Całą noc płakałem, ale już się nie boję. Życie Sinisy Mihajlovicia

Ze słonecznej Italii docierają do nas niepokojące wieści. Sinisa Mihajlović, trener FC Bologny, poinformował, że wiele wskazuje na nawrót białaczki w jego organizmie. Na wczorajszej konferencji prasowej, Serb przekazał, że opiekujący się nim lekarze sygnalizują ponowny atak choroby, z którą Sinisa zmagał się już w niedalekiej przeszłości. Wobec bieżących wydarzeń przypominamy nasz tekst z listopada ubiegłego roku o niezwykłej osobie, jaką bez wątpienia jest Sinisa Mihajlović.

W ostatnim czasie minęły równo dwa lata od dnia, w którym Sinisa Mihajlović przeszedł udany przeszczep szpiku kostnego. Pokonał białaczkę i wrócił do żywych. Nieco wcześniej, w lutym 2019 roku, kiedy świętował swoje pięćdziesiąte urodziny, spojrzał w lustro i rzekł do siebie: „Sinisa, sporo już zobaczyłeś na tym świecie.” W swojej autobiografii rozwinął tę myśl: „Czułem, jakbym miał na liczniku na dobrą sprawę nie 50, a 150 lat.”

Mihajlović to idol! Ludzie kochają go za jego charakter, niegasnącą pasję do futbolu, rzuty wolne, które dzięki niesamowitej rotacji zamienił w piłkarskie dzieła sztuki. Szanują go za jego bezkompromisowość, odwagę i wielką klasę, którą demonstruje gdziekolwiek się pojawi.

Piekło bratobójczej wojny, wyniszczająca walka z chorobą, polityczne awantury, Puchar Europy, bijatyki, anegdoty, przebaczenie i nieustające kontrowersje. Wszystko to w jednym miejscu. W głowie Sinisy Mihajlovicia.

Swego czasu, trener FC Bologny, dokonując rozrachunku ze swoim dotychczasowym życiem, stwierdził:„chyba jest mi pisane, żeby przeżyć kilka żyć w ramach jednego.”

Już się nie boję                                      

Sinisa Mihajlović twierdzi, że urodził się dwukrotnie. Pierwszy raz w lutym 1969 roku, w Vukovarze, w miejscowym szpitalu. Powołany na świat przez swoich bałkańskich rodziców. Drugi raz, ponad pół wieku później w bolońskim szpitalu, narodził się na nowo, powtórnie. Na skraju fizycznego i psychicznego wyczerpania, otoczony najbliższymi na szpitalnej sali, długo płakał. To były łzy szczęścia. Właśnie przezwyciężył białaczkę.

W styczniu 2019 roku, Mihajlović objął stery w FC Bologny. W owym czasie, Rossoblu stanęli nad przepaścią, wylądowali w strefie spadkowej ligi włoskiej. Serb przybył i natychmiast odmienił oblicze zespołu. Kiedy sytuacja wydawała się być beznadziejna, zespół z Bolonii zaczął regularnie punktować. Uniknęli katastrofy, a dzięki udanej wiośnie skończyli sezon w środku stawki.

W lipcu, Sinisa nieoczekiwanie zwołał konferencję prasową. Nie pojechał na przedsezonowe zgrupowanie z drużyną. Ogłosił, że w jego organizmie pojawiły się pewne anomalie, które lekarze zdiagnozowali jako nowotwór. Mówił: „Całą noc płakałem i nawet teraz mam jeszcze łzy, ale już się nie boję. We wtorek idę do szpitala i zaczynam walczyć o życie. Już powiedziałem piłkarzom, że będę walczył z całych sił o zwycięstwo, dokładnie tak samo, jak ich uczyłem. Jestem przekonany, że wygram. Zrobię to dla rodziny, moich dzieci i wszystkich, którzy mnie kochają.”

Po biblijnych czterdziestu dniach od przestąpienia szpitalnego progu, za zgodą lekarzy poprowadził z ławki rezerwowych swoją drużynę w meczu ligi włoskiej. Nikt się nie spodziewał, że schorowany Mihajlović zdoła osobiście przybyć na stadion. Dlatego kiedy wyszedł osobiście dyrygować zespół Bologny, na Stadio Marcantonio Bentegodi zapanowało zaskoczenie – tłumnie zgromadzeni kibice wstali z miejsc i pozdrawiali serbskiego trenera.

Po pięciu miesiącach Sinisa zwalczył białaczkę, a w jego codziennym funkcjonowaniu zaszły zmiany. Stał się mniej raptowny, w swoim życiu zaczął dostrzegać drobne przyjemności, które potrafiły go uszczęśliwiać. Kiedyś nie znosił spokoju, wytchnienia, nieustannie musiał być w ruchu, gotowy stawić czoła kolejnym wyzwaniom. Po tym jak zwalczył nowotwór oparł swoje życie o rutynę, która pozwala mu złapać dystans. Wyciszyć się. Wczesnym rankiem, Sinisa udaje się na długi, parokilometrowy spacer. Koło południa pije kieliszek grappy. Wypija za ojca, który niegdyś zmarł na raka. Po obiedzie zapala cygaro. Wychodzi na taras i delektuje się piękną panoramą Rzymu. Wdycha ulubione zapachy i na każdym kroku dostrzega, że życie jest wyjątkowe. 

***

Był koniec lat 80. XX wieku. W Jugosławii powoli dobiegała końca epoka siermiężnego komunizmu. Sinisa wchodził w dorosłość, grał w lokalnym trzecioligowym klubie, a jego talent zaczynał być szerzej dostrzegany. Już wtedy wyróżniał się swoim nieokiełznanym charakterem, odwagą, która momentami przeradzała się w arogancję. Tuż po osiemnastych urodzinach Mihajlović odebrał prawo jazdy, które dostał niejako w ramach premii od klubowego prezesa. Żaden egzamin ani jazdy próbne nie miały w ogóle miejsca. Nie chciał być gorszy od starszych kolegów, więc doszedł do wniosku, że od dziś będzie się przemieszczał rodzinnym samochodem.

Auta po dziś dzień są jego ogromną pasją. Z sentymentem wspomina swoje pierwsze samochody. W pierwszą jazdę udaje się po dobrze sobie znanych zakątkach Vukovaru. Parę minut po starcie zauważa, że coś jest nie tak. Silnik okropnie się zaciera, a auto na dobrą sprawę nie może się rozpędzić. Sinisa jedzie z zaciągniętym hamulcem ręcznym. Jednak najgorsze ma dopiero nastąpić. Podjeżdżając na jeden z miejskich parkingów usiłuje zająć jedno z wolnych miejsc. W ostatniej chwili myli pedał gazu z hamulcem i bez pardonu wjeżdża w stojące naprzeciwko auto. Momentalnie wybucha awantura, którą łagodzi dopiero przybycie ojca Sinisy na miejsce zdarzenia. Ot, przygoda z czasów młodości.

Niedługo potem Mihajlović zostanie wytransferowany do Crvenej Zvezdy, a w ramach zapłaty za podpis pod kontraktem zażyczy sobie luksusowe jak na tamte czasy auto – Zastavę Skala 128. Ostatnio, w wywiadzie dla włoskiej telewizji Mediaset mówił: „Dużo bym oddał, by cofnąć się w czasie, przejechać nią ulicami Borova i Vukovaru, z zimnym łokciem, podwiniętymi rękawami kwiecistej koszuli z wielkim kołnierzem, rozpuszczonymi lokami i dziewczyną na miejscu pasażera. To były wspaniałe, beztroskie chwile.”

Zastava Skala 128 55 (1994 - 2007) - AutoManiac

Na wojnie domowej nie ma zwycięzców

W czasie wojny byliśmy tak samo bezbronni, jak Chorwaci. Serbowie potrzebowali kogoś, kto ich ochroni, co starali się robić „Arkan” i Milosević. Ocenianie ich tylko i wyłącznie jako agresorów nie jest trafne. Serbia straciła wiele przez wojnę. Zaburzony został cały system wartości. Kiedyś ludzie mieli się na kim wzorować, chcieli piąć się w górę. Po wojnie to się zmieniło; łatwiej było się utrzymać zostając gangsterem. Dzieci patrzyły na to, jakie życie wiodą przestępcy i chcieli być tacy, jak oni. Po co ciężko się uczyć, skoro i tak nie było dla nich godnej pracy? System edukacji nie istnieje. Co z tego, że odbudowano budynki? Cofnęliśmy się o wiele lat wstecz, a nasz kraj wciąż jest dzielony. Z Kosowa wyrzucono przecież Serbów, którzy żyli tam od lat. Żałuję, że Jugosławia się rozpadła, razem stanowiliśmy siłę”.

SINISA MIHAJLOVIĆ NA TEMAT WOJNY DOMOWEJ NA BAŁKANACH

Kiedy na początku lat 90. ubiegłego wieku, rozpoczęła się wojna domowa w Jugosławii, Sinisa Mihajlović był piłkarzem Crveny Zvezdy. Klub z Belgradu pobił swój rekord transferowy i pozyskał Serba za równowartość prawie miliona euro. Spełniały się dziecięce marzenia Sinisy – jego kariera nabierała tempa, jeździł wymarzonym autem, zapewnił lepszy byt swojej rodzinie. O wybuchu zamieszek w swoim rodzinnym miasteczku dowiedział się podczas urlopu, który spędzał na jednej z hiszpańskich wysp. W jednej chwili zawalił mu się cały świat.

Zaraz po wybuchu wojny, do mieszkania państwa Mihajloviciów przybył Pipe, przyjaciel z dzieciństwa Sinisy i zdemolował dom rodzinny swojego przyjaciela. Zrobił to, żeby nie zostać posądzonym o zdradę wobec swoich, chorwackich zwierzchników. Ojciec Sinisy był Serbem, a matka Chorwatką. Stworzyli mieszaną rodzinę w jugosłowiańskim państwie. Wraz z wybuchem bratobójczej wojny musieli rozstać się ze swoim spokojnym, dotychczasowym życiem.

„To ta część Europy, która kreuje więcej historii niż jest w stanie skonsumować.”

WINSTON CHURCHIL O BAŁKANACH

Wkrótce potem Sinisa rozmawiał ze swoim wujem, bratem matki i ówczesnym generałem chorwackiej armii. Sinisą wstrząsnęło kiedy usłyszał, że wuj nazwał ojca Sinisy „serbską świnią”, którą sam najchętniej zamorduje. Kiedy konflikt zaczął dogasać, ten sam wuj został wydany Mihajloviciowi, który po długim namyśle przebaczył mu i udzielił schronienia pod własnym dachem. Z resztą nie tylko jemu. Podczas walk, w domu Sinisy mieszkały dziesiątki osób, które ukrywały się w obawie przed działaniami wojennymi. Mihajlović nie mógł być obojętny na los serbskiej ludności cywilnej.

Mimo to postawa Sinisy Mihajlovicia niejednokrotnie polaryzowała, wzbudzała kontrowersje i medialne awantury. Szczególną sławą okryła się historia jego znajomości z Zeljko Raznatoviciem – zbrodniarzem wojennym i przywódcą ultrasów Crveny Zvezdy. Sinisa przyjaźnił się ze słynnym „Arkanem”, otwarcie nazywając go „bohaterem narodu serbskiego”. W swoich wypowiedziach Mihajlović relatywizuje morderczą i kryminalną twarz Raznatovicia – woli mówić o nim jako niesfornym żołnierzu ostrzeliwującym wrogie, chorwackie wojska. Nie usprawiedliwia jego zbrodni, a jego okrucieństwo uzasadnia chaosem tożsamym dla wojny domowej. Jednocześnie, Mihajlović podkreśla, że kiedy w 1991 roku Chorwaci mordowali Serbów, Raznatović jako pierwszy przybył ochraniać swoich rodaków własną piersią.

Sinisa Mihajlović i Zelijko Raznatović

Po zakończonych działaniach wojennych Sinisa udał się do Vukovaru i w towarzystwie saperów przechadzał się po mieście swojego dorastania. Zastał zgliszcza, zbombardowane budynki i wyludnione dzielnice. W późniejszym czasie wielokrotnie powtarzał, że: „Na wojnie nie ma zwycięzców. Ludność cywilna zawsze jest ofiarą”.

Tuzin goli w sezonie!

Historia Sinisy Mihajlovicia rozpoczyna się na małym podwórku położonym naprzeciw garażu rodzinnego domu. Odkąd ojciec przyniósł mu skórzaną piłkę, którą kupił od polskich handlarzy na pobliskim bazarze, młody Serb godzinami odbija ukochany przedmiot od ściany. Nigdy mu się to nie nudzi. Obsesyjnie kopie futbolówkę do celu, dzięki czemu wypracowuje nienaganną, piłkarską technikę. Kiedy schorowany leży w bolońskim szpitalnym łóżku rozmyśla nad swoim losem. Kalkuluje – bierze pod uwagę czas w jakim odbijał piłkę, ilość powtórzeń – i dochodzi do wniosku, że wykonywał ponad pół miliona kopnięć piłką o ścianę w przeciągu pół roku. Dzięki temu treningowi uzyskał solidną podstawę pod swoją przyszłą karierę.

Elementem gry, który zapewnił mu bilet do piłkarskiej nieśmiertelności były bez wątpienia rzuty wolne. Przed Mihajloviciem, nikt nie zamieniał stałych fragmentów gry na bramki z tak wysoką regularnością. Swego czasu, trener Lazio Rzym, Sven – Goran Eriksson wręcz piał z zachwytu: „Jego lewa noga to gwarant tuzina goli w sezonie”. Sam Sinisa zadowolony z kolejnego zamieszania wokół swojej osoby opowiadał: „Rzuty wolne były jedynym powodem, dla którego grałem w piłkę. Gdyby nie one, wybrałbym pewnie koszykówkę.”

W lecie 1998 roku, Sinisa Mihajlović przeniósł się z Sampdorii Genua do Lazio Rzym. Po tym jak przywdział błękitny trykot, niemal z miejsca stał się ostoją defensywy biancocelestich. Co więcej do Wiecznego Miasta zaczęli ściągać wybitni gracze tacy jak Juan Sebastian Veron, Roberto Mancini czy Diego Simeone. Rozpoczynał się najlepszy okres piłkarskiej kariery Serba. Ekipa z Rzymu w jednym sezonie zdobyła Puchar Zdobywców Pucharów, krajowy superpuchar i wicemistrzostwo Włoch.

Dzięki temu, niesamowitym rzutom wolnym i fenomenalnej grze dla serbskiej reprezentacji, Sinisa zajął trzynaste miejsce w plebiscycie Złotej Piłki. Oczywiście, nie był w pełni zadowolony. Wynikła kolejna awantura. – Nie mogłem wygrać, bo gdyby zwyciężył ktoś z Bałkanów, byłoby to niepoprawne politycznie. Nie można było mnie nagrodzić, kiedy NATO zbombardowało moją ojczyznę. Jesteście rasistami” – grzmiał zaraz po ogłoszeniu werdyktu przez tygodnik „France Football”, jednocześnie nawiązując do sytuacji politycznej w swoim kraju.

***

Sinisa już ponad ćwierć wieku mieszka na włoskiej ziemi. Po zakończonej, piłkarskiej karierze stał się jednym największych specjalistów na trenerskim, włoskim rynku. Trenował FC Catanię, AC Milan, Sampdorię Genua, AC Torino, a teraz osiadł w Bolonii. Zadomowił się, a Włosi przyjęli go jak rodaka. Pokochali go za charakter, serce do gry i życie pełne poświęceń. Ostatnim czasem, Mihajlović pojawił się na słynnym festiwalu włoskiej piosenki w San Remo. Co więcej, wystąpił na estradzie w duecie ze swoim serdecznym przyjacielem, Zlatanem Ibrahimoviciem. Razem dali niezapomniane show.

Wkrótce potem, bohater tego tekstu z właściwą sobie swadą skierował się do Szweda:

– Drogi Ibra, piłkarze dzielą się na dwie kategorie. Tych, którzy grają w Pucharze Europy jak ty. I tych, którzy ten puchar wygrywają. Jak ja.

***

Dużo zdrowia, Wojowniku!

Olgierd Bondara

Ukłony dla dziennikarza Eleven Sports p. Filipa Kapicy, który przetłumaczył fragmenty autobiografii Sinisy Mihajlovicia. Pisząc powyższy artykuł korzystałem z poniższych źródeł:

– https://www.facebook.com/2AngryMenTV/posts/2203634209767408

– https://www.facebook.com/2AngryMenTV/posts/1436799509784219

– https://superbet.pl/newsy/rewia-mody-mihajlovicia-i-spodnie-z-rfn?fbclid=IwAR1z7_oCyvTEPTMefhk3gsSHaKiNFwJswyn2X5zP3Dv7v6QccGR1kK0Z4II

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: