Jak przestać być przegrywem, czyli zmiana w mentalności Lecha Poznań

Od kilku dni w Poznaniu trwa wielkie świętowanie z powodu ósmego Mistrzostwa Polski zdobytego przez Lecha. Nastroje tego triumfu są jednak dosyć specyficzne. Radość kibiców nie wynika tylko i wyłącznie z powodu zdobytego trofeum. Nie chodzi tu także bezpośrednio o to, że sukces ten wypadł akurat na stulecie klubu.

Siedząc trochę głębiej w społeczności kibiców Lecha, można dostrzec jeden ciekawy czynnik. W całej celebracji i otoczce zdobytego Mistrzostwa moim zdaniem widać nieśmiało wyłaniający się z całego tego zamieszania pierwiastek ulgi. Patrząc na najnowszą historię Lecha, ciężko doszukiwać się większych sukcesów. Życie kibicowskie fanów „Kolejorza” lekko mówiąc, w ostatnich latach nie było usłane różami. Zdobycie Mistrzostwa Polski stanowi długo wyczekiwane przełamanie i objawiającą się przez cały sezon zmianę mentalności w ekipie z Poznania. Krótko mówiąc, Lech, który regularnie zawodził swoich widzów i przykleił do siebie łatkę przegrywów, zaczął w niezmiernie szybkim tempie zmieniać wizerunek.

Kadrowa przepaść

Jednym z największych plusów Lecha w tym sezonie była niesamowicie rozbudowana kadra. Aktualny Mistrz Polski grał w tym roku tak naprawdę na dwóch frontach, a był spokojnie przygotowany na rozgrywanie dwóch spotkań w tygodniu. Tak naprawdę Maciej Skorża miał do dyspozycji dwa składy, które ze spokojem mogły bić się o najwyższe miejsca w tabeli. Wiadomo, nie było idealnie. Momentami wspomniana głębia była mocno krytykowana. Nie da się bowiem zbudować dwóch równych jedenastek. Niemniej jednak myślę, że dziś możemy ze spokojem przyznać – Lech miał w tym roku zdecydowanie najsilniejszą i najmądrzej zbudowaną kadrę.

Warto przypomnieć w tym momencie, z jakiego kadrowego szamba Lech musiał wykaraskać się po poprzednim sezonie. Po dość niespodziewanym awansie do Ligi Europy drużyna prowadzona wówczas przez Dariusza Żurawia zupełnie nie poradziła sobie z natłokiem spotkań. Ciężko się temu dziwić, skoro tak naprawdę było tam 14-15 zawodników do gry przy meczach rozgrywanych dwa razy w tygodniu. To było po prostu nierealne, aby Lech poradził sobie w takich warunkach. Można przywoływać tu kuriozalne sytuacje typu wychodzenie rezerwowym składem na Benfice, aby być wypoczętym na ligowe starcie z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Zresztą pierwszy mecz z portugalską ekipą również był dość ciekawy ze względu na to, że na środku obrony musiał w nim zagrać związany z ekipą rezerw Tomasz Dejewski. Na Bułgarskiej odbywał się prawdziwy cyrk na kółkach.

Oczywiście największy kubeł zimnej wody dostał wówczas Tomasz Rząsa – dyrektor sportowy ekipy z Poznania. Przeprowadzone przez niego transfery nie dość, że były słabe pod względem jakościowym, to jeszcze zupełnie niewystarczające pod względem liczebności. Piłkarze typu Moder lub Tiba byli niesamowicie eksploatowani, co bezpośrednio prowadziło do żenujących momentami wyników sportowych. 

Jest jednak jeden czynnik, którego nie można odmówić pinowi sportowemu Lecha – nauka na własnych błędach. Aktualna kadra została zmontowana koronkowo. Gdyby porównać ją z tą sprzed roku zobaczymy ogromną przepaść rotacyjną, jak i jakościową. Paradoksalnie kadra na dwa fronty wygląda o niebo lepiej niż ta, która „miała” sobie poradzić z grą na frontach trzech. Niewątpliwie był to jeden z najistotniejszych czynników, przez które Lech obecnie świętuje ósmy tytuł Mistrza Polski.

Transfery godne Mistrzostwa

Skoro już ustaliliśmy sobie, że transfery przeprowadzone przez Lecha w tym sezonie są o wiele lepsze niż w poprzednim, warto pochylić się nad nimi w nieco szerszej perspektywie. Jeżeli porównamy sobie kwoty wydane na piłkarzy w dwóch poprzednich okienkach do wszystkich okienek z ostatnich lat, możemy dojść do jednoznacznego wniosku – Lech w końcu sypnął kasą.

O ile rozrzutność sama w sobie powinna być regularnie piętnowana, tak w tym wypadku paradoksalnie zasługuje na pochwałę. Zarząd Lecha w poprzednich sezonach był zanany z tego, że lubował się w opcjach raczej ekonomicznych. Owszem, czasami wychodziło to bardzo dobrze (przykład Gytkjaera), ale w ogólnym rozrachunku zamykało to wiele ścieżek budowania jakościowej kadry. W tym roku zarządowi puściły hamulce. Transfery Adriela Ba Loua, czy też Kristoffera Velde stanowiły sygnał dla reszty ligi – w tym roku nie cofniemy się przed niczym.

O ile wspomniane wyżej wzmocnienia poza imponującymi kwotami jeszcze nie pokazały się z dobrej strony (po prawdzie to wspomniani piłkarze raczej wyróżniali się na minus), to ciekawiej oglądało się wzmocnienia nieco bardziej budżetowe, ale gruntownie przemyślane i skonsultowane z trenerem. Mowa tu, chociażby o bokach obrony Rebocho-Pereira. Dwójka Portugalczyków stanowi nieodłączną część taktyki „Kolejorza”. Transfery te jednak były momentami bardzo odwlekane, co na początku lekko irytowało kibiców, ale dziś z czystym sercem mogą powiedzieć, że opłacało się czekać. Skorża dostał zawodników skrojonych pod profil jego gry i to na końcu było najważniejsze.

Warto też docenić obraz zimowego okna transferowego. Lech ze swoją mentalnością sprzed lat zapewne nie szukałby zbyt wielu wzmocnień. Praktycznie na każdej pozycji czekał ciekawy zmiennik, a pozycja w lidze była bardzo komfortowa. Jednak tym razem postanowiono dopiąć wszystko na ostatni guzik, sprowadzając Kownackiego i Kędziorę, czyli obecnego i byłego reprezentanta Polski. Dążono do perfekcji w każdym calu – to się ceni.

Lech z ekipy mozolnie poruszającej się na rynku transferowym stał się niesamowicie inteligentnym dominatorem. Zarząd i pion sportowy wspięli się na wyżyny swoich umiejętności i z poziomu „wywozimy ich na taczkach”, stali się jednymi z ojców tego sukcesu. Potrzeba było do tego zmiany. Zrozumiano w końcu, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka, aby osiągać sukcesy, trzeba zainwestować kapitał. W teorii prościzna, ale w praktyce mało klubów w Polsce praktykuje taki model.

Pycha kroczy przed upadkiem, ambicja kroczy przed sukcesem

Jeżeli popatrzymy z perspektywy czasu na plany Lecha Poznań na obecny sezon, raczej się nie zdziwimy. Od początku założeniem była walka o Mistrzostwo Polski na stulecie. Tak o ambicjach Lecha przed sezonem – w wywiadzie dla weszlo.com – wypowiadał się Filip Bednarek.

My zdajemy sobie sprawę z tego, że stulecie klubu przeżywa się tylko raz i tylko raz można przejść do historii, zdobywając mistrzostwo na stulecie klubu. Każdy wie, jakie są wymagania. Po prostu postawą na boisku i dobrą atmosferą chcemy sprawić, byśmy na koniec sezonu mieli w rękach trofeum. To jest oczywiste. O tym mówi klub, o tym mówi trener, o tym mówimy też my. Jesteśmy zwarci i gotowi, by te cele osiągać.

O ile obecnie nie wydaje się to na pierwszy rzut oka niczym niezwykłym, tak z perspektywy poprzedniego sezonu takie cele były, szczerze mówiąc… zaskakujące. Tak na chłopski rozum: zajmujesz 11 miejsce w lidze, robisz najgorszy wynik od lat, kadra jest gruntownie przebudowywana i wychodzisz do wywiadu, mówiąc, że w tym roku twoja drużyna idzie po „majstra”. Szczerze, ciężko się dziwić, że na Bednarka spadła niemała krytyka po tych słowach. Niemniej jednak ku zdziwieni wszystkich obietnica została dotrzymana.

Tu właśnie przychodzi element stalowego wręcz mentalu drużyny. Kibice po kilku pierwszych kolejkach dostali niesamowicie ambitną ekipę, która miała ogromne szanse na tytuł. Nie zrozumiecie mnie źle, w Poznaniu niezależnie od położenia w tabeli, zawsze będą ambicje mistrzowskie – mniejsze lub większe. Jednakże gdyby Bednarek rzucił te słowa na wiatr bez posiadania argumentów sportowych, Lech nie wywalczyłby Mistrzostwa, a samą wypowiedź po czasie uznalibyśmy za przejaw pychy, ale tak jednak nie było. Owszem, Pycha kroczy przed upadkiem, ale za to ambicja kroczy przed sukcesem. Ta ambicja została z Lechem do końca sezonu ani przez moment się nie wypaliła. W poprzednich sezonach jej brak potrafił wytrącić całą drużynę z równowagi, więc jej obecność była kluczowa w walce o ligowy triumf.

Maciej Skorża, czyli ojciec sukcesu

Czynniki kadrowe były niesamowicie istotne w walce o Mistrzostwo, ale bez chłodnej głowy na ławce trenerskiej nawet najlepiej skonstruowany skład nie jest w stanie osiągać sukcesów. Maciej Skorża to trener, który podobnie, jak cały klub na przestrzeni lat także przeżył swoją własną przemianę. Tak naprawdę w obecnym szkoleniowcu Mistrza Polski zostało niewiele z trenera, który kilka lat temu zrobił sobie przerwę od polskiej piłki. Oczywiście wszystko to w pozytywnym znaczeniu, bo jeżeli chodzi o fachowca, którego możemy oglądać aktualnie, nie ma najmniejszego porównania do jego wcześniejszej wersji.

Skorża po zdobyciu swojego trzeciego Mistrzostwa w sezonie 2014/15 zaliczył gargantuiczny wręcz spadek formy. Co prawda jego kampania w Europie nie była najgorsza. Wszak udało się mu przejść do 3 fazy kwalifikacji do Ligii Mistrzów, a później awansować do fazy grupowej Ligii Europy – jak na nasze warunki trzeba oddać, że całkiem zgrabnie to wyszło. Niemniej jednak Lecha dopadł casus drużyny Dariusza Żurawia. Wyniki w Europie były bardzo średnie, a wpływały na okropną pozycję w Ekstraklasie, przez którą Skorża musiał się pożegnać z Bułgarską. Przygoda w Pogoni była jeszcze bardziej uwłaczająca, ale nie chodzi też o to, aby rozliczać trenera za błędy, za które był już dawno rozliczany. Po prostu należy pamiętać, że z Polski wyjeżdżał raczej na tarczy niż z tarczą.

Maciej Skorża trafił do kadry u21 Zjednoczonych Emiratów Arabskich i fakt brzmi to mało rozwijająco, ale jeżeli popatrzy się na trenerskie marki, regularnie sprowadzane przez szejków trzeba przyznać, że polski trener musiał współpracować i mierzyć się momentami z fachowcami dużo bardziej doświadczonymi od niego. Pierwszy przykład z brzegu – Bert van Marwijk, były selekcjoner reprezentacji Holandii i trener Borussi Dormtnud. Jako iż był szkoleniowcem pierwszej kadry ZEA, Panowie musieli stosunkowo często ze sobą kooperować. Niewątpliwie była to okazja do podłapania schematów w Polsce zwyczajnie na co dzień niestosowanych.

Sam Skorża zapewne zyskał dużo także dzięki wcieleniu się w rolę obserwatora i spojrzeniu na swoje błędy nieco z dystansu (dokładnie z ponad 6000 tysięcy km, bo taka odległość dzieli naszą ojczyznę od ZEA).

Skorża vs Papszun – kto jest lepszym rzeźbiarzem?

Jeżeli poruszyliśmy już wątek gargantuicznego rozwoju warsztatu obecnego trenera Lecha, to warto także, chociaż zahaczyć o jego rywalizacje z obecnym trenerem Rakowa. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie kto w tym sezonie był zwyczajnie lepszy. Odpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że wiele zależy tutaj od stricte subiektywnej opinii. Patrząc na bezpośrednie starcia, wygrywa szkoleniowiec z Częstochowy, ale to jednak Lech kończy ten sezon jako Mistrz. Wydaje mi się, że dużo ciekawszym pytaniem może być, kto miał lepsze warunki do zwycięstwa. No i tutaj sytuacja jest już dużo bardziej wymierna.

Raków to klub, który ma o wiele mniejszy budżet transferowy od Lecha – takie są fakty. W teorii więc nie mieli aż tak wielkiego pola manewru co ekipa z Poznania. Mieli za to coś dużo potężniejszego, projekt, który był budowany z głową przez lata. To właśnie różni ich od ekipy Macieja Skorży. Raków do obecnego sezonu podchodził jako jeden z faworytów do Mistrzostwa. Lech poprzedni sezon kończył na okropnym, jak na warunki klubu 11 miejscu. Ich średnia punktowa wynosiła 1,23 (w obecnym sezonie wynosi 2,15). Papszun w przeciwieństwie do Skorży nie musiał budować całej kadry kompletnie od nowa, jego drużyna wymagała jedynie usprawnienia. Lech na początku okna transferowego był zlepkiem niewielu jakościowych zawodników, którzy dodatkowo byli niesamowicie podłamani mentalnie. Marek Papszun rzeźbił już od kilku sezonów z gliny, którą sam sobie dobrał. Maciej Skorża dopiero szkicował projekt swojego arcydzieła, przed transferami mając jedynie zestaw średniej jakości plasteliny.

Fakt, zarząd Lecha zapewnił Skorży równie dobry, a może nawet lepszy materiał niż miał Raków, ale daleko mi do stwierdzenia, że trener „Kolejorza” dostał „samograja”. Na pewno dostał to czego na tamten moment potrzebował, ale to wciąż tylko glina. Nawet najlepszej jakości będzie wyglądała co najmniej miernie w muzeum sztuki. To dobry rzeźbiarz jest dopiero w stanie zamienić ją w arcydzieło.  Maciej Skorża rzeźbił o wiele szybciej i skuteczniej niż Marek Papszun.

Czy Lech ma papiery na „dominatora”?

Po ostatnim Mistrzostwie Polski na Bułgarskiej również pojawił się podobny wątek. Wówczas jednak okazało się, że rolę tę na lata przejęła warszawska Legia. Ostatecznie skończyło się kilkoma ładnymi latami upokorzeń i Piotrem Rutkowskim, który wraz z memicznym już „Ja się nigdy nie poddam!” doprowadzał kibiców do śmiechu przez łzy. Czy teraz będzie inaczej? Tego przewidzieć do końca się nie da, ale fakty są takie, że Lech mentalnie wrócił na właściwe tory. Mityczny „gen przegrywu”, którym często tłumaczono sobie słabe wyniki, praktycznie przestał już istnieć. Może w końcu nadszedł czas na to, aby rozpatrywać Lecha w nieco innych kategoriach.

Aby zdominować Ekstraklasę, Lech musi kontynuować politykę transferową, którą prowadził w tym sezonie. Kilku piłkarzy odejdzie z klubu, na ten moment wiemy o Tibie, Van der Harcie i oczywiście Jakubie Kamińskiem. Trzech piłkarzy niezwykle związanych z barwami, których należy zastąpić. Kamiński teoretycznie doczekał się zastępstwa w postaci Velde, ale patrząc na jego grę, ma nikłe szanse na wejście w buty młodzieżowca „Kolejorza”. Ważne będą także wyniki w eliminacjach do europejskich pucharów. Gdyby Lech był w stanie osiągnąć ciekawy pułap, pieniądze z Ligi Mistrzów mogłyby pomóc odjechać reszcie ligi. Istnieje więc sporo zależności, które Lech musiałby spełnić, aby dalej dominować. Wydaje się jednak, że po takim sezonie zwyczajnie ich na to stać.

Podsumowanie

Mistrzostwo Lecha to dla kibiców coś więcej niż Puchar, który będzie mienił się w gablocie. Tak naprawdę to tylko kawał metalu, ale symbolizuje on pracę, jaką wykonał cały klub i społeczności wokół niego zbudowana, aby w końcu wydostać się z szamba, w jakim był w pewnym momencie ten klub. Nikt nie spodziewał się, że przebudowa (zarówno ta sportowa, jak i mentalna) postąpi tak szybko. Wychodzenie ze „sportowego przegrywu” może być niezmiernie długim procesem, ale chyba wszyscy z czystym sumieniem możemy przyznać, że Lech tego dokonał i to z wielkim przytupem.

Ps. Kibice Lecha, jeszcze raz wielkie gratulacje śle cała ekipa Futbolowej Rebelii

Łukasz Budziak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: