Zapomnijmy o stylu i cieszmy się meczem z Francją

O awansie reprezentacji Polski do fazy pucharowej mistrzostw świata marzyłem od pierwszego świadomego turnieju, który odbył się w 2002 roku. Wiele razy ten moment sobie wyobrażałem. Po licznych porażkach w fatalnym stylu ten w wyobrażeniach nie był istotny. Liczyło się jedynie wyjście z grupy. Teraz gdy ono wreszcie nastąpiło, nie śniło się nawet, że będzie ono wywalczone w tak kiepskim stylu.

Na turniejach mistrzowskich nie liczy się styl, a wynik. Ba, w każdym meczu styl gry jest sprawą drugorzędną, a wynik nadrzędną. Pełna zgoda z tym, że w przypadku Biało-czerwonych nigdy nie można było oczekiwać wielkich rzeczy pod względem stylistycznym. Awans to awans i za kilka lat nikt nie będzie o tym pamiętał. Jestem pewien, że będzie moment, gdy wrócimy do mundialowej kadry Czesława Michniewicza z sentymentem.

Początkiem roku wszyscy wiedzieliśmy jakiego rodzaju trenerem jest popularny Czesiu. Wszyscy w perspektywie barażów do mistrzostw świata akceptowaliśmy jego zalety, ale również wady. Michniewicz wielokrotnie przekonywał, prowadząc najróżniejsze zespoły w Ekstraklasie i reprezentację U-21, że u niego liczy się sposób.

Nie można odmówić selekcjonerowi, że sposób na zminimalizowanie kolejnej turniejowej kompromitacji znalazł. Na każdy mecz fazy grupowej miał inny plan. Dziś z przymrużeniem oka można powiedzieć, że każdy z nich wypalił. Cel został osiągnięty, a co za tym idzie – ucichła krytyka. Z Meksykiem cel był jasny – zdobycie punktów kosztem zabijania meczu. Arabię Saudyjską udało się wypunktować. Mecz z Argentyną był jednak totalnym antyfutbolem w naszym wykonaniu. W każdym z tych spotkań był jednak pomysł.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w tym wszystkim Polacy mieli przede wszystkim najwięcej szczęścia. O ile w pierwszym starciu z Meksykiem temu szczęściu nie pomogliśmy, marnując rzut karny, to w kolejnych meczach już owszem. Z Arabią Saudyjską cały plan ległby w gruzach, gdyby nie gapiostwo sędziego. Chyba wszyscy jesteśmy zgodni, że Matty Cash nie miał prawa dokończyć pierwszej połowy. To, co później zrobił Wojciech Szczęsny, to był jego kunszt bramkarski, ale przede wszystkim fura szczęścia.

Najważniejszy jest jednak fakt, że właśnie na tym rzucie karnym udało się Biało-czerwonym zbudować odpowiednie nastawienie mentalne. Tak naprawdę to wtedy mecz z Arabią Saudyjską został wygrany. Prowadziliśmy 1:0 po bramce Piotra Zielińskiego, ale przy – nie oszukujmy się – napierających Saudyjczykach byliśmy w defensywie. Poziom motywacji i determinacji w zespole ewidentnie wzrósł.

Podobnie do pewnego momentu było w meczu z Argentyną. Szczęsny obronionym rzutem karnym znów dał tej drużynie większą determinację w defensywnych poczynaniach. Warto jednak na chwilę zatrzymać się przy akcji, która rzut karny poprzedziła. To, że Szczęsny jest bezsprzecznym bohaterem dwóch ostatnich meczów, nie podlega dyskusji, ale w akcji, po której sprokurował rzut karny, to znów był ten elektryczny zawodnik pamiętany przez nas choćby sprzed czterech lat.

Po strzale Juliana Alvareza golkiper reprezentacji Polski po prostu znów się podpalił. Drugorzędną kwestią jest, czy to zdarzenie zasługiwało na rzut karny dla Albicelestes. Szczęsny po prostu przy tym dośrodkowaniu miał obowiązek zostać w bramce. Wrzutka na głowę Leo Messiego mającego przy sobie Bartosza Bereszyńskiego i Przemysława Frankowskiego – jakkolwiek to nie zabrzmi – to nie jest wielkie zagrożenie pod bramką. Szczęsny swój błąd naprawił, wygrywając grę nerwów z Messim, ale to właśnie od tego momentu zaczęliśmy lecieć na farcie. Argentyna coraz mocniej napierała i swego upragnionego i zasłużonego gola zdobyła tuż po przerwie. Doprowadził do niego szereg indywidualnych błędów, ale nie będę się nad nimi rozwodził. Był to o tyle istotny moment, że plan Michniewicza na drugą połowę momentalnie się posypał i nie jest to pod żadnym względem zarzut do selekcjonera. Po prostu przy tej furze szczęścia akurat nadszedł moment pecha.

Gdy na drugą połowę wybiegł Jakub Kamiński i Michał Skóraś za Przemysława Frankowskiego i Karola Świderskiego można było się w pierwszym momencie nieco zdziwić, ale po dłuższej chwili zastanowienia znów można był zauważyć w tym pomysł selekcjonera. W głowie Michniewicza nie siedzę, ale mogę sobie wyobrazić, że zamysł był, by wykorzystać przestrzeń, którą za sobą zostawiali wysoko ustawiający się argentyńscy obrońcy. Szybka strata gola zweryfikowała jednak ten plan.

Dalszych wydarzeń w tym meczu w wykonaniu Biało-czerwonych podważać nie zamierzam. Przegrywając 0:1, a następnie 0:2 byliśmy w bardzo niewdzięcznym położeniu, z którego Michniewicz nie miał dobrego wyjścia. Zaatakowanie rywala narażało nas niemal na pewną stratę bramki, a ta w końcowym rozrachunku eliminowała nas z turnieju. Z kolei dalsze murowanie bramki narażało na krytykę. Postawiliśmy na zachowanie statusu quo, licząc na to, że Argentyńczycy są już syci. Ci z pewnością tacy byli, ale nie zamierzali rezygnować z dalszych ataków, bo sami ich do tego swą grą zachęcaliśmy. W tym turnieju szczęście jednak jest po naszej stronie i podopieczni Lionela Scaloniego trzeciego gola nie zdobyli. Nie zdobyli go również Meksykanie.

Po końcowym gwizdku w meczu Arabii Saudyjskiej z Meksykiem można było odetchnąć z ulgą i cieszyć z tego, o czym tak wiele lat się marzyło. Trudno nie zgodzić się ze Szczęsnym, by pozwolić się temu zespołowi cieszyć i nie wypominać stylu. Wszyscy powinniśmy teraz przed meczem z Francją zapomnieć o stylu, który doprowadził nas do tego miejsca. Cieszmy się tym, co mamy, bo dla większości kibiców reprezentacji Polski jest to wydarzenie historyczne. Nawet jeśli jakimś cudem uda się wygrać z Trójkolorowymi, to styl z fazy grupowej powinien zostać zapomniany aż do zakończenia mistrzostw świata.

W pomeczowym wywiadzie dla TVP Czesław Michniewicz powiedział, że nasz awans jest zasłużony. Skoro sportowo okazaliśmy się mimo wszystko lepsi od Meksyku i Arabii Saudyjskiej, to pewnie tak jest. Tabela nie kłamie, ale w awansie reprezentacji Polski do 1/8 finału pomógł przede wszystkim korzystny splot wydarzeń, a nie taktyczny zmysł selekcjonera, na który liczyliśmy. Wymarzony awans to awans, nawet jeśli wielu z nas ma poczucie tego, że został on osiągnięty w najgorszy z wymarzonych sposobów.

Cieszmy się jutrzejszym meczem z Francją, bo jest to tylko jeden mecz. Tutaj na takie kalkulacje, jak w fazie grupowej nie ma miejsca. Danie sobie szansy poprzez własną grę to wręcz obowiązek. Obawy oczywiście są ogromne, ale nawet jeśli przegramy wysoko, to nie wieszajmy psów na tym zespole. Drużyna prowadzona przez Didiera Deschampsa może Biało-czerwonych pokonać wysoko, ale przy tej furze szczęścia nic nie jest wykluczone. Nawet jeśli mamy przegrać wysoko, to liczę, że damy sobie w tym spotkaniu szansę na sprawienie niespodzianki odgryzając się kilkoma groźnymi akcjami.

Damian Głodzik

fot. commons.wikimedia.org

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: