Kac jest ogromny, ale pozwólmy się Michniewiczowi mylić

Kac po meczu z Belgią jest ogromny. W głębi duszy, gdy analizowało się piłkarską jakość obu zespołów przed meczem, tak wysoki wynik mógł przyjść do głowy, ale chyba nikt się nie spodziewał, że tak skrajne przewidywania staną się faktem. 6:1 to nie tyle pokaz belgijskiej siły, ile wyraz naszej słabości w grze z renomowanymi przeciwnikami. Przyczyny wydają się być jednak o bardziej złożone.

Rozmiary porażki w Brukseli są zatrważające, tym bardziej że gra w pierwszej połowie była w miarę obiecująca. Być może nie dawała nikomu poczucia bezpieczeństwa, że z tak trudnego terenu wywieziemy choćby punkt. Dawała za to poczucie, że pomysły Czesława Michniewicza okazują się skuteczne. Oddanie inicjatywy gospodarzom, a przy każdej możliwej okazji naciskanie na nich przynosiło wymierny skutek w odbiorach. To dezorganizowało grę drużyny prowadzonej przez Roberto Martineza.

Tego, że to może być za mało na Belgów, można się było się spodziewać. Tak wysokich rozmiarów porażki po pierwszych 45 minutach już nie. Owszem, mieliśmy dużo szczęścia gdy Michy Batshuayi trafiał w słupek, bądź znajdował się na spalonym przy jednym z belgijskich kontrataków. W kilku sytuacjach bardzo dobrze spisywał się Bartłomiej Drągowski, ale również biało-czerwoni potrafili się odgryzać. Trzeba uczciwie przyznać, że kilka sytuacji podopieczni Michniewicza zmarnowali na własne życzenie. Sytuacji, które z tak renomowanym rywalem należy koniecznie wykorzystywać.

Pomimo całej okołosparingowej otoczki, druga połowa w wykonaniu Polaków była kompromitująca. Obym się mylił, ale pokazała nam wszystkim, że w tej drużynie nic się nie zmienia. Cofnęła nas do kolumbijskiej traumy z mistrzostw świata w Rosji, czy meczu z Włochami za kadencji Jerzego Brzęczka.

Jednak reprezentacja Polski to nie jest zespół, za który wielu znanych dziennikarzy go uważa. Dorobiono teorię o niezwykle zdolnym pokoleniu zawodników, która ciągnie się za tym zespołem od pamiętnego Euro 2016. To zaklinanie rzeczywistości, bowiem prawda jest taka, że poza Robertem Lewandowskim i umownie Piotrem Zielińskim brakuje nam zawodnika z pola będącego członkiem szeroko pojętej piłkarskiej elity. W czasach swojej świetności aspirował do niej Grzegorz Krychowiak czy Arkadiusz Milik. Kolejne lata na najwyższym poziomie mocno ich zweryfikowały. Jesteśmy zespołem solidnych rzemieślników i nic więcej.

Siłą tego zespołu od wielu lat nie jest niezwykle utalentowane pokolenie piłkarzy, a słynne cechy wolicjonalne, których wydobyć z siebie nie da się na zawołanie w każdym meczu. W tym z Belgią akurat ich zabrakło, na co złożyło się wiele czynników. Po pierwsze nie było to spotkanie o stawkę. Jakiejkolwiek teorii nie próbowalibyśmy dorobić do meczów Ligi Narodów, to są one po prostu substytutem meczów towarzyskich. Ich ranga jest nieco wyższa z tego względu, że każdy chce grać z najlepszymi. Warto jednak pamiętać, że nikt w tych meczach nie będzie walczył, tak jak robił to w pamiętnym meczu ze Szwecją. Doskonałym tego przykładem są sami Belgowie. Przed kilkoma dniami przegrali z Holandią 1:4, by następnie rozgromić Polskę. Jaki z tego wniosek? A no taki, że ani Belgia nie jest tak słaba, jak w meczu ze swymi sąsiadami, ani Biało-czerwoni nie są aż tak słabi jak w Brukseli.

Na nieszczęsne 6:1 złożyło się wiele czynników. Zatrzymajmy się jednak na chwilę jeszcze przy randze Ligi Narodów. O tym, jak poważnie się do niej podchodzi, niech świadczy obecne zgrupowanie reprezentacji Polski. Dzieje się na nim niemal wszystko. Adam Buksa finalizował swój transfer do RC Lens. Robert Lewandowski w jego trakcie wybrał się do Paryża na finały Rolanda Garrosa. Matty Cash brał udział w rodzinnej uroczystości.

To bardzo specyficzny czas dla wielu zawodników i trudno się temu dziwić. W tym roku akurat nie pomaga temu zamieszaniu kalendarz FIFA. To ostatni moment dla piłkarzy na zmianę klubu, by poprawić swoją sytuacje klubową, a co za tym idzie zwiększyć szansę wyjazdu na mistrzostwa świata do Kataru. Ich głowy zaprząta sporo innych spraw, bo należy być świadomym, że pomimo meczów drużyny narodowej ich wyjazd do Kataru będzie decydował się dopiero w kolejnych miesiącach.

W całym tym chaosie nie tylko musi się odnaleźć Czesław Michniewicz, ale również wyciągnąć wnioski. Łatwo uderzać teraz w selekcjonera. Głosić mniej lub bardziej populistyczne hasła, by lepiej tego Czesia pogonić, póki jest jeszcze czas. Dajmy Michniewiczowi popełniać błędy. Zapracował sobie na to choćby tym, że z marszu się ich ustrzegł, gdy nie mógł popełnić najmniejszej pomyłki. Michniewicz słusznie twierdzi, że nie możemy się bronić cały zespołem, bo to droga donikąd. Przerabialiśmy to już z Jerzym Brzęczkiem i obecny selekcjoner doskonale wie, że nie może do tego wrócić. Skazany jest na eksperymenty, tym bardziej że przejął zespół po sporych perturbacjach.

Porażka 6:1 na poziomie Dywizji A Ligi Narodów jest kompromitująca. To nie podlega najmniejszej dyskusji. Nie ma ona prawa przytrafić się drużynie narodowej, gdy ta nawet w meczach o stawkę z najsłabszym rywalem bardzo często nie potrafi do takiego wyniku się zbliżyć. Rozliczajmy jednak ten zespół dopiero po jesiennej imprezie w Katarze. To tam nastąpi prawdziwa weryfikacja.

DAMIAN GŁODZIK

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Kilka słów o Macieju Skorży

Wiślacka pycha – największa przeszkoda Białej Gwiazdy w powrocie do jej blasku

Największa motywacja świata. Fenomen Mino Raioli

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: