Diabły Solskjaera. Sezon bez wymówek. Felieton Michała Bakanowicza.

Po wielu latach miotania się od menedżera do menedżera wydaje się, że władze Manchesteru United postawiły wreszcie na odpowiedniego człowieka. Solskjaer miewał oczywiście zarówno upadki, jak i wzloty, ale poprzedni sezon zakończył z bardzo solidnym wynikiem, jakim jest zajęcie trzeciego miejsca w Premier League, a także dotarcie do półfinału Ligi Europy.

Wszystko to z zespołem, który zdawał się być wciąż w budowie. Kiedy Norweg pojawiał się na Old Trafford, drużyna zmagała się z wieloma problemami. Niska jakość piłkarska, sporo przepłaconych nazwisk, luki na poszczególnych pozycjach, zakulisowe brudy, czy wreszcie brak pomysłu na optymalne wykorzystanie piłkarzy jak Martial, czy Pogba. Norweg otrzymał jednak od włodarzy spory kredyt zaufania. Opłaciło się.

Wszelakie trudności zdają się odchodzić w cień. Co więcej, gdy spoglądam na zestawienie personalne zespołu z czerwonej części Manchesteru, wydaje mi się, że drużyna Solskjaera to twór niemal kompletny. Przynajmniej na papierze.

Oczywiście, nie zamierzam nikomu wmawiać, że Czerwone Diabły to gwiazdozbiór na poziomie Realu, Bayernu czy PSG, ale ich kadra to w moim odczuciu idealnie zbalansowane zestawienie. Trudno tu znaleźć jakikolwiek mankament. 

Zapytacie – Jak to? A bramkarz? To prawda. De Gea nie jest sobą, mniej więcej od drugiej połowy 2018 roku. Hiszpan w ciągu kilkunastu miesięcy zaliczył niesamowity zjazd i dziś tak naprawdę ciężko powiedzieć ile może dać jeszcze swojemu zespołowi. Co z tego skoro na ławce już czeka gotowy do gry Henderson? Nie chce mi się wierzyć, że to Anglik od razu będzie pierwszym wyborem Solskjaera, ale po pierwsze – jest to naprawdę solidne zabezpieczenie, w razie kłopotów „jedynki”, po drugie – Hiszpan wreszcie ma realnego konkurenta do miejsca w składzie. Tak więc albo De Gea pokaże, że należy mu się pierwszy skład, albo ustąpi miejsca jednemu z najlepszych golkiperów tamtego sezonu. O obsadę bramki na Old Trafford mogą być spokojni.

Jeśli zaś przejdziemy do linii obrony, to po jej lewej stronie mamy ciekawą rywalizację. Shaw vs Williams. Owszem, pierwszy z nich kojarzy nam się co prawda z częstymi kontuzjami, ale drugi z duetu pokazał już, że w razie konieczności jest do dyspozycji trenera. Pod nieobecność starszego z kolegów Williams rozegrał w poprzednim sezonie 17 razy i wielokrotnie pokazał, że drzemie w nim spory potencjał.

Kiedy zaś zerkniemy na przeciwną stronę, to mamy do czynienia z być może najlepiej broniącym prawym defensorem w lidze. Owszem, Wan-Bissace sporo brakuje do ofensywnych zdolności Alexandra-Arnolda czy Ricardo Pereiry, ale w zatrzymywaniu przeciwników zostawia konkurentów w tyle. Zastrzeżenia pojawiają się, gdy postaramy się znaleźć jego zastępcę. Diogo Dalot to piłkarz o sporym potencjale, lecz poprzedni sezon to pasmo nieustających problemów zdrowotnych. Pocieszeniem może być jednak fakt, że Wan-Bissaka to facet o końskim zdrowiu. Świadczy o tym liczba 70 spotkań rozegranych na przestrzeni dwóch ostatnich, ligowych sezonów. Tak więc tylko mocno niesprzyjający los, mógłby sprawić, że na prawej stronie Manchesteru pojawi się wakat.

Zerkając na centrum linii obronnej, widzimy parę solidnych zawodników. Lindelof wreszcie ustabilizował formę, a Maguire to ważne ogniowo zespołu, o czym świadczy wręczona mu przez Solskjaera opaska kapitana. Defensywa kierowana przez Anglika i Szweda może pochwalić się trzecim wynikiem w lidze, co do liczby straconych goli (36 bramek). W poprzednich rozgrywkach pod tym względem lepiej wyglądał tylko Liverpool (33) i Manchester City (35). Problem pojawia się, gdy zerkniemy na ławkę rezerwowych. Niejasna jest wciąż sytuacja Smallinga i wydaje się, że jeśli Anglik nie pozostanie na Old Trafford, to zasadnym byłoby poszukanie alternatywy. Bailly to naprawdę dobry obrońca, jednak liczenie na zawodnika o tak kruchym zdrowiu, wydaje się ryzykowne.

Mimo powyższego problemu defensywa Czerwonych Diabłów wygląda naprawdę solidnie. A dalej jest tylko lepiej.

Gdy spojrzymy na drugą linię, złożoną z takich piłkarzy jak McTominay, Matic, Fred, Mata, Bruno Fernandes, Pogba czy wreszcie świeżo zakupiony Van de Beek, to wydaje się, że niczego tutaj nie brakuje. Mamy ludzi odpowiedzialnych za destrukcję (McTominay, Matic), a także za fajerwerki pod bramką rywala i regulowanie tempa gry. Szczególnie pomysłowo wygląda transfer byłego zawodnika Ajaxu. Donny Van de Beek zdaje się idealnym piłkarzem do rotacji z Pogbą i Bruno Fernandesem. Pomoc Manchesteru to chyba najbardziej kompletna formacja tego zespołu i w moim odczuciu jakościowo nie gorsza, niż te, które posiadają City, a tym bardziej Liverpool.

No bo czy Bruno Fernandes to piłkarz na pewno gorszy od Kevina De Bruyne?
Czy grający na 100% Pogba nie znalazłby miejsca w składzie, któregoś z powyższych zespołów?
Czy Klopp lub Guardiola nie widzieliby w swojej wizji takiego talenciaka jak Van de Beek?
No właśnie!

Linia ataku również ma się świetnie. Rashford, Martial, Greenwood. Każdy z nich wydaje się być piłkarzem na fali wznoszącej. Powyższe trio zdobyło w tamtym sezonie łącznie 44 bramki, a wszystko wskazuje na to, że w obecnym może być jeszcze lepiej. Solskjaer znalazł miejsce na boisku dla każdego z nich, a szczególnie duże brawa należą mu się za to, co zrobił z Martialem. Francuz odblokował się i zaliczył fenomenalny finisz poprzedniego sezonu. Napastnik zakończył rozgrywki z 17 trafieniami. Tyle samo dołożył Rashford, a całość dopełnił będący odkryciem sezonu Greenwood. Ten 18-latek spędził na boiskach Premier League zaledwie 1313 minut, strzelając przy tym 10 bramek. Ten wynik daje mu współczynnik 0,7 gola na 90 minut gry i jest to osiągnięcie na poziomie Vardy’ego i Ingsa. Strach pomyśleć jak powyższa trójka może wyglądać w obecnym sezonie. W końcu są to piłkarze wciąż rozwojowi. Ich średnia wieku to zaledwie 21 lat! A w razie jakichkolwiek problemów na okazje czekają utalentowany James i – póki co – wciąż obecny w klubie Ighalo.

Tak więc skład Manchesteru wydaje się być zestawieniem, w którym wszystko jest na miejscu. Mamy tu zarówno piłkarzy kreatywnych, jak i solidnych rzemieślników. Młodość i brawura mieszają się z klasą i doświadczeniem. Tu naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Wszystko wskazuje na to, że Czerwone Diabły okres przejściowy mają za sobą. Problemy są daleko w tyle, kadra jest stabilna, a plany ambitne.

To wszystko sprawia, że dla Solskjaera to może być sezon trudniejszy niż dotychczas. Kiedy wszystko zdaje się być dopięte na ostatni guzik, nie ma miejsca na wymówki. Obowiązkiem Manchesteru jest rozegranie kampanii co najmniej tak dobrej, jak poprzednia. Zadanie do łatwych nie należy, ale na Old Trafford jest wszystko, czego potrzeba, by osiągnąć sukces.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Kolejny Metalist Charków? Takie numery tylko na Ukrainie.

Jakiś czas temu opisałem sytuację Charkowskich zespołów, ale w międzyczasie pojawił się kolejny klub powiązany z Metalistem! Tym razem wszyscy mówią wprost, że celem jest dotarcie do UPL i europejskich pucharów, by stworzyć jak najlepsze warunki dla powrotu architekta sukcesów Metalista – oligarchy Jaroslawskiego.

Metal Charków to nowy twór stworzony przez Evgena Krasnikova, byłego dyrektora sportowego Metalista i prawej ręki Jaroslawskiego. To on stał za transferami Taisona, Cleitona Xaviera i Marlosa do klubu, który zasłynął z bardzo dobrych występów w Lidze Europy. Teraz jest właścicielem, trenerem i dyrektorem sportowym. „Podoba mi się ta robota. Ja znalazłem graczy, ja ich zakontraktowałem”.

Metal ma być matrycą, na której powoli będzie kształtował się stary Metalist. W ciągu kilku lat ma powrócić ojciec wielkiej piłki w Charkowie – Jaroslawski (główny cel) – a wraz z nim w niedalekiej przyszłości ma zostać przywrócona nazwa, historia, stadion i baza, a także sukcesy. Drugim celem jest natomiast stworzenie akademii na poziomie Dynama i Szachtara. Ta nie powstanie szybko, ale według mocarny planów za kilka lat może być nawet największa w kraju.

„Jarosławski nie daje nam teraz pieniędzy, ale odnosi się do mojego pomysłu pozytywnie. A to wielki plus, bo tylko on może przywrócić Metalista i wielki futbol do żywych. Rozmawiamy w każdy dzień”.

Media ukraińskie podały informację, że oligarcha ma 10-letni zakaz brania udziału w piłkarskich projektach. Nawet jeżeli to prawda, to ewentualna karencja kończy się w 2021.

Klub nie ma ani, bazy, ani stadionu. Będą grać na stadionie policji w parku. Naczelnik policji charkowskiej oblasti – Sukurenko – to fan piłki, a jego syn gra w piłkę. Treningi odbywają się na arenie innego byłego charkowskiego klubu – Heliosa (obecnie obiekt zwie się Nova Bavaria). Ciekawym ruchem wydaje się zatrudnienie Andrija Kolesnika, komentatora i blogera, którego popularność na Ukrainie można porównać do twórców Kanału Sportowego. Kolesnik będzie odpowiedzialny za komentowanie spotkań, a także klubowy marketing. Sam zainteresowany chciałby jednak zająć się skautingiem, ponieważ niedawno ukończył specjalny kurs przygotowujący go do pracy skauta.

Kadra zespołu wygląda ciekawie, a za wyniki zespołu odpowiada Kucher – była gwiazda reprezentacji Ukrainy, trenerem bramkarzy (a jakże-były reprezentant i gracz Spartaka Moskwa) Dykań, a funkcję kapitana zespołu pełni grający jeszcze w poprzednim miesiącu w Mariupolu, Fomin, który obiecuje, że nie zakończy kariery, dopóki klub nie zagra w najwyższej lidze. Oprócz Fomina występują również inni gracze z przeszłością w UPL, a także na jej zapleczu. Klub ma potencjał, by już dziś móc utrzymać się na poziomie UPL.

Metal został stworzony w trzy miesiące. Oczywiście nie powinni zaczynać od gry w II lidze, czyli na szczeblu centralnym, ale prawdopodobnie ktoś odsprzedał im licencję. Tylko kto? To duża rysa na wizerunku klubu.

Mieszkańców Charkowa cieszy, że Metal chce być przyszłością Metalista. Krasnikov ma plany, by grać w Lidze Europy już za cztery lata. Patrząc na finanse i chęci możliwe, że tak się stanie. Kwestią budzącą wątpliwości jest to, czy uda się przyciągnąć Jaroslawskiego i spełnić główny cel klubu oraz marzenie wszystkich Charkowian. Przyszłość Metalu jest zdecydowanie pewniejsza niż Metalista 1925. Problemami są jedynie nieścisłości związane ze sponsorami i licencją, ale przy euforii towarzyszącej powstaniu Metalu nikt nie zwraca na nie uwagi.

BUCKAROO BANZAI

Piazza del Calcio #14 Strażacy mistrzami Włoch

Spezia w sezonie 2020/21 po raz pierwszy zagra w rozgrywkach Serie A. W finale baraży, podopieczni Vincenzo Italiano ograli Frosinone prowadzone przez Alessandro Nestę i osiągnęli jeden z największych sukcesów w historii zespołu z Ligurii. Czemu nie największy? Gdyż wszyscy kibice tego klubu w niespełna 100-tysięcznym mieście na północy Włoch znają historię drużyny z 1944 roku.

W trakcie II wojny światowej na Półwyspie Apenińskim organizowano rozgrywki ligowe, odbywały się nawet mecze międzypaństwowe. Sytuacja zmieniła się jednak dopiero, gdy we Włoszech rozpoczęły się działania wojenne, a państwo de facto w większości stało się strefą okupowaną przez Niemcy.

W 1943 roku Włochy zostały podzielone na dwie części. Północą i centrum kraju zarządzała Włoska Republika Socjalna, państwo satelickie III Rzeszy, utworzone po upadku Królestwa i próbie obalenia Mussoliniego. Południe kraju kontrolowały siły alianckie, które po operacji Husky (czyli desancie na Sycylię) parły na północ i prowadziły walki z wojskami niemieckimi na linii Gustawa czy później na linii Gotów W obliczu takich okoliczności, rozegranie sezonu ligowego na terenie całego kraju było niemożliwe. Mecze rozgrywano w grupach, których zwycięzcy awansowali do kolejnych mniejszych bądź większych grup. Rozgrywki te były organizowane pod patronatem nowo powstałego marionetkowego włoskiego rządu, przez co udział w mistrzostwach brały tylko drużyny z północy i centrum. Między innymi przez to, ten sezon przeszedł do historii calcio jako Campionato Alta Italia, czyli mistrzostwa północnych Włoch. Miało to też swoje reperkusje w przyszłości, ale o tym później.

W mistrzostwach udział wzięły drużyny z Piemontu (m.in. Torino czy Juventus), Ligurii (Genoa), Lombardii (Inter – grający pod nazwą Ambrosiana, Milan, Atalanta czy Brescia), Wenecji Euganejskiej (Hellas Werona), Wenecji Julijskiej (Udinese), Emilii-Romanii (Parma czy Bologna) i Toskanii. Początkowo rozegrano również eliminacje w regionie Lacjum, których mistrzem okazało się Lazio, ale wyzwolenie Rzymu przez aliantów uniemożliwiło zespołowi ze stolicy Włoch wzięcie udziału w mistrzostwach organizowanych przez faszystów.

W grupie finałowej rozgrywek o tytuł walczyły trzy drużyny. Torino, Venezia i drużyna o dziwnie brzmiącej nazwie, Gruppo Sportivo 42º Corpo dei Vigili del Fuoco della Spezia. Co to za dziwny twór? Nazwa odnosiła się do oddziału strażackiego, z którego pochodzili piłkarze. W 1944 roku, klub Associazione Calcio Spezia formalnie nie istniał, a raczej jego działalność była zawieszona. Prezydent klubu, Coriolano Perioli był deportowany do obozu koncentracyjnego w Niemczech, dlatego sprawami organizacyjnymi zajął się były menadżer zespołu, Giacomo Semorile. Poprosił on miejscowych strażaków, aby połączyli siły z pozostałymi graczami Spezii i w ten sposób wystąpili w mistrzostwach. Umowa z komendantem miejscowej straży pożarnej zakładała powrót wszystkich graczy do macierzystego zespołu po zakończeniu konfliktu. Dzięki takiemu zabiegowi, wielu zawodników uniknęło obowiązkowej służby wojskowej, gdyż rozgrywki piłkarskie miały posłużyć za swego rodzaju wybieg propagandowy słabnących faszystów.

Strażacy z La Spezii przeszli przez fazy eliminacyjne jak burza, przegrywając po drodze zaledwie jeden mecz. Dziwny przebieg miało ich półfinałowe starcie z Bologną. Klub z regionu Emilia-Romania był wtedy u szczytu swojej chwały, w czasie prezydentury legendarnego Renato Dall’Ary zdobył aż cztery mistrzostwa kraju. Pierwszy mecz, rozegrany w Bolonii, został przerwany przez protesty miejscowych kibiców i piłkarzy po bramce na 1-0 dla Spezii. Po fakcie, wynik spotkania został skorygowany jako walkower dla gości. Do rewanżu miało dojść początkowo w La Spezii, ale po bombardowaniu miasta, mecz został przeniesiony do Carpi. Nie spotkało się to jednak z aprobatą prezydenta Bologni, a Rossoblu zostali ukarani drugim walkowerem.

Z dzisiejszego punktu widzenia warunki, w jakich musieli radzić sobie piłkarze były abstrakcyjne. Zawodnicy podróżowali jednym samochodem, (a tak właściwie starą cysterną) Fiatem 601 L, który został przerobiony, aby pomieścić więcej osób. Dzięki temu niektórzy musieli siedzieć na drewnianych deskach, narażeni na deszcz i wiatr. Do tego często zabierali ze sobą worki soli, które były używane do wymiany na żywność, gdyż w tamtym czasie inflacja sięgała nawet 300%.

Fazę finałową rozegrano na arenie w Mediolanie, przy niskiej frekwencji, gdyż potencjalni kibice bali się niespodziewanych niemieckich łapanek. Spezia w pierwszym meczu zremisowała z Venezią 1-1, co było dosyć zaskakującym wynikiem. W drugim spotkaniu strażacy musieli zmierzyć się z rodzącą legendą calcio, czyli Grande Torino, którym z ławki dyrygował Vittorio Pozzo, a na boisku grali m.in. Silvio Piola, Valentino Mazzola czy Franco Ossola. Zwycięstwo strażaków 2-1 zostało określone jako epickie, a wygrana Torino w ostatnim meczu z Venezią, zapewniła im triumf w całych rozgrywkach.

Jedną z tajemnic niespodziewanego sukcesu strażaków z La Spezii była osoba trenera. Ottavio Barbieri był legendą Genoi, w której spędził całą swoją piłkarską karierę. Pracował tam między innymi z Williamem Garbuttem, legendarnym angielskim szkoleniowcem Genoi. To właśnie praca trenerska Anglika była dla niego swego rodzaju drogowskazem i przykładem. Barbieri zastosował w Spezii tzw. mezzo-sistema, który rewolucjonizował świat taktyki poprzez wprowadzenie pozycji libero.

Tytuł z 1944 roku nie jest zaliczany Spezii jako pełnoprawne mistrzostwo Włoch. Już wówczas, włoska federacja przyznała drużynie z La Spezii jedynie tytuł wojennego mistrza Włoch, a drużyna Torino protestowała ze względu na niejasności proceduralne i bardzo utrudniony terminarz. Ponadto podnoszono argument, że jeden z piłkarzy Spezii miał być zdyskwalifikowany na jeden mecz, a nie odbył tego zawieszenia.

Na fakt nieważności tych rozgrywek składa się też wiele innych czynników. Mistrzostwa w 1944 roku nie były w żaden sposób kontynuatorem poprzednich rozgrywek, których mistrzowie są honorowani tytułem mistrza Włoch. Jak sama nazwa zwyczajowa wskazuje, mistrzostwa północnych Włoch nie były rozgrywkami ogólnokrajowymi i miały zdecydowanie bardziej regionalny charakter. Do tego organizatorem rozgrywek było marionetkowe włoskie państwowe pod pełną niemiecką kontrolą, co również niejako umniejsza znaczenia tym mistrzostwom.

W 2002 roku włoska federacja uznała tytuł z 1944 roku za honorowe mistrzostwo Włoch. Spezia Calcio nie może więc pełnoprawnie tytułować się zdobywcą scudetto. Klub otrzymał jednak pozwolenie od włoskiego związku piłkarskiego, aby upamiętnić ten sukces trójkolorową odznaką (owalną, inną niż za zwycięstwo w Serie A czy Coppa Italia) na koszulkach piłkarzy.

Niecały rok temu, działacze Spezii wciąż postulowali o ponowne rozpatrzenie sytuacji z 1944 roku, podnosząc jako przykład walkę Lazio o przyznanie mistrzostwa Włoch za rok 1915. Trzeba jednak przyznać, że podstawy rzymian w walce o wojenne mistrzostwo są mocniejsze niż ludzi związanych z zespołem z Ligurii. Władze klubu powinny się chyba jednak skupić dzisiaj na rzeczywistości, którą będzie zażarta walka kopciuszka o utrzymanie w najwyższej włoskiej klasie rozgrywkowej.


KRZYSZTOF PIERŚCIŃSKI

Gotowi! Do startu! Start! Klopp vs Guardiola? A może ktoś inny?


Premier League za pasem! Już jutro będziemy mogli emocjonować się startem najlepszej ligi świata.
Kto tym razem sięgnie po tytuł?

Dwa ostatnie sezony to istne starcie duetu tytanów, dla których reszta zespołów była zaledwie
wyblakłym tłem.

Rozgrywki 2018/2019 zakończyły się triumfem Manchesteru City oraz drugim miejscem Liverpoolu.
Oba zespoły zbliżyły się do magicznej granicy 100 punktów (kolejno 98 i 97 oczek). Jeśli weźmiemy
pod uwagę, że trzecia Chelsea, na finiszu rozgrywek traciła aż 25 punktów do Wicemistrza Anglii, to
mamy jasny obraz totalnej dominacji The Citizens i The Reds.

Sezon później sytuacja była inna. Ale tylko trochę. Tym razem Liverpool mógł cieszyć się z tytułu. City
skończyło za nim. I choć tylko pierwszy z zespołów znów zakręcił się w okolicy 100 punktów
(dokładnie 99), to dość szybko stało się jasnym, że jedynie zespół Guardioli może dotrzymać kroku
ekipie Kloppa. To znów był wyścig dwóch prędkości. Tyle że akurat w tym wypadku jeden z bolidów,
w którymś momencie wypadł z toru. A reszta? Nawet nie próbowała zbliżyć się do narzuconego
tempa.

Czy w tym sezonie będziemy mieli powtórkę z rozrywki? Śmiem wątpić. Obserwując działania
„Obywateli” i „Czerwonych” mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z pewnym nasyceniem i
samozadowoleniem. Zarówno jeden, jak i drugi zespół, nie zrobił, póki co nic, co mogłoby sprawić, że
będziemy uważali go za silniejszy niż dotychczas.

I tak Manchester City wciąż nie znalazł następcy Kompany’ego, przez co ich skład jawi się jako kolos
na glinianych nogach. Liverpool zaś, nie wzmocnił się nikim, kto z miejsca podniósłby jakość zespołu.
Oczywiście, obie drużyny to wciąż giganci, którzy mają na wielu pozycjach piłkarzy klasy światowej.
Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że największe problemy tych zespołów, na razie nie zostały
rozwiązane.

To, że drużyna Guardioli traci zbyt dużo głupich bramek to oczywistość. Czy sprowadzony za 50
milionów funtów Nathan Ake to ktoś, kto może zmienić ten trend? Nie sądzę. Po pierwsze Holender
nie jest obrońcą w typie lidera, a takiego właśnie na Etihad zdaje się brakować. Po drugie, to piłkarz
lewonożny, podobnie jak obecnie najlepszy defensor City – Aymeric Laporte. Czy Hiszpan będzie w
stanie stawiać na obu równocześnie i czy może poprawić to grę całego bloku obronnego? Biorąc pod
uwagę grę czwórką z tyłu, wydaje się to mało realne.

Jeśli zaś chodzi o Liverpool, to już w sezonie 2018/2019 dało się zauważyć, że w drugiej linii brakuje
piłkarza, który potrafiłby wznieść zespół na wyższy poziom. Oczywiście, za liczby w tym klubie
odpowiada głównie ofensywne trio (Salah-Firmino-Mane) oraz boczni obrońcy (Alexander Arnold i
Robertson), ale na przestrzeni dwóch ostatnich sezonów mieliśmy sporo momentów, w których
zespołowi Kloppa brakowało kreatywności w drugiej linii. Receptą ma być Thiago Alcantara i
kierunek ten wydaje się być dobry. Póki co Hiszpan wciąż jest jednak zawodnikiem Bayernu. Saga z
Wernerem pokazała, że transfery na Anfield wiążą się ze sporymi trudnościami, więc kto wie jak
będzie w tym wypadku?

Po drugiej stronie mamy:
Chelsea, która po trudnym sezonie bez transferów, zdążyła już sprowadzić do klubu Ziyecha,
Havertza, Thiago Silvę, Chilwella oraz wyżej wspomnianego Wernera. Lampard po ustabilizowaniu
sytuacji klubu wybrał się wraz z Abramowiczem na zakupy, dzięki czemu jego zespół wygląda teraz na
twór niemal kompletny. Fani The Blues zacierają ręce.

Manchester United, który odżył po przyjściu Bruno Fernandesa, zakupił Donny’ego van de Beeka i
może liczyć na jeszcze lepszy sezon takich piłkarzy jak będący na fali wznoszącej Rashford, Martial czy
Greenwood. Na Old Trafford wreszcie widzimy namacalny kierunek, który może sprawić, że zespół
prędzej czy później nawiąże do – nie tak dawnych – tradycji.

Arsenal, który harmonijnie rozwija się pod okiem Artety i udowodnił już, że jest w stanie wygrywać z
najlepszymi (półfinał FA Cup z City, oraz Tarcza Wspólnoty z Liverpoolem). Kiedy patrzę na grę The
Gunners, zastanawiam się, czy nie jest to najlepiej poukładana taktycznie drużyna w Anglii. A może
być tylko lepiej.

Tottenham, który sezon przejściowy zdaje się mieć za sobą i który również nie próżnuje na
transferowym rynku (zakup Doherty’ego). A przecież stojący u sterów Mourinho to trener, który
zawsze musi wrzucić coś do gabloty. O triumf w PL go nie podejrzewam, ale o stawienia czoła
najlepszym w pojedynczych spotkaniach już tak.

Nie wolno nam też zapomnieć o grupie ambitnych i wciąż robiących progres zespołów jak Leicester,
Southampton, Wolves czy Everton
.

Tak więc wydaje mi się, że tym razem liga będzie silniejsza jako całość, a sezon ciekawszy.
Konkurencja nie śpi, a chwilowa drzemka potentatów może zamienić się w noc pełną koszmarów. A
może zdążą się z niej w porę wybudzić?

Oczywiście, Liverpool i City to wciąż faworyci w walce o tytuł. Tym razem jednak droga będzie
zdecydowanie bardziej kręta. A co więcej, ich rywale mają szansę poruszać się po niej z równie
zawrotną prędkością, co wyżej wspomniani pretendenci.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Nowe oblicze Valencii

Sezon 2020/21 to jedna wielka niewiadoma i na ten moment Javi Gracia ma do dyspozycji jeden wielki plac budowy. Jakie transfery poczynili? Jaki pomysł na drużynę ma Gracia? Jak przebiegały sparingi? Co sądzą kibice Valencii?

Javi Gracia podjął się trudnej misji zbudowania silnej Valencii w mocno okrojonym składzie. Anil Murphy zapytany o to, czy ktoś jeszcze zawita na Mestalla przed startem ligi, odpowiedział tylko, że ma taką nadzieję. Nie powiało optymizmem, więc Gracii pozostaje sprawdzenie graczy, którzy wrócili z wypożyczeń. W sparingach nieźle prezentował się Jason, grając na jednej stronie z Danielem Wassem. Kilka lat temu piłkarz pochodzący z Hiszpanii zapowiadał się na świetnego gracza, ale jego kariera nigdy nie przyspieszyła. Ostatni rok spędził na wypożyczeniu w Getafe, pojawiając się na boiskach LaLiga w 20 spotkaniach, w których zdobył jedną bramkę i dołożył 4 asysty.

Niestety większość przygotowań stracił Carlos Soler, który jest piłkarzem dość uniwersalnym i w zależności od systemu może zagrać zarówno w środku pola, jak i na boku pomocy. Javi Gracia mocno wierzy w Kang-Ina, którego gwiazda w Valencii nadal nie rozbłysła pełnym blaskiem. Choć już kilka razy pokazał, że musi pracować nad swoim charakterem, to pod względem umiejętności należy upatrywać w nim przyszłą gwiazdę. Nowy trener Valencii podczas spotkań przedsezonowych szukał dla niego właściwej pozycji. Testował go między innymi w ustawieniu tuż za Maxim Gomezem. Gracia stara się dać do zrozumienia Koreańczykowi, że bardzo na niego liczy. Kang-In w spotkaniu przeciwko Levante założył opaskę kapitana, ale trzeba mieć na uwadze, to że Valencia przystąpiła do tego meczu z jedenastką, której średnia wieku nieznacznie przekraczała 20 lat.

TRANSFERY? GŁÓWNIE WYCHODZĄCE

Od dłuższego czasu w Valencia jest symbolem nieudolnego zarządzania, które sprawia, że klub popada w przeciętność. Alvaro Negredo – były piłkarz Valencii – w programie El Transistor przyznał wprost, że problemy klubu wynikają z niewłaściwego zarządzania klubem. Podobnego zdania jest Rodrigo, który przed meczem reprezentacji Hiszpanii stwierdził, że choć jest wdzięczny Valencii, to wieczne zmiany, które miały miejsce w tym klubie męczą zawodników.

Anil Murphy przyznał, że najlepiej byłoby pozyskać nowych zawodników tak szybko, jak to możliwe, ale w czasach niepewnej sytuacji ekonomicznej nie jest to łatwe. Tradycyjnie poprosił kibiców Valencii o cierpliwość – od dłuższego czasu ulubione słowo tego działacza – oraz podkreślił, że na rynku transferowym wciąż jest wielu piłkarzy w zasięgu klubu, którzy są zainteresowani grą na Mestalla.

O tym, że w klubie nie ma już Parejo i Ferrana Torresa nie ma sensu się rozpisywać. Obaj skonfliktowani ze sobą gracze opuścili klub, a to dowodzi temu, że ktoś długo zamiatał sprawę pod dywan, a potem sytuacja wymknęła się spod kontroli.

ŚRODKOWY POMOCNIK OD ZARAZ

Klub opuścił również Francis Coquelin, ale coraz częściej przewijają się informacje o możliwym odejściu Geoffreya Kondogbii, które oznaczałoby całkowity demontaż środka pola Valencii.

Klub z Mestalla był bliski wypożyczenia Yangela Herrery z Manchesteru City. Piłkarz zaliczył niezły sezon w Granadzie, a wielkim entuzjastą talentu Herrery jest jego były klubowy kolega David Villa – razem występowali w MLS – bardzo chwalił Wenezuelczyka i uważa, że może stać się graczem topowym. Negocjacje trwały bardzo długo, a krzyż na transferze postawiły kwestie formalne. W kadrze Valencii znajduje się już trójka graczy spoza UE – Gabriel (nadal czeka na hiszpańskie obywatelstwo), Maxi Gomez i Kang-In Lee. Podobno nadal możliwe jest wypożyczenie Matteo Guendouziego, ale czy ostatecznie do niego dojdzie?

POTRZEBA DOŚWIADCZONEGO STOPERA

Jedynym pewniakiem na ten moment wydaje się Gabriel Paulista, który był najsolidniejszym piłkarzem bloku obronnego Los Ches w poprzednim sezonie. Choć Eliaquim Mangala zdaniem wielu był już jedną nogą poza klubem, to Gracia postanowił dać mu szansę i dziś jego sytuacja wydaje się zdecydowanie lepsza, choć nie popisał się przy straconej bramce w sparingu przeciwko Villarreal. A co z Hugo Guilamonem? Nadal brakuje mu doświadczenia i wciąż nie wiadomo, co dalej z młodym obrońcą, ponieważ zdaniem hiszpańskich mediów trener oczekuje transferu Germana Pezzelli z Fiorentiny, który nie tak dawno występował na boiskach LaLiga w barwach Realu Betis. Pezzella jest obecnie kapitanem zespołu z Florencji, a jego klub oczekuje ofert na poziomie 15-20 milionów euro.

Przez moment Valencia była zainteresowana Diogo Leite z FC Porto, ale takiemu ruchowi sprzeciwił się Javi Gracia, ponieważ nie chce kolejnego niedoświadczonego piłkarza. Wszystko sprowadza się do tego, że w przypadku pojawienia się w klubie Pezzelli lub innego doświadczonego gracza, Valencia prawdopodobnie wypożyczy Hugo Guilamona do innego zespołu. Swoją drogą kilka miesięcy temu rozbawiły mnie doniesienia mówiące, że Guilamon prawdopodobnie zostanie odstrzelony z powodu niskiego wzrostu. Cóż. Chyba pion sportowy Valencii nigdy nie widział w akcji Roberto Ayali, który pomimo 176 cm wzrostu przez pewien czas należał do ścisłej czołówki defensorów.

PRZYDA SIĘ NASTĘPCA RODRIGO

Kolejny trudny do ugryzienia temat zważywszy na podejście władz Valencii, którym nie w smak płacenia za nowych zawodników. Chęć gry na Mestalla wyraził Borja Mayoral, ale Real Madryt nie ma zamiaru przyjmować ofert niższych niż 15 milionów euro. Nie można dziwić się drużynie mistrza Hiszpanii, ponieważ Lazio oraz Marsylia są gotowe sprostać ich oczekiwaniom. Mayoral ostatnie dwa sezony spędził w innym klubie z Walencji – Levante – i bardzo spodobało mu się życie w tym mieście. Poprzedni sezon był na ten moment jego najlepszym, ponieważ strzelił 8 bramek w LaLiga, ale nadal nie jest to wynik imponujący.

JAK MA GRAĆ DRUŻYNA GRACII?

Wyniki sparingów

Valencia 1:0 Castellon
Manu Vallejo

Valencia 2:1 Villarreal
Maxi Gomez x2 – Samu Chukwueze

Levante 0:0 Valencia

Valencia 3:1 Cartagena
Kang-In x2 oraz Jason – Gil

Jednym ze słów najczęściej powtarzanych przez piłkarzy oraz trenera Valencii jest intensywność. Takie podejście odpowiada szczególnie Danielowi Wassowi, który świetnie odnajduje się w drużynach, w których należy ciężko harować dla dobra zespołu.

Ponadto w wywiadzie dla klubowych pochwalił trenera za jego metody treningowe:

„Ma dobre pomysły, chce, żebyśmy grali z wielką intensywnością i to jest dla nas dobre. Tak właśnie trenujemy i bardzo mi to odpowiada (…) Trenowaliśmy od ponad dwóch tygodni z nowym sztabem trenerskim i czuję się bardzo dobrze, wszyscy są bardzo zadowoleni z treningów”.

Powracający z wypożyczenia do Osasuny, Toni Lato dodał, że piłkarze szybko polubili trenera i dadzą z siebie wszystko od samego początku. Kondogbia wspomniał o tym, że trener stara się dawać piłkarzom wiele prostych instrukcji, które szybko i łatwo mogą wcielić w życie. Nadal ciężko powiedzieć, w jakim ustawieniu wyjdzie Valencia na pierwsze spotkanie. W sparingach testowano m.in. systemy 4-4-2, 3-5-2 oraz 4-2-3-1.

STRAJK KIBICÓW

Manos LIMpias, czyli czyste ręce. Tak mianowano strajk kibiców Nietoperzy. Musicie przyznać, że jest to świetna gra słów. Zasadniczo wszystko sprowadza się do pogonienia z klubu właściciela, który delikatnie rzecz ujmując, ma w nosie zdanie fanów Los Ches. Z pewnością w poprawie PR-u nie pomogła Limowi jego córka, zamieszczając kilka miesięcy temu wpis o następującej treści:

„Niektórzy kibice tego klubu obrażają i przeklinają moją rodzinę. Czego oni nie rozumieją? To nasz klub i będziemy robić, co tylko chcemy i nikt nie ma prawa nic powiedzieć”.

Jak sami widzicie Lim i jego otoczenie, zamiast szukać kompromisu, cały czas dolewa benzyny do pożaru, który sam wznieca. Nie dziwi zatem, że fani stale bojkotują właściciela i powoli normą staje się stawianie zniczy w okolicach stadionu, co ma symbolizować powolną śmierć klubu wynikającą z postępowania właściciela.

Temat stadionu jest kolejną kością niezgody, ale już nie tylko pomiędzy kibicami a właścicielem, ale również władzami miasta. Lim zobowiązał się do ukończenia budowy Nou Mestalla, którego szkielet od kilku lat niszczeje. By doszło do remontu i oddania nowego stadionu, Lim musi sprzedać grunty, na których znajduje się obecny stadion Valencii, ale odrzuca każdą ofertę, uważając, że znacząco odbiegają od rzeczywistej wartości gruntów. Maksymalny termin oddania Nou Mestalla wyznaczony przez Radę Miasta w ramach Strategii Rozwoju Regionalnego przypada na 2025. Bez pieniędzy ze sprzedaży gruntów obecnego stadionu nie zostanie dokończony nowy, bo na jego remont potrzeba ok. 115 milionów euro.

Nadchodzący sezon będzie bardzo wymagający zwłaszcza dla fanów Los Ches. Klub znajduje się w podobnej kondycji do nowego stadionu. Za każdym razem, gdy może nam się wydawać, że w klub zaczyna zmierzać w dobrą stronę, to za moment przekonujemy się, że to tylko fałszywy alarm, bo przed nadal widnieje tylko betonowy szkielet. Moim zdaniem w obecnym kształcie sukcesem Valencii będzie znalezienie się w pierwszej szóstce na koniec sezonu 2020/21. Nie mam przekonania, że to już końcówka kłopotów tego zasłużonego klubu, ale bardzo bym chciał, by nietoperze nawiązali do sukcesów, które odnosił na Mestalla Rafa Benitez.

PAWEŁ OŻÓG

Bochniewicz w Heerenveen? Zapytaliśmy Mariusza Mońskiego o opinię.

Zdaniem dziennikarza „Super Expressu” Piotra Koźmińskiego transfer Pawła Bochniewicza do Heerenveen jest już na ostatniej prostej. Klub z Holandii zapłaci za piłkarza lidera Ekstraklasy ok. 1,3 mln euro. Nasz redakcyjny kolega Paweł Ożóg postanowił zapytać Mariusza Mońskiego, świetnie znającego realia holenderskiej piłki o opinię na temat transferu środkowego obrońcy.

Czytaj dalej „Bochniewicz w Heerenveen? Zapytaliśmy Mariusza Mońskiego o opinię.”

Co słychać w Realu Madryt?

Zwykle przed startem sezonu LaLiga na Estadio Santiago Bernabeu aż wrze. Tym razem jest znacznie spokojniej, ale nie znaczy to, że nie ma kwestii wartych poruszenia, które w natłoku informacji mogły przejść niezauważone. Dlaczego odwołano sparing? Kto opuścił Real? Co dalej z Ramosem? Jak było z van de Beekiem?

MADRYCKIE PORZĄDKI

Real przyzwyczaił do tego, że przed startem sezonu dokonuje kilku wzmocnień, a dopiero w dalszej kolejności pozbywa się zawodników niepasujących do koncepcji budowania zespołu. Tym razem Real zdecydował się na gromadzenie oszczędności, sprzedając niepotrzebnych lub mniej znaczących graczy za 150 milionów euro. Spora część tej kwoty została już zapewniona dzięki porozumieniom z innymi zespołami.

Z Realu odeszli:
James (25 mln euro do Evertonu),
Hakimi (40 mln euro do Interu),
Oscar (15 mln euro do Sevilli – 75% praw),
Javi Sáncheza (2,5 miliona do Valladolid),
De Frutos (2,5 miliona do Levante – 50% praw),
Dani Gómez (2,5 miliona do Levante – 50% praw).

Pozostaje do rozwiązania kwestia przyszłości czterech innych zawodników.

  1. Jak bumerang powraca temat Garetha Bale’a. Jak wiadomo, jego zarobki są astronomiczne w stosunku do tego, co pokazuje na boisku, a właściwie już nawet nie pokazuje. Dodajmy do tego fakt, że Walijczyk ostatnią bramkę dla Los Blancos zdobył rok temu, a jego podejście odbiega znacząco od reżimu, do którego przyzwyczaił Cristiano Ronaldo. Prawdopodobnie jutro dojdzie do spotkania Walijczyka z Zizou.
  2. Skomplikowana wydaje się kwestia Borjy Mayorala, który ostatnie dwa lata spędził na wypożyczeniu w Levante. Władze Realu były blisko porozumienia z Lazio, ale sam zawodnik widziałby siebie w Valencii, którą kilka dni temu opuścił Rodrigo Moreno.
  3. W nieco innym położeniu jest Sergio Reguilón, który rozegrał sezon życia, ale Zinedine Zidane nigdy nie był wielkim entuzjastą jego talentu. Władze klubu dostrzegają w lewym obrońcy olbrzymi potencjał, ale zainteresowanie graczem ze strony innych zespołów jest ogromne. Szczerze mówiąc, jestem wielkim fanem talentu Reguilona i chciałbym zobaczyć go w zespole, w którym nie będzie żadnego znaku zapytania przy jego nazwisku.
  4. Ostatnim zawodnikiem, o którym należy wspomnieć jest Mariano. Zidane nie widzi dla niego miejsca w składzie, a sam klub chętnie pozbył się z listy płac pensji byłego gracza OL (4,5 miliona euro rocznie + kontrakt do 2023). Real doszedł już nawet do porozumienia z Benficą, ale sam gracz stwierdził, że nie zamierza odchodzić z klubu. Na ten moment nie ma podstaw, by sądzić, że Mariano będzie dostawał swoje szanse, choć on sam jest na tyle pewny swoich umiejętności, że chce podjąć walkę o miejsce w składzie. Karim Benzema będzie nadal pierwszym wyborem trenera, a rolę rezerwowego napastnika w układance Zizou ma pełnić Luka Jovic, więc sytuacja Mariano nie będzie najciekawsza.

OPÓŹNIONY START SEZONU

Już w ten weekend rusza LaLiga, ale Real Madryt rozpocznie rozgrywki ligowe tydzień później, podejmując na Anoeta Real Sociedad (20 września, godz. 21). LaLiga zrobiła ukłon w stronę klubów, które po zakończeniu ligi mierzyły się w europejskich pucharach i każdy z tych zespołów rozpocznie zmagania od drugiej kolejki, a spotkania pierwszej serii spotkań rozegrają w terminie późniejszym. Spotkanie Realu Madryt z Getafe zostało przełożone na 2021.

Wczoraj Królewscy mieli rozegrać sparing z Rayo Vallecano, ale ostatecznie do niego nie doszło. Marca przekazała informacje o tym, że prawdopodobnie jeden z piłkarzy „Vallecas” mógł zostać zarażony koronawirusem i wciąż nie otrzymał wyniku testu. Kluby doszły stwierdziły, że w takich okolicznościach nie ma sensu podejmować ryzyka.

W związku z zamieszaniem Zidane dał graczom dwa dni wolnego, a najbliższy mecz towarzyski Real rozegra 15 września. Rywalem będzie Getafe.

Ze względu na powołania wielu piłkarzy dopiero powróci do Valdebebas. Są to między innymi: Sergio Ramos, Carvajal, Asensio, Reguilón, Courtois, Hazard, Kroos, Bale, Jovic, Varane, Mendy i Lunin.

SERGIO RAMOS USPOKAJA

Real Madryt od jakiegoś czasu prowadzi bardzo zachowawczą politykę przedłużania umów z piłkarzami po trzydziestce. Władze Realu w kilku ostatnich okienkach zabezpieczały przyszłość Los Blancos, sprowadzając młodych piłkarzy, którzy w perspektywie czasu będą stanowić o sile klubu.

Zwykle starsi zawodnicy otrzymują propozycję przedłużenia kontraktu o zaledwie rok. Jednak są piłkarze będący symbolami klubu, którzy zasługują na specjalne traktowanie i otrzymanie preferencyjnych warunków.

Wielu fanów Realu niepokoił fakt, że umowa Sergio Ramosa kończy się w czerwcu 2021. Piłkarz nie krył się z tym, że oczekiwał przynajmniej dwuletniej umowy, zważywszy na swój dorobek i olbrzymi wpływ na zespół. Klub nieco mniej entuzjastycznie podchodził do tematu, ale wszystko wskazuje na to, że obie strony dojdą do porozumienia.

„Jestem w Realu Madryt od wielu lat i nigdy nie myślałem o opuszczeniu zespołu. Jeśli będziemy musieli dojść do porozumienia, nie będzie problemu, teraz skupiam się na grze i chcę mieć dobry sezon z moim klubem i drużyną narodową” – stwierdził sam zainteresowany.

PRZYSZŁOŚĆ LUKI MODRICIA

Luka Modrić, który dziś świętuje 35 urodziny, odniósł się do swojej przyszłości na Estadio Santiago Bernabeu:

„W moim wieku nie masz już wielkich planów. Został mi jeden sezon i chcę dać z siebie wszystko, żeby coś wygrać. Byłoby wspaniale zakończyć karierę w Realu Madryt, ale to nie moja decyzja, tylko Realu Madryt (…) Chcę pokazać, że potrafię nadal grać na wysokim poziomie i jeśli nie będę mógł grać w Madrycie, przyjrzę się innym opcjom”.

Dopytywano go również o jego przyszłość w reprezentacji i udział w nadchodzących wielkich turniejach:

„Nie mogę jeszcze nic powiedzieć o mundialu. Mistrzostwa Europy tak, ale Katar? Zobaczymy”.

SAGA Z VAN DE BEEKIEM WYJAŚNIONA

W poprzednim roku pojawiało się mnóstwo informacji odnoszących się do niedoszłego transferu van de Beeka i wszystko wskazuję na to, że do podpisania umowy zabrakło niewiele. W tej sprawie głos zabrał sam piłkarz:

„Wszystko zostało uzgodnione z Realem Madryt i kluby również się dogadały, ale z jakiegoś powodu transfer nie doszedł do skutku. Zawodnicy, którzy mieli opuścić drużynę, zostali, a Real Madryt się wycofał”.

Powyższa wypowiedź pochodzi De Telegraaf. Nie mając wiedzy insiderskiej, ciężko stwierdzić jednoznacznie, co zadecydowało o fiasko negocjacji. W tym okresie hiszpańska prasa sugerowała, że Zidanowi bardzo zależało na sprowadzeniu swojego rodaka Paula Pogby, ale Francuz ostatecznie pozostał na Old Trafford, a w międzyczasie z bardzo dobrej strony pokazał się Fede Valverde.

ZIDANE DOCENIONY PRZEZ SWOICH GRACZY

Nie każdy w Polsce zdaję sobie sprawę, że w Hiszpanii każde najdrobniejsze niepowodzenie Francuza daje pożywkę do deprecjonowania jego warsztatu trenerskiego. Doświadczeni piłkarze Realu w ostatnim czasie zadbali o ocieplenie wizerunku Zinedine’a Zidane’a.

Luka Modric:

„Doskonale rozumie zawodników i jest jednym z najlepszych trenerów, to na pewno. Niektórzy wciąż mówią, że ma szczęście… To, co z nim osiągnęliśmy, było niewyobrażalne. Nie otrzymuje uznania, na jakie zasługuje, ale tego nie potrzebuje. Jego wyniki mówią za niego ”.

Toni Kroos:

„Pomaga to, że sam był świetnym graczem. Dokładnie wie, co motywuje i co to znaczy być graczem Realu Madryt. Doskonale wykorzystuje tę wiedzę (…) Jest niesamowicie dobry w zarządzaniu grupą gwiazd. Stale obserwuje graczy, angażuje ich i ma wszystko wokół Realu pod kontrolą. Ma bardzo dobry trenerski warsztat. To najlepszy trener, o jakiego można prosić”.

*

Jak sami widzicie w Realu jest dość spokojnie. Ma na to wpływ również fakt, że FC Barcelona przeżywa swoje problemy i nie wywiera znaczącego nacisku na Królewskich. Gdyby nagle Barcelona dokonała kilku wzmocnień z prawdziwego zdarzenia możliwe, że Real również otworzyłby sejf i zdecydował się na gwałtowne ruchy. Sytuacja na świecie sprawia, że kluby funkcjonują w nowej dla siebie rzeczywistości, w czasach niepewności, w których ryzyko nie jest wskazane. Florentino Perez, uzupełniając skład o wielkie talenty, zadbał o to, by klub nie miał stałej potrzeby porywania się na transfery o wartości powyżej 80 milionów euro.

PAWEŁ OŻÓG

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑