebijają się tylko pojedyncze głosy trenerów obu drużyn, ustalających już powoli wykonawców rzutów karnych. Kilkanaście sekund później Roger Marti dostaje piłkę w środkowej strefie boiska. Napastnik opanował futbolówkę, po czym zagrał ją w kierunku lewego skrzydła. Czas na ostatnie dośrodkowanie w tym spotkaniu. Do piłki dobiega Jose Luis Morales, po czym zagrywa ją na skraj pola karnego. Tam już czeka Roger Marti, który prostym podbiciem kieruje ją do siatki. Już po chwili ginie w stosie uformowanym przez kolegów z boiska. W ten oto sposób Levante pokonuje Villarreal Unaia Emery’ego, gwarantując sobie miejsce w półfinale Pucharu Hiszpanii.
Była to już siódma sytuacja w tym sezonie, kiedy Morales zagrywał piłkę do Martiego, a ten zamieniał jego podanie na bramkę. Fabryka bramek Roger & Morales działa jak nigdy wcześniej, choć warto wspomnieć, że prawdziwym bohaterem tego spotkania był rezerwowy bramkarz Levante – Daniel Cardenas. 23-latek nie tylko zachował czyste konto, ale również obronił 11 strzałów piłkarzy Villarrealu.
Levante zagrało w półfinale Pucharu Króla tylko dwukrotnie – w 1935 i 1937 roku. Teraz po ponad 80 latach przerwy dostąpi tego zaszczytu po raz trzeci. Czy jeden z najlepszych duetów w lidze zaprowadzi swój zespół do finału Copa del Rey? Przekonamy się już w czwartek około godziny 21.00.
MACIEJ SZEŁĘGA
Piłkarscy Robin Hoodzi, czyli jak zabierać punkty gigantom
Mówi się, że o sile ligi stanowi środek tabeli. To właśnie dzięki ligowym średniakom (takim jak Wolverhampton, czy Leeds) Premier League stało się najlepszą ligą świata i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta uległa zmianie. Tym bardziej że znaczenie ligowych rzemieślników w dobie pandemii znacząco wzrosło. Rozgrywki są dużo bardziej nieprzewidywalne, a drużyny ze środka stawki stały się postrachem gigantów.
UNION BERLIN
Jak najprościej scharakteryzować grę drużyny Ursa Fischera? Wystarczy użyć trzech słów – intensywność, intensywność i jeszcze raz intensywność. Taktyka szwajcarskiego szkoleniowca jest prosta, ale i niezwykle skuteczna. Union potrafi dosłownie „zabiegać” rywala, co potwierdzają liczby. Gracze Unionu na boiskach Bundesligi przebiegli do tej pory 2290 kilometrów, co w zaokrągleniu daje zawrotną liczbę 120 kilometrów na mecz.
Na każde kolejne spotkanie wybiegają z pianą na pysku, żerując na najmniejszych błędach przeciwnika. Nie jest to więc gra przyjemna dla oka, ale za to piekielnie skuteczna. Połączenie to sprawia, że każda bramka drużyny z czerwonej części Berlina sprawia ogromną przyjemność. Bramki te padają bowiem głównie po kontrach oraz stałych fragmentach gry (które znakomicie wykonuje Christopher Trimmel). Trudno znaleźć w Bundesidze drużynę lepiej wykorzystującą swój potencjał. W tym sezonie udało im się zdobyć punkty przeciwko takim markom jak Borussia Dortmund, Borussia Mönchengladbach, Bayer Leverkusen, czy Bayern Monachium.
RC LENS
„Moim aktualnym celem jest awans z Lens do europejskich pucharów. Fajnie byłoby zakończyć tutaj karierę” – mówi Gaël Kakuta, jedna z rewelacji tegorocznego sezonu Ligue 1. 29-latek przeżywa w barwach Lens drugą młodość. Jest najlepszym strzelcem oraz asystentem zespołu, który napsuł krwi Marsylii, PSG, Monaco, czy Montpellier. Przez połowę obecnego sezonu uzbierał dokładnie tyle samo bramek co w sezonach 17/18, 18/19 i 19/20 razem wziętych, a przecież mowa o zawodniku wypożyczonym ze spadkowicza. Patrząc na formę Lens w tym sezonie odnoszę wrażenie, że trener Franck Haise ma ogromną łatwość zarówno w tworzeniu nowych gwiazd, jak i renowacji tych starych.
30-letni Florian Sotoca przed przyjściem do Lens rozegrał tylko jeden mecz w Ligue 1. Większość kariery spędził grając w niższych ligach, a gdy już trafił do takiego Montpellier, to był postacią marginalną. Dopiero wspomniany Haise znalazł dla niego odpowiednią rolę. Doświadczonego napastnika ustawił obok kilku utalentowanych dzieciaków. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w pierwszej kolejce Lens pokonało osłabione PSG Thomasa Tuchela. Aktualnie zajmuje 7 miejsce w tabeli. Od europejskich pucharów dzielą ich zaledwie dwa punkty.
HELLAS VERONA
Zespół, który jest dla wielkich drużyn równie nieznośny, co wioska Galów dla Rzymian w znanej i lubianej serii filmów. Statystyki wskazują, że ekipa Ivana Juricia jest drużyną, która zdobywa zdecydowanie najwięcej punktów w starciach z ligową czołówką. Wygrane z Napoli, Atalantą, Lazio, czy Romą (po walkowerze) są tego najlepszym przykładem. Dodajmy do tego remisy z Juventusem, czy Milanem, a otrzymamy obraz naprawdę solidnej drużyny, która nie boi się starć z drużynami walczącymi o Scudetto. Powiem więcej, wygląda na to, że Hellas preferuje starcia z czołówką od tych z dołem tabeli. Gialloblu potrafili się przecież potknąć na Torino, Bologni, a nawet Parmie Fabio Liveraniego. Pod tym względem przypominają trochę Arka Milika, który nie raz strzelał bramki z bardzo trudnych pozycji (często spoza pola karnego), jednocześnie nie potrafiąc wykończyć najprostszych sytuacji.
Sekretem Hellasu jest styl gry. Nie bez powodu drużyna Juricia nazywana jest „małą Atalantą”. Ich gra opiera się bowiem na bardzo podobnych aspektach, czyli nieustępliwym pressingu, ciągłej wymianie pozycji i ograniczeniu przestrzeni dla drużyny przeciwnej do minimum. Hellas potrafi być nieznośny, umie wygrywać mecze ze znacznie mniejszym posiadaniem piłki, mając dużo mniej sytuacji bramkowych od przeciwnika. Nie lubią przejmować inicjatywy, co odbija się w meczach ze słabszymi rywalami. W gruncie rzeczy są jednak jedną z najciekawszych drużyn Serie A, której strasznym nie jest ani drugi sezon w lidze (który często weryfikuje zeszłorocznych beniaminków), ani utrata gwiazd takich jak Kumbulla, Rrahmani, czy Amrabat.
CADIZ
Gdy zespół wraca do najwyższej klasy rozgrywkowej po 14 latach przerwy, zazwyczaj nie oczekuje się od niego zbyt wiele. Szczególnie że La Liga jest ligą dość hermetyczną, w której większość beniaminków nie potrafi zagrzać miejsca na dłużej niż dwa, trzy sezony. W Serie A mówi się o złotej granicy 40 punktów, której przekroczenie w większości przypadków zapewnia spokojne utrzymanie. Granica ta każdego roku staje się celem co najmniej kilku drużyn, które chcą zapewnić sobie spokojny ligowy byt. W La Liga ta zasada też ma swoje zastosowanie, choć nie zawsze się sprawdza. Nie zmienia to jednak faktu, że Cadiz jest na dobrej drodze, aby tę granicę przekroczyć i przytulić miano rewelacji rozgrywek.
Po 12 kolejkach byli 5 drużyną ligi hiszpańskiej. Potrafili pokonać Athletic Bilbao, Real, czy Barcelonę. Drużyna o twarzy Alvaro Negredo zaczęła siać postrach w lidze hiszpańskiej, co brzmi jak zdanie wypowiedziane w roku 2010, a nie 2021. Wiek jest tylko liczbą, co doświadczony napastnik potwierdza na każdym kroku, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem i asystentem zespołu z Andaluzji. Najważniejszą postacią tej niepozornej ekipy jest jednak inny Alvaro. Alvaro Cervera, czyli szkoleniowiec, który prowadzi Kadyks już od ponad czterech lat. Urodził się w Santa Isabel – stolicy Gwinei Równikowej, grał między innymi dla Valencii, a kilkadziesiąt lat później wprowadził Cadiz z 3 ligi aż do Primera Division. Styl gry jego drużyny łudząco przypomina grę Atletico Madryt pod wodzą Diego Simeone. Sam Cervera nigdy tego specjalnie nie ukrywał. Na konferencji prasowej powiedział nawet kiedyś, że bardzo lubi oglądać drużynę argentyńskiego szkoleniowca. Cadiz jest drużyną na wskroś defensywną. Ich średnie posiadanie piłki wynosi zaledwie 34%. Ponadto są najgorszą drużyną w lidze pod względem celnych podań na mecz i jedną z najgorszych pod względem średniej celnych strzałów na spotkanie. Żołnieże Cervery kierują się prostą maksymą wypowiedzianą niegdyś przez Jose Mourinho – „niech przeciwnik weźmie piłkę do domu, ja zabieram ze sobą punkty”. Jak widać, do tej pory stanowczo wyszło im to na dobre, o czym świadczą 24 punkty, dające 13 miejsce w lidze.
MACIEJ SZEŁĘGA