Sprawcy niespodzianki. UD IBIZA.

Magia krajowych pucharów polega na tym, że klub z niższej klasy rozgrywkowej potrafi sprawić niespodziankę. W drugiej rundzie Pucharu Króla kilka zespołów z Segunda B (trzeciego poziomu rozgrywek w Hiszpanii) zdołało wyeliminować reprezentantów LaLiga. W gronie klubów, które okazały się lepsze w starciu z faworytami znalazła się zespół o nazwie UD Ibiza i to właśnie historii tej drużyny poświęcono poniższą treść.

KRÓTKA HISTORIA

Miasto Ibiza dla wielu osób znajduje się w sferze marzeń. Nieoficjalnie mówi się, że połowę mieszkańców Ibizy stanowią obcokrajowcy, którzy przybyli w wyniku zainteresowania pięknymi widokami, wyjątkową atmosferą i muzyką elektroniczną, która za sprawą wielu klubów muzycznych rozbrzmiewa wieczorami z głośników.

W 2015 grupa biznesmenów z Amadeo Salvo na czele postanowiła, założyć klub, który w przyszłości zagra na szczeblu centralnym. Amadeo Salvo, nie jest człowiekiem z pierwszej łapanki. Zanim prezesem Valencii został wybrany Anil Murphy, to właśnie Salvo przewodził „Los Ches”.

Zaledwie miesiąc po rozwiązaniu umowy z Valencią stwierdził, że Ibiza będzie idealną siedzibą dla klubu XXI wieku. W jednej z wypowiedzi przyznał, że pod względem atrakcyjności Ibiza bije Villarreal. UD Ibiza miała wypełnić pustkę pozostawioną po klubie o nazwie UD Ibiza-Eivissa, który w 2010 przeszedł do historii.

W sezonie 17/18 Ibiza radziła sobie na tyle dobrze w rozgrywkach Tercera, że dotarła do baraży o Segunda B. W końcówce sezonu zespół prowadził Rufete, a jak historia pokazała, nie był jedynym znanym zawodnikiem, któremu powierzono obowiązki trenera Ibizy, ale o tym w dalszej części tekstu.

W dwumeczu, który miał zadecydować o awansie, piłkarze Ibizy podejmowali rezerwy Levante. O losach dwumeczu zdecydowały rzuty karne, które lepiej wykonywali rywale Ibizy. Okazało się jednak, że nie ma potrzeby odkładania marzeń o awansie na kolejny rok. Problemy finansowe przeżywała Llorca, która nie otrzymała licencji na kolejny sezon. Władze RFEF podjęły decyzję, na mocy której przyznano awans Ibizie.

BORIELLO I BYLI PIŁKARZE

Po awansie postanowiono wzmocnić zespół. Zdecydowano, że dobrym pomysłem byłoby zakontraktowanie Marco Boriello. Włoch w przeszłości triumfował dwukrotnie w rozgrywkach Ligi Mistrzów (Milan) oraz zdobywał trzykrotnie Scudetto (dwa tytuły z Milanem i jeden z Juventusem). Po podpisaniu kontraktu piłkarz podkreślał, że dla ludzi Ibiza wiąże się z dyskotekami i rozrywką, ale dla jego celem jest doprowadzenie klubu do LaLiga. Utytułowany napastnik okazał się wielkim niewypałem. Rozegrał tylko siedem spotkań, nie zdobył choćby jednej bramki i po półrocznym pobycie na Ibizie zakończył karierę.

Po kilku spotkaniach zwolniono następcę Rufete, Antonio Mendeza, a w jego miejsce zatrudniono byłego bramkarza Sevilli, Andresa Palopa, którego większość kibiców kojarzy z bramki, która w sezonie 06/07 zdecydowała o wyeliminowaniu Szachtara Donieck w 1/8 Pucharu UEFA.

Palopowi nie szło najgorzej (10 zwycięstw, 6 remisów i 5 porażek), ale w lutym był już poza klubem. Zadecydował kiepski styl i przeciętne wyniki w spotkaniach wyjazdowych. Na jego następcę wybrano Pablo Alfaro, który jako piłkarz miłował zadawanie bólu rywalom. Na boisku brutalnością nawiązywał do słynnego Vinniego Jonesa. Alfaro dokończył sezon w imponującym stylu. Ibiza w 11 spotkaniach przegrała tylko raz, co miało być dobrym prognostykiem na rozgrywki 19/20.

JAK UTRZEĆ NOSA ODCINEK PIERWSZY

W edycji 19/20 Copa del Rey los skojarzył Ibizę z FC Barceloną. Dla piłkarzy Dumy Katalonii miał być to spacerek w myśl prostego scenariusza. Przyjechać. Rozgromić. Zapomnieć. Jednak okazało się, że Ibiza była w stanie postawić się zespołowi Quique Setiena, który postanowił uśpić czujność rywali, przenosząc ich do krainy tysiąca podań. Piłkarze Barcelony wymienili 1018 podań, ale nawet imponująca liczba podań nie sprawiła, że faworyt miał mecz pod kontrolą.

Już w 8. minucie Ibiza wyszła na prowadzenie. Barcelona długo się męczyła, nie potrafiąc wykorzystać przewagę jakości nad rywalem. Dopiero w 72. minucie Barcelona doprowadziła do wyrównania za sprawą Griezmanna i ten sam piłkarz w 95. minucie sprawił, że obyło się bez dogrywki i kompromitacji, jednak niesmak pozostał.

TRIUMF NAD CELTĄ

W sierpniu 2020 Juan Carlos Carcedo zastąpił Pablo Alfaro i już dziś można powiedzieć, że jest ojcem największego sukcesu w historii klubu z Ibizy. Piątego stycznia pokonali w przekonującym stylu Celtę Vigo, która w ostatnich tygodniach imponowała formą w rozgrywkach LaLiga. Prawdą jest, że Celta wystawiła na to spotkanie drugi garnitur, natomiast rozmiar zwycięstwa drużyny z Balearów wpędza galicyjskich kibiców w zakłopotanie. 

Wygrana 5:2 wskazuje na to, że w zespole Carcedo drzemie olbrzymi potencjał, a sam trener wykonuje świetną pracę. Warto rzucić okiem na rozgrywki ligowe. Po ośmiu kolejkach Ibiza z dorobkiem 20 punktów (6 zwycięstw i 2 remisy) przewodzi stawce i jest na najlepszej drodze do kolejnego awansu.

WYJĄTKOWY KIBIC


Choć klub funkcjonuje dopiero od kilku lat, już może pochwalić się wiernym fanklubem o nazwie „Peña Corsarios”. Bohaterem ciekawej historii stał się jeden z członków tego fanklubu. Pan Daniel Pades był jedynym kibicem, który udał się do Pontevedry, aby kibicować swojej drużynie w poprzedniej edycji Pucharu Króla. Podróż musiał podzielić na dwa etapy. Pierwszym etapem była przeprawa promem, która poprzedzała dziesięciogodzinną podróż samochodem, w celu dostania się na Estadio Pasarón. Z powodu ulewy mecz został przerwany po kwadransie. Amadeo Salvo, uznał, że poświęcenie kibica należy docenić. Pades otrzymał zaproszenie na pozostałą część spotkania, którą dograno kilkanaście dni później. Ponadto kibic został zaproszony do popularnej w Hiszpanii audycji El Larguero.

PAWEŁ OŻÓG

Złota dekada Borussii Mönchengladbach

Początek lat 70 był trudnym okresem dla Bundesligi. W niemieckiej piłce rządziła korupcja, a profesjonalna liga była o krok od upadku. Jednak były to złe-miłego początki, a lata 70 będą wspominane jeszcze przez długie lata. Dominacja w tym okresie należała do jednej drużyny – Borussii Mönchengladbach. Źrebaki zdobyli 5-krotnie mistrzostwo Niemiec oraz 2-krotnie Puchar UEFA. Dla kibiców BMG ten czas jest po prostu „złotą dekadą”.

Przydomek „Die Fohlen” (źrebaki) został nadany Borussii na cześć ich ofensywnej i agresywnej gry. Kibice z całych Niemiec pokochali Gladbach za ich styl. Ojcem sukcesu przedsięwzięcia był Hennes Weisweiler, który zbudował zespół z młodych, perspektywicznych chłopaków, wpajając im filozofię nowoczesnej, jak na tamte lata gry. We wcześniejszych sezonach ekipa BMG plasowała się w czołówce, ale brakowało im kropki nad i, żeby sięgnąć po wymarzone mistrzostwo. Wreszcie klub zakontraktował zawodników bardziej doświadczonych, tj. Luggi Müller, czy Klaus-Dieter Sieloff, którzy okazali się brakującymi elementami układanki. Przed sezonem dołączył również pierwszy zagraniczny piłkarz – Ulrik Le Fevre, urodzony w Danii. W sezonie 1969/70 drużyna Weisweilera po raz pierwszy ograła Bayern Monachium (2:1). Już 3 maja 1970 roku, po zwycięstwie 4:3 nad RW Oberhausen, kibice mogli świętować pierwszy w historii tytuł mistrzowski. Najlepszym strzelcem w tamtym sezonie był Herbert Laumen, który zdobył 19 goli. Korona króla strzelców powędrowała w ręce dobrze znanego nam Gerda Müllera, który popisał się aż 38 trafieniami w sezonie.

16 września 1970 roku, drużyna Hennesa Weisweilera rozegrała pierwszy historyczny mecz w europejskich pucharach. Pokonali na własnym stadionie cypryjski zespół EPA Larnaka, a Herbert Laumen był pierwszym zdobywcą bramki w europejskich pucharach dla Borussii Monchengladbach. Był to niesamowity sezon dla Gladbach i Bayernu. Obie drużyny szły łeb w łeb. O mistrzostwie zdecydowało spotkanie między gigantami. Piłkarze Borussii pokonali Bayern na własnym stadionie 3:2. Źrebaki jako pierwsi w historii zdołali obronić tytuł mistrzowski. Był to szalony sezon 1970/71, a najdziwniejsza sytuacja wiązała się z meczem 27. kolejki, w którym BMG, podejmowała Werder Brema. W 88. minucie spotkania do karnego podszedł Herbert Laumen (przy stanie 1:1). Bramkarz Gunter Bernadinto zdołał obronić rzut karny i po dobitce do główki wyskoczył sam wykonawca „11”. Herbert po starciu z golkiperem Werderu wpadł na słupek, łamiąc go. Nikomu nie udało się naprawić bramki, a DFB w konsekwencji uznała walkower dla Werderu 2:0, a zarząd ligi nakazał Borussii wymianę bramek. Obecnie ciężko sobie wyobrazić podobny przebieg wydarzeń.

Następne sezony nie były już tak udane dla Die Fohren. Podczas meczu 2 rundy europejskich pucharów w sezonie 1971/72 grali z Interem Mediolan. Borussia prowadziła na własnym stadionie 7:1 i piłkarze czekali już na końcowy gwizdek spotkania. Pod koniec meczu zawodnik Interu Roberto Boninsegna został trafiony z trybun puszką po piwie. Piłkarza zniesiono z boiska, a mecz anulowano. W nowym terminie spotkanie zakończyło się wynikiem 0:0. W rewanżu lepsi okazali się Włosi, pokonując na własnym terenie Gladbach 4:2. Borussii udało się już tylko wygrać DFB-Pokal w 1973 roku, pokonując w finale FC Koln (2:1) oraz dotrzeć do finału Pucharu UEFA, który przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 3:2 (porażka 3:0 na wyjeździe i zwycięstwo 2:0 u siebie). W sezonie 1973/74 Jupp Heynckes został pierwszym królem strzelców w historii klubu, zdobywając 30 goli.

Sezon 1974/75 stanowił huśtawkę emocjonalną dla kibiców BMG. Drużyna w 17. kolejce wskoczyła na fotel lidera i nie oddała tego miejsca już do końca sezonu. Podczas świętowania upragnionego tytułu ważną informację przekazał trener Hennes Weisweiler. Niemiec dał do wszystkim do zrozumienia, że to koniec jego epoki w tym klubie. Weisweiler przyjął ofertę od FC Barcelony. Kibice źrebaków ze łzami w oczach pożegnali dotychczasowego trenera. Następnie Borussia rozegrała finał Pucharu UEFA z Twente Enschede. Pierwszy mecz zakończył się bezbramkowym remisem, natomiast w rewanżu ekipa z Gladbach pokonała holenderską drużynę aż 5:1, ustanawiając rekord najwyższego zwycięstwa na wyjeździe w finale Pucharu UEFA.

Nowym szkoleniowcem źrebaków został Udo Lattek, który był wstępnie dogadany z Rot-Weiss Essen, ale oferta BMG była lepsza finansowo. Lattek przez pięc sezonów był trenerem ligowego rywala – Bayernu Monachium. Sezon 1975/76 zdominowała Borussia. W 12. kolejce drużyna wskoczyła na fotel lidera i nie oddała go do samego końca. W klubie liczyli na sukces w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych (dzisiejsza Liga Mistrzów), ale po dwumeczu z Realem Madryt, piłkarze musieli obejść się smakiem. Hans-Jurgen Wittkamp do dziś twierdzi, że mecz był ustawiony przez przeciwników. W pierwszym spotkaniu na stadionie w Dusseldorfie (tam rozgrywała Borussia spotkania w europejskich pucharach) padł remis 2:2. Rewanż wypadał 3 marca 1976 roku w Środę Popielcową. Duński sędzia Leonardus van der Kroft nie uznał dwóch bramek dla niemieckiej drużynie i mecz zakończył się wynikiem 1:1, który dawał awans Hiszpanom. W 68 minucie nieuznany został gol Henninga Jansena, przez rzekomy faul, a w 83. minucie Wittkampa, ponieważ Kroft odgwizdał spalonego, którego nie było. Sędzia po spotkaniu powołał się na decyzję liniowego, który nie podniósł chorągiewki. Na pocieszenie, królem strzelców został Jupp Heynckes z 6 golami na koncie.

Zespołowi z Monchengladbach udało się dorównać osiągnięciom Bayernu i zdobyli trzy mistrzostwa kraju z rzędu. Udo Lattek w ciagu kilku pierwszych lat dokonał niewielu zmian w składzie, co pozwoliło mu dopiąć pewne schematy na ostatni guzik i nie zejść z tronu przez trzy sezony. Po sezonie 1976/77 złota piłka przyznawana przez Ballon d’Or trafiła w ręce piłkarza Borussii – Duńczyka Allana Simonsena, który w całym sezonie zanotował 14 trafień do siatki rywali. Nie zdołali jednak wygrać Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Borussia Mönchengladbach dotarła do finału, ale tam musiała uznać wyższość Liverpoolu, którzy w dwumeczu wygrali 3:1.

Prawdziwy koszmar i morze łez zostały wylane na koniec następnego sezonu, kiedy drużyna przegrała mistrzostwa bilansem bramek z FC Koln. W ostatniej kolejce Monchengladbach pokonało Borussię Dortmund aż 12:0 (najwyższy wynik w historii Bundesligi), ale rywale z Kolonii pokonali FC St.Pauli 5:0 i to kozły mogły się cieszyć z mistrzostwa, drugiego w historii klubu. Bilans bramek Borussii wynosił +42, natomiast FC Koln +45.

W 1979 roku trafili w finale Pucharu UEFA na Crvene Zvezde i do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano aż… trzech meczów. W pierwszym, jak i drugim meczu finałowym padł wynik 1:1, a w tamtym okresie nie rozgrywano dogrywek. Trzecie, decydujące spotkanie rozegrano kilka dni później i BMG pokonało Crvene 1:0, po bramce Allana Simonsena. W 1980 również potrzebowano aż trzech meczów, żeby wyłonić najlepszą drużynę. Tym razem nie poszczęściło się Źrebakom i ponieśli porażkę w starciu z ligowym rywalem Eintrachtem Frankfurt. W dwóch pierwszy spotkaniach padł wynik 3:2, natomiast w decydującym 1:0 dla rywali.

Sezon 1978/79 był ostatnim Udo Lattka w roli trenera Borussii. Z drużyny odszedł późniejszy prezes Rainer Bonhof, a Jupp Heynckes i kapitan Berti Vogts zakończyli kariery. Trener miał problem ze znalezieniem odpowiednich piłkarzy. Klub postanowił małymi kroczkami wciągać  Juppa Heynckesa do świata trenerki, więc został wybrany asystentem szkoleniowca. Sezon był bardzo słaby w wykonaniu Borussii, zajęli bowiem 9. miejsce w lidze i zakończyli sezon z ujemnym bilansem bramkowym. Ocenę ogólnej sytuacji nieco poprawił wygrany finał Pucharu UEFA z Crveną Zvezdą.

Po odejściu Lattka nowym trenerem w sezonie 1979/80 został Jupp Heynckes, który ściągnął do zespołu Harelda Nickela z Eintrachtu Braunschweig za rekordową jak na tamte czasy kwotę 1,15 mln DM (marek niemieckich). Do klubu trafił także Lothar Mattheus. Sezon ligowy piłkarze Gladbach zakończyli na siódmym miejscu i przegrali finałowy mecz Pucharu UEFA.

Sir Matt Busby pięknie podsumował drużynę Weisweilera. „Nikt na świecie nie wygrałby dzisiaj z tą ekipą. To był futbol w najwyższej perfekcji”. Najwspanialsza era w historii Mönchengladbach dobiegła końca. Piłkarze źrebaków w następnych latach nie zdołali nawiązać do złotej dekady. Dziś ciężko dotrzymać kroku rozpędzonemu Bayernowi, który niechętnie oddaje tytuł mistrzowski w obce ręce. W wyścigu o mistrzostwo biorą udział również Borussia Dortmund i Lipsk. W tym roku Źrebaki zdołali awansować do Ligi Mistrzów. Wyszli z grupy śmierci z Realem, Szachtarem i Interem i kto wie, jak potoczą się ich losy w fazie play-off.

KACPER KARPOWICZ

ALFABET 2020.

Niesamowity Bayern Hansiego Flicka, wielki Milan i Polak najlepszym piłkarzem świata. Oto piłkarski alfabet 2020 roku.

A jak Arkadiusz Milik – Prawna przepychanka z własnym zespołem i kilka miesięcy przesiedzianych na trybunach. Najlepiej ten rok Arka pokazują jednak liczby. 24 mecze, 5 goli, 0 asyst. To nie był najlepszy okres w karierze reprezentanta Polski. Oby sytuacja zmieniła się już tej zimy.

B jak Bodø/Glimt – Mistrzowie północy, zdecydowanie najlepszy skandynawski klub 2020 roku. Nie bez powodu New York Times wskazał Glimt jako jeden z klubów przyszłości. Dziennik zwrócił uwagę przede wszystkim na aspekt psychologiczny zespołu. Jeżeli chodzi o mental zawodników, nic nie jest pozostawione przypadkowi. Rodzinna atmosfera, częste spotkania i specjalne sesje z… byłym pilotem. Zatrudnienie Bjørna Mannsverka jako psychologa (choć on sam nigdy by się tak nie określił. Jest po prostu dobrym duchem szatni, który często spotyka się i rozmawia z zawodnikami) zostało zauważone przez media dopiero w obliczu wielkiego sukcesu drużyny, choć Mannsverk pracuje w klubie już od 2017 roku. Jak najbardziej można więc powiedzieć, że jest to klub przyszłości, choć wielki jest już w teraźniejszości. Dominatorzy. W ich kontekście najlepiej przemówiają statystyki i rekordy, których nazbierało się całkiem sporo. Najwięcej punktów w historii ligi norweskiej (81), największą przewaga w historii rozgrywek (19 punktów nad drugim Molde) i najwięcej strzelonych bramek w jednym sezonie (aż 103), a to wszystko w wykonaniu drużyny z latami dyskryminowanej i lekceważonej północnej części kraju. Chłopcy z Bodø napisali piękną historię, a teraz wypływają na szerokie wody. Jens Petter Hauge wylądował w Mediolanie, a Philip Zinckernagel w Watfordzie. Sprzedaż największych gwiazd zespołu nie oznacza jednak końca tego projektu, daję na to słowo.

C jak Cholismo – Ileż to razy fani ligi hiszpańskiej nasłuchali się, że ich ukochane rozgrywki są monotonną rywalizacją dwóch gigantów? Z pewnością nie raz. W tym roku do gry na stałe wkroczył jednak stary-nowy zawodnik. Diego Simeone i jego Los colchoneros. Argentyński szkoleniowiec odnalazł idealne połączenie. Swojemu konserwatywnemu stylowi gry nadał nowoczesny sznyt, czyniąc swoją drużynę postrachem całej ligi. Można powiedzieć z przymrużeniem oka, że aby Atletico zostało docenione, musiała pojawić się pandemia i światowy kryzys. W jego obliczu drużyna Diego Simeone nie tylko nie utraciła swoich zalet, ale również pozbyła się kilku uciążliwych wad. Już nie jest monotonna jak styl ubierania jej szkoleniowca. Rozwinęła się na wielu płaszczyznach i dojrzała do miana najlepszej drużyny w Hiszpanii. Potrzebowała na to 6 lat, ale warto było czekać.

D jak Diego Maradona – Fani futbolu pod każdą szerokością geograficzną są zgodni – w 2020 roku opuścił nas Bóg futbolu. Bóg o niezwykle ludzkiej twarzy, który za życia nie zaznał spokoju. Nadużywane przez pracoholików hasło głosi, że wyśpimy się dopiero po śmierci. Niestety idealnie pasuje ono do życiorysu Maradony. Spoczywaj w pokoju Diego, dałeś nam bardzo wiele.

E jak Eden Hazard – Przekleństwo Florentino Pereza. Wiecznie kontuzjowany, ciągle bez formy. Trudno w to uwierzyć, ale w samym 2020 roku Hazard ominął ponad 30 spotkań Realu Madryt. Gdy dodamy do tego notoryczne problemy z wagą i sumę, jaką Real zapłacił Chelsea, to otrzymamy największą porażkę Realu ostatnich lat. ZetHa nawijał kiedyś „życie to Hazard, ja ciągle próbuję odnaleźć swój Eden”. Patrząc na pobyt Belga w Madrycie, dochodzę do wniosku, że on również nie potrafi się tutaj odnaleźć, choć trzeba pamiętać, że miał sporo pecha.

F jak Felipe Caicedo – Od lat mówiło się, że drużyna piłkarska tak naprawdę liczy nie 11, a 13-14 graczy. Rola rezerwowego we współczesnym futbolu znacząco wzrosła, czego Ekwadorski napastnik jest znakomitym przykładem. Może nie jest on Luisem Murielem, ale jego umiejętności w zupełności wystarczyły, aby postraszyć Torino, Zenit, czy Juventus (oczywiście wszystko w okolicach 90 minuty spotkania). Jest ekskluzywnym rezerwowym, a takich w świetle kryzysu ceni się najbardziej.

G jak Giganci – Wielu kibiców twierdziło, że pandemia zaprowadzi w Europejskim futbolu nowy początek. Niektórzy łudzili się, że będzie to czas na nowe rozdanie, a do czołówki dostaną się zupełnie nowe kluby. Nic z tych rzeczy. W rzeczywistości przewaga klubów bogatych nad mniej zamożnymi znacząco powiększyła się. Niespodzianek oczywiście nie brakowało, ale wynikały one raczej z przemęczenia poszczególnych zespołów, które koniec końców i tak znajdowały miejsce w czubie tabeli. Na futbolowej liście przebojów miały się pokazać zupełnie nowe utwory, tymczasem wciąż zmuszeni jesteśmy do słuchania tej samej, przewidywalnej składanki piłkarskiego „Greatest hits”.

H jak Hansi Flick – Najlepszy trener 2020 roku. Człowiek, który stoi za sukcesem Bayernu Monachium w swoich białych trampkach i klubowej koszuli. Flick to facet, który naturalnie skraca dystans. Jeden z piłkarzy powiedział ostatnio o Janie Siewercie, że „Wszedł do szatni Huddersfield tak, jakby wygrał 5 tytułów Premier League”. Chyba nie muszę dodawać, że po chwili został wyrzucony z klubu. Flick ma na swoim koncie mistrzostwo świata, a do szatni Bayernu przyszedł z pustymi rękoma i otwartą głową. Wiedział, co robi i zrobił to dobrze. Nie stał się twarzą zespołu, a jego sercem. Takich trenerów szanuję najbardziej.

I jak Inter Mediolan – Drużyna pełna sprzeczności. Po jednej stronie boiska świetnie uzupełniający się Lautaro Martinez i Romelu Lukaku, po drugiej zaś Handanović, który nie gwarantuje już dawnej pewności. Z jednej strony blamaż w Europejskich Pucharach, z drugiej znakomita sytuacja w lidze. Pamiętajmy, że gdyby nie bramka Theo Hernandeza przeciwko Lazio w 92 minucie spotkania to właśnie oni zakończyliby rok 2020 na szczycie Serie A.

J jak Jose Mourinho – Idealny przykład, jak odmienić swój wizerunek w zaledwie jeden rok. Kiedy wielu myślało, że po nieudanej przygodzie w Manchesterze United Portugalczyk jest już po drugiej stronie rzeki, Jose postawił Tottenham na nogi, stał się gwiazdą Instagrama i sprawił, że postronny kibic może go lubić. Progres polega na zmianach, a on zmienił się diametralnie. Wciąż pozostał jednak tym samym piekielnie inteligentnym i błyskotliwym facetem. Paradoks? Nie, Jose Mourinho.

K jak Kingsley Coman – Do tej pory miał więcej kontuzji niż klubów, a tych już było sporo. Rok 2020 kompletnie odmienił oblicze Kingsleya Comana, zmieniając szybkiego, francuskiego skrzydłowego jakich wiele w kogoś zupełnie wyjątkowego – lidera drużyny, który pojawia się w najważniejszych momentach spotkania. To dzięki jego bramce Robert Lewandowski wzniósł w górę puchar za zdobycie Ligi Mistrzów, w konsekwencji czego został najlepszym piłkarzem świata. Warto o tym pamiętać.

L jak Liga Europy – To od zawsze były, są i będą „te gorsze rozgrywki”. W ubiegłym roku niespodziewanie nabrały jednak na wartości. Pamiętamy przecież sytuację, gdy liderami najlepszych lig w Europie stały się właśnie zespoły grające w Lidze Europy (mowa między innymi o Milanie, Lille, Bayerze Leverkusen, czy Realu Sociedad). O wiele ważniejszym aspektem okazały się jednak pieniądze, których wbrew pozorom Liga Europy oferuje całkiem sporo. W świetle kryzysu nabrały dodatkowej wartości, a zespoły dostały dodatkową motywację, aby je zdobyć. Tym razem nie chodzi jednak o środki na wzmocnienia, a po prostu na przetrwanie.

M jak Mes que un club – Tragiczna końcówka kadencji Josepa Marii Bartomeu, brak klasycznej „9″, szkodliwa narracja „anty-Messi” i beznadziejna atmosfera wokół zespołu. Rok 2020 dobitnie pokazał, że FC Barcelona to już nie „więcej niż klub”, lecz „tylko” klub. No chyba, że bierzemy pod uwagę liczbę nagromadzonych problemów.

N jak Nowe rozdanie – Średnia wieku naszej kadry przeważnie wynosi mniej więcej 27-28 lat (w zależności od zgrupowania). Bez wątpienia na Euro pojedziemy jako jedna z najstarszych reprezentacji. Mimo wszystko 2020 rok przyniósł małe przemeblowanie w naszej kadrze. Sebastian Walukiewicz, Paweł Bochniewicz, Przemysław Płacheta, Jakub Moder, czy Bartłomiej Drągowski – oni wszyscy zadebiutowali w kadrze w 2020 roku. Co więcej, większość z nich wykorzystała swoją szansę, wysyłając jasny sygnał – chcemy jechać na EURO.

O jak Olympique Marsylia – Gdybym miał opisać ten zespół w dwóch słowach, to napisałbym, że jest to banda indywidualistów. W pewnym momencie siła zespołu oparta była głównie na Dimitrim Payecie i Morganie Sansonie. Skutki? Tragiczna kampania w Lidze Mistrzów, kłopoty w Ligue 1 i problemy finansowe. Dodajmy do tego przeciętny rok w wykonaniu Villasa-Boasa, który w pewnym momencie kompletnie stracił panowanie nad dość silnym, lecz niepoukładanym zespołem.

P jak Pressing – Podczas dłużącej się przerwy w rozgrywkach wielu ekspertów i analityków zastanawiało się, jaki właściwie wpływ na futbol zostawi po sobie pandemia. Można dojść do oczywistych wniosków o osłabieniu organizmów zawodników, czy wzroście liczby kontuzji (najczęściej mięśniowych), lecz patrząc czysto taktycznie, najbardziej rzuca się w oczy zmiana w sposobie pressingu, szczególnie u najlepszych drużyn. Jak się okazuje, intensywność pressingu w pięciu największych ligach Europy zmalała aż o 20%. Większość drużyn pressuje również znacznie niżej, bliżej własnej bramki.

Q jak Quaresma – Kiedyś jeden z najbardziej nieprzewidywalnych piłkarzy Europy, dzisiaj jeden z najbardziej czytelnych piłkarzy ligi Portugalskiej. Patrząc na jego ubiegłoroczną grę dla Vitórii Guimarães, aż prosi się o stworzenie kompilacji w stylu „typowy mecz Quaresmy”. Musiałoby się na niej znaleźć kilka totalnie bezsensownych dryblingów, kilku upokorzonych rywali, dziesiątki niedokładnych podań, no i rzecz jasna spora ilość zagrań „zewniakiem”. W 11 meczach Ricardo strzelił 1 bramkę i zanotował 4 asysty. Oprócz znakomitego meczu z Santa Clarą, nie pokazał w ojczyźnie praktycznie nic specjalnego.

R jak Robert Lewandowski – Maszyna, mentalna bestia oraz człowiek uzależniony od bramek i samorozwoju. Najlepszy piłkarz świata jest Polakiem, trzeba przyznać, że brzmi to znakomicie.

S jak Shalke – Równie dobrze można ich podpiąć pod literę p. P jak porażka, których nazbierali aż 29 z rzędu, ale również p jak pech, którego mieli sporo. Kontuzja Pacienci, który miał być lekarstwem na problemy w ataku, konflikt Ibisevicia, który miał w honorowy sposób postawić drużynę na nogi, w konsekwencji czego zupełnie ją rozmontował. Z początkiem 2021 roku na ratunek przychodzi im jednak Sead Kolasinac. Złośliwi fani Arsenalu powiedzą, że dużo mówi to o tej drużynie, skoro lekarstwem na ich promlemy ma być właśnie Bośniak.

T jak Thomas Tuchel – 3 trofea, finał Ligi Mistrzów i zwolnienie z pracy. Rok 2020 w wykonaniu Thomasa Tuchela brzmi jak futbolowa adaptacja filmu „cztery wesela i pogrzeb”. Świetne relacje z zawodnikami, widowiskowy i przyjemny dla oka styl gry oraz najwyższa średnia punktowa w historii klubu (pod jego wodzą PSG zdobywało średnio 2,37 punkta na mecz, 75,6% wygranych spotkań) nie wystarczyły do utrzymania posady, lecz zapewniły uzupełnienie gabloty o 6 kolejnych trofeów. Moim skromnym zdaniem zasługiwał na miejsce obok swoich rodaków w trójce najlepszych trenerów zeszłego roku.

U jak Union Berlin – W wielu drużynach panuje mit rodzinnej atmosfery. Mówi się, że zawodnicy to jedna wielka rodzina, a każdy trening to dla nich czysta przyjemność. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej, no, chyba że mowa o Unionie Berlin. Atmosfera przy Starej Leśniczówce to coś, czego może im pozazdrościć prawie każdy klub w Europie. Najbardziej w tym zespole imponuje mi jednak umiejętność radzenia sobie z problemami. Brak widowni na trybunach miał zaboleć Union szczególnie mocno. Nic z tych rzeczy. W międzyczasie klub podjął ryzyko z zakontraktowaniem skłóconego z Fenerbahce Maxa Krusego. Miał tutaj nie pasować, a tymczasem błyskawicznie odwdzięczył się za zaufanie. Stał się kluczową postacią zespołu, lecz niestety rok zakończył nieprzyjemną kontuzją mięśnia dwugłowego uda. Czas na kryzys? Wręcz przeciwnie. 1:1 z Bayernem, czy 2:1 z Borussią Dortmund pod jego nieobecność to najlepszy przykład tego, jak mądrze zarządzany jest to zespół. Podsumowując, Union stał się drużyną, której źle życzą chyba tylko fani Herthy.

V jak Valencia – Gdyby rok 2020 był człowiekiem, bez wątpienia nazywałby się Peter Lim. Sprzedaż filarów zespołu po wyjątkowo niskiej cenie, kłopoty finansowe i skandaliczne pożegnanie z Danim Parejo, którego łzy najlepiej podsumowują ten rok w wykonaniu nietoperzy. Zeszły sezon zakończyli 3 punkty od Pucharów, a pod koniec roku 2020 trzy punkty dzieliły ich od ostatniego miejsca w tabeli. A to wszystko w drużynie, która w zeszłym roku cieszyła się z pokonania Barcelony w finale Pucharu Króla…

W jak Wielki Milan – Bezapelacyjnie najlepszy włoski zespół 2020 roku. Przemiana, jaką przeszedł Milan w ciągu minionych 12 miesięcy, zasługuje na oklaski. 79 punktów w ciągu roku. Ta drużyna dorosła do wielkości i trzeba przyznać, że znakomicie wykorzystała przerwę w rozgrywkach. To właśnie wtedy Stefano Pioli zaczął tworzyć potwora, którym są dzisiaj Rossoneri. Wspólne łączenia na WhatsAppie, częste rozmowy z zawodnikami (czego szczególnie brakowało za kadencji Marco Giampaolo) i powrót Zlatana, a raczej jego wersji 2.0. Szwed również przeszedł zmianę w swojej mentalności, ale o tym za moment. Miejmy nadzieję, że w 2021 Milan nadal będzie nas oczarowywać swoją grą. Pierwszy w 2021 roku test (z Benevento) zdali na mocną 4, ale teraz czeka ich dużo trudniejszy sprawdzian, a mianowicie starcie z Juventusem.

Y jak Yazici – Turecka twarz rewolucji w Lille. Aż 13 z 31 ligowych bramek Lille to sprawa reprezentantów Turcji, na których czele stoi właśnie Yusuf Yazici. Najlepszy strzelec fazy grupowej Ligi Europy, drugi piłkarz w historii (po Rivaldo), który strzelił hat-tricka Milanowi na San Siro w Europejskich Pucharach. W ubiegłym roku wreszcie udowodnił, że transfer do większego klubu to w jego przypadku kwestia czasu.

Z jak Zlatan – Tego zestawienia nie można było zakończyć żadnym innym hasłem. Szwed zawitał ponownie do Mediolanu w styczniu 2020 roku. Momentalnie zmienił oblicze drużyny, ale również swoje podejście do kolegów z zespołu. Jeszcze jakiś czas temu (szczególnie podczas okresu w reprezentacji Szwecji, do której swoją drogą najprawdopodobniej wróci) w relacjach z kolegami z drużyny używał bata, a teraz stosuje raczej metodę kija i marchewki, co w pracy z nowym pokoleniem sprawdza się wręcz znakomicie. Sama mowa ciała Ibry również jest zupełnie inna. Po golach kolegów z drużyny szeroko się uśmiecha, żartuje i celebruje. Gdy jest na trybunach, wydaje się w skupieniu analizować grę, ale nadal przesyła pozytywną energię. W Milanello Zlatan odnalazł drugi dom, o czym potrafił mówić bardzo otwarcie. „Grałem w wielu klubach, ale tutaj czuję się jak w domu. Codziennie jeżdżę do Milanello na trening i nigdy nie spieszy mi się z powrotem. Dlaczego? Bo jestem w domu”. – mówił w niedawnym wywiadzie dla Sportweeka.

MACIEJ SZEŁĘGA

Moda na Czarownice. Benevento.

Czarownice dzięki filmom i bajkom na ogół są kojarzone ze złem, ale rozpatrywanie przydomka tegorocznego beniaminka Serie A w tym kontekście jest pomysłem nietrafionym. W trwającym sezonie Benevento pracuje na miano Kopciuszka, który rozgrywa dopiero swój drugi sezon w Serie A. Ewentualnie Robinem Hoodem, który z miłą chęcią będzie psuł wyżej notowanym drużynom i rozdawał pozostałym.

Benevento w sezonie 19/20 w cuglach wygrało Serie B. Ponieśli tylko cztery porażki, kończąc rozgrywki z dorobkiem 86 punktów, co było najlepszym wynikiem w historii zaplecza Serie A. W lipcu 2019 roku klub przejął Filippo Inzaghi i już w swoim pierwszym spotkaniu wywołał ogromną burzę, ponieważ przegrał w Coppa Italia z niżej notowaną Monzą. Kibice czarownic uznali, że starszy z braci Inzaghich nie sprosta wymogom prowadzenia drużyny na najwyższym poziomie we Włoszech. Duży dylemat miał zarząd Benevento, który poważnie zastanawiał się, czy popularny „Pippo” jest w stanie udźwignąć presję. Sprawy potoczyły się idealnie dla wszystkich związanych z Benevento. Już w styczniu kibice mrozili szampany, żeby pod koniec lipca móc je otworzyć i świętować sukces.

Poprzedni pobyt w najwyższej lidze był dla stregonich beznadziejny. Klub stał się pośmiewiskiem, a stronniczy kibice głośno mówili, że nie chcą już nigdy oglądać Benevento w Serie A. Nie można się temu dziwić. W sezonie 2017/18 Benevento z hukiem spadało z ligi ze stratą 17 punktów do bezpiecznego miejsca. Ich bilans bramkowy -51, był najgorszy w całej 93-letniej historii Serie A. Benevento swoje pierwsze punkty wywalczyło dopiero w 15. kolejce. Zremisowali na własnym stadionie z Milanem, a bramkę w doliczonym czasie gry zdobył bramkarz Alberto Brignoli. Na Milanie się zaczęło i na rossonerich się skończyło. Ostatnim pięknym momentem w tamtym sezonie dla kibiców czarownic było zwycięstwo na San Siro z Milanem. Największym wygranym tamtego sezonu okazał się Roberto De Zerbi, który objął drużynę pod koniec października i wprowadził ofensywny, radosny futbol. Po zakończeniu sezonu objął Sassuolo i prowadzi ich do dziś z wyśmienitym skutkiem.

Prezydent Oreste Vigorito nie chciał powtórki z sezonu 2017/18 i krótko po awansie zabrał się do roboty. Do zespołu trafili: Gianluca Lapadula, Kamil Glik, Gianluca Caprari, Bryan Dabo, Artur Ionita, czy Iago Falque. Przed sezonem eksperci uważali, że taki skład powinien dać im spokojne utrzymanie. Po 14 kolejkach możemy powiedzieć, że czarownice wykonują swoją pracę na czwórkę z plusem. Mieli swoje wzloty i upadki, ale nowy rok rozpoczną z pozycji numer 10. Początek sezonu nie należał do najlepszych i trener Filippo Inzaghi znów znalazł się na celowniku ekspertów. Przepowiadano mu szybkie zwolnienie. Momentem zwrotnym w tym sezonie była porażka na własnym stadionie ze Spezią, innym beniaminkiem, aż 0:3. W idealnym momencie trafiła się przerwa na reprezentację. Po powrocie Benevento pokonało Fiorentinę (1:0), Genoę (2:0) i Udinese (2:0) oraz potrafili zremisować z Juventusem (1:1) Parmą (0:0) i Lazio (1:1). Drużyna stregonich prezentuje odmienny styl gry, bazujący na dość ciekawym ustawieniu, który w akcjach ofensywnych zagęszcza środkową strefę boiska, często odpuszczając skrzydła, robiąc miejsca bocznym obrońcom. W nowym roku pierwszy mecz rozegrają z Milanem. W całej historii drużyny rozegrały ze sobą tylko dwa spotkania, tym samym Benevento nie poniosło nigdy porażki z drużyną rossonerich. Drużyna Inzaghiego powinna spokojnie się utrzymać, a ich gra z kolejki na kolejkę wygląda coraz lepiej.

Na tym etapie sezonu ciężko wybrać najlepszego piłkarza czarownic. Jednak na uwagę zasługuje pewne nazwisko. Gaetano Letizia w przeszłości już grał na poziomie Serie A (w Carpi), ale dopiero w wieku 30 lat prawy obrońca jest w życiowej formie, Ma na swoim koncie już trzy bramki, będąc drugim najlepszym strzelcem drużyny. Kamil Glik już dwa razy w tym sezonie zakładał opaskę kapitana, a jest to jego pierwszy sezon w tej drużynie. Partner Glika – Luca Caldirola – stwierdził, że Polak jest liderem w szatni i na boisku. Kamil miał ciężkie początki, ale z meczu na mecz prezentuje się coraz lepiej, a jego forma pod koniec roku była wręcz doskonała. Przekazał jasny sygnał światu, że nie powinno się go skreślać ze względu na wiek. Jeżeli Kamila nie dotknie nagła obniżka formy, to kibice reprezentacji mogą być spokojni o jego formę na EURO2021.

Pasquale Schiattarella to doświadczony 33-letni środkowy pomocnik i kapitan. Kibice zastanawiali się, czy Pasquale jest w stanie godnie reprezentować klub na boiskach Serie A, ale swoimi występami Włoch pokazuje, że dobrą decyzją było danie mu szansy. Raz został wybrany najlepszym graczem kolejki (w głosowaniu, które wspólnie z Futbolową Rebelią organizuję na Twitterze).

Benevento zyskało w tym sezonie wielu fanów, a ich wyróżniający styl gry sprawia, że ich spotkania śledzi się z przyjemnością. Prezydent Oreste Vigorito chce, żeby jego klub na stałe zagościł w Serie A, a projekt o nazwie Benevento & Inzaghi rósł z sezonu na sezon. Wymarzonym rezultatem byłoby utrzymanie dziesiątej pozycji, ale przed czarownicami jeszcze wiele spotkań do końca sezonu. Z utrzymaniem nie powinni mieć najmniejszego problemu. Logika podpowiada, że są w stanie zakończyć sezon w okolicach początku drugiej dziesiątki.

KACPER KARPOWICZ

Cracovię da się lubić?

Czym Cracovia zraża do siebie postronnych widzów? Czy Wdowiak to jedyny piłkarz, któremu było nie po drodze z tym klubem? Czy Cracovia spełnia oczekiwania? Czego brakuje drużynie Probierza? Na którego piłkarza można liczyć? Jaka szansa przechodzi im przez palce? Dlaczego warto mieć napastnika? O tym, a także o innych sprawach związanych z Cracovią w dzisiejszym tekście.

Zwłaszcza w tym sezonie Cracovia nie dostarcza zbyt wielu pozytywnych wrażeń postronnym widzom. Na dobrą sprawę, klub zamiast stale nad poprawą swojego wizerunku działa w kierunku przeciwnym zniechęcając do siebie. W ostatnich latach Pasy były przede wszystkim kojarzone z nijaką drużyną, złożoną z wątpliwej jakości obcokrajowców wzbogaconą o kilku Polaków, którzy również okazywali się niewypałami jak Matusiak czy Grzelak. Rzecz jasna zdarzały się również wyjątki od tej reguły i choćby za sterami trenera Jacka Zielińskiego Cracovia potrafiła grać atrakcyjny futbol.

Przyjście Michała Probierza miało być momentem przełomowym i manifestem budowy projektu wielkiej Cracovii. Trener Probierz czekał na ofertę ze stabilnego klubu, w którym będzie mógł wreszcie wprowadzać w życie głoszone przez siebie ideały, a klub Janusza Filipiaka był i jest w stanie mu to zapewnić. Jednak w dłuższej perspektywie okazało się, że trener i wiceprezes w jednej osobie musi również odgrywać rolę Moniki Zamachowskiej (dawniej Richardson) w produkcji programu „Cracovia da się lubić”. Zabrakło co prawda Conrado Moreno i Paolo Cozzy, ale znalazło się miejsce dla wielu innych obcokrajowców, którzy przybyli do Krakowa. Odsyłam do Quizu.

SHOW PREZESA

Zadaniem każdego prezesa jest godne reprezentowanie interesów swojej jednostki gospodarczej. Profesor Janusz Filipiak podobnie jak jego piłkarze nie miał najlepszej rundy jesiennej. Wiązanka uprzejmości pod adresem sędziego Stefańskiego nie jest nawet godna cytowania.

Jak mawia klasyk, mecz nie kończy się na ostatnim gwizdku i również w myśl tej zasady postanowiła zadziałać Cracovia. Na stronie klubowej pojawiło się już słynne oświadczenie, które sugerowało krzywdy wyrządzone względem Cracovii. Jest to o tyle niesmacznego, że swego czasu to Cracovia umyślnie wpływała na decyzje sędziów, za co została ukarana punktami karnymi oraz grzywną. Szczerze mówiąc kluby, które swego czasu zostały skręcone przez krakowski klub, powinny wydać własne oświadczenia z wykazaniem strat, które poniosły w związku z działalnością Cracovii.

W kontekście ogólnej poprawności warto też wspomnieć, że swego czasu zatrudniono Jablonskiego, który już tylko czekał na dyskwalifikację w związku z działaniami korupcyjnymi. Każdy ma prawo zbłądzić w życiu, ale trochę się to wszystko gryzie.

CZARNA LISTA

Osoby zarządzające tym klubem często wspominają o wrogim nastawieniu względem Cracovii równocześnie dostarczając pożywki dla hejterów i sceptyków. Najświeższym przypadkiem jest sprawa z Mateuszem Wdowiakiem.

W pewnym momencie negocjacje z 24-latkiem stanęły w martwym punkcie. Stwierdzono, że piłkarz nie jest wystarczająco skupiony na grze w piłkę i zrzucono go do rezerw, choć jego dyspozycja nie mogła budzić zastrzeżeń. Tym bardziej, że gdyby nie Wdowiak, to Cracovii byłoby ciężko wywalczyć Puchar Polski. Boiskowa forma Wdowiaka nie spadała, ta w gabinetach również, więc klub zadziałał instynktownie.

Jest to kolejny kamyczek do ogródka. Podejście klubu względem 24-latka raczej nie skłoni innych młodych i perspektywicznych piłkarzy do złożenia podpisu pod umową z klubem. Takie sytuacje raczej odstraszają i sprawiają, że piłkarze oraz ich doradcy chętnie wysłuchają ponownie ofert ze strony innych drużyn. Na co również warto zwrócić uwagę, Wdowiak nie jest jedynym zawodnikiem, który nie będzie najlepiej wspominał swoich ostatnich miesięcy spędzonych w klubie.

Damian Dąbrowski po odpadnięciu Cracovii z Dunajską Stredą w 2019 stał się ofiarą przepisu młodzieżowca. Przynajmniej tak tłumaczono chęć pozbycia się piłkarza, który przez wiele lat występował na stadionie przy Kałuży. Podkreślano, że trzeba pozbyć się Dąbrowskiego, by zrobić miejsce dla młodzieżowca Sylwestra Lusiusza. Z czasem Lusiusza liga zweryfikowała. W tym sezonie na boiskach Ekstraklasy nie uzbierał choćby minuty.

Wcześniej głośną sprawą był konflikt klubu z Miroslavem Covilo. Były kapitan odszedł w 2018 roku, w delikatnie ujmując, gęstej atmosferze. Klub nie chciał zgodzić się na transfer, co skłoniło pomocnika do wypowiedzenia umowy i podpisania kontraktu z Lugano. Covilo był zdania, że władze Cracovii przez długi czas go zwodziły, a sprawa trafiła do FIFA. Ostatecznie FIFA stanęła po stronie piłkarza.

W 2020 dużo mówiło się o przypadku Janusza Gola, który ostatecznie pożegnał się z klubem. „Jako Kapitan nie mogłem zgodzić się na propozycję władz Klubu dotyczącą obniżenia naszego wynagrodzenia o 50 proc., bo początkowo wszyscy zawodnicy odrzucili takie rozwiązanie. Nie mogę pogodzić się z tym, że zarzucono mi, niesprawiedliwie i niezgodnie z prawdą, że kieruję się egoistycznymi pobudkami”.

STYL GRY

O ile o Cracovii ciężko powiedzieć, by była ekstraklasowym ambasadorem joga bonito, o tyle ich siermiężny styl gry jest dość efektywny. Zawsze jak ktoś zarzuci Michałowi Probierzowi, że od oglądania jego zespołu bolą zęby i posuwają się procesy starzenia, to Probierz może złapać krytyka za ramię, wskazać palcem w kierunku klubowych trofeów i powiedzieć „to pa tera”.

Cracovia nawet ta Michała Probierza miewała okresy, w których potrafiła pozytywnie zaskoczyć np. w czasach gdy brylował Airam Cabrera i Javi Hernandez. Jednak stopniowo zabijano w tym zespole kreatywności i rezygnowano z fajerwerków na rzecz torpedowanie rywali dośrodkowaniami. Obrana strategia zapewnia Cracovii stabilne, choć dość przeciętne wyniki.

W tym momencie warto się zastanowić, czy pierwotny plan zakładał budowanie drużyny, która jest tylko poprawna? Probierz cieszy się dużym zaufaniem prezesa Filipiaka od momentu zatrudnienia w 2017. Po takim czasie pracy poważanego w środowisku trenera drużyna mogłaby częściej przejmować inicjatywę, a w konsekwencji dominować rywali. Jednak Probierz woli uprzykrzać życie rywalom.

Kwintesencją stylu drużyny Probierza był mecz o Superpuchar z Legią. Oba zespoły zaprezentowały się żenująco i każdy śledzący to spotkanie odczuwał ulgę w momencie, gdy komentatorzy przypominali, że regulamin nie przewiduje rozegrania dogrywki tego dżemiku. Cracovia wygrała, ale widzowie powinni mieć za to widowisko wypłacone szkodliwe.

PLUSY I ROKOWANIA

Latem sprowadzono Karola Niemczyckiego, który poprzedni sezon rozegrał na poziomie 1. ligi, reprezentując barwy Puszczy Niepołomice. Niemczycki nie dość, że nie okazał się gorszy od Lukasa Hrosso i Michala Peskovica, ale również uratował Cracovii przynajmniej kilka punktów. Dziś można śmiało powiedzieć, że był najlepszym letnim transferem Pasów i nikogo nie powinny dziwić w przyszłości zapytania innych klubów o tego piłkarza.

Przyglądając się nieco bliżej młodzieżowcom Cracovii, ciężko o optymizm. Gdyby z jakiegokolwiek powodu ze składu wypadł Niemczycki, to wówczas trener Probierz miałby nie lada zagwozdkę. Nikt z grona Pik, Zaucha, czy Gut przynajmniej na ten moment nie jest w stanie rywalizować na poziomie Ekstraklasy. Nie jest to mój wymysł, tylko taką narrację zbudował w tym sezonie ich czas spędzony na boiskach Ekstraklasy.

Cały czas stabilną formę prezentuje próbowany jesienią na kilku pozycjach Pelle van Amersfoort. Można słusznie powątpiewać w to, że krakowska młodzież wiesza nad łóżkiem plakaty z wizerunkiem Holendra, ale nie zmienia to faktu, że na tle kolegów z zespołu potrafi błysnąć. Podobnie wygląda sytuacja z Sergiu Hancą. Co do reszty zawodników jest wiele znaków zapytania. Można było spodziewać się zdecydowanie więcej po Fiolicu, który w 2018 zamienił Dinamo Zagrzeb na Genk i w Cracovii miał się odbudować. Florian Loshaj również nie błyszczy, podobnie jak Dimun. Wszystko sprowadza się do tego, że ci piłkarze mają problem z wyjściem poza przeciętność.

NOWE OTWARCIE, KTÓRE NIE NADESZŁO

Latem przewietrzono po raz kolejny szatnię i postawiono na nowe nazwiska. Jednak, żeby móc rzetelnie ocenić skuteczność ofensywnych działań Cracovii w letnim oknie transferowym, należy przedstawić listę zawodników, którzy zostali sprowadzeni.

Oto lista letnich transferów:

  • Marcos Alvarez
  • Karol Niemczycki
  • Matej Rodin
  • Damir Sadikovic
  • Ivan Marquez
  • Rivaldinho
  • Michael Gardawski
  • Dawid Szymonowicz

Marcos Alvarez początkowo sprawiał wrażenie gościa, który może stać się reformatorem stylu Cracovii. Wszędzie było go pełno, ciągle domagał się piłki, a kiedy była taka możliwość, podchodził do stałych fragmentów gry. Jednak zachwyty nad Niemcem nie trwały długo, gdyż szybko popadł w ligową przeciętność. Możliwe, że wiosną się odbuduję, ale nie zmienia to faktu, że oczekiwano od niego zdecydowanie lepszej gry.

Ciekawym przypadkiem jest Rivaldinho, który nie przypomina pod względem poziomu sportowego swojego ojca Rivaldo ani żadnego wartościowego Brazylijczyka z przydomkiem kończącym się na -inho. Dodatkowo pojawiają się głosy, że syn słynnego ojca ma problemy z pewnością siebie. Tworząć drużynę badziewiaków rundy jesiennej należałoby się spodziewać przynajmniej powołania dla Brazylijczyka.

Po odejściu Helika sprowadzono Mateja Rodina, który nadal pozostaje zagadką. Miewał momenty lepsze i gorsze. Coś tam potrafi, ale dziś ciężko powiedzieć, że będzie topowym stoperem tej ligi. Możliwe, że warunki fizyczne (195 cm) sprawią, że będzie zdobywał bramki po stałych fragmentach.

Pozostali piłkarze przychodzili raczej w charakterze uzupełnień. Pozytywnie zaskoczył Szymonowicz, choć i jemu przytrafiały się błędy. Sadikovic? Przeciętniak, jakich pełno w tej lidze. Ivan Marquez? Daleki od swojej najlepszej formy z Korony. Gardawski? Zasłynął idiotycznym zagraniem ręką w spotkaniu z Górnikiem, kiedy prawdopodobnie pomylił dyscypliny.

Letnie okno transferowe Cracovii można ocenić na 3/10. Nielicząć Niemczyckiego, żaden z nowych zawodników nie stał się kluczowym piłkarzem, więc ciężko znaleźć przesłanki ku wyższej nocie.

NA WOJNĘ BEZ STRZELBY

Od momentu, w którym piłka raczkowała, liczyło się strzelanie bramek, a co za tym idzie posiadanie w zespole goleadora z krwi i kości. Pierwsze co rzuca się w oczy w Cracovii, to brak napastnika z prawdziwego zdarzenia. Gdyby Cracovia posiadała w swoim składzie bramkostrzelnego napastnika, to wówczas nie dyskutowano by tyle o ich stylu, bo mieliby kilka punktów więcej.

Najlepsi strzelcy Cracovii:

4 – Pelle van Amersfoort,

2 – Sergiu Hanca, Florian Loshaj, Tomas Vestenicky.

Rivaldinho nikogo nie oczarował. Alvarez wypalił się, zanim na dobre odpalił. Vestenicky nigdy nie potrafił zagrać trzech dobrych spotkań z rzędu. Filip Piszczek próbuje odgrywać rolę napastnika. Walczy, wychodzi na pozycję, ale to tyle. Ta sytuacja powinna uwierać pion sportowy klubu. Jeszcze nie tak dawno barwy Cracovii reprezentowali kolejno Piątek, Airam Cabrera oraz Rafa Lopes. Nie trzeba się specjalnie znać na piłce, by zauważyć coroczną gradację napastników pod względem potencjału i umiejętności.

POST SCRIPTUM

Cracovia jest trochę jak ten sezon. Przeciętna i niestawiająca kolejnych kroków ku lepszej przyszłości. Biorąc pod uwagę, że Wisła od lat przeżywa swoje problemy, to można pokusić się o stwierdzenie, że Cracovia otrzymała od losu szansę skorzystania na nieszczęściu rywali zza miedzy. Gdyby wszystko w tym klubie się zgadzało, to byłaby możliwość powiększenie bazy kibicowskiej. Niestety wiele działań Cracovii odstrasza i odstraszało potencjalnych zainteresowanych.

Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy tweet, w którym autor rzucił stwierdzeniem, że za każdym razem, kiedy odpala mecz Cracovii, to widzi nowego obcokrajowca. Trzeba przyznać, że ktoś, kto to napisał, nie jest z dala od prawdy, ponieważ normą dla Cracovii stało się wystawianie 8-9 obcokrajowców w pierwszej XI.

W obecnym zespole brakuje piłkarzy symboli, a nawet jak ktoś aspiruje do tego miana, to aura wokół piłkarza zaczyna gęstnieć i dzieją się rzeczy dziwne, o czym świadczy odejście Covilo, zamieszanie z Januszem Golem, wypchnięcie Dąbrowskiego i obecna sytuacja Mateusza Wdowiaka. Trener pracuje w klubie od ponad trzech lat, a fundamenty drużyny wciąż są dość cienkie i nie ma gwarancji na to, że znów się coś nie wydarzy.

PAWEŁ OŻÓG

Terzić odpowiedzią na tęsknotę za Kloppem.

Pochettino? Rose? Nie! Bierzemy swojego! Przynajmniej na ten moment. Były asystent, dobry duch, człowiek emocjonalnie związany z BVB. Kimś takim jest właśnie Terzić. Trener na lata, czy tylko zadaniowiec?

DUCH KLOPPA

Czy komuś się to podoba, czy nie w BVB każdy trener, który, choć odrobinę nie przypomina Kloppa, jest skazany na porażkę. Przekonał się o tym Lucien Favre, który o ile ma bardzo bogaty bagaż doświadczeń oraz umiejętności trenerskich, o tyle często gubił się w swoich działaniach. Brakowało mu szaleństwa, którego potężne dawki latami dostarczał Klopp. Kiedy gra Borussi pozostawiała wiele do życzenia, to Favre krzywił się, a jego mowa ciała była dość neutralna. Kloppa w analogicznej sytuacji roznosiła energia, a podłoże było stale ugniatane przez podeszwy jego butów. Każda stykowa sytuacja, która została orzeczona na niekorzyść Dortmundu, prowokowała Kloppa do agresywnych reakcji, a mowa ciała Niemca wskazywała chęć odpłacenia sędziemu za krzywdy wyrządzone jego ekipie. Jednak po meczu potrafił zapanować nad ciśnieniem.

W kontaktach z piłkarzami Favre był dość chłodny. Szwajcar jest człowiekiem raczej zdystansowanym. Nie lubi przekraczać granicy relacji trener-zawodnik. Terzić stara się ten dystans skracać. Jest człowiekiem, który tworzy wokół siebie aurę osoby wiarygodnej, której można powierzyć swoje sekrety lub po ludzku się wygadać. Klopp potrafił przekraczać wspomniana wcześniej granicę. Zdarzało mu się nawet na niej czasem zatańczyć, a kiedy zaszła taka, potrzeba wycofywał się i pokazywał, kto tak naprawdę rządzi.

Na Signal Iduna Park zatęskniono za takim stylem pracy i całkiem możliwe, że Terzić przynajmniej częściowo wypełni tęsknotę po trenerze Liverpoolu. Został jednak rzucony na dość głęboką wodę, będąca zarazem szansą, która mogłaby się już nigdy nie przytrafić.

DEBIUTANT NA SKOCZNI


Można porównać jego sytuację do skoczka narciarskiego, który debiutuje w dość loteryjnym konkursie, ale to jemu przypadły neutralne warunki i tylko od niego zależy, czy je wykorzysta. Dortmund nadal gra na trzech frontach. W Pucharze Niemiec czeka ich starcie z Eintrachtem Brunszwik, a w Lidze Mistrzów z BVB. Umówmy się, że można było trafić gorzej, więc dużo zależy od niego samego. O jego losach powinna zdecydować postawa drużyny w lidze. Musem jest zagwarantowanie sobie możliwości występów w europejskich pucharach. Ewentualna roczna separacja BVB z Ligą Mistrzów oznaczałaby nie tylko rozczarowanie, ale i wyrwę finansową.

CZARNO-ŻÓŁTA KREW

Terzić w latach 2010-13 był asystentem Kloppa. Pomimo szczerej sympatii do klubu w pewnym momencie opuścił szeregi BVB. Otrzymał szansę pracy u boku Slavena Bilicia, po tym jak wcześniej pełnił funkcję doradczą w reprezentacji Chorwacji. Współpracę zakończyli w 2018. Terzić zatęsknił za BVB i powrócił do klubu, który jest bliski jego sercu. Nie kryje się z tym, że kibicuje Dortmundowi. W sztabie Favre’a to on odpowiadał za stronę emocjonalną. Lepiej rozumiał młode pokolenie. Świat Instagrama, Facebooka i innych mediów społecznościowych. W obecnej piłce jest bardzo ważne, by rozumieć sferę społecznościową. Szczególnie kiedy w zespole znajduje się tak wielu młodych piłkarzy. Nawet Jose Mourinho, który kiedyś był sceptycznie nastawiony do życia przed ekranem telefonów, teraz stara się lepiej zrozumieć ten świat i jest aktywny choćby na Instagramie, działając w myśl zasady mówiącej, że aby coś dobrze zrozumieć, trzeba tego spróbować.

W Niemczech krążą opinie, że Terzić i Favre mieli często inny punkt widzenia na dane sprawy. Teraz 38-latek może pokazać, że w wielu kwestiach to on miał rację. Znalezienie się w ogniu krytyki w najbliższym czasie raczej mu nie grozi, ale Borussia musi pokazać siłę.

POKEROWE ZAGRANIE


Po sukcesie Hansiego Flicka każdy niemiecki klub chciałby, żeby asystent przejmujący zespół po zwolnieniu pierwszego trenera przynajmniej zbliżył się do osiągnięć trenera Bawarczyków. Pozbywając się Favre’a na tym etapie sezonu, władze klubu przemycają po cichu informację, że latem popełnili błąd. Szwajcar już wcześniej bywał krytykowany i ważyły się jego losy. Przylgnęła do niego łatka trenera, którego drużyny grają ładną piłkę, piłkarze się rozwijają, ale niestety brakuje im DNA zwycięzców.

Rynek trenerski w tym momencie jest dość ubogi. Teoretycznie wolnym agentem jest Mauricio Pochettino. Choć Argentyńczyk sam o tym głośno nie mówi, to czeka, aż zwolni się stołek w klubie, w którym będzie oceniany przede wszystkim za wyniki i co równie ważne dostanie pełną swobodę wyboru nowych zawodników. W Dortmundzie musiałby się liczyć z odejściami ważnych piłkarzy, co musiałby zaakceptować pomimo wewnętrznej frustracji. W Tottenhamie miał ograniczone pole manewru. Walczył z tym, ale nie udało mu się wygrać tej potyczki.

Niemieckie ptaszki ćwierkają, że latem do Dortmundu może trafić Marco Rose. Trener Borussii Monchengladbach na podstawie zapisów kontraktowych może opuścić klub z Borussia-Park już latem. W przypadku takiego rozwiązania Terzić zostałby zdegradowany do roli Petera Stogera, który swego czasu miał tylko dokończyć sezon i czekać na to, aż przyjdzie trener dedykowany do pracy w Dortmundzie w dłuższym okresie.

Operacja Terzić może się jednak okazać sukcesem i wówczas władze BVB będą musiały podjąć trudną decyzję, Jeżeli rzeczywiście planują zatrudnić Rose i są tego w 100 procentach pewni, to najlepszym zrządzeniem losu byłyby stabilne wyniki Dortmundu dające przepustkę do Ligi Mistrzów, ale bez błysku, który wzbudziłby kontrowersje. Pozostanie wówczas furtka do podziękowania Terziciovi i podania ręki Rose.

PAWEŁ OŻÓG

Ból w kostce i chrześcijański hip-hop – historia upadku Jacksona Martineza

W poniedziałek Jackson Martinez opublikował na Instagramie post, w którym ogłosił zakończenie kariery piłkarskiej. Przygoda Kolumbijczyka z piłką była względnie udana. Oprócz gry dla Atletico Madryt, czy FC Porto może pochwalić się zdobyciem mistrzostwa Portugalii, Chin oraz Kolumbii. Wielu trenerów, czy kolegów z boiska twierdzi jednak, że miał potencjał, aby osiągnąć znacznie więcej. Każdy, kto widział grę Kolumbijczyka za jego najlepszych lat, musi się z tą tezą zgodzić.

„Chciałbym podzielić się z wami ważną informacją. Postanowiłem zakończyć swoją karierę piłkarską. To była bardzo trudna, ale przemyślana i rozsądna decyzja. Od momentu urazu, którego doznałem w sezonie 2015/2016, walczyłem o powrót do właściwej dyspozycji. Dawałem z siebie wszystko, abym mógł wrócić na odpowiedni poziom. Po powrocie trudno było mi jednak grać tak, jak chciałem”.

PUSZKI, KAMIENIE I BUTELKI

Historia Jacksona Martineza od samego początku nadawała się do ekranizacji. Na jej podstawie spokojnie mógłby powstać trzymający w napięciu film sensacyjny. Jego ojciec był piłkarzem (kopał w drugiej lidze), imię dostał po legendarnym piosenkarzu, a sam chciał zostać koszykarzem. Marzenia o NBA porzucił jednak dość szybko. Po kilku latach trenowania koszykówki zdał sobie sprawę, że w jego przypadku dużo łatwiej będzie pójść w ślady ojca. Łatwiej było jednak tylko teoretycznie. Jackson na treningi chodził boso, a swoje umiejętności doskonalił kopiąc puszki i kamienie przed domem.

Pomimo biedy, w jakiej się wychował, jego talent został zauważony dosyć wcześnie. Już w wieku 12 lat interesowało się nim kilka amatorskich klubów, a wkrótce został zauważony przez skautów Independiente Medellín – jednej z największych drużyn w Kolumbii. Złapał Boga za nogi. Z klubem tym wygrał mistrzostwo, a nawet wystąpił w Copa Libertadores. Nie zawsze było jednak tak kolorowo. Pedro Sarmiento, były szkoleniowiec Independiente zdradził, że gdy dał Martinezowi szansę na debiut, został przez kibiców ostro zwyzywany. Powodem była sylwetka napastnika, który ważył zdecydowanie za mało jak na sportowca.

ZASTĄPIĆ FALCAO

Martinez trafił do Europy dopiero w wieku 25 lat, a nadal uznawany był za jeden z największych talentów kolumbijskiego futbolu (obok Jamesa Rodrigueza, czy Luisa Muriela). Nie bez powodu. Jego zadaniem było zastąpienie swojego rodaka – Radamela Falcao, który opuścił drużynę „Smoków” na rzecz Atletico Madryt. Martinez w jego buty wszedł błyskawicznie. W lidze portugalskiej spędził trzy niezwykle udane sezony. W każdym z nich zostawał królem strzelców. Ostatecznie koszulkę FC Porto założył w 136 oficjalnych występach, zdobywając w nich 92 bramki, czyli o 20 więcej od Radamela Falcao. Wkrótce miał go zastąpić po raz kolejny…

CHOLISMO DLA OPORNYCH

Nauka stylu gry preferowanego przez Diego Simone wymaga czasu (o czym przekonał się znakomity w tym sezonie Joao Felix). Argentyńczyk oczekuje od swoich graczy tego, z czego sam był znany, grając w barwach Lazio, Interu, czy właśnie Atletico. Jak sam kiedyś powiedział „Atleti to praca, wysiłek, kontratak i rywalizacja”. Pomimo tak wymagającego stylu gry, większość zawodników trafiających pod jego skrzydła sprawdza się. Większość, ale nie Jackson Martinez. „Nie ma wątpliwości, że kiedy zawodnik nie gra dobrze – ja za to odpowiadam. Jackson nie pokazał swojej najlepszej formy i czuję się za to odpowiedzialny.” Simeone obwiniał się za niepowodzenia Martineza, choć trzeba mu przyznać, że konsekwentnie stawiał na kolumbijczyka mimo kolejnych bezbarwnych występów.

Problem był jednak dużo bardziej złożony. Wieloletni zawodnik Atletico – Gabi przyznał, że tak naprawdę „Martinez nigdy nie pasował do stylu gry preferowanego przez Simeone”. Trudno się z tym nie zgodzić. Z klubu odszedł zaledwie pół roku po podpisaniu kontraktu. Miał już 29 lat, nie można było wiecznie czekać, aż wypali.

KIERUNEK AZJA

Zimą 2016 roku ligę chińską zasiliło kilka gwiazd, w tym nowy zawodnik Guangzhou Evergrande – Jackson Martinez, sprowadzony z Atletico za 42 miliony Euro. Los Colchoneros oddali napastnika bez wyrzutów sumienia, na papierze zarabiając na transferze około 7 milionów Euro (do Atletico sprowadzony został za 35 milionów). Oprócz niego do Chin trafili, chociażby Renato Augusto, Ramires, Alex Teixeira, Fredy Guarin, Burak Yilmaz, czy Gervinho. Każdy z nich mógł chociaż przez chwilę poczuć się jak Marco Polo, odkrywający przed laty Azję.

Mieli szansę, aby zostać pionierami, wznoszącymi Azjatycki futbol na zupełnie nowy poziom. Jak dobrze jednak wiemy, wcale się tak nie stało. Chińskie kluby przeszacowały swoje możliwości finansowe, co odbiło się na kieszeniach wielu graczy, którym oferowano przecież góry złota. Wracając jednak do samego Martineza, pobyt w Chinach zostanie przez niego zapamiętany jako okres pełen bólu, który jak sam mówi „codziennie o 3-4 w nocy budzi go ze snu”.

POCZĄTEK KOŃCA

O tym, jak wielki ból wiąże się z kontuzją kostki, doskonale wie Marco van Basten. Kontuzja ta zrujnowała karierę Holendra jeszcze przed trzydziestką, choć oficjalnie przygodę z piłką zakończył w wieku niespełna 31 lat. Po latach przyznał, że ból w nodze stawał się tak nieznośny, że podejrzewał u siebie nowotwór kości. Niestety podobna historia dotyczy Jacksona Martineza. Problemy ze zdrowiem Kolumbijczyka rozpoczęły się jeszcze za czasów gry dla Atletico, a konkretnie podczas zgrupowania reprezentacji Kolumbii. Prawdziwy koszmar rozpoczął się jednak w Chinach. To właśnie tam jego kontuzja się odnowiła. Tym razem potrzebna była jednak operacja, a po niej mozolna rehabilitacja. Trudno w to uwierzyć, ale podczas jego nieobecności Guangzhou Evergrande zdążyło wygrać mistrzostwo, puchar oraz dwa superpuchary Chin. Dziś trofea te przypominają mu jedynie czas spędzony w szpitalu.

Martinez swoje ostatnie kroki w futbolu stawiał w portugalskim Portimonense, do którego przeszedł po rozwiązaniu kontraktu z chińskim zespołem. Niestety jego drugi epizod w Portugalii nie był tak udany, jak pierwszy i przypominał raczej próbę nieudolnego przedłużenia kariery.


BEZ STRACHU

Instagramowy post Kolumbijczyka wieńczy cytat z Biblii, a dokładnie listu do Rzymian Świętego Pawła: „A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia jego są powołani.” Nic dziwnego, Kolumbijczyk jest osobą bardzo religijną. Co więcej, to właśnie z religią łączy swoją przyszłość. Jak sam mówi, od jakiegoś czasu jest „raperem głoszącym Słowo Boże”. Ma za sobą nawet wydanie pierwszego albumu. Nosi on tytuł „Ne Temere”, czyli „Bez strachu”. Jego muzyka nie cieszy się jednak zbytnią popularnością.

Karierę Jacksona najbardziej dobitnie skomentował Oliver Torres, który grał u boku Kolumbijczyka zarówno w FC Porto, jak i Atletico Madryt. „Jackson uwierzył w Boga bardziej niż w siebie samego. Odizolował się od reszty zawodników, rozmawialiśmy z nim praktycznie raz w tygodniu. Każdy chciał mu pomóc, ale nikt nie wiedział, co siedzi mu w głowie” – opowiedział w wywiadzie dla dziennika „Marca”. Czy miał rację? Pewnie tak, choć z drugiej strony Martinez tłumaczy, że to właśnie dzięki Bogu osiągnął prawdziwe szczęście.

Historia Martineza pokazuje, jak trudnym w dzisiejszej piłce jest utrzymanie się na szczycie. Do mainstreamu coraz częściej przebijają się przecież sezonowcy, którzy są niczym spadające gwiazdy, które świat pamięta jedynie przez krótki moment, aby później bezlitośnie pogrążyć je w zapomnieniu.

MACIEJ SZEŁĘGA

Luźne rozmowy. Występy ukraińskich drużyn w europejskich pucharach 20/21.

Czas na podsumowanie występów ukraińskich drużyn w europejskich pucharach w ramach nowego cyklu Luźne rozmowy. Na pierwszy ogień Paweł Ożóg oraz Buckaroo Banzai podsumowali występy ukraińskich drużyn w europejskich pucharach.

Paweł: Pięć drużyn z Ukrainy miało prawo występu w europejskich pucharach. Trzy drużyny dostały się do fazy grupowej. Szachtar i Dynamo do Ligi Mistrzów a Zoria do Ligi Europy. Na początku 2021 Szachtar i Dynamo pozostaną w grze o tytuł w rozgrywkach LE. Która z ukraińskich ekip była twoim zdaniem najlepszym ambasadorem ukraińskiej piłki jesienią 2020?

Buckaroo: Zdecydowanie Szachtar. Ten rok jest w miarę dobry dla drużyn z Ukraińskiej Premier Ligi, ale bez wielkich sukcesów. Kolos i Desna odpadły już w eliminacjach. Ci pierwsi mieli pecha, bo po wygraniu z Arisem na wyjeździe, przegrali po dogrywce z Rijeką, na co wpływ miały warunki atmosferyczne.

Warto dodać, że Dynamo i Szachtar to kluby z najniższą średnią wieku wystawianych jedenastek. Młodzi dali radę, choć kilku z nich dopiero debiutowało jesienią w dorosłej piłce.

Mnie również najbardziej zaimponował Szachtar. Przyjechali do Madrytu bez 13 piłkarzy, a i tak zdołali zaskoczyć królewskich, wyprowadzając trzy ciosy w pierwszej połowie. Antybohaterami spotkania stali się Courtois i Varane, ale piłkarze Szachtara bardzo im w tym pomogli.

Pojechali praktycznie bez podstawowych graczy do Madrytu i zdobyli 3 punkty, demolując Madryt w pierwszej połowie. Debiutowali Kornijenko z piękną asystą. Trubin ze świetnymi interwencjami. Salomon i Tete również dobrze pokazali się Europie. Chyba żaden kibic Szachtara się tego nie spodziewał. Potem powtórka w Kijowie, gdzie każdy spodziewał się srogiego rewanżu na górnikach. A klub z Doniecka pokazał, że świetna forma w Europie to nie przypadek.

Jednak wyniki w spotkaniach z Borussią były szokujące. Ciężko przejść do porządku dziennego po tym, jak pokonujesz Real. Jesteś w stanie zremisować z Interem, który w Serie A pokazuje swoją siłę, a nagle ponosisz dwie wysokie porażki z BMG (0:6 i 4:0). Zastanawiam się, w jaki sposób można je najprościej wytłumaczyć. Może wynikało to ze stylu niemieckiej drużyny, która odważniej niż Real czy Inter próbowała zdominować rywala?

Z Interem w Kijowie Szachtar zagrał raczej słabo. Dużo komentatorów zwracało uwagę, że mecz został zremisowany dzięki szczęściu i przewidywano problemy z Niemcami. Jednak nie na taką skalę. Spodziewam się zera punktów, bo Borussia to ofensywna drużyna, która nie zlekceważy nikogo w LM. Do tego widziałem męczącego się w lidze Szachtara. Czapki z głów jednak za podniesienie się po takim ciosie. Wiele osób krytykowało ich za postawę z Borussią, mówiło się o zwolnieniu Castro. A ten równie szybko uciszył wszystkich krytyków, zapewniając Szachtarowi grę w LE na wiosnę.

Mimo wszystko bojaźń przed Interem w pierwszym spotkaniu jestem w stanie w pełni zrozumieć. Pamiętamy 5:0 w zeszłorocznej edycji LE. Możliwe, że tamto niepowodzenie zostawiło swój ślad i bali się powtórki.

Tak, ale w drugim meczu między tymi drużynami Szachtar pokazał klasę. Inter miał szanse, ale Górnicy zagrali z werwą, dobrze w defensywie a Taras Stepanenko powinien zostać wybrany zawodnikiem meczu. Szkoda, że zabrakło go w XI szóstej kolejki, bo na to zasłużył. Zresztą brawa dla całej drużyny. Mimo, że Inter miał sporo okazji, to ta gra w porównaniu do meczu z Kijowa była zupełnie inna.

O Szachtarze już trochę pogadaliśmy, więc czas na Dynamo. W eliminacjach pokonali AZ i Gent Trafili do grupy z Barceloną, Juventusem i Ferencvarosem, w której wywalczyli 4 punkty. 

Dynamo wykonało swój plan minimum, jednak bardzo ważny dla spraw klubowych. Wiele osób, w tym Ukraińców, tego nie docenia, bo 4 punkty zdobyte jedynie z mistrzem Węgier to żaden wyczyn, ale już sam awans nim był. Dynamo boryka się z problemami finansowymi. Nie ma tragedii, ale aby utrzymać klub na obecnym poziomie, to 32 miliony z fazy grupowej LM były konieczne. To się udało, do tego kolejne 4 mln euro za poczynania boiskowe i gwarancja gry na wiosnę. Przed sezonem każdy byłby wdzięczny za taki wynik. A że słabo wyglądało to na boisku, to już inna sprawa. Dynamo według Wyscouta zajmowało pozycje 28-32 w prawie każdym aspekcie. 

Myślisz, że po pierwszym meczu z Barceloną piłkarze Dynama nadal czują niedosyt? Barca tego dnia nie wyglądała najlepiej.

Myślę, że już o tym zapomnieli. W przeciwieństwie do Szachtara zagrali tylko jeden bardzo dobry mecz. I pewnie, gdyby mieli zamienić awans do LE na wygraną na Camp Nou, zostaliby z tym, co mają. Dobra gra w Barcelonie to taki dodatek do tej kampanii w LM.

Supriadze tamtego dnia piłka wyjątkowo nie siedziała na nodze.

I nie siedzi niestety przez cały sezon. Lucescu postawił na niego i to miał być sezon wychowanka Dnipro. Zaczął dobrze. Rumun nie chciał nawet patrzeć w kierunku reszty napastników (Rusin, Kleyton). Miał dobry start w lidze. Dwa gole w pierwszych trzech meczach i to wszystko, na co było go stać. Plus ważne trafienie w play-offach z Gentem. Potem zastój trwający do teraz. Lucescu stara się ratować sytuację dając grać na pozycji napastnika skrzydłowemu Verbiciowi.

A jak oceniasz występy Tomka Kędziory? Pojawiały się głosy mówiące, że w tej edycji Ligi Mistrzów skupił się wyłącznie na bronieniu, a w ostatnim meczu Kędziora dał nawet asystę na wagę możliwości występów w LE. Doskonale rozumiem to, że Kędziora skupiał się głównie na tyłach, ponieważ w starciach z mocnymi rywalami miał mnóstwo pracy, ale i tak zdarzały mu się ofensywne wypady. Choćby w pierwszym starciu z Barceloną.

Znowu posłużę się statystykami od Wyscout. Tomasz rzeczywiście grał głównie w obronie, wygrywał mało pojedynków w ataku, ale ogólnie grał przyzwoicie, a mecz w Budapeszcie to jego popis. Dostawałem wiadomości od znajomych i dziennikarzy z Ukrainy w stylu „dziękujemy za Kędziorę!”. Dziennikarze  uznali go za gracza meczu.

Zastanawia mnie przyszłość Rusłana Neszczereta. Wyważył drzwi do dorosłej piłki, ale też przytrafiły mu się poważne błędy.

Debiutował z Dnipro. Nie miał wiele do pokazania poza dwoma ważnymi interwencjami. Potem genialny mecz na notę dziesięć na Camp Nou. Następnie szlagier z Szachtarem i złe wyjście do piłki, łatwy gol Moraesa. Potem wrócił Bushchan i Neszczeret przestał grać. W meczu z Mariupolem Lucescu chciał dać mu szansę pożegnać się godnie z 2020 rokiem. Młody bramkarz jednak dostał czerwień pod koniec pierwszej połowy i tak kończy się dla niego ta runda. 

Czasami tak już jest, że trzeba swoje zepsuć, żeby móc coś naprawić.

Tę rundę ciężko jednoznacznie określić. Z nieba do piekła? Chyba tak będzie najtrafniej. 

Myślisz, że w niedalekiej przyszłości będzie dostawał swoje szanse?

Ciężko powiedzieć, bo to jednak gracz drużyny młodzieżowej Kijowian, przez co nie warto  go za bardzo krytykować. Niech zapamięta mecz z Barcą i nauczy się na błędach z UPL

Została nam do omówienia Zoria. Zespół Skrypnika rozpoczął od trzech porażek, które ustawiły sytuację w ich grupie, ale potem zdołali wygrać z AEK i Leicester. Myślisz, że ta drużyna może w przyszłym sezonie wykonać kolejny krok? Większość polskich kibiców kojarzy Zorię z ich potyczek z Legią przed kilkoma laty.

Niestety. Mieli ogromne problemy finansowe i dla nich te 4 mln z fazy grupowej są na wagę nawet nie złota, a przeżycia. Wśród dziennikarzy panuje przekonanie, że Zoria może mieć problemy z utrzymaniem kadry w drugiej części sezonu. Opóźnienia w pensjach sięgają 4 miesięcy. Natomiast jak na razie radzą sobie średnio. 

Słaby początek spowodowany zamieszaniem z trenerem i utratą ważnych ogniw. Teraz wzięli się w garść, wygląda to lepiej i w lidze i w LE. Moim zdaniem może być jednak problem w przyszłym sezonie. Były dyrektor sportowy wieszczy klubowi ciężką przyszłość twierdząc, że nawet miliony z LE nic nie pomogą. Wygrywając w Atenach i z Leicester pokazali, że nie są chłopcami do bicia, nikt nie oczekiwał od nich awansu, choć wyniki po pierwszych trzech kolejkach były bardzo słabe.

Kontynuując temat Zorii, dzięki sprzedaży, których piłkarzy Zoria może poprawić swoją sytuację finansową? Może Yurchenki? Stopniowo buduje swoją pozycję strzelając bramki i dokładając asysty, choć w przeszłości zachodu nie zawojował.

Kolejkę do transferu widzę tak: Kochergin, Abu Hana i Ivanisyenia. To najciekawsze nazwiska. Szczególnie ten pierwszy. Nim interesował się Śląsk, Wolfsburg i kilka innych drużyn, ale nie miał żadnej konkretnej oferty. Teraz podobno zgłasza się po niego Dynamo. Tylko przez dziwne decyzje Szewczenki nie dostał powołania. Gwiazda ligi. Cała drużyna Zorii to potencjalny transfer i grosz dla klubu, ale wymieniona trójka będzie kosztować pewnie ponad milion euro.

Lech Poznań jako jedyny polski zespół dostał się do fazy grupowej europejskich pucharów i punktował praktycznie jak Zoria. Tymczasem występ Lecha raczej powinniśmy odbierać pozytywnie.

Zoria pokazała się ze średniej strony. Wygrana z Leicester odbiła się echem w Europie, ale 6 punktów to bardzo średni wynik. Wpływ na to z pewnością miał ciężki początek sezonu, drużyna weszła i w puchary, i w ligę w złej formie. Na szczęście wyszła z tego z twarzą. 


Nasze oceny końcowe przy zachowaniu wszelkich proporcji:
Szachtar 8/10
Dynamo 6/10
Zoria 5/10
Kolos 5/10
Desna 4/10

PS Jeżeli chcielibyście, żeby jakiś konkretny temat został przez nas poruszony w następnych luźnych rozmowach, to zostawcie komentarz na FB lub Twitterze. Wasza opinia jest dla nas ważna i chętnie zrobimy coś ekstra 😀

PAWEŁ OŻÓG & BUCKAROO BANZAI

Co jest nie tak z Betisem?

Real Betis nie po raz pierwszy zawodzi na całej linii, choć w tym sezonie wystartowali z kopyta. Sześć punktów w dwóch kolejkach zadziałało na wyobraźnię kibiców. Jednak Betis traci gole na potęgę, a co gorsza nie strzela ich tak dużo, jak można się było spodziewać. Stali się ligowym Marcinem Najmanem, na którym rywale poprawiają swój bilans.

Od dłuższego czasu Betis zmaga się z problemem gry na miarę oczekiwań. Szczególnie poprzedni sezon pokazał, że w klubie występuje problem z podejmowaniem właściwych decyzji. Zatrudniono wówczas nieodpowiednią osobę na stanowisko trenera (Rubiego), który kompletnie nie mógł się odnaleźć się w zielono-białej rzeczywistości, po tym jak osiągnął z Espanyolem wynik ponad stan.

PELLEGRINI W OCZACH PIŁKARZY


Na początku pracy Pellegriniego większość opinii piłkarzy, która spływała do mediów mogła napawać optymizmem. „Pellegrini od pierwszych chwil zaproponował swój sposób gry i ważną zmianą jest również nastawienie. To dla nas ważny rok, ale w każdym meczu musimy to pokazywać” – to słowa Cristiana Tello.

„Jest trenerem, który lubi, gdy drużyna ma piłkę. Myślę, że zespół jest do tego stworzony. W tym sezonie gramy bardziej pionowo i to nam dużo daje. Trener przykłada dużą wagę zachowywaniu czystych kont, ponieważ w zeszłym sezonie byliśmy drugim najgorszym zespołem pod względem liczby straconych bramek” – przyznał Sergio Canales.

Niestety w kwestii gry obronnej Verdiblancos nie poczynili postępów. Szybki rzut oka na klasyfikację straconych bramek:

  • Betis – 23,
  • Celta – 20,
  • Granada, Valencia i Huesca – 17.

Anders Guardado po wczorajszym meczu nie gryzł się w język:

„Niestety brakuje nam koncentracji w defensywie. Popełniliśmy wiele indywidualnych błędów, które kosztują gole. Nie gramy w obronie tak, jak powinniśmy. Porażki są coraz cięższe i czas na głęboką samokrytykę, ponieważ grając w ten sposób niczego nie osiągniemy”.

KOMEDIANCI ZAMIAST KOMENDANTÓW


Nie wzięło się znikąd piłkarskie powiedzenie, że zespół buduje się od obrony. W przypadku Betisu ciężko powiedzieć, by ktokolwiek o tym pamiętał. Spotkanie z Eibar obnażyło wszystkie braki Betisu, a należy brać pod uwagę, że Eibar ma w tym sezonie duże problemy ze zdobywaniem bramek. W bloku obronnym drużyny z Estadio Benito Villamarin nie ma piłkarza, który nie zaliczyłby kompromitującej wpadki w tym sezonie. Rolę głównego komedianta w spotkaniu z drużyną J.L. Mendilibara pełnił Marc Bartra. Były gracz Barcelony od dawna prezentuje się fatalnie. Popełnia mnóstwo prostych i głupich błędów bezpośrednio prowadzących do straty gola. Kiedy kilka lat temu został ośmieszony przez Garetha Bale’a wielu twierdziło, że był to tylko wypadek przy pracy. Po latach okazało się, że w/w sytuacja była sygnałem ostrzegawczym, przed tym co dopiero nadejdzie.

Koledzy z bloku obronnego nie wyglądają szczególnie lepiej. Sidnei również często się myli. Victor Ruiz odpowiedzialny jest za stwarzanie niebezpieczeństwa, ale na nieszczęście dla Betisu tylko pod własną bramką, a gra obronna bocznych obrońców nie należy do ich atutów. W pierwszych dwóch spotkaniach tego sezonu w pewnym stopniu grę obronną Betisu spajał defensywny pomocnik Willian Carvalho, ale od samego początku regularność nie jest jego najmocniejszą stroną i przydałaby mu się zmiana otoczenia.

ANONSOWANY JAKO PROROK SUKCESU

Latem Betis podpisał kontrakt z nowym dyrektorem Antonio Cordonem Ruizem. Człowiekiem, który kiedyś na potrzeby Villarreal odkrył między innymi Antonio Valencię i Diego Godina. Zasłynął również z tego, że uznano go za jednego z architektów sukcesu AS Monaco, które zdobyło w sezonie 16/17 mistrzostwo Francji oraz doszło do półfinału Ligi Mistrzów.

Bogate CV Cordona miało dać gwarancję sukcesu. Oczekiwano, że Betis wejdzie na nowy poziom organizacyjny, którego nie byli w stanie osiągnąć poprzedni dyrektorowie. Cordon na pokład zaprosił kilku swoich starych znajomych w tym Alberto Benito – byłego dyrektora sportowego Almerii z czasów jej świetności.

Efekty pracy Cardona na ten moment są dość mizerne. Latem liczono na sprzedaż zbędnych ogniw oraz tych, których wartość w ostatnim czasie zaczęła gwałtownie spadać. Drobna czystka została dokonana, natomiast co równie ważne, klub nie dokonał realnych wzmocnień, ponieważ nie znalazł na nie środków. Jedynie uzupełniono, co nie spodobało się właśnie Manuelowi Pellegriniemu.

Innym problemem Cordona jest polityka prolongowania umów z piłkarzami. Latem 2021 kończy się kontrakt najlepszemu ze środkowych obrońców Aissie Mandiemu, który może nie jest piłkarzem na miarę Realu, czy Barcelony, ale będąc w pełni sił, zapewnia solidność, w przeciwieństwie do Bartry czy Ruiza.

„Postęp Aissy był największym, jaki widziałem u piłkarza od 40 lat. A wszystko dlatego, że jest odpowiedzialnym, uważnym, poważnie podchodzącym do pracy i zaangażowanym piłkarzem”.
Takimi słowami podsumował Mandiego Quique Setien w 2018.

Ciężko za wszystko winić Cardona, który w klubie pracuje od niedawna. Mógł zrobić więcej, ale nie jego winą jest to, że poprzednicy kiepsko reinwestowali środki pozyskane ze sprzedaży piłkarzy w ramach projektu pt. “Wielki Betis”.

Transfery 20/21:

  • Claudio Bravo – doświadczony golkiper, który jest w stanie grać na wysokim poziomie, ale często spotykają go urazy. Wiek Chilijczyka nie pozwala na to, by liczyć na niego w dłuższym okresie.
  • Victor Ruiz – środkowy obrońca, na którego nie można liczyć. W tym sezonie przeplata występy słabe z żenującymi (samobój i całokształt w meczu z Athleticiem).
  • Martin Montoya – uzupełnienie po odejściu Barragana i w chwili transferu nadzieja na to, że poprawi konkurencję na prawej stronie defensywy.
  • Juan Miranda – mistrz europy do lat 19. Po nieudanym okresie w Schalke miał naciskać na Alexa Moreno, który w obronie gra bardzo słabo.
  • Pozostałe transfery to powroty z wypożyczeń. Między innymi Tony Sanabria i Victor Camarasa.

Pellegrini spodziewał się innych ruchów. Kilkukrotnie w trakcie trwania okna transferowego podkreślał, że potrzebuje wzmocnień. Pomijając efekty pracy trenera widać, że zespół jest kiepsko zbalansowany.

OPIERANIe GRY ZESPOŁU NA PIŁKARZACH NARAŻONYCH NA URAZY


Największym znakiem zapytanie w momencie, gdy Nabil Fekir podpisywał kontrakt z Betisem (jeszcze w czasie poprzedniego rozdania), było jego zdrowie, które zabrało swego czasu transfer do Liverpoolu. O ile Fekir nie najgorzej odnalazł się w andaluzyjskim mieście, o tyle, cały czas w mniejszym bądź większym stopniu zmaga się z urazami. Minuty spędzone na boisku nie do końca odzwierciedlają sytuację piłkarza, który od czasu do czasu musi trenować indywidualnie. Potrafi błyszczeć, ale częściej błyszczał za kadencji Rubiego, a to już powinno niepokoić.

Rewelacją początku tego sezonu był Sergio Canales. Wychodziło mu dosłownie wszystko. Podania, strzały i dryblingi. Nie dziwiło, więc powołanie do reprezentacji Hiszpanii po dłuższej przerwie. Rajski okres Canalesa dobiegł jednak końca. W przeszłości często prześladowały go urazy (dwukrotnie zerwał więzadło krzyżowe) i na nieszczęście dla pomocnika Betisu, ponownie zaliczy dłuższą przerwę od gry. Piłkarz z Santander zgodnie z przewidywaniami powróci do treningów nie wcześniej niż pod koniec stycznia, co mocno komplikuję sprawę trenerowi Pellegriniemu.

Trzecim niezwykle ważnym piłkarzem dla tej ekipy jest Joaquin. I tu pojawia się problem, ponieważ ma już 39 lat na karku. O ile nie można skreślać piłkarza ze względu na wiek – zwłaszcza, gdy mówimy o graczu, który ma parametry jak 30 latek – o tyle ciężko o stworzenie projektu długofalowego w oparciu o piłkarza, który zbliża się wielkimi krokami ku odwieszeniu butów na kołek. Joaquinowi nie można odmówić chęci, ale gdybyśmy stworzyli miernik, na którym po lewej stronie umieścilibyśmy napis KLUCZOWY ZAWODNIK, a po prawej PRZEWODNIK DLA MŁODZIEŻY, to ta wskazówka powinna zmierzać ku prawej stronie, a w Betisie wędruje od prawej do lewej.

Moją uwagę przyciągnęła sytuacja z wczorajszego spotkania, kiedy to Anders Guardado daje jasno do zrozumienia, że Joaquin musi mocniej zaangażować się w grę obronną, co pokazuje, że Joaquin zaczyna odczuwać trudy kariery. Joaquin może chcieć, ale organizm stopniowo go wyhamowuje i ciężko zakładać, że coś się zmieni w tej kwestii.

ZACHŁYŚNIĘCI BARCELONĄ

Wielu piłkarzy, który trafili w ostatnich latach na Estadio Benito Villamarin zaliczyło krótszy, bądź dłuższy epizod w Barcelonie:

  • Cristian Tello,
  • Marc Bartra,
  • Martin Montoya,
  • Emerson,
  • Wilfried Kaptoum,
  • Carles Alena,
  • Claudio Bravo,
  • Alex Moreno,
  • Juan Miranda.

A to tylko lista przygotowana na szybko. Z jednej strony można interpretować obranie takiej strategii jako wyrażenie chęci grania piłką, ale abstrahując od polityki JMB jest też jakiś powód dlaczego tych piłkarzy na Camp Nou pożegnano. W wielu przypadkach bez płaczu. Betisowi brakuje nieoczywistych ruchów. Transakcji w stylu Luis Milli z drugoligowca do Granady. Kimś takim miał być Guido Rodriguez. Argentyńczyk był gwiazdą ligi meksykańskiej, ale jego dotychczasowy okres w Betisie ciężko ocenić wyżej niż na ocenę 3- w sześciostopniowej skali.

Pojawiają się głosy, że w tej drużynie brakuje tożsamości. Kilka lat temu potrafili wyciągnąć ze swojej cantery młodych i zdolnych wychowanków jak np. Daniego Ceballosa czy Fabiana Ruiza. W obecnym kształcie brakuje 19-20 latka, który wprowadziłby do zespołu odrobinę zielono-białego DNA. W tym sezonie epizodycznie na murawie pojawia się 20-letni Rodri, ale ciężko powiedzieć, czy zamieni epizody na pełen etat.

PS Zdaję sobie sprawę, że problemy Betisu nie ograniczają się wyłącznie do wyżej wymienionych, ale postanowiłem zachować pewną część swoich przemyśleń na wypadek zmian w klubie. Wówczas wątek zostanie przeze mnie uzupełniony o kilka innych aspektów.

PAWEŁ OŻÓG

Czy pociąg o nazwie Inter wszedł na właściwe tory?

Piłkarze nerrazurich w ubiegłym sezonie zostali vice-mistrzem Italii, sezon zakończyli za plecami Juventusu, tracąc tylko punkt do bianconerich. Inter w całym sezonie 2019/20 miał najlepszą obronę oraz drugą najlepszą ofensywę całej ligi tuż za plecami Atalanty. Pierwszy sezon trenera Antonio Conte był bardzo dobry, mimo że nie udało się wyjść z grupy w Lidze Mistrzów.

Problemy zaczęły się po powrocie do gry po przerwie spowodowanej koronawirusem. Ekipę Conte zaczęły nękać kontuzje, a sama gra nie wyglądała najlepiej. Po porażce w finale Ligi Europy kibice ostro zaczęli krytykować trenera Interu, który momentami nie potrafił dobrać taktyki pod zespół z wyższej półki i ponosił porażki w ważnych meczach ubiegłego sezonu. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc aby zdobyć zaufanie kibiców i całego zarządu drużyny z Mediolanu, Antonio Conte poręczył, że zdobędzie scudetto w przyszłym sezonie. Dostał nawet wolną rękę w kwestii transferów. Wydawało się, że nic nie może zatrzymać Interu, ale już na samym starcie sezonu pojawiają się pierwsze sygnały ostrzegawcze.

SERIE A

Wyniki w lidze (aktualne miejsce: 5)

  • wygrana 4:3 z Fiorentiną
  • wygrana 2:5 z Benevento
  • remis 1:1 z Lazio
  • porażka 1:2 z Milanem
  • wygrana 0:2 z Genoa
  • remis 2:2 z Parmą
  • remis 1:1 z Atalantą
  • wygrana 4:2 z Torino

Dorobek punktowy jest zadowalający – 15 pkt po 8 kolejkach – ale styl prezentowany przez Inter pozostawia wiele do życzenia. Największym problemem jest obrona, która w poprzednim sezonie była doskonała. Obrońcy popełniają wiele prostych, indywidualnych błędów, które przeciwnicy zamieniają z łatwością na bramki.

Najlepszym graczem Interu od początku sezonu jest Belg Romelu Lukaku, który zdobył 7 bramek. Wiele meczów nerrazuri rozstrzygają w końcówkach, kiedy nie pozostaje im nic innego niż rzucić wszystkie siły. Takie spotkania jak z Parmą, czy ostatnie z Torino sprawiają, że ręce opadają do samej ziemi. Gołym okiem widoczna jest okresowa bezradność piłkarzy i brak jakiegokolwiek pomysłu na rozegranie akcji.

Nie można niczego zarzucić Nicoli Barelli, który wskoczył na poziom klasy światowej, ale większość jego kolegów mocno obniżyła loty. Problemy Interu można zrzucić na kontuzje i zakażenia koronawirusem, ale właśnie dlatego Antonio Conte poszerzył swoją kadrę o dodatkowych zawodników, by nie było potrzeby korzystania z wymówek. Nowi zawodnicy kompletnie nie potrafią się wkomponować w filozofię włoskiego trenera.

Nerrazurri tracą 5 pkt do liderującego w tabeli Milanu, więc jeszcze nie wszystko stracone, ale porównując obie drużyny, można dostrzec przepaść pod względem stylu.

LIGA MISTRZÓW

Wyniki w Lidze Mistrzów (aktualne miejsce: 4)

  • remis 2:2 z Borussią Monchengladbach
  • remis 0:0 z Szachtarem
  • porażka 3:2 z Realem Madryt


Zostały rozegrane już trzy spotkania fazy grupowej Ligi Mistrzów, a Inter zajmuje ostatnie miejsce w tabeli. W grupie pozostaje ścisk, który daje nadzieję na awans do 1/8 finału LM. Ekipa Conte pozostaje bez zwycięstwa, więc wypadałoby wreszcie wygrać.

Pierwsze spotkanie w tegorocznej LM rozegrali przeciwko Monchengladbach i znów uratowała ich bramka Romelu Lukaku zdobyta w doliczonym czasie gry. Twierdza Giuseppe Meazza miała przynosić zwycięstwa, ale ten mecz potwierdził, że brak kibiców wpływa negatywnie na morale gospodarzy. To piłkarze Marco Rose czuli się w tym meczu jak u siebie w domu, a doświadczony Inter wyglądał jak banda żółtodziobów.

Wyjazdowe starcie z Szachtarem można uznać za jedno z nudniejszych w tegorocznym Pucharze Europy. Piłkarze Interu walili głową w mur i nie potrafili znaleźć drogi do bramki Anatoliia Trubina. Ostatnie spotkanie z Realem przyniosło prawdziwe emocje, ale porażka poniesiona na wyjeździe była do zaakceptowania i można ją usprawiedliwić brakami kadrowymi, które jak przekonywał Conte miały ich nie zaskoczyć po transferach. Następne spotkanie zagrają na własnym stadionie. Podejmą mistrza Hiszpanii, a każda strata punktów może oznaczać katastrofę i wielkie ciężary w walce nawet o Ligę Europy.

W letnim okienku transferowym z wypożyczenia wrócił do drużyny Radja Nainggolan i Ivan Perisić. Conte na początku mercato mówił, że nie wiąże z tymi piłkarzami żadnych nadziei i prawdopodobnie zmienią pracodawcę. Piłkarze mimo zapewnień trenera o odejściu zostali. Na „Ninję” Antonio nie ma kompletnie pomysłu i występuje sporadycznie, większość czasu spędza na ławce, nie wstając nawet do rozgrzewki. Ivan występuje zazwyczaj na pozycji lewego wahadłowego, co jest kompletnie nową pozycją dla Chorwata. Obaj w tym sezonie nie przekonują.

Do klubu latem trafili tacy zawodnicy jak: Ionut Radu (wypożyczenie z Parmy), Alexandar Kolarov, Matteo Darmian (wypożyczenie z Parmy), Nicolo Barella (wykupiony z Cagliari), Stefano Sensi (wykupiony z Sassuolo), Arturo Vidal, Achraf Hakimi, Alexis Sanchez (wykupiony z Manchesteru United) i Andrea Pinamonti. Sporo nowych twarzy u Antonio Conte i tak naprawdę ciężko powiedzieć, że ktoś spisuje się z nich dobrze, nie wliczając Nicolo Barelle, który w ubiegłym sezonie był ważną postacią nerrazzurich. Hakimi nie wkomponował się w układankę Conte najlepiej, a Kolarov wygląda jakby emerytura była już na pierwszym miejscu. Transfery, które miały przynieść chwałę i sukcesy, na ten moment tylko obciążają budżet. Reszta sezonu pokaże, czy filozofia Antonio Conte sprawdza się na dłuższym dystansie.

Inter potrzebuje czasu, aby wejść na właściwe obroty, ale czas nie zawsze jest przyjacielem sukcesu. Zegar tyka, mamy już prawie grudzień, a w Interze brakuje stylu i wyniki są poniżej oczekiwań. Pojedynczy zawodnicy prezentują tylko swoją optymalną formę, a reszta piłkarzy gra słabo. Mimo nie najgorszych statystyk to Lautaro Martinez obniżył swoje loty w sposób spektakularny. Dziś duet LuLa nie napędza strachu, a z tych dwóch obrońcy obawiają się zdecydowanie bardziej Romelu Lukaku. Alexis Sanchez coraz częściej wchodzi w buty Argentyńczyka i na boisku prezentuje się lepiej od Lautaro. Arturo Vidal miał dać pozytywny impuls i przysłowiowego kopa piłkarzom, ale najbardziej Chilijczyk pamiętany jest w tym sezonie przez sytuacje z Immobile, za którą Włoch otrzymał czerwoną kartkę. Ciężko coś powiedzieć dobrego o defensywie Interu, ale na swoje usprawiedliwienie mają problemy zdrowotne i poza boiskowe. Praktycznie co mecz oglądamy inne trio obrońców, które ma problem ze zgraniem. Zarząd nerrazurich powoli rozgląda się za następcą kapitana Samira Handanovica. Serb w tym sezonie gra bardzo słabo, często nie pomaga mu defensywa, ale jemu też zdarzają się wpadki. Nic dziwnego, że klub postanowił na ławkę ściągnąć Ionuta Radu, który w razie kontuzji może godnie zastąpić Samira w bramce.

Brak scudetto może oznaczać jedno – zakończenie współpracy z Antonio Conte. Każdy zna dobre strony Włocha, ale znane też są jego gorsze. Wydawało się, że duet Conte & Inter, to duet idealny. Dziś powoli zaczynamy dostrzegać, że ten projekt może ponieść kosztowne straty. W razie niepowodzenia Inter będzie musiał ponownie zatrudnić fachowca za sporą kasę, aby posprzątał po Antonio Conte.

KACPER KARPOWICZ

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑