Mgła wojny opadła? Obraz po starciu na Hampden

Jeżeli wczorajszy mecz na Hampden miał być swego rodzaju mA jeśli przegramy? A bo to pierwszy raz będzie trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę i przez kilka dni płukać posmak żółci? Przecież jesteśmy kibicami reprezentacji Polski. Taki nasz los.ateriałem poglądowym dla trenera Michniewicza i dać mu odpowiedzi na pewne pytania, to chyba nie do końca spełnił swoją rolę, a i znaków zapytania po tym spotkaniu pojawiło się jakby więcej.

Przede wszystkim jeśli czwartkowe starcie w Glasgow miało w jakikolwiek sposób uspokoić kibiców przed decydującym barażem, to absolutnie nie spełniło swojej roli. Paolo Sousa zakończył, a Czesław Michniewicz rozpoczął swoją kadencję spotkaniem, w którym zabrakło w naszych szeregach Roberta Lewandowskiego.  Zarówno kończąca fazę eliminacyjną batalia z Węgrami, jak i wczorajszy mecz towarzyski ze Szkotami znów jeżą włos na głowie kibiców, którzy starają się sobie zobrazować kształt polskiej kadry narodowej w momencie zakończenia reprezentacyjnej kariery przez naszego asa atutowego. Gdy Lewego nie ma na murawie, Polacy zwyczajnie wyglądają jak dzieci we mgle. Ciężko zatem nie odnieść wrażenia, że od kilku dobrych lat tzw. „laga na Robercika” to w zasadzie jedyny pomysł, na jakim opiera się gra biało-czerwonych. A przecież w szeregach ekipy spod znaku Orła Białego znajdują się piłkarze, którzy w rozgrywkach klubowych udowadniają, że potrafią grać w sposób kreatywny i na poletku międzynarodowym  ich rola niekoniecznie powinna być sprowadzana do poziomu mróweczki harującej wokół — w zasadzie jedynej — gwiazdy reprezentacji.

Moder, Żurkowski, Szymański czy Bielik to młode polskie wilczki, które postrzegamy jako świeżą krew, która powinna być  natychmiastowo wpompowana w krwiobieg reprezentacyjnego organizmu. Wczorajszy test niestety nie bardzo zaspokoił nasze oczekiwania wobec nich. Każdy z wymienionych co prawda miał udane momenty, ale… no właśnie, to były tylko momenty. Patrząc na obraz gry jako całość, nasi młodzi gniewni wypadli dość blado. No może poza Moderem, który wyróżniał się w tej grupie najbardziej i po Skorupskim oraz Piątku można go chyba uznać za naszego najlepszego zawodnika, który wybiegła na murawę  w czwartkowy wieczór. Ale umówmy się – poprzeczka we wczorajszym meczu nie była zawieszona zbyt wysoko.  Jeśli chodzi o Bielika, pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że gracz Derby County musiał awaryjnie załatać dziurę na środku obrony po urazie Salamona, co automatycznie ograniczyło jego możliwości kreowania akcji.

Na osobny akapit zasługuje Piotr Zieliński, który od dawna powinien spełniać rolę drugiego z naszych boiskowych liderów. Starcie ze Szkotami było spotkaniem numer 67, które Zielu rozegrał w koszulce z orzełkiem na piersi. Nadal czekamy na moment, w którym Piotrek dźwignie na swoje barki ciężar reżyserowania gry i wcielania się w rolę samca alfa w reprezentacyjnym stadzie. Niestety możemy mieć coraz większe wątpliwości, czy taki moment w ogóle kiedykolwiek nastąpi. Pomocnik Napoli kończy w tym roku 28 lat, a w szeregach kadry znajduje się już od niemal dekady. Co zatem stoi na przeszkodzie, by urodzony w Ząbkowicach Śląskich piłkarz stał się w końcu pełnokrwistym filarem drużyny narodowej? Brak mentalności lidera? Nieodpowiednio dobrana taktyka? Za małe umiejętności techniczne partnerów z linii ofensywnej, które nie pozwalają mu rozwinąć skrzydeł w grze kombinacyjnej? Czy Czesław Michniewicz w końcu znajdzie klucz, który uwolni uwięziony w tym piłkarzu potencjał? Wczorajsza batalia pokazała, że na pewno nie uczynił tego z marszu, bo Zieliński dał się zapamiętać jedynie skandalicznym złamaniem linii spalonego przy trafieniu Tierney’a.

Miałkość naszych środkowych pomocników jeśli chodzi o kreowanie gry, uwypuklał dynamiczny, precyzyjny i miły dla oka styl gry gospodarzy czwartkowego sparingu. I nie piszę już tutaj o, chociażby Johnie McGinnie, który na tle naszych nieporadnych grajków wyglądał jak pan piłkarz. Momentami obserwator widowiska na Hampden mógł odnieść wrażenie, że linia obrony Szkotów rodem z Premier League w postaci Tierney’a, McTominay’a i Hanleya prezentuje większy potencjał ofensywny niż linia pomocy biało-czerwonych. Cóż za zdziwienie musiał wywołać w przeciętnym polskim kibicu kadry widok Szkotów, którzy zawiązywali koronkowe akcje i wymieniali piłeczkę, przesuwającą się po murawie jak po sznurku od nogi, do nogi kolejnego piłkarza z Wysp Brytyjskich. Wszak śledząc przed meczem social media, można było odnieść wrażenie, że wśród wielu fanów kopanej znad Wisły nadal pokutuje obraz szkockiego piłkarza, jako rudego, brodatego brutala, którego podstawową maksymą jest „krew i pot”, a jedyną znaną taktyką „kick’n’rush”. W zamian dostaliśmy zgrabną ekipę, która pokazała chłopcom Michniewicza, do jakiego wzorca gry powinni dążyć. Oczywiście pod względem atletycznym Szkoci również byli nienagannie przygotowani, ale to już nie klan McGregorów, który w szatni dezynfekuje rany, aplikując whisky w sposób doustny, a następnie wypalając je gorącym żelazem.

Kultura gry zespołu Steve Clarke’a porażała i mogła wpędzić nas w kompleksy. Co prawda zeszłoroczne mistrzostwa Europy dobitnie pokazały, że Szkoci to drużyna, która potrafi grać w piłkę, ale w skali kontynentu to nadal średniak i to powinno przerażać nas najbardziej, porównując styl gry obydwóch zespołów, które wybiegły na boisko w Glasgow.

Na domiar złego ten paździerz, który zaprezentowaliśmy, został okupiony kontuzjami trzech zawodników. Już w pierwszej połowie z murawy musieli zejść Salamon, który spisywał się całkiem solidnie i będący ostatnio w gazie Arek Milik. Po meczu okazało się, że spotkanie z urazem zakończył także Krzysztof Piątek. Już wiadomo, że defensora Lecha Poznań i napastnika Fiorentiny zabraknie w starciu ze Szwedami. Występ Milika nadal pozostaje niewiadomą.

Na koniec muszę jednak zaznaczyć jedną rzecz. Czesław Michniewicz został postawiony w bardzo trudnej sytuacji, przejmując kadrę w newralgicznym momencie, zresztą tak samo jak wcześniej miało to miejsce w przypadku Paolo Sousy. Czwartkowa batalia była pierwszą pod wodzą nowego szkoleniowca. Wypadła blado, ale ciężko było się spodziewać, by na Hampden biało-czerwoni zaprezentowali jakiś szczególny pokaz fajerwerków. Oczywiście, mimo wszystko liczyliśmy na coś więcej. Bierzmy jednak pod uwagę, że mierzyliśmy się z ukształtowanym zespołem, które jest wykuwany przez Steve Clarke’a od blisko trzech lat. Michniewicz — w przeciwieństwie do Szkotów — dopiero za kilka dni ma mecz z kategorii „All or nothing”. Z pewnością w jakimś stopniu szachował siłami, mając w głowie, że bitwa o Katar rozegra się dopiero w przyszłym tygodniu na Stadionie Śląskim. W magicznym „Kotle czarownic”. Z mającą 120-minutowe starciem z Czechami w nogach kadrą „Trzech Koron”. I z Robertem Lewandowskim w składzie, przy którym pozostali piłkarze także potrafią wykrzesać dodatkowe pokłady energii i zaangażowania. Poza tym nadal uważam, że Czesław Michniewicz to nasza najlepsza opcja, jeśli chodzi o trenera, który musi nas przygotować do pojedynczego meczu. Zresztą nawet jeśli powinie mu się noga, to mam nadzieję, że prezes Kulesza nie będzie wymyślał kwadratowych kół i pozostawi go na stanowisku.

A jeśli przegramy? A bo to pierwszy raz będzie trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę i przez kilka dni płukać posmak żółci z ust? Przecież jesteśmy kibicami reprezentacji Polski. Taki nasz los.

Rafał Gałązka

fot: Herald Scotland

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: