Ból w kostce i chrześcijański hip-hop – historia upadku Jacksona Martineza

W poniedziałek Jackson Martinez opublikował na Instagramie post, w którym ogłosił zakończenie kariery piłkarskiej. Przygoda Kolumbijczyka z piłką była względnie udana. Oprócz gry dla Atletico Madryt, czy FC Porto może pochwalić się zdobyciem mistrzostwa Portugalii, Chin oraz Kolumbii. Wielu trenerów, czy kolegów z boiska twierdzi jednak, że miał potencjał, aby osiągnąć znacznie więcej. Każdy, kto widział grę Kolumbijczyka za jego najlepszych lat, musi się z tą tezą zgodzić.

„Chciałbym podzielić się z wami ważną informacją. Postanowiłem zakończyć swoją karierę piłkarską. To była bardzo trudna, ale przemyślana i rozsądna decyzja. Od momentu urazu, którego doznałem w sezonie 2015/2016, walczyłem o powrót do właściwej dyspozycji. Dawałem z siebie wszystko, abym mógł wrócić na odpowiedni poziom. Po powrocie trudno było mi jednak grać tak, jak chciałem”.

PUSZKI, KAMIENIE I BUTELKI

Historia Jacksona Martineza od samego początku nadawała się do ekranizacji. Na jej podstawie spokojnie mógłby powstać trzymający w napięciu film sensacyjny. Jego ojciec był piłkarzem (kopał w drugiej lidze), imię dostał po legendarnym piosenkarzu, a sam chciał zostać koszykarzem. Marzenia o NBA porzucił jednak dość szybko. Po kilku latach trenowania koszykówki zdał sobie sprawę, że w jego przypadku dużo łatwiej będzie pójść w ślady ojca. Łatwiej było jednak tylko teoretycznie. Jackson na treningi chodził boso, a swoje umiejętności doskonalił kopiąc puszki i kamienie przed domem.

Pomimo biedy, w jakiej się wychował, jego talent został zauważony dosyć wcześnie. Już w wieku 12 lat interesowało się nim kilka amatorskich klubów, a wkrótce został zauważony przez skautów Independiente Medellín – jednej z największych drużyn w Kolumbii. Złapał Boga za nogi. Z klubem tym wygrał mistrzostwo, a nawet wystąpił w Copa Libertadores. Nie zawsze było jednak tak kolorowo. Pedro Sarmiento, były szkoleniowiec Independiente zdradził, że gdy dał Martinezowi szansę na debiut, został przez kibiców ostro zwyzywany. Powodem była sylwetka napastnika, który ważył zdecydowanie za mało jak na sportowca.

ZASTĄPIĆ FALCAO

Martinez trafił do Europy dopiero w wieku 25 lat, a nadal uznawany był za jeden z największych talentów kolumbijskiego futbolu (obok Jamesa Rodrigueza, czy Luisa Muriela). Nie bez powodu. Jego zadaniem było zastąpienie swojego rodaka – Radamela Falcao, który opuścił drużynę „Smoków” na rzecz Atletico Madryt. Martinez w jego buty wszedł błyskawicznie. W lidze portugalskiej spędził trzy niezwykle udane sezony. W każdym z nich zostawał królem strzelców. Ostatecznie koszulkę FC Porto założył w 136 oficjalnych występach, zdobywając w nich 92 bramki, czyli o 20 więcej od Radamela Falcao. Wkrótce miał go zastąpić po raz kolejny…

CHOLISMO DLA OPORNYCH

Nauka stylu gry preferowanego przez Diego Simone wymaga czasu (o czym przekonał się znakomity w tym sezonie Joao Felix). Argentyńczyk oczekuje od swoich graczy tego, z czego sam był znany, grając w barwach Lazio, Interu, czy właśnie Atletico. Jak sam kiedyś powiedział „Atleti to praca, wysiłek, kontratak i rywalizacja”. Pomimo tak wymagającego stylu gry, większość zawodników trafiających pod jego skrzydła sprawdza się. Większość, ale nie Jackson Martinez. „Nie ma wątpliwości, że kiedy zawodnik nie gra dobrze – ja za to odpowiadam. Jackson nie pokazał swojej najlepszej formy i czuję się za to odpowiedzialny.” Simeone obwiniał się za niepowodzenia Martineza, choć trzeba mu przyznać, że konsekwentnie stawiał na kolumbijczyka mimo kolejnych bezbarwnych występów.

Problem był jednak dużo bardziej złożony. Wieloletni zawodnik Atletico – Gabi przyznał, że tak naprawdę „Martinez nigdy nie pasował do stylu gry preferowanego przez Simeone”. Trudno się z tym nie zgodzić. Z klubu odszedł zaledwie pół roku po podpisaniu kontraktu. Miał już 29 lat, nie można było wiecznie czekać, aż wypali.

KIERUNEK AZJA

Zimą 2016 roku ligę chińską zasiliło kilka gwiazd, w tym nowy zawodnik Guangzhou Evergrande – Jackson Martinez, sprowadzony z Atletico za 42 miliony Euro. Los Colchoneros oddali napastnika bez wyrzutów sumienia, na papierze zarabiając na transferze około 7 milionów Euro (do Atletico sprowadzony został za 35 milionów). Oprócz niego do Chin trafili, chociażby Renato Augusto, Ramires, Alex Teixeira, Fredy Guarin, Burak Yilmaz, czy Gervinho. Każdy z nich mógł chociaż przez chwilę poczuć się jak Marco Polo, odkrywający przed laty Azję.

Mieli szansę, aby zostać pionierami, wznoszącymi Azjatycki futbol na zupełnie nowy poziom. Jak dobrze jednak wiemy, wcale się tak nie stało. Chińskie kluby przeszacowały swoje możliwości finansowe, co odbiło się na kieszeniach wielu graczy, którym oferowano przecież góry złota. Wracając jednak do samego Martineza, pobyt w Chinach zostanie przez niego zapamiętany jako okres pełen bólu, który jak sam mówi „codziennie o 3-4 w nocy budzi go ze snu”.

POCZĄTEK KOŃCA

O tym, jak wielki ból wiąże się z kontuzją kostki, doskonale wie Marco van Basten. Kontuzja ta zrujnowała karierę Holendra jeszcze przed trzydziestką, choć oficjalnie przygodę z piłką zakończył w wieku niespełna 31 lat. Po latach przyznał, że ból w nodze stawał się tak nieznośny, że podejrzewał u siebie nowotwór kości. Niestety podobna historia dotyczy Jacksona Martineza. Problemy ze zdrowiem Kolumbijczyka rozpoczęły się jeszcze za czasów gry dla Atletico, a konkretnie podczas zgrupowania reprezentacji Kolumbii. Prawdziwy koszmar rozpoczął się jednak w Chinach. To właśnie tam jego kontuzja się odnowiła. Tym razem potrzebna była jednak operacja, a po niej mozolna rehabilitacja. Trudno w to uwierzyć, ale podczas jego nieobecności Guangzhou Evergrande zdążyło wygrać mistrzostwo, puchar oraz dwa superpuchary Chin. Dziś trofea te przypominają mu jedynie czas spędzony w szpitalu.

Martinez swoje ostatnie kroki w futbolu stawiał w portugalskim Portimonense, do którego przeszedł po rozwiązaniu kontraktu z chińskim zespołem. Niestety jego drugi epizod w Portugalii nie był tak udany, jak pierwszy i przypominał raczej próbę nieudolnego przedłużenia kariery.


BEZ STRACHU

Instagramowy post Kolumbijczyka wieńczy cytat z Biblii, a dokładnie listu do Rzymian Świętego Pawła: „A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują, to jest z tymi, którzy według postanowienia jego są powołani.” Nic dziwnego, Kolumbijczyk jest osobą bardzo religijną. Co więcej, to właśnie z religią łączy swoją przyszłość. Jak sam mówi, od jakiegoś czasu jest „raperem głoszącym Słowo Boże”. Ma za sobą nawet wydanie pierwszego albumu. Nosi on tytuł „Ne Temere”, czyli „Bez strachu”. Jego muzyka nie cieszy się jednak zbytnią popularnością.

Karierę Jacksona najbardziej dobitnie skomentował Oliver Torres, który grał u boku Kolumbijczyka zarówno w FC Porto, jak i Atletico Madryt. „Jackson uwierzył w Boga bardziej niż w siebie samego. Odizolował się od reszty zawodników, rozmawialiśmy z nim praktycznie raz w tygodniu. Każdy chciał mu pomóc, ale nikt nie wiedział, co siedzi mu w głowie” – opowiedział w wywiadzie dla dziennika „Marca”. Czy miał rację? Pewnie tak, choć z drugiej strony Martinez tłumaczy, że to właśnie dzięki Bogu osiągnął prawdziwe szczęście.

Historia Martineza pokazuje, jak trudnym w dzisiejszej piłce jest utrzymanie się na szczycie. Do mainstreamu coraz częściej przebijają się przecież sezonowcy, którzy są niczym spadające gwiazdy, które świat pamięta jedynie przez krótki moment, aby później bezlitośnie pogrążyć je w zapomnieniu.

MACIEJ SZEŁĘGA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s