Wpis, którego miało nie być ale jest … Bo futbol to magia !

Po wczorajszym starciu Atletico z Barceloną miałem ochotę dodać spontaniczny wpis na blogu. Ostatnio pisałem o tym jak nienawidzę Barcelony, ale koniec końców doszedłem w tym wpisie do wniosku że gdzieś tam podświadomie jakaś cząstka mnie będzie kibicować „Blaugranie” bo zawodnikom Luisa Enrique jak mało komu należy się zaszczyt obronienia jako pierwszej w historii drużynie Pucharu Ligi Mistrzów.  Jak ktoś nie czytał to odsyłam:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/04/01/pilkarskie-katharsis-czyli-historia-mojej-nienawisci-do-barcelony/

Na całe szczęście piłkarze Barcelony przypomnieli mi wczoraj dlaczego tak bardzo ich nie lubię i frajerskim zachowaniem Suareza i Neymara usunęli tę wspomnianą cząstkę z mojej podświadomości. Na szczęście w środowy wieczór zwyciężyła sprawiedliwość . Barca odpadł z rozgrywek Ligii Mistrzów a szansę sięgnięcia po tytuł mają nadal kozacy od Simeone.  Gdy ochłonąłem stwierdziłem jednak że nie ma sensu strzępić klawiatury na graczy klubu z Katalonii. Jednakże przed chwilą zakończył się ćwierćfinał Ligi Europy między FC Liverpool a Borussią Dortmund.  Mecz ten położył mnie na łopatki. To była esencja tego co w piłce nożnej najwspanialsze. Uczta z nektarem i ambrozją na Olimpie piłkarskich Bogów. No dobra, bo trochę odpłynąłem … Ale ten mecz przekonał mnie że muszę jednak przelać myśli na arkusz worda – bo futbol to magia i co rusz przypomina mi dlaczego go tak bardzo kocham !

Zacznijmy od wczorajszego spotkania. Derby Hiszpanii. Atletico- Barcelona na Vincente Calderon. Właściwie kłamałem. Od pierwszego gwizdka Felixa Brycha w pierwszym meczu nie potrafiłem w sobie znaleźć cząstki przyjaźni do Barcelony.  Od początku całym sercem awansu życzyłem „Rojiblancos”. Po pierwsze bo grali z Barceloną, po drugie, bo w skomercjalizowanym i zepsutym do cna świecie Modern Footballu są mimo wszystko zespołem nie do końca wpisującym się w kanony piłki spod znaku arabskich szejków i napoju energetycznego z logiem byka. Oczywiście też nie całkowicie bo jednak to też zespół, który potrafił wypierdolić 35 milionów ojro za transfer Jacksona Martineza a na koszulkach reklamują mlekiem (kozim?) i ropą płynący Azerbejdżan. No ale to też nie klub z bezdenną sakiewką, który szasta beztrosko kasą jak bananowy lamus wydający pieniądze taty w drogim klubie. Klub który nie pęka w szwach od gwiazd światowego formatu . Griezmann to jeszcze gracz apirujący do tytułu napastnika z najwyższej półki, Torres to stara, wyblakła gwiazda a np. Filipe Luis to gość, który odbił się od drzwi wielkiej Chelsea.  Poza tym: Juanfran, Koke czy kapitan Gabi, wierni żołnierze Atletico. Zapewne żaden z nich nie jest piłkarzem, którego plakat 12 letni chłopcy wieszają sobie nad łóżkiem. Bo Atletico to nie indywidualności. To drużyna. To armia rządzona ręką najlepszego chyba w tej chwili futbolowego generała. Jako fan twórczości G.R.R. Martina muszę powiedzieć jedno. Gdyby Simeone żył w Westeros, to zostałby Lordem dowódcą Nocnej Straży i Inni nigdy w życiu by nie zdobyli Muru. Nie chcę być banalny i powtarzać w kółko to samo co wszyscy ale ten gość uczynił grę w obronie sztuką. Włosi mieli swoje Catenaccio (właściwie wymyślił je Argentyńczyk – Helenio Herrera), skuteczne, ale zabijające tak naprawdę to co w piłce najpiękniejsze. Grecy murując bramkę zdobyli mistrzostwo Europy … i Europie było wstyd za takiego mistrza. Simeone uczynił z obrony sztukę, którą można oglądać z rozdzawioną gębą. Ściana nie do przebicia dla przeciwników i zabójcze kontry. Nie klepanie piłki w stylu właśnie Barcelony, nie tiki-taka i 70% posiadanie piłki, lecz 2-3 podania i stwarzamy zagrożenie pod bramką przeciwnika. Ale geniusz Cholo Simeone i gra „Los Colchoneros” to jedno a chamska gra ekipy z Camp Nou we wczorajszym meczu to druga sprawa. Już błędy Felixa Brycha w pierwszym meczu i wyrzucenie z boiska El Nino, które zabiło mecz rozsierdziło mnie do tego stopnia że modliłem się o awans ekipy ze stolicy Hiszpanii. Wczoraj do białej gorączki doprowadziło mnie zachowanie „megagwiazd” z Barcelony. Luis Suarez rozbijający łokciem łuk brwiowy Diego Godinowi i Neymar wchodzący dwiema nogami od tyłu w Juanfrana po przegranym pojedynku biegowym … za linią końcową. To jest kurwa ta wielka Barcelona ja się pytam? To ja was panowie za przeproszeniem pierdole i wycofuje moje wcześniejsze słowa o was. Że Luis Suarez jest debilem i osobą która nie kontroluje swoich zachowań to wiemy nie od dziś. Wystarczy spytać Ivanovicia czy Chielliniego. Być może Urugwajczyk pozostawił trwałe blizny na ich ciele wbijając w nie swoje kły. Suarez jest chory psychicznie, jednakże ma swoją zdolność, potrafi fenomenalnie grać w piłkę.  To samo tyczy się Neymara. Być może akurat Brazylijczyk trochę się różni od Suareza. Suarezowi odcina czasami prąd a przed jego oczami pojawia się chwilowo jakaś apokaliptyczna wizja a gdy do jego mózgu napływa spowrotem krew okazuje się że zrobił coś chorego. Oglądaliście „Mecz ostatniej szansy”? Kojarzycie postać Mnicha graną przez Jasona Stathama? To wiecie o czym mówię. Z tą różnicą że Statham czasem się hamował przed swoimi chorymi zachowaniami.  Neymar zaś wygląda na gościa celowo prowokującego swoich rywali a potem zgrywającego niewiniątko. Pierdolnąć komuś mukę z partyzanta a potem udawać że jest się samemu tym poszkodowanym. To właśnie jego taktyka. Chociaż wczoraj odcięło mu prąd podobnie jak zazwyczaj Suarezowi. Co to miało być? Czyżby obydwaj przyzwyczaili się do zwyciężania tak bardzo że grę z nożem na gardle znoszą tak ciężko? Szkoda, bo taka frustracja nie przystoi piłkarzom tego formatu. Obydwaj zasłużyli na przedwczesny zjazd pod prysznic. Jednakże Rizzoli postanowił podjąć wyzwanie Brycha pod tytułem kto bardziej zjebie sędziowanie meczu. No i chyba wygrał Włoch. Tak, tak … karny dla Barcy w końcówce się należał, ale Karma to suka i wraca ze zdwojoną siłą. Barca wyleciała z rozgrywek. W umiarkowanym stopniu zwyciężyła idea „Against Modern Football”. Zwyciężyła sprawiedliwość. Dziękuję.

Mecz dzisiejszy. Przenosimy się na Anfield Road i już sam początek wgniata mnie w fotel. I to jeszcze zanim Tomasz Zimoch mógłby powiedzieć „Panie Turek, zacznij pan ten mecz”. Całe Anfield, łącznie z kibicami z Dortmundu odśpiewuje „You’ll never walk alone”! Piorunujące wrażenie! W dodatku mecz dostaje do skomentowania najlepszy duet w tym kraju. Twarowski-Nahorny i wszystko jasne. Nie mogę powiedzieć że nic nie zapowiadało takich emocji. Takie emocje zapowiadało kurwa wszystko !!Swoją drogą zauważyliście że nawet hymn Ligi Europy to taki patetyczny motyw, który zapowiada nadchodzące emocje niczym soundtrack z jakiegoś filmu historycznego grany przed jakąś bitwą?  Szybkość tego meczu była na poziomie rozgrywki w Fifa 16. Emocje też. A nie oszukujmy się, rzadko który mecz przynosi tyle emocji co wieczorny turniej w fifę z kolegami :-).  Co prawda Dortmundczycy dość szybko wpukali dwie bramki i niby emocje trochę opadły aczkolwiek to nadal było wyśmienite widowisko. Co chwilę akcja pod bramką a to Mignoleta a to Weidenfellera. Muszę powiedzieć że moja sympatia w tym meczu była rozszczepiona. Z jednej strony wolałem Borussię bo w jej składzie grał Łukasz Piszczek. Z drugiej Borussia to jednak klub niemiecki … Co prawda na ławce trenerskiej LFC również siedział Niemiec, ale Klopp to akurat jeden z niewielu naszych zachodnich sąsiadów, którego naprawdę lubię i szanuję. Chociaż w sumie Borussia mimo swojego kraju pochodzenia również jest klubem, który mimo wszystko budzi od wielu lat moją sympatię. Zresztą obydwa te kluby raczej nie budzą negatywnych emocji wśród piłkarskich fanów i są raczej z reguły lubiane.  Dobra, wróćmy na murawę. Po pierwszej połowie emocje nieco przygasły i mimo naprawdę dobrego, piłkarskiego widowiska nie spodziewałem się raczej wielu emocji w drugiej odsłonie.  Pierwszy mecz skończył się wynikiem 1:1 i The Reds musieliby ustrzelić trzy gole w drugiej połowie by odmienić losy dwumeczu. I w tym momencie pierwszy raz przypomniał mi się 2005 rok i mecz legendarny mecz Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów, gdzie przegrywający po pierwszej połowie 0:3 LFC odrobiło straty i sięgnęło po tytuł. Duch finału w Stambule unosił się jeszcze wyżej w momencie gdy Origi zmniejszył prowadzenie Borussi 3 minuty po wznowieniu gry. 57 minut i Reus znów usadził Liverpool na dupie. 1:3. Klopp i reszta znów potrzebowali trzech bramek by awansować. W Stambule LFC pod wodzą Beniteza miał jednak więcej czasu. Tam Liverpoolczycy zakończyli swoją remontadę już w 60 minucie. Wystarczyło im do tego 10 minut. Duch stadionu Ataturka gdzieś znów uleciał. Promyk nadzieji zapalił się znów gdy Couthino świetnym strzałem pokonał Weidenfellera w 66 minucie. 12 minut później było już 3:3! Piszczkowi w polu karnym uciekł ruszający się jak żelbetowy kloc Sakho (Łukasz, jak to możliwe?) i po 2,5 roku przerwy zdobył bramkę dla klubu z Anfield. Nieee, nic dwa razy się nie zdarza. LFC nie odrobi znów takiej straty! A może jednak? Nieee, to byłoby zbyt piękne. To będzie opowieść o tym jak dzielny Liverpool gonił Borussię ale poległ. Kurde, no ale lepiej by się tego jednak słuchało gdyby The Reds wygrali ten mecz. Mecz o którym można by opowiadać wnukom. A jak się skończy 3:3? To nie to samo. Mimo genialnej gry nic nadzwyczajnego by się tutaj nie zdarzyło. A najlepiej gdyby bramka padł w doliczonym czasie gry, to byłoby coś. Piłkarscy bogowie spojrzeli na mnie zza swojego stołu i stwierdzili. „Mówisz, masz”. Minutę po tym jak Turek przedłużył mecz o 4 minuty Lovren głową wbił piłkę do siatki BVB. W końcówce Gundogan był jeszcze o włos od wyrównania po strzale z rzutu wolnego. Ale tego by już było za wiele. Klopp triumfuje. Klopp, trenerski Hefajstos, który wykuwał wielką Borussię przez 7 lat. A dziś mierząc się z Tuchelem, który przejął lekko zardzewiałe dzieło jego życia i dokonał jego renowacji, wprowadził je znów na „International level” i chciał go pokonać jego własną bronią przekonał się że ma do czynienia z trenerskim herosem najwyższej klasy. Chociaż nie. To był mecz dwóch godnych siebie rywali i o powodzeniu zadecydował łut szczęścia. A Liverpool pod wodzą Kloppa będzie w przyszłym sezonie kurewsko mocny. Jestem tego pewny.

Dzisiejszy mecz, a właściwie ostatnie dwa dni emocji w europejskich pucharach uświadomiły mnie, że futbol bywa czasem lepszy niż dobry seks. Przypomniały mi za co go tak bardzo kocham i będę mu wierny aż po sam grób. Zresztą poza tym mieliśmy jeszcze rzuty karne w dwumeczu Sevilli z Athletic Bilbao, które również zawsze są magiczne. Gierki z wyprowadzaniem z równowagi Gameiro podchodzącego do decydującej jedenastki, przez graczy z Kraju Basków i awantura, która się z tego prawie wywiązała. Wczorajszy widok Marka Noble znoszącego Andera Herrere z boiska by zyskać na czasie w ćwierćfinale FA Cup. To są smaczki futbolu przypominające o tym że czasem oglądanie futbolu powoduje u mnie wypieki na twarzy jak u 4 letniego dziecka słuchającego ulubionej bajki czytanej mu na dobranoc przez rodzica.

 

27227_1460014038,95

O zdjętej klątwie, internetowych napinaczach i wróżeniu z fusów.

„Jesteśmy nową reprezentacją Polski.

Patrzymy odważnie w przyszłość.

Napędza nas chęć zwycięstwa,

jednoczy determinacja.

Idziemy do przodu,

nie ustępujemy nikomu.

Walczymy o miejsce w historii.

Aby zainspirować innych,

musimy błyszczeć w chwilach prawdy.”

Przeglądając swojego facebooka po meczu naszej kadry narodowej z Finlandią, natknąłem się na grafikę reklamową firmy Nike z powyższym hasłem. Zazwyczaj nie zwracam większej uwagi na takie komercyjne twory, ale że akurat byłem niesiony falą optymizmu po masakrze jaką zafundowaliśmy Skandynawom to przyjrzałem się temu obrazkowi z którego z kolei mi przyglądali się Lewy, Glik i Milik uchwyceni w pozie przypominającej bardziej raperów z N.W.A. na plakacie promującym film „Straight Outta Compton” i pomyślałem … „Kurwa, jakie to może być prawdziwe”.  Naprawdę jestem w stanie uwierzyć w ten slogan i wziąć go sobie do serca.

Do Euro 2016 pozostały dwa miesiące. Dwa miesiące przed wielkimi imprezami w szykach Reprezentacji Polski pojawiała się zazwyczaj panika. Był to okres ostatnich sparingów przed turniejem. Kolejne dwa mecze towarzyskie, które rozgrywała kadra to już szlify bezpośrednio przed samymi mistrzostwami, rozgrywane kadrą, która była już tą ostateczną, mającą walczyć w danym turnieju. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze w tym momencie zaczynały się pojawiać rysy na kadrowym szkle, które zwiastowały to, że w czerwcu owe szkło rozpierdoli się w drobny mak. Oczywiście mówię o turniejach, które rozgrywaliśmy w XXI wieku. I tak w roku 2002 depeszę ostrzegawczą wysłali nam Japończycy. Przyjechali do Łodzi i nogami między innymi Hidetoshi Nakaty dali do zrozumienia chłopakom Engela że jak przyjadą do Azji na turniej to źle się to dla nich skończy. Trzy tygodnie później wiadomość o podobnej treści zostawili nam Rumuni. Coś w stylu „chłopaki, my się nawet na mundial nie zakwalifikowaliśmy a wy dostajecie od nas na swoim terenie w ryj. Z czym do ludzi?” Wówczas bramkę strzelał nam między innymi Adrian Mutu o którym wiele lat później wielki polski bard o pseudonimie Popek nagrał piosenkę pt.: „Kokainowy baron”. Jak skończyliśmy na boiskach w Korei wszyscy pamiętamy. Sygnałem do rozpoczęcia destrukcji było odśpiewanie hymnu przez Edytę Górniak…

Rok 2006. W niemieckim Kaiserslautern (które 9 lat wcześniej pokonało Bayern w pewnym zwycięskim składzie… 😉 ) dajemy się pokonać 1:0 Amerykanom. Przed samym turniejem zaś rozgrywamy mecz w Chorzowie z Kolumbią w którym bramkę strzela nam Luis Martinez, gość grający w Independiente Santa Fe, ogółem w reprezentacji Kolumbii rozegrał 6 meczów i strzelił tą jedną jedyną bramkę i może nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jak zapewne większość z was pamięta gość był bramkarzem. W sumie było sporo bramkarzy strzelających bramki z karnych czy wolnych. Campos, Chilavert, Butt, Ceni … Ale nie, gość wykopał futbolówkę z własnego pola karnego i przelobował Tomasza Kuszczaka.  No i Kuszczak na zawsze już został zapamiętany przez kibiców przez pryzmat puszczenia tej kuriozalnej bramki. Nie pomogło przesiedzenie połowy kariery na ławce rezerwowych ManU ani to że, no kurcze, gość był (w sumie nadal jest) dość solidnym bramkarzem, który rozegrał furę meczy na poziomie Premier League i Championship.  Jak skończył się mundial w Niemczech? Wszyscy pamiętamy…

Rok 2008. Znów w marcowej potyczce dostajemy w dupę od jankesów. Tym razem w Krakowie i to dość boleśnie 0-3. Następnie remisujemy z Macedonią. Bramkę dla nas strzela jeden z największych meteorytów polskiego futbolu (chociaż Citki nie przebił) Radosłw Matusiak. Gość który w swoim życiu rozegrał na dobrym poziomie może 1-2 sezony. Do teraz nie wiem jak w reprezentacji wykręcił naprawdę przyzwoitą statystykę 15a i 7 goli. Jak skończyliśmy w Austrii? Wszyscy pamiętamy i gdyby nie Howard Webb to pewnie wcale by lepiej nie było…

Rok 2012. Dobra niby było 0-0 z Portugalią czyli przyzwoicie. Ale sam fakt prowadzenia kadry przez Franza Smudę to chyba wystarczający omen nadchodzącej porażki? Plus hodowla lisów w kadrze… Jak skończyliśmy na swoim podwórku? Chujowo..

Rok 2016. Rysy na szkle nie zauważono. Co prawda mecz z Serbią nie był w naszym wykonaniu za dobry ale jaki ostatecznie wynik zanotowaliśmy? Oczywiście pojawiły się głosy permanentnych malkontentów narzekających że długimi okresami gry to Serbowie kontrolowali grę i byli stroną dominującą. W meczach eliminacyjnych długimi momentami w spotkaniach z nami mecze kontrolowali zarówno Szkoci jak i Gruzini. W meczu w Dublinie również Irole. Fakt ten że zbyt często dajemy spychać się do defensywy również i mnie irytuje. Chcąc być solidną europejską drużyną a wierzę że Polacy mają potencjał na bycie takową (kimś pokroju chociażby Chorwatów) wypadałoby jednak byśmy w meczach u siebie spokojnie kontrolowali grę z takimi zespołami jak Szkoci czy Gruzja. No ale pytam po raz kolejny, tym razem również i siebie. Jak zakończyliśmy eliminacje? Zdobyliśmy awans? Gruzini zostali rozbici w dwumeczu 8-0. Szkoci też ostatecznie zostaną w czerwcu w domu chociaż mecze z nimi były istną drogą z piekła do nieba. Ufam Nawałce. Wierzę że selekcjoner wie co robi. Przekonuje mnie do tego każdym kolejnym swoim ruchem. Każdym kolejnym meczem. Może fakt oddawania inicjatywy rywalowi też jest zaplanowany? Od zawsze zdecydowanie wolimy grę z kontry niż grę pozycyjną. Również i w tej chwili szybkie kontrataki to jeden z naszych największych atutów. Chociaż nie jedyny. Odkąd pamiętam nigdy nie mieliśmy drużyny która w ataku tworzyłaby sobie sytuacje z taką swobodą. Druga sprawa że nie pamiętam polskiej kadry z taką siłą rażenia w ofensywie. Jeden z najlepszych napastników świata plus jeden z największych talentów na pozycji napastnika plus Grosicki w życiowej formie plus fakt że Nawałka jak Midas nawet gówno potrafi zmieniać w złoto. Starzyński po półrocznej lekcji pokory w lidze belgijskiej? Myyyk! Starzyński w meczu z Finami gra mecz po którym jestem w stanie uwierzyć że faktycznie jest chorzowskim Luisem Figo. Wszołek który w Italii w większym wymiarze czasowym gra dopiero w outsaiderze Serie A? Myyyyk! Wszołek napierdala z Finami jakby był pieprzonym Arjenem Robbenem … tylko mniej samolubnym. Ok. Finowie to do bólu przeciętny zespół. Nie ma już tam zawodnika pokroju Litmanena czy nawet Hyypii. O ich sile stanowią Hamalainen i Arajuuri z polskiej ekstraklasy. No ale kurwa! Nie są też Lichtensteinem ani Wyspami Owczymi. W swojej grupie urywali punkty chociażby Rumunom czy Irlandii Północnej, która gra z nami w czerwcu w Nicei. Od zawsze byli dla nas niewygodnym przeciwnikiem. W eliminacjach do Euro 2008 w których przecież wygraliśmy swoją grupę (przed m.in. Portugalią, Serbią czy Belgią) z Finami ugraliśmy w dwumeczu zaledwie 1 punkt. A teraz przyjechali do Poznania i wywieźli stamtąd bagaż 5 goli. Z Serbami długo się męczyliśmy. Serbom ogólnie od dawna nie żre. Mają potencjał pewnie jeszcze większy od nas. Mają w składzie gwiazdy europejskiej piłki. Ivanović, Kolarov, Matić czy Ljajić. Zespół który ma w swoim składzie takie indywidualności zawsze będzie groźny, mimo że nie tworzą razem takiego teamu jaki tworzyć powinni. W dużej mierze wygraną zawdzięczamy golkiperom i Kubie Błaszczykowskiemu, który co by o nim nie mówić to z orzełkiem na piersi zawsze wypruwa sobie flaki. No ale dobrą drużynę tworzą również bramkarze, dobrej drużynie sprzyja szczęście i dobrą drużynę można poznać po tym że nawet gdy nie idzie są w stanie przeprowadzić tą jedną kluczową akcję bądź mają w swym składzie indywidualność, która weźmie odpowiedzialność na swoje barki (w tym przypadku właśnie Kuba). Przecież ostatecznie wygraliśmy ten mecz!  Dlatego jak przeglądam wszelkie komentarze pod pomeczowymi artykułami to momentami krew mnie zalewa. Przeraża mnie ilość osób uwielbiających deprecjonować grę tej kadry. Przeraża mnie poziom malkontenctwa . Przecież to reprezentacja Polski, od lat utarło się że Polacy muszą być słabi. Nie wolno ich chwalić. Grosik? Jeździec bez głowy!, Milik? Słaby fizycznie!, Pazdan? Ogór z polskiej ligi! Mam wrażenie że niektórym sprawiało by wręcz przyjemność gdyby Polacy przegrywali mecze i można by na nich wylewać całe wiadra hejtu. Niektórzy wręcz się modlą o kolejną spektakularną katastrofę we Francji. Internet pełen jest frustratów dla których możliwość anonimowego pojechanie po kimkolwiek to droga do ekstazy. Zresztą i w życiu prywatnym można spotkać na pęczki takich ludzi. Najśmieszniejsze jest to że w chwilach sukcesów reprezentacji wielu z nich jest jej najzagorzalszymi fanami by w momencie potknięcia jako pierwsi pluć na nią. „Nie potrafisz nas wspierać kiedy przegrywamy to nie kibicuj nam kiedy zwyciężamy” jak mawiał sir Alex Ferguson. Na drugim biegunie mamy zaś wszelakie media, które zapewne nie długo wszem i wobec ogłoszą że jedziemy do Francji po medal.  Zacznie się pompowanie balonika, które zazwyczaj kończy się wielkim hukiem. Chociaż z dwojga złego wolę już chyba ten przesadny huraoptymizm niż zaślepiającą nienawiść mędrców z kosmosu.

Na co nas właściwie stać w tej Francji? Wyjście z grupy to dla mnie minimum! Jeżeli zagramy mecz na swoim normalnym poziomie to Irlandia nie jest z nami w stanie wygrać. Wystarczy że zagramy na miarę swoich możliwości. Irole będą jeździć na dupach, kopać, gryźć, bić. Ale pewnego poziomu stricte piłkarskiego nie są w stanie przeskoczyć. Zwyczajnie brakuje im do tego jakości. Więc jeśli nie będziemy akurat mieli gorszego dnia to Irlandia mimo z pewnością ambitnej gry, nie jest w stanie nam zrobić krzywdy. Jeden zwycięski mecz prawdopodobnie wystarczy by wyjść z grupy. Ukraina? Mają sporo problemów. Zarówno jako państwo jak i jako kadra. Powołanie w szeregi narodowej reprezentacji Putiwcewa z Termaliki Nieciecza już o tym świadczy. W dodatku chociażby wyklęcie Jewhena Selezniowa za grę w rosyjskim Kubaniu Krasnodar… Nawet w czasach Fornalika pomimo że Ukraińcy nas ogrywali to wcale nie robili wrażenia drużyny wiele od nas lepszej. Przez te kilka lat poziom ich reprezentacji spadł w dół o czym świadczą chociażby męki w barażach gdy grali przeciwko Słowenii. Ostatni ich mecz towarzyski przeciwko Cyprowi to również było koszmarne widowisko. Niemcy? Wierzę że w tym meczu wszystko będzie możliwe chociaż faworytem w życiu nie będziemy. Jeśli zajmiemy drugie miejsce w swojej grupie to wpadniemy najprawdopodobniej na Rumunów bądź Szwajcarów. W takim spotkaniu absolutnie nie jesteśmy pozbawieni szans, więc myślę że dojście do ćwierćfinału jest jak najbardziej realne. Ugranie czegoś więcej będzie już absolutną niespodzianką i sukcesem. Z drugiej strony w 2008 roku do półfinału imprezy doszły reprezentacje Turcji i Rosji. Czy ich ówczesne kadry miały większy potencjał niż nasza obecna? Rosjanie mieli w składzie Arshavina, Pawliuczenkę i Pogrebnyaka, którzy tworzyli ich główny motor napędowy. Czy jest to gorsze trio od ofensywy złożonej z Lewandowskiego, Milika i Kuby bądź Grosickiego? Turcy? Semih Senturk czy Nihat Kahveci … hmm … Czesi w 1996 też nie byli typowani nawet do bycia „Czarnym koniem” a doszli do finału. Duńczycy w 1992 wygrali turniej na który pojechali tylko dlatego że Jugosławia została zdyskwalifikowana. Dlaczego my nie możemy tym razem być „Czarnym koniem”? Po tylu latach upokorzeń, po tylu latach słabości. Dlaczego piłkarscy bogowie nie mogą nam w końcu wynagrodzić tego już w czerwcu? W końcu:

 

„Jesteśmy nową reprezentacją Polski.

Patrzymy odważnie w przyszłość.

Napędza nas chęć zwycięstwa,

jednoczy determinacja.

Idziemy do przodu,

nie ustępujemy nikomu.

Walczymy o miejsce w historii.

Aby zainspirować innych,

musimy błyszczeć w chwilach prawdy.”

No właśnie. Ta reprezentacja nawet pod względem marketingowym prezentuje się najlepiej ze wszystkich. W końcu co lepsze? Kadra kojarząca się z gorącym kubkiem czy kadra w stylowych garniakach od Vistuli? 😉

nawałka

Piłkarskie katharsis czyli historia mojej nienawiści do Barcelony.

Nienawidzę Barcelony … Kiedyś ją kochałem. No, może kochałem to zbyt duże słowo. To były czasy gdy miałem 10-13 lat. Moje sympatie i antypatie piłkarskie brały się w sumie z kosmosu. FC Barcelonę polubiłem dlatego że moja druga replika koszulki piłkarskiej, którą rodzice kupili mi na bazarowym straganie to był właśnie trykot FC Barcelony, dokładnie Patricka Kluiverta. Pierwszym była Borussia Dortmund i t-shirt Matthiasa Sammera. Tak więc do BVB też zawsze miałem jakąś dziwną słabość, chociaż oni mieli ciężej bo są z Niemiec. Właśnie .. z sympatiami i antypatiami reprezentacyjnymi jest łatwiej. Decydują względy historyczne. Tzn. nienawidzę Niemców, reszta jakoś ujdzie. Nie lubię Szwedów bo nas wydymali w czasie eliminacji do EURO 2004. Nie lubię Austriaków bo to prawie Niemcy ale patrząc na nich przez pryzmat reprezentacji piłkarskiej to w sumie nie są przeciwnikiem budzącym jakieś szczególne emocje. Nie lubię Francuzów, bo to naród skupiający w sobie wszystko co najgorsze w społeczeństwie zarażonym wirusem poprawności politycznej. Nie lubię ruskich ale nie jest to jakaś zaślepiająca nienawiść jak w przypadku Niemców. A to w sumie dziwne, bo powinni we mnie budzić podobne uczucia. Dobra, w każdym bądź razie to że nie lubię Niemców jest usprawiedliwione. Oczywiście w moich oczach ;). Większość pewnie uzna że jestem nietolerancyjnym debilem i troglodytą. Ciemnogrodzianienem śmierdzącym cebulą, który w sprawy szlachetnej idei sportu miesza sprawy zupełnie jej niedotyczące. Macie takie prawo. Tak samo jak ja mam prawo nienawidzić Niemców. Z niechęcią do FCB jest ciężej. Bo właściwie dlaczego? Nie mam nic do Hiszpanii jako kraju. Nie czuję jakiejś antypatii do Barcelony jako miasta. To dążenie do niepodległości  jako Katalonii? Mógłbym się o to przyczepić tak samo jak wkurza mnie gdy Ślązacy mamroczą coś pod nosem o dążeniach separatystycznych. Ale nie, nigdy mnie to jakoś szczególnie nie mierzwiło. To dlaczego? Jak już mówiłem, był okres że Barce bardzo lubiłem. Czasy gdy po murawie Camp Nou biegali Kluivert, Petit, Overmars, Rivaldo czy Bogarde. Gdy Barca była w dużej mierze „pomarańczowa”.  Potem mieli słabszy okres. Posprowadzali Rochembacków, Saviolów i Christanvali. Moje uczucia przeniosły się wówczas do północnego Londynu i trwają do dziś przy „Kanonierach”. Nie .. Moja niechęć do FCB nie wynika z tego że Arsenal był eliminowany przez nich trzykrotnie przez ostatnie 6 lat już w 1/8 finału Ligi Mistrzów J. No to do cholery, dlaczego? Po słabszym okresie Christanvali, Saviolów i Rochembacków w Barcelonie pojawił się Joan Laporta i wprowadził klub z powrotem na właściwe tory. W 2006 zespół prowadzony przez Franka Rijkaarda zwyciężył w finale ligi mistrzów z … a jakże … Arsenalem.  Każdy kolejny sezon to było wyrastanie tej „magicznej, cudownej” Barcelony. W 2008 Rijkaarda zastąpił Pep Guardiola. W 2009 kolejny triumf w LM, 2011 kolejny.  „Tiki taka” i te sprawy. Dominacja w La Liga. Pamiętne 5:0 z Realem.  Właśnie chyba te lata gdy Barca była wręcz niezniszczalna, era Guardioli – to było apogeum mojej nienawiści do Katalończyków.  Bezsensu, nie? Można powiedzieć: „to takie typowo polskie”. Nienawidzić kogoś tylko dlatego że wszystko mu się udaje, że jest najlepszy w swojej dziedzinie, że odnosi sukcesy. Częsta przypadłość, niestety … Nienawidziłem zachwytów komentatorów gdy Barcelona wymieniała 8459 podanie w czasie trwania akcji a przeciwnicy biegali za nimi pogrążeni w takiej beznadziei, że kolejny tydzień spędzali chyba na kozetce u psychoterapeuty.  Nienawidziłem „gimbazy”, która w moim odczuciu chuja się znała na piłce a Barcelonie kibicowała tylko dlatego że byli właśnie nadludzcy w swoich boiskowych poczynaniach. Wymuskani chłopcy w rurkach, hipsteroza w pulowerkach i pedalskich fryzurach. Tak dla mnie wyglądał przeciętny kibic „Blaugrany”. Jak kogoś nienawidzisz to starasz się go postrzegać w jak najgorszym świetle. Stereotypowo. Ja właśnie tak widziałem „kibiców”, którzy wyrośli w boomie na Barce. Pamiętam jak byłem kiedyś w pubie w którym oglądałem albo El Clasico albo któryś ze wspomnianych wcześniej dwumeczów z Arsenalem.  Pub pełen właśnie takich typów, wielkich kibiców, którzy pewnie nigdy w życiu nie zasiądą na Camp Nou. Po końcowym zwycięstwie próbowali odśpiewać „El Cant del Barca” … Błazenada.  Właśnie ci w moim odczuciu sztuczni kibice powodowali że zbierała się we mnie taka nienawiść…Hmm, nadal bezsensu, nie? … Każdy Janusz czy inny hipster ma prawo kibicować w swój śmieszny sposób, prawda? Taa … tak samo jak ja mam prawo wkurwiać się na takie pajacowanie.  Ktoś mógłby rzec: „Ale przecież piłka nożna ma cieszyć, ma przynosić radość.” Piłka nożna przynosi różne, często skrajne emocje. Czasami doprowadza do euforii, czasami do łez. Czasami dobrze jest mieć swoją Barcelonę, której się nienawidzi. Wówczas piłka służy za katalizator. Można oczyścić duszę i uzewnętrznić złe emocje. Chyba lepiej w taki sposób niż krzywdząc swoim zachowaniem rodzinę oraz najbliższe otoczenie? Chyba lepiej krzycząc i wyzywając od „jebanych karakanów” Messiego przed telewizorem niż kłócąc się z żoną? Ten Messi i tak ma to w dupie bo tych przekleństw nie słyszy. A nawet jeśli by słyszał? Pewnie nadal miał by na to wyjebane. Spłynęło by to po nim bo jest profesjonalistą i musi radzić sobie z sytuacjami stresowymi. Podejrzewam że większość piłkarzy wręcz napędza się nienawiścią kipiącą z trybun stadionu przeciwnika. A jeśli któryś piłkarzyk czuje się dotknięty takim zachowaniem? No to z psychiką kruchą jak opłatek kariery mu raczej nie wróżę. Zawsze pozostaje niedzielna liga szóstek. Uważam że taka stadionowa nienawiść choć z pozoru brzydka i patologiczna, to w głębi tego wszystkiego wcale nie musi być z góry negatywna. Jeżeli wszystko ogranicza się do obustronnych bluzgów pomiędzy dwoma grupami piłkarskich fanatyków … To czy tak naprawdę ktoś na tym cierpi? Dzieci przychodzące z rodzicami na mecz? Heh, przypomina mi się kwestia Andrzeja Grabowskiego z początku filmu „Skrzydlate świnie”:

https://www.youtube.com/watch?v=zUZG_RBU7xY

Prawda jest taka że na tych „rodzinnych” sektorach dzieciaki potrafią osłuchać się gorszych przekleństw aniżeli na sektorach fanatyków. Może zabrzmię tutaj szowinistycznie ale piłka nożna to męski sport i musi być skazany na taką samczą atmosferę. Podlany takim klimatem smakuje zdecydowanie najlepiej.  Liznąłem kibicowskiego rzemiosła, atmosfery najbardziej radykalnych sektorów. Drużyna X przyjeżdża do drużyny Y. Ty kipisz nienawiścią do nich, oni kipią nienawiścią do ciebie. Każda przyśpiewka w stylu „XYZ to stara kurwa …” itp. sprawia radość. Napędza. Czujesz odrębność, czujesz silne przywiązanie do swojej kasty. Jest to zaspokajanie takich pierwotnych, najniższych potrzeb, ale nikt nie powiedział że życie ma się cały czas opierać na słuchaniu muzyki Beethovena  i oglądaniu filmów Felliniego. Ludzie lubią prostą rozrywkę. Dlatego telewizyjna ramówka wypełniona jest gównianymi talent-show i sztucznymi jak dildo serialami pokroju „Trudnych spraw”. Oglądanie takiej tandety wyrządza nam większe szkody niż piłowanie ryja na meczach. Dlatego ja wolę przechodzić swoje futbolowe katharsis na trybunach lub przed telewizorem, oglądając mecz. Wolę spuszczać z siebie powietrze rzucając mięsem na lewo i prawo gdy Grosicki spierdoli kolejne dośrodkowanie w czasie meczu kadry. Wolę zwyzywać Thomasa Muellera od „pier***onych szwabów”, gdy wbije bramkę przeciwnikowi (jakiemukolwiek, bramka strzelona przez Muellera zawsze wkurwia). Wolę niezdrowo się podniecać i popadać w mega-euforię gdy „Lewy” ukłuje hat-tricka w półfinale czerwcowych Mistrzostw Europy. Nie no, tu akurat euforia będzie wskazana ;).  Ale tak samo niezdrowo mogę się podniecić gdy klubik z mojego rodzinnego miasta wygra derby powiatu na piątoligowych boiskach. Większość z was nawet sobie tego nie wyobraża jaką to daje zajebistą satysfakcję. Przez te 90 minut jesteśmy w stanie zafundować sobie taką karuzelę emocjonalną, że do domu wracamy całkowicie oczyszczeni z negatywnych wibracji. Nawet w przypadku gdy spotkanie ułoży się nie po naszej myśli to do domu wracamy raczej zamyśleni i smutni a nie naładowani burzowymi chmurami. Po takim aktywnie przeżytym meczu wielokrotnie wracałem do domu wręcz zmęczony i nastawiony tylko na pójście spać. Idealna sprawa na rozładowanie emocji. Taka Piłkoterapia ;). To jak pójście do lasu i wykrzyczenie się lub jak rozbijanie talerzy o ścianę.

Może dlatego właśnie powinienem raczej dziękować Barcelonie że jakoś tak nieświadomie stała się tym moim najbardziej znienawidzonym klubem? Że tak rzadko przegrywają … W związku z czym każda ich porażka smakuje jeszcze bardziej. No bo cóż by była za frajda gdyby prezentowali poziom Malagi czy innego Espanyolu? Gdyby przegrywali co drugie spotkanie? Nie mieli by wtedy „wiernej” rzeszy fanów w ulizanych fryzurach i groteskowych okularach. Komentatorzy nie doznawali by orgazmu przy każdym dotknięciu piłki kogoś z tria MSN. W związku z czym ja bym się nie wkurwiał, Barca nie miała by swojej magii … i byłoby nudniej. Fuck logic ! J Futbol musi po prostu mieć swoje smaczki. Potrzebuje swojej Barcelony by mieć kogo hejtować. By wykuwać swoją piłkarską tożsamość. Tak samo Barca potrzebuje … mnie? Nie no, nie róbmy dziwki z logiki ;). Aczkolwiek z pewnością potrzebuje setek tysięcy podobnych do mnie trolli i milionów swoich cukierkowych fanów. Inaczej FCB nie byłoby tym magicznym klubem którym jest aktualnie. Tam gdzie ktoś odnosi sukces tam pojawiają się wrogowie oraz fałszywi przyjaciele. Tak samo, zachowując odpowiednie proporcje wygląda to w tym przypadku.

Barcelona pod skrzydłami Luisa Enrique i z Suarezem oraz Neymarem wspierającymi Messiego znów przypomina walec rozgniatający wszystko co pojawi się na jego drodze. Istnieje duże prawdopodobieństwo że jako pierwszym w historii Ligi Mistrzów uda im się obronić zdobyte w zeszłym roku trofeum. W La Liga rozdają karty a większość rywali rozbijali by pewnie w pył grając przez cały mecz nawet w dziewiątkę.  Tak było w lutowym meczu z Celtą Vigo, wygranym przez Barcę 6:1. Podopieczni Enrique przypominali w tym meczu piłkarskie Harlem Globetrotters.  Dryblingi na pełnej szybkości przy linii końcowej, „rainbow” i „sombrero” założone piłkarzowi Celty przez Neymara gdzieś tam na 40 metrze od bramki rywala, dodatkowo cofając się pod bramkę Claudio Bravo. A na koniec creme de la crème tamtego wieczoru czyli rzut karny wykonany w sposób niebywały czyli Messi odgrywający na 11 metrze piłkę do El Pistolero.  No kurwa … na serio piłkarski cyrk. Nie kunszt, klasa, poezja. Piłkarski film fantastyczny. Brakowało jeszcze Neymara wybijającego się z nóg Suareza w stylu braci Tachibana z „Kapitana Tsubasy”.  Ale wierzę że 8 letni dzieciak, oglądający swój pierwszy mecz piłkarski i widzący takie umiejętności piłkarzy z Katalonii jest w stanie dozgonnie zakochać się w tym zespole.  Dlaczego wracam do meczu sprzed 1,5 mieciąca? Bo to był taki mecz symboliczny, po nim posypały się gromy na piłkarzy Barcelony za upokarzanie i dyskredytowanie swoich przeciwników. Za brak szacunku do rywala…. I krew się we mnie zagotowała. Gdy za czasów Guardioli piłkarze przeciwnika biegali jak sarenki za grającymi z nimi w dziada piłkarzami Blaugrany to wszystko było ok, to nie było upokarzaniem? No do cholery! Skoro są od nich 3 klasy lepsi to dlaczego nie mają tego pokazywać na boisku? Piłka nożna jest dla kibiców a przeciętny kibic nie łaknie bardziej niczego niż pięknej, efektownej gry. Piłkarskich fajerwerków. Skoro Barcelona może im to zapewnić a przy okazji zapewnić sobie rzeszę fanów, którzy będą wydawać kasę na gadżety itp. to dlaczego ma tego nie robić? Przy stanie 2-0 mają zacząć wymieniać podania po ziemi i trzymać się na 30 metrze od bramki rywala lub zamurować swoją? Od czasu do czasu oddawać strzał zza pola karnego? Broń Boże nie zakładać siatki piłkarzowi przeciwnika, nie robić rulety lub w inny efektowny sposób prezentować się na murawie? Gra się tak jak pozwala przeciwnik. No a niestety sytuacja wygląda tak, że Barca to piłkarscy herosi a reszta to przeciętni śmiertelnicy. Skoro  Idąc tym tokiem rozumowania to może zabrońmy w meczach reprezentacyjnych strzelać więcej niż .. hmm .. powiedzmy 3 bramki San Marino i Gibraltarowi, inaczej to będzie upokarzanie rywala. Aha a strzały można oddawać tylko prostym podbiciem z prawej nogi.  Przenieśmy polityczną poprawność na grunt piłkarski. Jak ktoś jest cienki to nie wolno mu pokazywać na boisku że jest cienki bo to nietolerancyjne.  A gówno prawda .. skoro Barca zgniata rywali to niech to robi ile chce i jak chce choćby wszystkie ich strzały oddawane na bramkę rywala miały być raboną a Neymar niech zakłada tyle sombrer ile chce, co najwyżej dostanie w pysk tak jak było ku temu blisko w meczu z Bilbao gdy Baskowie zbiegli się do niego jak wioskowe cwaniaki do gościa z miasta gdy zaczął wyrywać ich Mariole na potańcówce w remizie ;). Chociaż mówię to z bólem serca jako hejter a wylałem przed chwilą tyle miodu na bordowo-granatowy herb że aż mi głupio…  No ale nie lubię hejtu dla samego hejtu, trzeba mieć ku temu powód, nawet błahy (jak może to się wydawać w moim przypadku) ale zawsze. W przyszłym tygodniu kciuki będę oczywiście ściskać za kozaków od Diego Simeone i dopingować im by wybili Barcelonie obronę pucharu z głowy ale gdzieś tam głęboko jakaś cząstka mnie będzie kibicować Katalończykom bo chyba żadna drużyna na świecie nie zasługiwała swoją grą na zdobycie tego osiągnięcia jako pierwsza. Kurwa … sam się nie spodziewałem że dojdę do takich wniosków, starzeję się chyba …

 

keep-calm-and-puta-barca-28

RIP Johan Cruyff

Futbol…Każdy piłkarski kibic pamięta zapewne początek swojej przygody z piłką. Pierwszy mecz na który zabrał go ojciec, pierwszą transmisję obejrzaną w telewizorze czy też pierwszą większą imprezę piłkarską, którą świadomie przeżywał. Ja pamiętam Euro 96 i farfocla Olivera Bierhoffa, strzelonego w finale reprezentacji Czech. Chociaż pierwszą, magiczną i zapamiętaną przeze mnie najbardziej imprezą był Mundial we Francji w 98 roku. Każdy kibic wie także że przed owym wydarzeniem piłka nożna również istniała. Jednak najczęściej postrzega te czasy jako legendarne, znane jedynie z opowieści starszych fanów, kibicowskich mentorów. Najczęściej ojca. To coś jak słuchanie legend o rycerzach, mitów o starożytnych herosach. O tym jak w roku pańskim 1974 zjednoczeni pod biało-czerwoną chorągwią Polacy walczyli o triumf, sławę i honor. Opowieść o Mundialu 74 to smutna historia, bo ostatecznie zatriumfowało zło w postaci reprezentacji RFN, która dzielnych, polskich rycerzy ubiła w bitwie „na wodzie”.  Ostatnią przeszkodą krzyżackich potomków był kwiat rycerstwa zjednoczony pod pomarańczową banderą. Kapitanem owej ekipy był mityczny, futbolowy bohater – Johan Cruyff. Johan Cruyff, którego ziemski żywot dobiegł końca dziś, ale którego piłkarska sława zgaśnie wraz z końcem świata. Co prawda wówczas ekipa „Oranje” poniosła porażkę ale to nie przeszkodziło Cruyffowi zostać uznanym najlepszym graczem tamtej imprezy. Zresztą reprezentacja Holandii z lat 70tych to jedna z ikon futbolu. To początki tej pomarańczowej siły, kochanej przez kolejne dekady nie tylko przez holenderskich kibiców. To przełomowy na tamte czasy „futbol totalny” wymyślony przez Rinusa Michelsa a którego jednym z głównych wykonawców był właśnie Cruyff.

Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki „France Football”. 9-krotny mistrz Holandii. Mistrz Hiszpanii.  3-krotny zdobywca Pucharu Europy.  Wicemistrz świata ze wspomnianego mundialu w Niemczech. 2-krotny król strzelców ligi holenderskiej. 5 razy najlepszy piłkarz Holandii. Przez wielu uznawany najwybitniejszym piłkarzem w historii europejskiego futbolu. Jego sukcesy można tak wymieniać bez końca…

Kiedy zawiesił buty na kołku, przeniósł się za linię boczną by sterować drużyną jako trener. Tu także oddał serce dwóm zespołom, które były dla niego najważniejsze a dla których on jest niewątpliwie wielką legendą: Ajaxowi Amsterdam i FC Barcelonie. On zbudował fundamenty pod to, co następnie w Katalonii tworzyli Rijkaard i Guardiola. Pod wielką, mityczną, niezniszczalną Barce. Geniusz futbolu, wprowadzający w tę dyscyplinę innowacyjność porównywalną do wynalazków Elona Muska we współczesnym świecie. On rozbudowywał futbol totalny. To dzięki niemu Ajax Amsterdam z lat 90tych produkował genialnych, widowiskowych piłkarzy pokroju Kluiverta, Bergkampa czy Davidsa. I to w dużej mierze dzięki niemu cały czas możemy podziwiać piłkarzy pokroju Xaviego czy Iniesty.

Gracz zdolnościami piłkarskimi wyprzedzający swoje czasy, Albert Einstein futbolu, jeśli chodzi o piłkarskie IQ. Wyznawca widowiskowego futbolu, potrafiący krytykować swoją własną reprezentację za zbyt defensywną grę, pomimo awansu tejże do finału mundialu w RPA w 2010 roku. Uważał że kadrze „Oranje” nie przystoi posiadanie piłki na poziomie poniżej 60%. Krótko mówiąc – piłkarski czarodziej sprzed czasów, gdy piłkarzy niczym żywność GMO hodowało się w laboratoriach (czyt. Hermetycznych szkółkach) i tworzyło niczym roboty a futbol przepełniony był petrodolarami i nazwami arabskich linii lotniczych na koszulkach.  Najdobitniej oddaje to ten cytat (jeden z wielu) holenderskiego mistrza:

Czuję się fatalnie, gdy talenty są odrzucone na bazie komputerowych statystyk. Bazując na kryteriach, które teraz stosuje Ajax, zostałbym odrzucony. Kiedy miałem piętnaście lat, nie mogłem kopnąć piłki dalej niż na 15 metrów lewą nogą i może 20 prawą. Jednak moja technika i wizja nie była wykrywalna przez komputer.

Mistrzu, zachwycaj teraz wszystkich swoją klasą w piłkarskim raju!

 

a

Demony losowań czyli prawdziwy mężczyzna próbuje pięć razy.

1 grudnia 2001, koreańskie Pusan. Losowanie grup Mistrzostw Świata.  Grupa D – Portugalia, Polska, Korea Południowa i USA.  Cóż za wspaniałe losowanie ! Wszak trafiliśmy na gospodarzy turnieju, ale nie dajmy się zwariować. Korea to piłkarski kopciuszek. Nie mają w składzie gwiazd pokroju Wałdocha i Hajty z Schalke Gelsenkirchen czy Dudka z Liverpool’u. USA? No, oni potrafią grać w futbol, ale w kaskach i ochraniaczach, kopiąc jajowatą piłkę ponad poprzeczką lub rzucając się na siebie wzajemnie. Portugalia? Fakt, to bardzo wymagający przeciwnik. No ale przecież Engel obiecał mi że Polacy na turniej do Azji jadą po puchar. Jak jadą po puchar to żadne Portugalie nie powinny nam być straszne. Wychodzimy z grupy, nie ma bata… Minęło pół roku. Engel mnie okłamał. Koreańczycy zabiegali nas na śmierć. Jakby w dzieciństwie każdy z nich wpadł do kociołka z metamfetaminą od Waltera White’a Nawet sędziowie nie musieli ciągnąć ich za uszy jak później w fazie play-off. Portugalia zrobiła nam gang-bang. A właściwie to wystarczył sam Pedro Pauleta żeby nas pogrążyć. Dobił nas Rui Costa. My próbowaliśmy odpowiedzieć Arkadiuszem Bąkiem, snującym się wówczas gdzieś między Widzewem Łódź a warszawską Polonią.  Nie było to zbyt mądre … Na osłodę wygrywamy z „jankesami”, grając praktycznie drugim składem a w drugiej połowie spuszczając ze smyczy Pawła Sibika z Odry Wodzisław Śląski. Mistrzostwa podsumowali dobitnie Pudelsi w piosence „Mundialeiro”.

9 grudnia 2005, niemiecki Lipsk.  Losowanie grup Mistrzostw Świata.  Grupa A – Niemcy, Polska, Ekwador, Kostaryka.  Wymarzone losowanie! Egzotyczni rywale z Ameryki Łacińskiej. Ekwadorczyków pokonaliśmy nie cały miesiąc wcześniej w towarzyskim spotkaniu 3:0. Awansowali bo ktoś musiał awansować z CONEMBOL poza Argentyną i Brazylią. Kostaryka? Bitch, please. Awansowali bo jakieś ogóry poza Meksykiem muszą awansować z CONCACAF.  Niemcy? Nigdy ich jeszcze w historii naszych spotkań nie pokonaliśmy, więc jeśli nie teraz to kiedy? (Z perspektywy czasu już wiem że dopiero 9 lat później).  Polsko zróbmy to ! … Minęło pół roku.  9 czerwca 2006 rok. Najbardziej traumatyczny dzień w historii mojego kibicowania polskiej kadrze. Jak wiadomo kibicowanie naszej kadrze często wiązało się z traumatycznymi przeżyciami. Ale jako młody, naiwny 18 letni chłopak nie dopuszczałem myśli że możemy przegrać z Ekwadorem. Ekwadorem ! Kurwa, z Ekwadorem?! Błagam! Rozpoczniemy turniej od 3:0, no może 3:1.  … 9 czerwca 2006, godzina 23:00. Jestem po półtora godzinnym oglądaniu bicia głową w mur polskich kopaczy. Zostaliśmy pogrążeni przez Ekwador. Ekwador !! Kurwa, przez Ekwador !!! Do tej pory nazwa Ekwador kojarzyła mi się z klubem muzycznym w Manieczkach. Od 9 lat moja optyka się zmieniła. Ekwador kojarzy mi się z najgorszym wpierdolem w historii polskiej piłki. Nie żadne 0:6 z Hiszpanią. Nie wszystkie porażki z Niemcami. Nie żadne Wembley.  Tylko Veltins-Arena w Gelsenkirchen, na której zostaliśmy pogrążeni przez takie tuzy futbolu jak Carlos Tenorio i Augustin Delgado. Boże, jak to bolało … Największa lekcja pokory w historii piłki. Wystarczy przypomnieć że po tamtym spotkaniu samobójstwo popełnił kibic z Ekwadoru, który całe oszczędności swojego życia postawił na wygraną Polaków! Ok, w perspektywie mamy mecz z Niemcami, nie wszystko stracone. Ale po poprzednim meczu nie za bardzo wierzyłem w polską myśl szkoleniową reprezentowaną wówczas przez Pawła Janasa. 90 minut obrony Częstochowy. Pół akcji Polaków stworzone przez Żurawskiego. Ale rozpaczliwa obrona Polaków przynosi efekty. Przez 90 minut Niemcy nie są w stanie pokonać fenomenalnie dysponowanego Boruca. Piłka nożna ma jednak to do siebie że sędzia dolicza najczęściej jakiś dodatkowy czas gry. 50 sekund po 90 minucie, Odonkor urywa się Dudce, dośrodkowuje w pole karne, do piłki dopada przypominający konika garbuska Oliver Neuville z Bayeru Leverkusen i boleśnie uczy nas pokory po raz drugi na tym mundialu. Właściwie to w tym momencie z buhajów rozpłodowych, którymi byliśmy po losowaniu, robi z nas szare myszki futbolu, którymi jesteśmy po końcowym gwizdku. Na osłodę, nie bez kłopotów pokonujemy Kostarykę po dwóch bramkach Bartosza Bosackiego.

2 grudnia 2007, szwajcarska Lucerna. Losowanie grup Mistrzostw Europy. Mistrzostwa Europy mają to do siebie, że znacznie trudniej wylosować w nich dogodną grupę bo biorą w nich udział zespoły o określonym i nie tak dysproporcjonalnym poziomie jak na mundialach. Tu się nie wylosuje Saudów, Iranu czy innego Ekwadoru (tfu!).  Grupa B – Niemcy, Chorwacja, Polska i Austria. Nie jest źle. Austriacy to gospodarze ale grają padakę i sami nie potrafili zakwalifikować się do dużego turnieju od dekady. Chorwaci są w naszym zasięgu. W końcu w eliminacjach nie potrafili nas pokonać Portugalczycy, Belgowie ani Serbowie. Zresztą z tego koszyka można było trafić gorzej – Włochów czy też  niewygodnych dla nas Szwedów. Niemcy? Wszak nigdy z nimi nie wygraliśmy. Ale jak nie teraz to kiedy?! (Już tylko 7 lat ). Polsko potrafisz! … Minęło pół roku. Pierwszy mecz przegrywamy z Niemcami po bramkach niemal płaczącego po ich zdobyciu (pff…) Podolskiego. Lukas, nigdy cię jakoś nie lubiłem. Klose przynajmniej się nie krył z tym że jest 100% szwabem. Mimo że od wygranej byliśmy daleko jak stąd do Betlejem to mecz zagraliśmy mimo wszystko lepszy niż 2 lata wcześniej w Dortmundzie. Wszystko przed nami! Porażka z Niemcami była wkalkulowana. Czas na Austrię ! Austria nas gniecie, Austria nas tłamsi, przecieram oczy ze zdziwienia. Boruc przez pierwsze pół godziny wyczynia w bramce cuda by nie dać wyjść na prowadzenie rodakom Hitlera, Fritzla i wówczas nieznanego Thomasa Neuwirtha, przedstawiającego się w późniejszym czasie światu jako Conchita Wurst. No tak, nie łatwo być Austriakiem … Ale wracając do meczu. Boruc czyni cuda, następny taki występ bramkarza po którym potrafiłem wydobyć z siebie tylko „łooooo” niczym Łukasz Jurkowski na galach KSW  to chyba biegający przy kole środkowym Neuer w meczu z Algierią na brazylijskim Mundialu. Chuj, po wszystkiemu jest. Przegramy z Austrią. I w tym momencie historyczną, pierwszą bramkę dla Polski w historii europejskiego czempionatu zdobył jeden z pionierów wśród farbowanych lisów (wcześniej był tylko Olisadebe) sprzed ery gdy Smuda założył hodowlę lisów w kadrze – Roger Guereiro.  Od tego momentu gra zmienia się diametralnie. To my przejmujemy inicjatywę, Austriacy mają podcięte skrzydła. Brakuje nam niewiele by zdobyć drugiego gola. 90 minuta. Powinniśmy dociągnąć wygraną. Mecz z Dortmundu nauczył mnie że sędzia zazwyczaj dolicza czas gry i wszystko się może zdarzyć. Mecz we Wiedniu nauczył mnie, że sędzia czasami pomaga też przeciwnikowi w sposób bardziej dobitny niż obdarowanie rywala dodatkowymi sekundami gry. Howard Webb postanowił zostać najbardziej znienawidzonym arbitrem … pal licho … człowiekiem w kraju nad Wisłą i odgwizdał karnego za faul, który tylko on i obłąkany Janusz Wójcik widzieli na oczy.  Webb zresztą do dziś zapiera się że faul był ewidentny. Karnego na bramkę zamienia Ivica Vastić, który w kadrze debiutował chyba jeszcze za czasów istnienia Austro-Węgier. Remis i szanse na awans znów tylko iluzoryczne. Zresztą mecz z Chorwatami zagraliśmy na poziomie i z efektownością Korony Kielce i Vatreni po bramce Klasnicia najmniejszym nakładem sił pokonali biało-czerwonych.

2 grudnia 2011, ukraiński Kijów. Losowanie grup Mistrzostw Europy. Mistrzostw do których dzięki szeroko pojętej obrotności Hryhorija Surkisa nie musieliśmy się nawet kwalifikować. Losowanie. Grupa A – Rosja, Polska, Czechy, Grecja. Bóg jest z nami. Polska trafia do „grupy śmiechu”. Mamy trójkę z Dortmundu i Bramkarzy! Kogo mają oni? Phi! Awansowaliśmy. Wszak gramy u siebie. Z każdego koszyka los przydziela nam praktycznie najsłabszego rywala. Tu nie ma nawet co komentować… Minęło pół roku. 30 stopni w cieniu a mecz z Grakami gramy przy zamkniętym dachu Stadionu Narodowego. Ale mniejsza o to. 17 minuta i Lewy wyprowadza nas na prowadzenie. Czekam tylko na dalszą egzekucję Graków. Stres mi mija całkowicie. Dodatkowo przed przerwą Papastatophoulos otrzymuje dwa żółtka i idzie pod prysznic. Nic nam nie grozi. 51 minuta Salpingidis doprowadza do wyrównania. Co jest kurwa grane?! 69 minuta Szczęsny fauluje w polu karnym. Przed oczami zaczynają mi się pojawiać duchy Tenorio, Delgado, Neuville’a i Webb’a . Do klatki wchodzi Tytoń i broni „jedenastkę” Karagounisa. Powoli wraca mi tlen. Ale bliżsi strzelenia drugiego gola Grecy. Na szczęście Velasco Carballo gwiżdże po raz ostatni. Olbrzymi niedosyt. Nie tak miało być. Miało się zacząć od przekonującej wygranej.Kolej na mecz z podtekstami przeciwko Rosjanom w Warszawie. Gorąco było już przed meczem gdy rosyjscy fani zorganizowali sobie pochód przed meczem i pobawili się z Polakami w berka. W pierwszym meczu pokonali Czechów 4:1 więc było się czego bać. Wyrównany, twardy mecz. Ale oczywiście kacapy wychodzą na prowadzenie po bramce Dżagojewa. W drugiej połowie niesamowitym strzałem popisuje się jednak Błaszczykowski i była to chyba bramka kadry po której darłem ryja najgłośniej w życiu. Znowu 1-1, które tym razem przyjmuję z satysfakcją i ulgą. Tym razem trzeci mecz gramy o wszystko a nie tylko o honor. Wrocław. Smuda siedząc w kiblu gdy cierpiał na biegunkę spowodowaną przedmeczowym stresem postanowił wystawić trzech defensywnych pomocników w meczu, który musieliśmy wygrać. Geniusz taktyki. 72 minuta, Murawski traci piłkę w środku pola, Czesi wychodzą z kontrą i pozbawiają nas złudzeń. Petr Jiracek wysyła nas zgodnie z tradycją do domu po fazie grupowej. Nauczony historią poprzednich wielkich imprez w naszym wykonaniu, nie odczuwam z tego powodu aż tak wielkiej traumy. Baa, jestem zadowolony, bo w porównaniu z poprzednimi turniejami walczyliśmy do końca i nie byliśmy tylko tłem w grupie. Ot, tak niewiele mi do szczęścia było potrzebne. Z perspektywy czasu zastanawiam się jednak jak mogliśmy to wszystko tak spierdolić?

12 grudnia 2015, stolica Francji Paryż. Losowanie Mistrzostw Europy. Modlę się od rana. Panie Boże, daj nam grupę z Hiszpanią, Włochami i Turcją. Wszak gdy dostawaliśmy grupy teoretycznie łatwe to wracaliśmy zawsze na tarczy. Może gdy wylądujemy w grupie śmierci i porzucimy wszelką nadzieję to przewrotny los postanowi wynagrodzić nam te wszystkie lata krzywd i upokorzeń. Losowania grup wielkich turniejów czy eliminacji są czasami bardziej emocjonujące aniżeli same mecze. Mają jednak tą wadę że na początku trzeba odbębnić część artystyczną. Chociaż dziewczyny tańczące kankana wyglądały całkiem przyjemnie. Zaczyna się losowanie Angelos Charisteas, który wespół z grecką defensywą gnębił rywali podczas Euro 2004 swoim jakże skutecznym antyfutbolem wraz z Davidem Trezeguetem mieli rozlosować nam rywali. Nad całą procedurą czuwał legendarny Łysy z UEFA, sporadycznie nazywany Giannim Infantino. Kolejne kulki są odkręcane. Dochodzimy do trzeciego koszyka. Z kim zagrają Polacy? Panie Boże, zmieniłem zdanie, nie przydzielaj nas do Hiszpanów i Turków bo widzę że powoli realizujesz treść mojej modlitwy. W tym momencie Charisteas mówi magiczne „Poland”. Grupa C – Niemcy, … , Polska i Irlandia Północna. Jest w połowie sukces w połowie tragedia. Wszystko rozstrzygnie koszyk numer dwa. Grupa A – Szwajcaria, Grupa B – Rosja. Panie Boże tylko nie Włochy ! Grupa C … Jak długo można odkręcać tą cholerną kulke?! Ukraina! Jest ok! Naziści, Banderowcy i IRA … Ot taki niepoprawny politycznie żart na rozładowanie tego nieznośnego napięcia. Ale kurwa?! Jak to znowu jest dobrze? Przecież jak jest dobrze to zawsze potem jest źle? No tak. Ale to nie 2002 i piłkarze Engela sprzedający podobizny do reklamy gorących kubków, nie 2006 i piłkarze Janasa kręcący telefonami z murawy z rozdziawionymi buziami trybuny dortmundzkiego stadionu. Nie 2008 i … kurwa, co wtedy właściwie poszło nie tak? No dobra, ale nie 2012 i hodowla lisów Nikodema Dyzmy polskiej trenerki Franza Smudy.  To polska husaria Nawałki z kosmitą Lewym, skałą Glikiem, młodym gniewnym Milikiem i królem środka pola Krychowiakiem. Przynajmniej chce w to wierzyć. Pierwszy mecz z Irlandią Północną. Piłkarze Ulsteru mają szansę wskoczyć na miejsce Ekwadoru w hierarchii moich największych koszmarów, bo wierzę że tym razem wygramy 3-0. Tak, znowu mam zamiar być nierozsądnie pewny siebie! Zresztą jeśli nie pogonimy Iroli to czego właściwie szukamy na tym Euro? Słabszych jest niewielu. Idealny mecz na przetarcie. Kogo mamy się bać? Kyle Lafferty’ego z Rizesporu? Czy Josha Maggenisa z Aberdeen? Kadrowo to poziom niższy od ostatnio ogranej przez nas Islandii, sądze że poziom niższy od Szkotów, którzy odpadli z naszej grupy. Niemcy. Ograliśmy ich w końcu w ogóle, więc czas ograć ich na dużej imprezie. Jak nie teraz to kiedy? Polsko ! 16 czerwca w Saint Denis ! Pokazaliśmy w eliminacjach że potrafimy z nimi grać jak równy z równym. Ukraina. Za Fornalika dwa razy przegrana w eliminacjach do Brazylijskiego mundialu. Jarmołenko z Dynama Kijów, Rakicki z Szachtara czy przede wszystkim Konoplanka z Sevilli to na pewno nazwiska piłkarzy nie z pierwszej łapanki. Mimo wszystko eliminacje przebrnęli dopiero po barażu ze Słoweńcami, z którymi wcale nie wygrali w cuglach. W grupie za plecami zostawili ich m.in. Słowacy, z którymi podopieczni Mychajło Formenki nie potrafili ani razu wygrać ani nawet strzelić im bramki. Z nimi gramy na końcu. Wierze że będzie to tylko stempel pieczętujący nasz awans do 1/8 finału z co najmniej drugiej pozycji. Polsko potrafisz ! Pompowanie balonika uważam za rozpoczęte. Bo po prostu w żadnej poprzedniej drużynie narodowej nie widziałem takiego potencjału sportowego. Zostańmy czarnym koniem tych mistrzostw. Głęboko w to wierzę panowie. Choć za plecami czają mi się duchy: Delgado, Tenorio, Neuville’a, Webb’a i Jiracka. Do czerwca będę wymieniał je przed snem jak Arya Stark. Wierze panowie że skutecznie je zabijecie.

 

 

Misja kryptonim Euro 2016 rozpoczęta.

Zeszłomiesięcznymi meczami z Islandią i Czechami polscy piłkarze zakończyli owocny dla naszej reprezentacji rok 2015. Cel nadrzędny czyli awans na Euro 2016 został odhaczony już w październiku, dzięki czemu po 8 latach awansowaliśmy na turniej rangi mistrzowskiej (a nie został on nam dany, jak w przypadku Euro 2012). Ten rok podopieczni trenera Nawałki kończą z bilansem 5 zwycięstw, 3 remisów i tylko 1 porażki. Bilans bramkowy wyniósł 25:11.

To by było na tyle jeśli chodzi o suche fakty i liczby. Teraz dodajmy do tego trochę więcej serca i miodu. W końcu mamy reprezentację, której nie trzeba się wstydzić. A ostatni raz taką mieliśmy … hmm … no chyba jeszcze za czasów Leo Benhakkera.  I to tych sprzed Euro 2008. Dobra, były potem jakieś przebłyski podczas kadencji Franza Smudy, nawet spaprane Mistrzostwa Europy, których byliśmy współgospodarzem dały na pewno więcej emocji kibicom niż pozostałe wielkie imprezy w wykonaniu naszej kadry w XXI wieku. No ale sam fakt że wspominam o turnieju podczas którego nie wyszliśmy z grupy, ba, nawet nie wygraliśmy meczu, w kontekście niezłego przebłysku drużyny Smudy, może posłużyć za podsumowanie całego tego okresu. Późny Leo to też była tragedia. Fornalik? Dajcie spokój. Momenty były, ale ogółem były to drużyny pozbawione … tego czegoś. No dobra, bez owijania w bawełnę. Nie mieliśmy jaj ! A w dodatku jakby to powiedział Przemysław Cecherz – „Byliśmy k**wa słabi”. Z czego to wynikało? Pewnie złożyło się na to wiele czynników.

Czynnik pierwszy to było obsadzenie kadry „farbowanymi lisami”. Graczami może i o umiejętnościach, które tej drużynie dodawały jakichś walorów stricte piłkarskich, ale od początku można było się obawiać o pobudki jakie rządziły tymi panami  w momencie gdy zdecydowali się przywdziać biało-czerwony kostium.  Wysyp tych zawodników nastąpił w momencie gdy było jasne że będziemy organizatorami turnieju w 2012 roku. Czyli bardzo dobrej okazji do wypromowania swoich umiejętności na większą skalę. Takiego okna wystawowego na piłkarski świat.  Nagle Obraniak, Perquis, Boenisch i Polański stwierdzili że jednak wolą być nie Ludovickiem, Damienem, Sebastianem i „Ojgenem” a Ludwikiem, Damianem, typowym, polskim Sebą spod trzepaka oraz Bogusiem (bo pod takim imieniem urodził się w Sosnowcu Polanski). Oczywiście cała czwórka nie miała co liczyć na występy w swoich reprezentacjach numer  1, czyli Francji i Niemczech. Ich integracja z kadrą przebiegała niewiele mniej topornie od asymilacji muzułmanów z brukselskiej dzielnicy Molenbeek.  Jak wszyscy pamiętamy, nie miało to zbyt dobrego wpływu na atmosferę w drużynie narodowej i prowadziło do wewnętrznych podziałów. Euro 2012 nie wpłynęło zbytnio na ich kariery. Żaden na tym turnieju nie pokazał się z dobrej strony i nie wybił gdzieś wyżej. Po turnieju również osłabł ich patriotyzm. Szczególnie w przypadku Obraniaka i Polańskiego, którzy obrażali się odpowiednio na trenerów Fornalika i Nawałkę i odmawiali dalszej gry z orzełkiem na piersi. Perquis był trapiony ciągłymi kontuzjami.  A Boenisch? Można spytać Cecherza  dlaczego nie gra. Zresztą na tą chwilę jedynie Polanski prezentuje umiejętności, które mogłyby dać podstawy do tego by go powołać. Śmiem twierdzić, że „skillami” przerasta Jodłowca i Mączyńskiego. Jednakże umiejętności to nie wszystko. Zresztą foch na Nawałke raczej mu nie przeszedł (chociaż perspektywa gry we Francji mogła by go przekonać do wybaczenia selekcjonerowi) a i sam Nawałka kategorycznie stwierdził że ten temat jest zakończony.

Czynnikiem drugim, co było również konsekwencją powoływania „farbowanych lisów” do kadry, była atmosfera. A właściwie jej brak. No ale żeby nie obwiniać tylko naturalizowanych graczy, to wszyscy pamiętamy chociażby „aferę biletową” z naszym kapitanem Kubą Błaszczykowskim w roli głównej, szukającym jakichś bzdurnych usprawiedliwień dla koncertowo przejebanej „grupy śmiechu” na wspominanym po raz kolejny, rodzimym Euro. Mającym pretensje do wszechświata o brak przyznanego biletu dla ciotecznego brata wujka Władka. Afera „koszulkowa”, czyli brak orzełka na trykotach,  dla większości polskich kibiców tak ważnego symbolu narodowego z którym jako kibice kadry i ogółem polskich sportowców utożsamiamy się tak bardzo. Zakłuło w oczy na pewno to, że żaden z zawodników nie potrafił zająć stanowiska w tej sprawie. Przypominali w  tym momencie klubowych najemników, dla których liczy się tylko kasa i posłuszne wypełnianie zaleceń sponsora. W dodatku pompowany na siłę przez media konflikt na linii Kuba-„Lewy”, pokazany nawet w reklamie Opla czy też pretensje kibiców do Lewandowskiego o to że w kadrze nie gra na takim poziomie jak ówcześnie w Dortmundzie, czego apogeum było uciszanie trybun przez „Lewego” po zdobytej bramce z Czarnogórą.  Na brak odpowiedniego klimatu w drużynie wpływał zapewne również brak odpowiedniego autorytetu na ławce trenerskiej. Bo takim nie był ani Smuda ani Fornalik. I tym samym przechodzę do czynnika numer trzy.

Brak ikry w drużynie. Brak przywódców, brak zaangażowania. Ledwie klecący zdania w języku polskim „Franz” i smutny Waldek, który sprawiał wrażenie jakby bał się odezwać do któregokolwiek ze swoich podopiecznych. To co wystarcza na prowadzenie Wisły Kraków czy Ruchu Chorzów na kadrę to za mało (chociaż Nawałka temu swoją osobą zaprzecza). Właściwie przypomina mi się tylko jeden moment w czasie którego zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy oglądałem te drużyny w czasie kadencji obydwóch jegomości. Przełożony z powodu opadów deszczu mecz Polska-Anglia na Narodowym i Marcin Wasilewski krzyczący po „Mazurku Dąbrowskiego” do swoich kolegów „dawać kurwaa !” Zresztą był to także chyba najlepszy mecz jaki rozegraliśmy pod wodzą Fornalika. To był jedyny taki przejaw wzrostu testosteronu u tych graczy. W większości meczy traciliśmy bramkę i była to już dla nas bariera nie do przeskoczenia. Głowy na dół i byle dograć spotkanie do końca. Przegrywaliśmy w głowach, wychodziliśmy z pełnymi spodenkami, ze zbyt dużym respektem dla rywala.

A teraz przyjrzyjmy się jaką metamorfozę przeszła reprezentacja za kadencji Nawałki.  Atmosfera? Wystarczy pooglądać kanał „Łączy nas piłka”. Zresztą ten kanał to kapitalna sprawa wykonywana przez byłego dziennikarza Orange Sport Łukasza Wiśniowskiego. Pozwala kibicom na bycie bliżej tej kadry, pozwala zobaczyć zwykłych, wesołych chłopaków a nie zadufane gwiazdy piłki, hermetycznie zamknięte w czasie zgrupowań w hotelach i na boiskach treningowych.  „Grosik” śpiewający razem z kolegami przeboje zespołu „Akcent” po awansie na ME, Krychowiak jadący do Francji „na koniu” wraz z Wojtkiem Szczęsnym. To tylko ostatnie hity internetu a Wiśniowski już od dłuższego czasu mozolnie skręca przez czas trwania zgrupowań materiały, robiący przy tym pozytywny PR polskim piłkarzom. Ale to także zachowanie tych piłkarzy na boisku. Piłkarzy których nagle zaczęła cieszyć gra. Jędrzejczyk po zdobytej przeciwko Szwajcarii bramce wskakuje na trybuny by usiąść wśród zwykłych kibiców, Kuba, który decyzją m.in. kapitana drużyny – Lewandowskiego otrzymuje piłkę by wykonać „jedenastkę” na przełamanie przeciwko Gibraltarowi czy wspólna radość po golu obydwóch tych piłkarzy, nie pałających do siebie w życiu prywatnym sympatią. Może był to gest  troszkę pod publiczkę, ale potrafili zdobyć się na taki gest, potrafili pokazać że jest w piłce coś ważniejszego niż prywatne wojenki. Że na piedestale powinno stać dobro całej drużyny. Ta ekipa żyje kolejnymi meczami i mam wrażenie że potrafiliby wskoczyć za sobą w ogień. Zresztą widać też to po ich determinacji. Nie ma już smudowo-fornalikowego spuszczenia łba w dół i modlenia się o koniec meczu. Najlepszym przykładem na to były obydwa mecze ze Szkotami. Na Narodowym przegrywaliśmy 1:2 i potrafiliśmy atakować, walczyć aż Milik wcisnął bramkę na 2:2. Na Hampden? Każdy pamięta tą historię gdy piłkę w ostatnich sekundach wcisnęliśmy chyba tylko siłą woli, wyrzucając gospodarzy z walki o awans. I „Lewy”, który po tej jakże ważnej bramce, zamiast celebrować swój sukces, wyciągnął futbolówkę z bramki Marshalla i popędził z nią do linii środkowej. „Lewy”, ten Lewandowski, który przez tak długi czas był biczowany przez rodzimych kibiców za rzekomy brak odpowiedniego zaangażowania w grę drużyny narodowej. Który tymi eliminacjami zamknął usta większości niedowiarków i malkontentów. Który pokazał że mamy piłkarza formatu światowego nie tylko w piłce klubowej ale mamy także lidera z prawdziwego zdarzenia w kadrze. Nie byłem zwolennikiem odbierania opaski kapitana Błaszczykowskiemu i oddawania jej „Lewemu”. Ale Nawałka tą roszadą po raz kolejny pokazał mi dlaczego to on jest selekcjonerem kadry a nie ja. Opaska zadziałała na „Lewego” bardzo pozytywnie.  Jako kapitan był zaangażowany w spotkania na 200%. Nie tylko dawał z siebie wszystko jako piłkarz, ale także jako lider, wódz tej drużyny. Pokazał to nie tylko we wspomnianym meczu w Szkocji, ale chociażby umiejętnie kradnąc czas i doprowadzając tym samym do szału Irlandczyków w ostatnim spotkaniu w grupie. Nie mówię już jak wielką robotę wykonał strzelając  13 bramek we wszystkich meczach eliminacyjnych i tym samym wyrównując rekord Davida Healy’ego .

Robert zasłużył na szczególną laurkę ale awans wywalczyła przecież cała drużyna. Autorska drużyna Nawałki. Jak długo szykanowany był Mączyński? Dopóki nie zagrał kapitalnych zawodów w dwóch ostatnich meczach eliminacji i nie pokazał jak ważnym ogniwem tej drużyny może być. Kto pomyślałby by dać szansę powrotu z piłkarskich zaświatów Sebastianowi Mili a ten odwdzięczy się bramkami przeciwko Niemcom i Gruzji? Oczywiście, nie brakuje tu nadal pomysłów trenera, które nie do końca można zrozumieć. Peszko czy Cionek, mimo wszystko już teraz również Mila to zawodnicy, którzy na tą chwilę nie za bardzo pokazują nam dlaczego właściwie selekcjoner ich powołuje. Nie za bardzo rozumiem też sensu powoływania aż czterech bramkarzy, szczególnie że numerem cztery jest doświadczony Tytoń a nie żaden młody golkiper, który mógłby po prostu zbierać na zgrupowaniach szlify (np. Drągowski).  Z drugiej strony szali mamy za to młodego Bartka Kapustkę, również autorski pomysł Nawałki, który wypalił w 100% i pokazuje że może być ważnym ogniwem zespołu już latem we Francji. Poza tym wiadomo: pukający do drzwi wielkiego piłkarskiego świata Krychowiak, będący czołowym stoperem Serie A i już teraz ikoną Torino Kamil Glik, Arek Milik będący gwiazdą co prawda już nie tak silnej jak kiedyś ligi holenderskiej ale bycie gwiazdą Ajaxu Amsterdam to jednak nadal coś znaczy.  Nieobliczalny Grosicki, który przeżywa na ten moment rewelacyjne chwile we Francji, mimo że jest tylko rezerwowym w Rennes. Rybus, który nie tak dawno w rosyjskiej Premier Lidze był grabarzem spisującego się fenomenalnie w Champions League Zenitu Sankt Petersburg. Ta kadra ma wielki potencjał i żeby nie było aż tak różowo … uważam że jak na swój potencjał i tak gra słabiej niż powinna. Zbyt często dajemy zepchnąć się rywalowi do defensywy. Świetnie rozpoczynamy grę, dominujemy pierwsze 15-20 minut po czym dajemy przejąć kontrolę na boisku przeciwnikowi. Tak było ze Szkotami, tak było nawet w Warszawie w meczu przeciwko Gruzji.  A z takimi drużynami powinniśmy jednak kontrolować większość czasu gry. Dawno nie mieliśmy tylu graczy grających w czołowych ligach europejskich i odgrywających w swoich klubach zanczące role a nie będących tylko statystami. Mamy wszystko aby stać się silną, europejską reprezentacją. Nie kimś w stylu Hiszpanii czy Niemiec ale chociażby na poziomie Chorwatów.

Podsumowując, chciałbym stwierdzić tylko tyle. Od dawna pragnąłem mieć reprezentację, która brak umiejętności będzie nadrabiać  wolą walki i ambicją. Chciałem mieć futbolowy odpowiednik naszej drużyny piłkarzy ręcznych.  Nie chcę zapeszać, ale chyba właśnie moje marzenie się spełniło. Możemy pojechać do Francji i jedyne czego będę od kadry oczekiwał to zaangażowania takiego, jakie pokazali chociażby (a raczej szczególnie)we wrześniu przeciwko Niemcom. To w jakim stylu można przegrać mecz też jest ważne. Rozpoczęło się pompowanie balonika przed kolejnym wielkim turniejem. Czyli taki standard. Tak samo było w 2001/02, 2005/06, 2007/08. Z jaką siłą te baloniki pękały, wszyscy pamiętamy. Nie chce powtórki z meczu z Ekwadorem z mundialu 2006. Tamten mecz to była dla mnie wielka trauma. I chodzi tu szczególnie o pasję i serducho jakie włożyli w ten mecz polscy zawodnicy. Kadra Nawałki jest na najlepszej drodze by tym razem było inaczej. Wystarczy że cały czas będą grali swoje. Tak jak to robią od dobrego roku. A wierzę że przy pracy jaką selekcjoner włoży w przygotowanie tego zespołu naprawdę możemy w końcu chodzić z podniesioną głową po turnieju mistrzowskim. Panowie! Po prostu nie spierdolcie tego!

Co pan powie teraz panie Campbell?

Wszyscy z pewnością pamiętamy jak przed Euro 2012 były piłkarz reprezentacji Anglii Sol Campbell przekonywał kibiców do tego, by ci nie ryzykowali wyjazdu do Polski i na Ukrainę, ponieważ z tej podróży mogą powrócić w trumnach. Argumentował to tym, że na stadionach państw gospodarzy mistrzostw wszechobecny jest rasizm i w ogóle pod względem kultury trybun jesteśmy sto lat za murzynami (czyli za samym Solem J ), dodatkowo telewizja BBC wyświetliła stronniczy dokument potwierdzający tą tezę . Mistrzostwa się odbyły, angielscy kibice wrócili cało do swoich domów a Campbell został przez nich wyśmiany. Po piątkowych wydarzeniach, które miały miejsce w Paryżu zastanawia mnie jednak coś innego. Panie Campbell, co pan powie swoim kibicom przed przyszłorocznym, francuskim turniejem? Wszak wznoszenie rasistowskich okrzyków choć dla wielu krzywdzące i bolesne to jednak jeszcze nie bestialskie mordowanie ludzi.

Kilka dni temu w Narodowe Święto Niepodległości, tradycyjnie przez Warszawę przeszedł Marsz Niepodległości. W porównaniu z poprzednimi latami, ten tegoroczny marsz odbył się w dość spokojnej atmosferze. Wydaje mi się że najbardziej zawiedzione takim obrotem sprawy były media ze stacją TVN na czele. A skoro nic nadzwyczajnego na Marszu się nie wydarzyło, to trzeba było jakiś powód do skrytykowania MN samemu wymyślić. Tak więc na szklanym ekranie mogliśmy oglądać wszelakie (głównie lewicowe) „autorytety” jak chociażby Piotr Szumlewicz czy prof. Monika Płatek lamentujące nad falą nacjonalizmu, ksenofobii i nietolerancji, która zalała nasz kraj. Solą w ich oku było już samo hasło marszu: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski.” a nawet transparent niesiony przez uczestników owego wydarzenia, na którym widniał napis „wolimy kotleta od Mahometa”. Swoją drogą nie za bardzo rozumiem co w tym haśle jest tak kontrowersyjnego, sam również wolę schabowego od twórcy obcej mi religii. No ale cóż, przecież jak się dobrze popatrzy to można w owym sloganie znaleźć niewyczerpane pokłady islamofobii. Swoją drogą ciekawe dlaczego feministyczne „Pussy Riot” biegające na golasa po kościołach, tych ludzi jakoś nie uwiera. Wspomniane przeze mnie „autorytety” nie potrafiły również pojąć jak ci „nietolerancyjni faszyści”, którzy maszerowali ulicami Warszawy mogą nie zgadzać się na sprowadzenie do ich kraju tysięcy obcych im kulturowo syryjskich (zresztą nie tylko) uchodźców uciekających przed wojną do „lepszego świata” (i do zasiłków socjalnych…).  I tak się dziwili i przeklinali tych prostaków (jak stwierdził p. Miecugow z TVNu – w większości pijanych, bezrobotnych), którzy hańbią Polskę swoim nacjonalizmem i brakiem otwartości na inne kultury i zanim dziwić się skończyli to ci imigranci z bliskiego wschodu w imię swojej religii wymordowali na ulicach Paryża prawie 130 osób w zaplanowanych i skoordynowanych zamachach. Co ciekawe zamachach mających miejsce nie cały rok po ataku terrorystycznym na redakcję tygodnika „Charlie Hebdo”.  Francuzi nie odrobili lekcji i po raz drugi w 2015 roku zostali dotkliwie ugodzeni przez islamskich, podkreślmy to ISLAMSKICH terrorystów.  Tak naprawdę nie obudzili się z ręką w nocniku ale po samą szyję w szambie. Francuski rząd obudzony przez nagły policzek wymierzony ich krajowi przez bandytów, których jeszcze nie dawno zapewne wpuścili w imię tolerancji i pomocy bliźniemu razem z innymi uchodźcami do swojej ojczyzny, nagle przypomniał sobie że trzeba podjąć jakieś działania zapobiegające dalszemu rozlewowi krwi. Prezydent Francois Hollande postanowił zamknąć granice państwa i tym samym zapuszkować się razem z tysiącami, jeśli nie milionami potencjalnych, anonimowych morderców. Dobrze, rozumiem że nie każdy arabski uchodźca jest terrorystą, ale nie czarujmy się. Można próbować zakłamywać rzeczywistość, ale ISIS obiecało że wśród imigrantów poumieszczają swoich ludzi i jak widać nie było to tylko czcze gadanie.  Jak z tej masy ludzi powyławiać tych, którzy nimi są? Tymbardziej jak miałby zrobić to polski rząd, który jak słusznie zauważył kiedyś Paweł Kukiz, nie mógł sobie dać rady nawet z kelnerami? Oczywiście „autorytetów” to nie przekonuje i dla nich największą bolączką tych zamachów jest fakt, że ISIS dało niepodważalny argument „faszystom”, którzy teraz obwiniać będą Allahowi ducha winnych muzułmanów a nie tych wstrętnych morderców z Państwa Islamskiego, tak- Islamskiego, którzy jak sama nazwa ich samozwańczego kraju wskazuje, również muzułmanami są i właśnie w imię tej religii mordują. Dziwnym trafem zamachów dokonują właśnie w tych liberalnych, otwartych (wykastrowanych!) państwach typu: Francja czy USA a nie w nieprzychylnie im nastawionych „ciemnogrodach” jak państwa grupy wyszehradzkiej. Zachód w momencie gdy napluje im się w twarz udaje że pada deszcz. Nie dziwie się tamtejszym politykom, zapewne mają w tym jakiś swój ukryty cel. Przeraża jednak to, w jakim stopniu zmanipulowane i ogłupione jest społeczeństwo, które łyka wszystkie te brednie podawane im przez politycznie poprawne media. Zresztą kraje zachodu jak dla mnie od dawna skazane są na coraz bardziej przyśpieszającą degrengoladę społeczną i moralną. Niestety w naszym kraju odsetek osób zatrutych tą medialną propagandą również jest bardzo wysoki.  Przeraża ilość osób ustawiających sobie na swoich facebookowych profilach filtr w kolorach francuskiej flagi, wstawianie hashtagu #PrayForParis częstokroć przez osoby, które ze sferą duchowo-religijną mają tyle wspólnego co prezydent Kwaśniewski z klubem abstynenta. Zresztą większość tych osób nawet nie za bardzo potrafiłaby wyjaśnić tego, w jakim celu to zrobiła. To bardziej przejaw mody, chęci bycia trendy. Ustawienie flagi Francji na profilówce jest fajne, ale już wywieszenie flagi narodowej za oknem na 11 listopada śmierdzi cebulą. Tak przynajmniej zdawać by się mogło patrząc na ich ilość na balkonach i domach polskich miast i wsi podczas zeszłotygodniowego święta. Jak podsumował na swoim profilu twitterowym Rafał Ziemkiewicz: „Europa odpowie z całą bezwzględnością. Użyjemy hasztagów, lajków, łańcuchów serc, manif, apeli intelektualistów. Wszystkich dostępnych broni!” Trudno się z tym niezgodzić. Miło że społeczeństwo pokazuje swój sprzeciw wobec paryskich zamachów. Ale na dłuższą metę co to daje? Terroryści z Państwa Islamskiego raczej nie wezmą sobie do serca tej internetowej lawiny współczucia i nie zaprzestaną dalszego szerzenia „jedynej prawdziwej religii” Przeżywam deja vu. To samo widziałem po wspomnianych styczniowych zamachach na redakcję Charlie Hebdo. Na portalach społecznościowych działo się dokładnie to samo o czym wspominam teraz. Jeśli zdarzy się (odpukać, chociaż to wielce prawdopodobne) kolejny tak spektakularny zamach, zapewne przeżyje kolejne deja vu. Będą ginąć kolejni ludzie a na twitterze będą powstawać kolejne hashtagi. W telewizji cały czas wmawiać nam będą że nie wolno nam uchodźców utożsamiać z terrorystami a największym zmartwieniem establishmentu będzie lament skrajnej prawicy (czyli każdy niepochlebny komentarz na temat islamu, uchodźców itp. Itd., który z komentatora uczyni faszystę).

Wracając już do tematu piłki. Na gorąco, po zamachu wiele osób zwątpiło w sens brania udziału w losowaniu puli biletów na Euro 2016. Nie można się dziwić, bo mało kto poza emocjami piłkarskimi chciałby przeżywać jeszcze dreszczyk emocji niczym z gry w rosyjską ruletkę. Być może porównanie troszkę przesadzone, no ale trudno mieć inne myśli po obejrzeniu wiadomości z Paryża. Dodatkowo turniej piłkarski, ściągający do Francji kibiców z całej Europy to doskonała okazja do zaplanowania zamachu. Zapewne ilość stężenia służb mundurowych na metr kwadratowy będzie olbrzymia ale obawy i tak pozostaną. Przeniesienie turnieju do innego państwa raczej też tutaj nie wchodzi w rachubę, przynajmniej tak utrzymują piłkarskie władze.  Zresztą jeśli wydarzenia z feralnego piątku 13stego nie są początkiem jakiejś permanentnej wojny partyzanckiej na terenie wroga rozpoczętej przez dżihadystów, to do czerwcowego turnieju emocje powinny troszeczkę opaść.  Legendarny trener m.in. Liverpoolu, Bill Shankly powiedział kiedyś: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego.” Wielu kibiców futbolu zapewne wychodzi z podobnego założenia i żaden zamaskowany terrorysta z karabinem w ręku nie jest w stanie zepsuć im tego święta jakim będą przyszłoroczne rozgrywki. Do tej grupy zaliczam się również ja. Mam zamiar jechać do Francji i pragnienie obejrzenia Lewego, Krychowiaka czy Glika reprezentujących mój kraj na francuskich murawach jest o wiele silniejsze niż strach przed islamskimi bojownikami.

 

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑