Redakcyjny wielogłos #1. Oceniamy występ polskiej kadry w Katarze

Chociaż na trwającym jeszcze mundialu, reprezentacja Polski osiągnęła największy od 36 lat sukces, wychodząc z grupy, jej występ i towarzyszące mu okoliczności pozaboiskowe, wzbudzają olbrzymie kontrowersje. Jak zatem ocenić jej występ? Zobaczcie, co do powiedzenia na ten temat mają redaktorzy Futbolowej Rebelii.

Michał Bakanowicz

W 2002 roku po raz pierwszy obejrzałem naszą kadrę na Mundialu. I właśnie od tamtego czasu czekałem, aż nasi reprezentanci wejdą do fazy play-off Mistrzostw Świata. Dziś czuję się, jakby ten awans w zasadzie nie był mi do niczego potrzebny. Może inaczej, na pewno nie spodziewałem się, że jeśli to zrobimy, to będzie tak to wyglądać. Po meczu z Meksykiem miałem poczucie, że to jeden z najgorszych meczów naszej kadry od dobrych kilku lat. W spotkaniu z Argentyną okazało się, że może być jeszcze gorzej. Ale po kolei.

Tak wiem, w starciu z zespołem Martino uzyskaliśmy cenny punkt, więc niby jakim cudem miałby być to nasz najgorszy występ od dawna? Halo! Kilka miesięcy temu dostaliśmy przecież ciężki łomot od Belgów! Mimo wszystko w meczu, który otwierał dla nas mistrzostwa, miałem poczucie, że my najzwyczajniej w świecie nie chcemy spróbować go wygrać. Nie, że nie potrafimy. Po prostu nie chcemy. Mógłbym to jeszcze zrozumieć, gdybyśmy grali z zespołem z totalnego topu, ale Meksykanie byli mizerni, a my i tak nie podjęliśmy żadnej inicjatywy, by zgarnąć trzy punkty. Bezpośrednio po meczu napisałem zresztą tekst o tym, że Michniewicz musi odejść zaraz po Mundialu. Dziś wydaje mi się on jeszcze bardziej trafny niż wówczas.

Potem przyszedł czas na Arabię i ok, to był przyjemny mecz. Czysto rozrywkowo dobrze się na niego patrzyło. Strzeliliśmy dwa gole, mieliśmy swoje sytuacje, rywal też wyglądał całkiem sensownie, co podniosło jakość widowiska. Mimo wygranej musimy jednak przyznać, że na boisku nie widzieliśmy tej różnicy prawie 30 miejsc, jakie dzieliły nas w rankingu FIFA. Jednak trzy punkty, to trzy punkty.

O Argentynie już napisałem w jednym zdaniu i tyle wystarczy. Jeśli wychodzisz na boisko z orzełkiem na piersi, a w którymś momencie meczu, masz poczucie, że wolisz zaakceptować 0:2 w plecy i liczyć swoje żółte kartki, niż poszukać gola, to chyba wiesz, że coś poszło nie tak.

A mecz z Francją? Tak, był fragmentami spotkaniem pozytywnym, ale też zupełnie bez historii. Trochę jak ten cały nasz Mundial. Niby ok, ale raczej przy kominku wspominać go nie będę. A zawsze myślałem, że kiedy już w końcu wyjdziemy z grupy, to w sposób, który pozwoli mi się choć trochę uśmiechnąć.

Damian Głodzik

Mistrzostwa świata w wykonaniu reprezentacji Polski – choć okraszone najlepszym wynikiem od 36 lat – pozostawiają niedosyt. Przyznam szczerze, że ciężko się w pełni cieszyć rezultatem osiągniętym w Katarze przez podopiecznych Czesława Michniewicza. Wzajemnie zepsuliśmy sobie odbiór tego wyniku poprzez medialne przepychanki. Wcale nie chodzi tutaj o finansowe utarczki, które pojawiły się po porażce z Francją. Histeria, która przetoczyła się przez media po meczu z Meksykiem, a następnie z Argentyną popsuła wszystko.

To jakiego selekcjonera sobie wybraliśmy, wiedzieli wszyscy. Atutem Michniewicza była gra na wynik, który przez Biało-czerwonych został osiągnięty. Kolejnym atutem selekcjonera była taktyka na mecze z trudnymi przeciwnikami. To jednak nie taktyczny kunszt trenera zdecydował o awansie Polski do 1/8 finału. Naszym największym sprzymierzeńcem na Bliskim Wschodzie było szczęście. Do awansu – jak pokazał nasz mecz z Argentyną i Meksyku z Arabią Saudyjską – okazało się niezbędne.

Bolały oczy od patrzenia na grę Polski, ale na końcu liczy się wynik, a warunki okazały się trudniejsze, niż wszyscy przed naszą inauguracją turnieju liczyli. Już na wstępie mecz z Meksykiem nabrał jeszcze większego znaczenia, po tym, jak Arabia Saudyjska sensacyjnie pokonała Argentynę. To z pewnością w pewien sposób determinowało podejście do spotkania z drużyną Taty Martino. Zachowawcze podejście nie wszystkim się spodobało, ale dało plan minimum, czyli remis. Gdyby szczęście uśmiechnęło się do nas i w tym meczu, to pewnie – po rzucie karnym wykonanym przez Roberta Lewandowskiego – mielibyśmy trzy punkty.

Ostatni mecz w fazie grupowej z Argentyną był meczem pułapką. Nie jest łatwo sprawiedliwie ocenić, to jak reprezentacja Polski do niego podeszła. Z jednej strony, gdy przegrywaliśmy 0:2, trzeba było uważać na kartki, więc zrozumiały był tak słaby pressing w naszym wykonaniu. Z drugiej strony trudno było śmielej zaatakować, by nie stracić kolejnej bramki. Dobrego wyjścia z tej sytuacji nie było.

Bardzo ciężko jest jednoznacznie ocenić, to co pokazaliśmy na tym turnieju. Można to porównać do skoków narciarskich, gdy skoczek bije rekord skoczni, ląduje bez telemarku i przez to traci końcowe zwycięstwo. Pewna satysfakcja się pojawia, ale przeważa niedosyt. Dokładnie tak mam z tym, co osiągnęliśmy w Katarze. Przez lata jak mantrę wielu z nas powtarzało, że styl nie ma znaczenia, byle byłby awans. To mamy ten awans, ale w najgorszy z wymarzonych sposobów. To nadal jest awans i trzeba go docenić, a nie deprecjonować, bo warunki Michniewicz miał niezwykle trudne, przejmując kadrę na początku roku.

Trudno cokolwiek po tych mistrzostwach w naszym wykonaniu chwalić poza wynikiem i Wojciechem Szczęsnym. Nie chodzi tu wcale o to, że mocno postawiliśmy na defensywę. Ciężko stwierdzić, że to ona dała nam awans, bo ani nie była pewna, ani szczelna. Nie dawała nam możliwości do kontrowania rywali. Nie ulega jednak wątpliwości, że po sześciu latach znów reprezentacja Polski dała nam radość na wielkim turnieju. Dała nam również święto w postaci meczu z Francją. Przed tym spotkaniem pisałem, by się z tego spotkania po prostu cieszyć. Trzeba przyznać, że pomimo porażki pojawiła się iskierka nadziei, że wcale nie musi być tak źle, jak zakładaliśmy po fazie grupowej.

Łukasz Budziak

Nie da się ukryć, że mundial w Katarze chyba dla nas wszystkich będzie miał słodko-gorzki posmak. Zarówno to, co widzieliśmy na murawie, jak i ogromna ilość afer medialnych sprawiła, że obraz, który zapamiętamy, będzie posiadał wiele rys. Śmieszy mnie fakt, że niektórzy uważają, że skoro wywalczyliśmy awans do 1/8 po 36 latach możemy się rozejść i przestać dyskutować. Niewątpliwie wyjście z grupy możemy rozpatrywać w kategorii sukcesu, ale wątpliwości i wrażenie, jakie po sobie zostawiliśmy na arenie europejskiej, sprawia, że przyszłość kadry nie maluje się w najjaśniejszych barwach.

Pragmatyzm zakrawający nawet o antyfutbol, jaki zaprezentowaliśmy w fazie grupowej, jest nie do przełknięcia. Z perspektywy czasu nie dziwię się Meksykanom i Saudyjczykom, że cholernie bolało ich nasze wyjście z grupy. Nie mówię, że byli lepsi, ale oni potrafili w jakimś stopniu bawić się piłką i dawać jednocześnie całkiem fajne show. My za to postawiliśmy na wynik za wszelką cenę. Mecz z Francją pokazał nam jednak, że potrafimy osiągnąć całkiem sporo, grając futbol niepowodujący chęci wydrapania sobie oczu. Wchodzę w sferę gdybania, ale dam sobie uciąć rękę, że gdybyśmy na spotkanie z Argentyną wyszli z podobnym nastawieniem co na mecz z Francją, moglibyśmy osiągnąć nie gorszy wynik, a na pewno pozostawić po sobie lepsze wrażenie. Niestety po ok. 30 minutach zostaliśmy całkowicie zdominowani przez Messiego i spółkę, ale jednocześnie mam wrażanie, że póki wynik się zgadzał, za bardzo nam to nie przeszkadzało.

1/8 finału w naszym wykonaniu pokazała coś bardzo przerażającego. Słowa m.in. Krychowiaka, czy Bereszyńskiego są dalekie od prawdy. My umiemy grać ładnie nawet z Mistrzami Świata, ale nie chcemy tego robić. Jak mamy się rozwijać, skoro często na własne życzenie wybieramy skrajny pragmatyzm?  Bez polotu znowu przez lata będziemy musieli oglądać plecy innych reprezentacji.

Rafał Gałązka

Jeszcze kilka dni temu na łamach facebookowego profilu Futbolowej Rebelii pisałem o tym, że powinniśmy dać Czesławowi Michniewiczowi szansę dalszej pracy z kadrą narodową. Od tego czasu zagraliśmy mecz z Francją – być może nasz najlepszy na katarskim czempionacie – a ja już w sobie takiej pewności jak w niedzielny poranek nie mam. W polskim futbolu znów wybiło szambo.

Zacznijmy od samej gry Polaków. Koń, jaki jest, każdy widzi. Po Czesławie Michniewiczu nigdy nie spodziewałem się dobrego stylu, wiedziałem, że to szkoleniowiec skrojony pod zrobienie wyniku, kosztem efektownej gry. Idealny trener, jakiego potrzebowaliśmy na początku tego roku po rejteradzie Paolo Sousy. Dostał konkretne zadania do wykonania i to zrobił. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia jest dobrze.

Problem w tym, że piłka nożna to nie matematyka i nie zawsze liczy się tylko ostateczny wynik, ale również droga do celu. Jasne, mógłbym się teraz zaklinać, że najważniejsza dla mnie – podobnie jak dla Michniewicza – jest rubryczka z tą jedną, najważniejszą statystyką, czyli golami. Poniekąd byłaby to prawda, gdyż przez cały czas trwania naszej katarskiej przygody, właśnie to powtarzałem. Traumy poprzednich wielkich imprez odcisnęły na mnie tak duże piętno, że podpisałbym cyrograf, byleby Polska wyszła z grupy. No to masz babo placek…

Spotkania z Meksykiem i Argentyną były ohydne. W pierwszym zamordowaliśmy futbol, w drugim byliśmy sierotkami, które w drugiej połowie sparaliżowane rozdętym kunktatorstwem i liczeniem żółtych kartek, stanęły pod własnym polem karnym i czekały na cud. Cud, który wbrew logice polskiej futbolowej martyrologii, ostatecznie miał miejsce.

Mecz z Arabią był jedynym, który dał nam realną radość (chociaż daleko mu było do ideału). Wystarczył jednak do tego, by osiągnąć sukces, którego nie dostąpiły blisko cztery pokolenia polskich piłkarzy. Potyczka z Francją miała nam osłodzić siermiężny styl gry naszych Orłów i zaiste – na tyle, na ile można być zadowolonym z przegranego meczu – dała nam ponownie nieco radości i pokazała, że można rozgrywać spotkania w inny sposób, niż robiliśmy to w fazie grupowej.

Całej turniejowej kampanii Polaków daleko było do tego, co w 2016 roku pokazali podopieczni Adama Nawałki. To nie była czysta radość jak wtedy, to była satysfakcja zrodzona w bólach. Niemniej jednak chciałem Michniewicza nadal na stołku selekcjonera, bo wierzyłem, że jest w stanie po wykonaniu zadania krótkoterminowego, rozwinąć kadrę.Wierzyłem, że zdobył zaufanie zawodników.

Minęły cztery dni. Przez polski futbol przetoczyła się afera premiowa, hotelowa, lotniskowa, a piłkarze powbijali w Michniewicza szpileczki. Dziś nie wiem już nic. Przede wszystkim obraz zamazują sprzeczne doniesienia mediów, które swoją postawą również zohydzają obraz polskiego światka futbolowego, jak chociażby „Przegląd Sportowy”, który od dawna przechodzi proces tabloidyzacji:

Czy nadal chcę Michniewicza jako selekcjonera? Raczej nie, bo ostatnie dni pokazały mi dobitnie, że to człowiek, który jak magnes przyciąga kolejne kłopoty. Jeśli zachowa posadę, polskie futbolowe piekiełko nadal będzie wyglądało jak piaskownica w której wszystkie dzieci obrzucają się psimi kupami. Na ten temat jednak przyjdzie jeszcze czas.

Marcin Gala

Dla naszego pokolenia mundial w Katarze to pierwsze takie mistrzostwa globu, które trwały dłużej niż trzy mecze w fazie grupowej. 2002 rok – wielki balonik nadziei i taki też sam rozmiar rozczarowania, mistrzostwa świata  w Niemczech to w zasadzie podobne wspomnienia do tych obecnych. Zapamiętany głównie ze spektakularnych interwencji bramkarza.Wtedy w roli głównej był Boruc, dziś Wojciech Szczęsny.Z kolei mistrzostwa globu w Rosji to znów wielkie rozczarowanie, fatalny styl i szybkie pożegnanie z imprezą.

Tegoroczny czempionat był prawdopodobnie ostatnimi mistrzostwami świata dla naszego kapitana, Roberta Lewandowskiego. Jego poprzednie, większe imprezy z reprezentacją wzbudzały emocje, rozczarowania, niestety podobnie było teraz. Nawet jego słowa po meczu z Francją o braku radości z defensywnej gry nie usprawiedliwiają naszego kapitana. Od zawodnika takiego formatu zawsze się oczekuję więcej. A Lewy podczas tych mistrzostw znów był mało widoczny, znów brakowało go w kluczowych momentach.

Polska od pierwszego meczu z Meksykiem sprawiała wrażenie, że piłkarze po założeniu reprezentacyjnych koszulek nagle tracą większą część swych umiejętności. Niewidoczni Zieliński, Szymański, Lewandowski, a więc postacie, które w swych klubach są liderami. W dodatku najlepszy specjalista od „jedenastek” marnuje aż dwie takie szanse na gola, to coś niebywałego i równocześnie smutnego.

Co do stylu gry w meczach fazy grupowej nie ma sensu coś więcej dodawać, bo już chyba każdy się wypowiedział, skrytykował. Troszkę szkoda, że ten awans do fazy pucharowej został przyćmiony ogólnokrajową debatą tuż przed najważniejszym meczem reprezentacji od lat. Na całe szczęście niedzielna odpowiedź całego zespołu była taka o jakiej marzyliśmy. Bo w końcu zobaczyliśmy Zielińskiego, Bereszyńskiego z Serie A, czy Casha z Aston Villi.

Trener Michniewicz to postać wzbudzająca wiele skrajnych emocji. Znany jest jako trener – zadaniowiec. I swoją misje wykonał dobrze, po 36 latach awansowaliśmy z grupy na mundialu. Ale czy to trener, z którym powinniśmy wiązać dalszą przyszłość? To już temat do dłuższej dyskusji.

Michał Bakanowicz

Damian Głodzik

Łukasz Budziak

Rafał Gałązka

Marcin Gala

fot: commons.wikimedia.org

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: