Misja kryptonim Euro 2016 rozpoczęta.

Zeszłomiesięcznymi meczami z Islandią i Czechami polscy piłkarze zakończyli owocny dla naszej reprezentacji rok 2015. Cel nadrzędny czyli awans na Euro 2016 został odhaczony już w październiku, dzięki czemu po 8 latach awansowaliśmy na turniej rangi mistrzowskiej (a nie został on nam dany, jak w przypadku Euro 2012). Ten rok podopieczni trenera Nawałki kończą z bilansem 5 zwycięstw, 3 remisów i tylko 1 porażki. Bilans bramkowy wyniósł 25:11.

To by było na tyle jeśli chodzi o suche fakty i liczby. Teraz dodajmy do tego trochę więcej serca i miodu. W końcu mamy reprezentację, której nie trzeba się wstydzić. A ostatni raz taką mieliśmy … hmm … no chyba jeszcze za czasów Leo Benhakkera.  I to tych sprzed Euro 2008. Dobra, były potem jakieś przebłyski podczas kadencji Franza Smudy, nawet spaprane Mistrzostwa Europy, których byliśmy współgospodarzem dały na pewno więcej emocji kibicom niż pozostałe wielkie imprezy w wykonaniu naszej kadry w XXI wieku. No ale sam fakt że wspominam o turnieju podczas którego nie wyszliśmy z grupy, ba, nawet nie wygraliśmy meczu, w kontekście niezłego przebłysku drużyny Smudy, może posłużyć za podsumowanie całego tego okresu. Późny Leo to też była tragedia. Fornalik? Dajcie spokój. Momenty były, ale ogółem były to drużyny pozbawione … tego czegoś. No dobra, bez owijania w bawełnę. Nie mieliśmy jaj ! A w dodatku jakby to powiedział Przemysław Cecherz – „Byliśmy k**wa słabi”. Z czego to wynikało? Pewnie złożyło się na to wiele czynników.

Czynnik pierwszy to było obsadzenie kadry „farbowanymi lisami”. Graczami może i o umiejętnościach, które tej drużynie dodawały jakichś walorów stricte piłkarskich, ale od początku można było się obawiać o pobudki jakie rządziły tymi panami  w momencie gdy zdecydowali się przywdziać biało-czerwony kostium.  Wysyp tych zawodników nastąpił w momencie gdy było jasne że będziemy organizatorami turnieju w 2012 roku. Czyli bardzo dobrej okazji do wypromowania swoich umiejętności na większą skalę. Takiego okna wystawowego na piłkarski świat.  Nagle Obraniak, Perquis, Boenisch i Polański stwierdzili że jednak wolą być nie Ludovickiem, Damienem, Sebastianem i „Ojgenem” a Ludwikiem, Damianem, typowym, polskim Sebą spod trzepaka oraz Bogusiem (bo pod takim imieniem urodził się w Sosnowcu Polanski). Oczywiście cała czwórka nie miała co liczyć na występy w swoich reprezentacjach numer  1, czyli Francji i Niemczech. Ich integracja z kadrą przebiegała niewiele mniej topornie od asymilacji muzułmanów z brukselskiej dzielnicy Molenbeek.  Jak wszyscy pamiętamy, nie miało to zbyt dobrego wpływu na atmosferę w drużynie narodowej i prowadziło do wewnętrznych podziałów. Euro 2012 nie wpłynęło zbytnio na ich kariery. Żaden na tym turnieju nie pokazał się z dobrej strony i nie wybił gdzieś wyżej. Po turnieju również osłabł ich patriotyzm. Szczególnie w przypadku Obraniaka i Polańskiego, którzy obrażali się odpowiednio na trenerów Fornalika i Nawałkę i odmawiali dalszej gry z orzełkiem na piersi. Perquis był trapiony ciągłymi kontuzjami.  A Boenisch? Można spytać Cecherza  dlaczego nie gra. Zresztą na tą chwilę jedynie Polanski prezentuje umiejętności, które mogłyby dać podstawy do tego by go powołać. Śmiem twierdzić, że „skillami” przerasta Jodłowca i Mączyńskiego. Jednakże umiejętności to nie wszystko. Zresztą foch na Nawałke raczej mu nie przeszedł (chociaż perspektywa gry we Francji mogła by go przekonać do wybaczenia selekcjonerowi) a i sam Nawałka kategorycznie stwierdził że ten temat jest zakończony.

Czynnikiem drugim, co było również konsekwencją powoływania „farbowanych lisów” do kadry, była atmosfera. A właściwie jej brak. No ale żeby nie obwiniać tylko naturalizowanych graczy, to wszyscy pamiętamy chociażby „aferę biletową” z naszym kapitanem Kubą Błaszczykowskim w roli głównej, szukającym jakichś bzdurnych usprawiedliwień dla koncertowo przejebanej „grupy śmiechu” na wspominanym po raz kolejny, rodzimym Euro. Mającym pretensje do wszechświata o brak przyznanego biletu dla ciotecznego brata wujka Władka. Afera „koszulkowa”, czyli brak orzełka na trykotach,  dla większości polskich kibiców tak ważnego symbolu narodowego z którym jako kibice kadry i ogółem polskich sportowców utożsamiamy się tak bardzo. Zakłuło w oczy na pewno to, że żaden z zawodników nie potrafił zająć stanowiska w tej sprawie. Przypominali w  tym momencie klubowych najemników, dla których liczy się tylko kasa i posłuszne wypełnianie zaleceń sponsora. W dodatku pompowany na siłę przez media konflikt na linii Kuba-„Lewy”, pokazany nawet w reklamie Opla czy też pretensje kibiców do Lewandowskiego o to że w kadrze nie gra na takim poziomie jak ówcześnie w Dortmundzie, czego apogeum było uciszanie trybun przez „Lewego” po zdobytej bramce z Czarnogórą.  Na brak odpowiedniego klimatu w drużynie wpływał zapewne również brak odpowiedniego autorytetu na ławce trenerskiej. Bo takim nie był ani Smuda ani Fornalik. I tym samym przechodzę do czynnika numer trzy.

Brak ikry w drużynie. Brak przywódców, brak zaangażowania. Ledwie klecący zdania w języku polskim „Franz” i smutny Waldek, który sprawiał wrażenie jakby bał się odezwać do któregokolwiek ze swoich podopiecznych. To co wystarcza na prowadzenie Wisły Kraków czy Ruchu Chorzów na kadrę to za mało (chociaż Nawałka temu swoją osobą zaprzecza). Właściwie przypomina mi się tylko jeden moment w czasie którego zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy oglądałem te drużyny w czasie kadencji obydwóch jegomości. Przełożony z powodu opadów deszczu mecz Polska-Anglia na Narodowym i Marcin Wasilewski krzyczący po „Mazurku Dąbrowskiego” do swoich kolegów „dawać kurwaa !” Zresztą był to także chyba najlepszy mecz jaki rozegraliśmy pod wodzą Fornalika. To był jedyny taki przejaw wzrostu testosteronu u tych graczy. W większości meczy traciliśmy bramkę i była to już dla nas bariera nie do przeskoczenia. Głowy na dół i byle dograć spotkanie do końca. Przegrywaliśmy w głowach, wychodziliśmy z pełnymi spodenkami, ze zbyt dużym respektem dla rywala.

A teraz przyjrzyjmy się jaką metamorfozę przeszła reprezentacja za kadencji Nawałki.  Atmosfera? Wystarczy pooglądać kanał „Łączy nas piłka”. Zresztą ten kanał to kapitalna sprawa wykonywana przez byłego dziennikarza Orange Sport Łukasza Wiśniowskiego. Pozwala kibicom na bycie bliżej tej kadry, pozwala zobaczyć zwykłych, wesołych chłopaków a nie zadufane gwiazdy piłki, hermetycznie zamknięte w czasie zgrupowań w hotelach i na boiskach treningowych.  „Grosik” śpiewający razem z kolegami przeboje zespołu „Akcent” po awansie na ME, Krychowiak jadący do Francji „na koniu” wraz z Wojtkiem Szczęsnym. To tylko ostatnie hity internetu a Wiśniowski już od dłuższego czasu mozolnie skręca przez czas trwania zgrupowań materiały, robiący przy tym pozytywny PR polskim piłkarzom. Ale to także zachowanie tych piłkarzy na boisku. Piłkarzy których nagle zaczęła cieszyć gra. Jędrzejczyk po zdobytej przeciwko Szwajcarii bramce wskakuje na trybuny by usiąść wśród zwykłych kibiców, Kuba, który decyzją m.in. kapitana drużyny – Lewandowskiego otrzymuje piłkę by wykonać „jedenastkę” na przełamanie przeciwko Gibraltarowi czy wspólna radość po golu obydwóch tych piłkarzy, nie pałających do siebie w życiu prywatnym sympatią. Może był to gest  troszkę pod publiczkę, ale potrafili zdobyć się na taki gest, potrafili pokazać że jest w piłce coś ważniejszego niż prywatne wojenki. Że na piedestale powinno stać dobro całej drużyny. Ta ekipa żyje kolejnymi meczami i mam wrażenie że potrafiliby wskoczyć za sobą w ogień. Zresztą widać też to po ich determinacji. Nie ma już smudowo-fornalikowego spuszczenia łba w dół i modlenia się o koniec meczu. Najlepszym przykładem na to były obydwa mecze ze Szkotami. Na Narodowym przegrywaliśmy 1:2 i potrafiliśmy atakować, walczyć aż Milik wcisnął bramkę na 2:2. Na Hampden? Każdy pamięta tą historię gdy piłkę w ostatnich sekundach wcisnęliśmy chyba tylko siłą woli, wyrzucając gospodarzy z walki o awans. I „Lewy”, który po tej jakże ważnej bramce, zamiast celebrować swój sukces, wyciągnął futbolówkę z bramki Marshalla i popędził z nią do linii środkowej. „Lewy”, ten Lewandowski, który przez tak długi czas był biczowany przez rodzimych kibiców za rzekomy brak odpowiedniego zaangażowania w grę drużyny narodowej. Który tymi eliminacjami zamknął usta większości niedowiarków i malkontentów. Który pokazał że mamy piłkarza formatu światowego nie tylko w piłce klubowej ale mamy także lidera z prawdziwego zdarzenia w kadrze. Nie byłem zwolennikiem odbierania opaski kapitana Błaszczykowskiemu i oddawania jej „Lewemu”. Ale Nawałka tą roszadą po raz kolejny pokazał mi dlaczego to on jest selekcjonerem kadry a nie ja. Opaska zadziałała na „Lewego” bardzo pozytywnie.  Jako kapitan był zaangażowany w spotkania na 200%. Nie tylko dawał z siebie wszystko jako piłkarz, ale także jako lider, wódz tej drużyny. Pokazał to nie tylko we wspomnianym meczu w Szkocji, ale chociażby umiejętnie kradnąc czas i doprowadzając tym samym do szału Irlandczyków w ostatnim spotkaniu w grupie. Nie mówię już jak wielką robotę wykonał strzelając  13 bramek we wszystkich meczach eliminacyjnych i tym samym wyrównując rekord Davida Healy’ego .

Robert zasłużył na szczególną laurkę ale awans wywalczyła przecież cała drużyna. Autorska drużyna Nawałki. Jak długo szykanowany był Mączyński? Dopóki nie zagrał kapitalnych zawodów w dwóch ostatnich meczach eliminacji i nie pokazał jak ważnym ogniwem tej drużyny może być. Kto pomyślałby by dać szansę powrotu z piłkarskich zaświatów Sebastianowi Mili a ten odwdzięczy się bramkami przeciwko Niemcom i Gruzji? Oczywiście, nie brakuje tu nadal pomysłów trenera, które nie do końca można zrozumieć. Peszko czy Cionek, mimo wszystko już teraz również Mila to zawodnicy, którzy na tą chwilę nie za bardzo pokazują nam dlaczego właściwie selekcjoner ich powołuje. Nie za bardzo rozumiem też sensu powoływania aż czterech bramkarzy, szczególnie że numerem cztery jest doświadczony Tytoń a nie żaden młody golkiper, który mógłby po prostu zbierać na zgrupowaniach szlify (np. Drągowski).  Z drugiej strony szali mamy za to młodego Bartka Kapustkę, również autorski pomysł Nawałki, który wypalił w 100% i pokazuje że może być ważnym ogniwem zespołu już latem we Francji. Poza tym wiadomo: pukający do drzwi wielkiego piłkarskiego świata Krychowiak, będący czołowym stoperem Serie A i już teraz ikoną Torino Kamil Glik, Arek Milik będący gwiazdą co prawda już nie tak silnej jak kiedyś ligi holenderskiej ale bycie gwiazdą Ajaxu Amsterdam to jednak nadal coś znaczy.  Nieobliczalny Grosicki, który przeżywa na ten moment rewelacyjne chwile we Francji, mimo że jest tylko rezerwowym w Rennes. Rybus, który nie tak dawno w rosyjskiej Premier Lidze był grabarzem spisującego się fenomenalnie w Champions League Zenitu Sankt Petersburg. Ta kadra ma wielki potencjał i żeby nie było aż tak różowo … uważam że jak na swój potencjał i tak gra słabiej niż powinna. Zbyt często dajemy zepchnąć się rywalowi do defensywy. Świetnie rozpoczynamy grę, dominujemy pierwsze 15-20 minut po czym dajemy przejąć kontrolę na boisku przeciwnikowi. Tak było ze Szkotami, tak było nawet w Warszawie w meczu przeciwko Gruzji.  A z takimi drużynami powinniśmy jednak kontrolować większość czasu gry. Dawno nie mieliśmy tylu graczy grających w czołowych ligach europejskich i odgrywających w swoich klubach zanczące role a nie będących tylko statystami. Mamy wszystko aby stać się silną, europejską reprezentacją. Nie kimś w stylu Hiszpanii czy Niemiec ale chociażby na poziomie Chorwatów.

Podsumowując, chciałbym stwierdzić tylko tyle. Od dawna pragnąłem mieć reprezentację, która brak umiejętności będzie nadrabiać  wolą walki i ambicją. Chciałem mieć futbolowy odpowiednik naszej drużyny piłkarzy ręcznych.  Nie chcę zapeszać, ale chyba właśnie moje marzenie się spełniło. Możemy pojechać do Francji i jedyne czego będę od kadry oczekiwał to zaangażowania takiego, jakie pokazali chociażby (a raczej szczególnie)we wrześniu przeciwko Niemcom. To w jakim stylu można przegrać mecz też jest ważne. Rozpoczęło się pompowanie balonika przed kolejnym wielkim turniejem. Czyli taki standard. Tak samo było w 2001/02, 2005/06, 2007/08. Z jaką siłą te baloniki pękały, wszyscy pamiętamy. Nie chce powtórki z meczu z Ekwadorem z mundialu 2006. Tamten mecz to była dla mnie wielka trauma. I chodzi tu szczególnie o pasję i serducho jakie włożyli w ten mecz polscy zawodnicy. Kadra Nawałki jest na najlepszej drodze by tym razem było inaczej. Wystarczy że cały czas będą grali swoje. Tak jak to robią od dobrego roku. A wierzę że przy pracy jaką selekcjoner włoży w przygotowanie tego zespołu naprawdę możemy w końcu chodzić z podniesioną głową po turnieju mistrzowskim. Panowie! Po prostu nie spierdolcie tego!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s