Wiślacka pycha – największa przeszkoda Białej Gwiazdy w powrocie do jej blasku

Julian Tuwim w wierszu „Pycha” pisał: „Chodzi Pycha, nadyma się. Pod boki, ważna, trzyma się. Wzrostu w Pysze łokieć i ćwierć. A czapka na niej jak żerdź, (…) Patrzy Pycha: Tęcza na niebie. Zawróciła, powiedziała: Nie będę się schylała!…” W Krakowie od lat panowało przekonanie o własnej wielkości. Dziś ten czynnik w Wiślackiej społeczności może być największą przeszkodą w powrocie do ekstraklasy.

Krakowska pycha

Dwadzieścia sześć lat gry w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce i ten licznik zatrzymał się wraz z ostatnim gwizdkiem w meczu z Wartą Poznań. Ostatnia kolejka tego sezonu została rozegrana w dość ponurym nastroju przy Reymonta. Piłkarze znów zawiedli swoją postawą na boisku i nie bez powodu usłyszeli kilka mocnych epitetów na swój temat. Atmosfera na trybunach była zupełnie inna niż dotychczas. Zawsze ten stadion był dwunastym zawodnikiem Białej Gwiazdy. Z punktu widzenia polskiego kibica futbolu, który od lat oglądał mecze Wisły w europejskich pucharach to sytuacja nie do zaakceptowania. Dziś każdy z nas ma w pamięci wspaniałe mecze z Realem Saragossa, AC Parmą, Schalke, Lazio czy Barceloną. Spektakle, które sprzyjały zainteresowaniu się futbolem przez młodego polskiego kibica na początku XXI wieku. Wtedy to Wisła dominowała w polskiej lidze, ale te wydarzenia miały miejsce ponad dekadę temu. Społeczność Wisły bez wątpienia nie brała pod uwagę czegoś takiego jak spadek ich ukochanego klubu do 1 ligi. Nawet wtedy, gdy w 2019 roku wydawało się, że ten wielki klub zniknie z piłkarskiej mapy Polski. Albo teraz, mimo fatalnej postawy Wiślaków na wiosnę to w klubie do końca panowało przekonanie, że Biała Gwiazda się utrzyma. Świadczą o tym słowa trenera Jerzego Brzęczka, który podczas ostatniej w tym sezonie pomeczowej konferencji przekazał, że miał przygotowaną już listę transferową na… ekstraklasę.

Piękna historia, trzynaście tytułów Mistrza Polski na koncie. To wszystko do tej pory pełniło rolę takiego parasola ochronnego, który jednak w tym sezonie okazał się za mały, by schować pod nim wiślacką pychę. Od ponad 15 lat miałem okazję przyglądać się z bliska rywalizacji krakowskich drużyn młodzieżowych. Pierwsze co rzucało się w oczy to nadmierna pewność siebie i poczucie takiej aroganckiej wielkości nad innymi. Począwszy od rodziców, którzy wspierali swoje pociechy podczas wszelakich rozgrywek. Ta arogancja miała miejsce również 10 lat temu, gdy do 1 ligi spadała Cracovia. Zwycięstwo Wisły w derbach sprawiło, że rywale stracili szansę na utrzymanie, co wywołało euforię kibiców gospodarzy na trybunach. Wtedy słynne „Time to say goodbay” Andrei Bocelliego z głośników stadionu żegnało z pogardą „Pasy”. Równo 10 lat później przysłowiowa karma dała o sobie znać Wiślakom. Spadek, po którym Wisła zrozumiała, że jednak nie jest nietykalna w polskiej piłce.

Trenerska karuzela przy Reymonta

Obecna sytuacja Wisły nie jest efektem katastrofalnej rundy wiosennej, ale przede wszystkim jest to lista co najmniej kilku czynników. Jeden z nich to stawianie na nieodpowiednich trenerów. Peter Hyballa w Krakowie pracował tylko pół roku. Zaczął dość obiecująco i wydawało się, że jego „gegen pressing” będzie, choć w części tak efektywny jak „gegen pressing” Jurgena Kloppa. W efekcie walka o utrzymanie i ostatecznie 13 pozycja w ligowej tabeli. Jego następcą został Adrian Gula, który na stanowisku wytrzymał zaledwie 8 miesięcy. Z Wisłą żegnał się bilansem 9 zwycięstw, 3 remisów i 12 porażek. Słowacki trener znany był ze stawiania na ładną dla oka piłkę, lecz w Krakowie zabrakło narzędzi do realizacji takiej strategii. Władze klubu po niekorzystnych wynikach sporo mówili o cierpliwości oraz procesie, który wymaga czasu. Ale kolejne miesiące mijały i Wisła Adriana Guli balansowała tuż nad strefą spadkową. Gdy w lutym żegnano się ze słowackim trenerem, wielu nie potrafiło dostrzec nadziei, że ten zespół znajdzie się na odpowiednich torach. Nie odpalił również pod wodzą Jerzego Brzęczka, który odpadł z Pucharu Polski z III-ligową Olimpią Grudziądz, a w 13 meczach wygrał tylko raz. Wprawdzie zadanie miał nie łatwe, ale obejmował drużynę, która wciąż była nad strefą spadkową i po byłym selekcjonerze reprezentacji oczekiwano znacznie więcej.

Brak symboli

Od lat krakowską Wisłę reprezentowały postacie, które wpisywały się w tożsamość Białej Gwiazdy. Arkadiusz Głowacki, Paweł Brożek, Marcin Wasilewski czy Rafał Boguski. Dziś w szatni takim kandydatem na lidera mógłby być Maciej Sadlok. Zawodnik, który przy Reymonta występuje od 8 lat, lecz jego forma w ostatnich latach pikuje. Poza Sadlokiem czy Urygą, a więc Polakami, którzy w szatni stanowią mniejszość, to trudno jest wymienić nazwiska piłkarzy tego klubu, którzy mogą być z nim utożsamiani. Jeszcze kilka sezonów temu walcząca o utrzymanie Wisła z kapitanem Głowackim w składzie nie roztrwoniłaby prowadzenia 2-0 w Radomiu, nie wydarłaby sobie z rąk zwycięstwa w 90 minucie, jak w meczu z Lechem, czy też Wisłą Płock. Trener Brzęczek na konferencji po spotkaniu z Wartą wyszczególnił właśnie te dwa spotkania. Z Lechem i Wisłą Płock jako mecze kluczowe o utrzymanie, w których zabrakło liderów, osób z charakterem. A już na pewno piłkarzy świadomych, w jakiej koszulce wybiegają na boisko.

Nieudane transfery

Wisła na rynku transferowym czyniła ruchy, będąc przekonanym, że uniknie spadku. Sprzedaż w zimie dwóch ważnych zawodników jak: Yeboah i El  Mahdioui okazała się gwoździem do trumny. Pierwszy z nich był jedynym zawodnikiem w klubie, który potrafił grać do przodu, kreować ofensywną grę. Tak jak zrobił to w meczu z Łęczną, gdzie przedryblował 4 zawodników Górnika i na koniec umieścił piłkę w siatce. Yeboah jesień kończył z 5 bramkami na koncie i był najlepszym strzelcem zespołu. Minęło niespełna pół roku i Ghańczyk nadal prowadzi w tej klasyfikacji. Drugim najlepszym strzelcem jest obrońca Frydrych z 4 golami. Z kolei El Mahdioui świetnie regulował grę w środku boiska. Dobry w odbiorze, a jego podania potrafiły otwierać drogę do bramki. Obaj zostali zastąpieni nieco tańszymi wersjami, ale też uboższymi pod względem jakości.

Dziś mamy smutny wizerunek krakowskiej Wisły. Jej przyszłość wcale nie rysuje się w różowych barwach, bo wciąż trzeba spłacać długi i budować zupełnie nowy zespół w 1 lidze. Jedyna nadzieja w kibicach, że kupią karnety na przyszły sezon, wypełnią stadion i będą starali się pomóc odbudować tę drużynę. Bo jak śpiewał Marcin Daniec: „a jak syćko przepadnie, pamiętaj Wisełko, masz mnie!” Kibiców, którzy są wielką siłą tego klubu. A pychę oraz przekonanie o własnej wielkości należy głęboko schować w kieszeń, by znów Wisła nie „…zawróciła. Powiedziała: Nie będę się schylała!…”

Marcin Gala

Przeczytaj również inne rebelianckie teksty:

Mentalna przemiana Lecha Poznań

Bodo/Glimt w europejskich pucharach

Historia Floriana Wirtza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: