Mikel Arteta dokonał rzeczy historycznej, zdobywając mistrzostwo Anglii, ponieważ kibice z północnego Londynu czekali na to aż 22 lat. Dość powiedzieć, że młodsi fani pewnie jedynie czytali o „The Invincibles”. Porażka w finale Ligi Mistrzów w rzutach karnych sprawia, że finisz jest rozczarowujący, ale i tak nikt w Arsenalu nie może narzekać. Bask udowodnił, że ewolucja, którą przeszedł od 2019 roku, była w dużej mierze opłacalna.
Triumf Arsenalu w walce o mistrzostwo Anglii został naznaczony pragmatyzmem. Zespół, który przez lata kojarzył się z atrakcyjnym stylem gry, tym razem, mimo posiadania w kadrze graczy kreatywnych, postawił na maksymalną wydajność kosztem wrażeń artystycznych. I to był przepis na sukces w Premier League. Biorąc pod uwagę przebieg tej edycji Ligi Mistrzów, Arsenal miał sporo piłkarskich argumentów, by pokonać także paryski gwiazdozbiór. Piłkarze Mikela Artety przystępowali do decydującego starcia jako zespół niepokonany, mogący pochwalić się imponującym bilansem 11 wygranych i trzech remisów. Stabilizację formy „Kanonierów” najlepiej oddawał bilans bramkowy (29 strzelonych goli przy zaledwie sześciu straconych) oraz fakt, że ich bramkarz, David Raya, aż dziewięciokrotnie zachował czyste konto. Statystyki te potwierdzają, że Londyńczycy osiągnęli pełną dojrzałość taktyczną. Mecz w Budapeszcie zaczął się od wstrząsu dla PSG, czyli gola Kaia Havertza (drugiego strzelonego przez Niemca w finale LM, po raz kolejny też napoczął właśnie Paryżan).
Po zdobyciu bramki już w pierwszych fragmentach rywalizacji Arsenal przeszedł do głębokiej defensywy, a gracze Luisa Enrique nie byli w stanie przebić się przez te zasieki. Perfekcja jeśli chodzi o grę w obronie, praca skrzydłowych wspomagających bocznych obrońców – to było godne uznania. Jednak druga połowa zaczęła się od naporu Paryżan, którzy nabrali wiatru w żagle. W końcu, po około 20. minutach, Chwicza Kwaracchelia wywalczył rzut karny, którego na gola zamienił Ousmane Dembélé. Prawda jest taka, że PSG przeważało, Arsenal przy wyniku 1:1 musiał się otworzyć, co skutkowało kontrami rywali. Chociażby rezerwowy Bradley Barcola był bardzo aktywny i niebezpieczny. Ostatecznie jednak kolejne gole nie padły w podstawowych 90. minutach i w dogrywce. Seria rzutów karnych zakończyła się po pudle Gabriela. Triumfowali Francuzi. Aż chciałoby się powiedzieć „Football bloody hell”, ponieważ antybohaterem został piłkarz, który przez większą część sezonu był liderem obrony, niezwykle ważnym ogniwem w układance Mikela Artety. Tak czy inaczej, mimo porażki Arsenalu, budapesztański finał stanowi asumpt, by przeanalizować to, jak Mikel Arteta zaczął rzucać wyzwanie największym potęgom w europejskiej piłce.
Warsztat trenerski Artety to fascynująca synteza unikalnych doświadczeń. Ukształtowany w młodości w specyficznym regionie, prowincji Gipuzkoa w Kraju Basków, zyskał fundamenty, które definiują jego charakter.
Zagłębie trenerów
Jak zauważa w rozmowie z Futbolową Rebelią ekspert od angielskiej i francuskiej piłki, autor reportażu o fenomenie baskijskich trenerów, Paweł Grabowski, obecny szkoleniowiec Arsenalu został ukształtowany w niezwykłym miejscu
– Ten region mocno naznacza ludzi stamtąd pochodzących. Warto zwrócić uwagę na ich otwartość i niesamowitą kulturę piłki. W baskijskiej mentalności istotny jest wysiłek. O ile generalnie o Hiszpanach zwykło się mawiać, że są bardzo wyluzowani, to Baskowie mają nieco inną naturę, ponieważ wyróżniają się także ogromną dyscypliną. Poniekąd jest to taki niemiecki sznyt i to naprawdę pomaga w futbolu – podkreśla nasz rozmówca.
Arteta jest jednym z kilku trenerów, którzy rozsławiają Gipuzkoę. Zanim on wzniósł puchar po triumfie w Lidze Mistrzów, w Stambule po raz piąty w karierze zwycięstwo w finale Ligi Europy odniósł Unai Emery, obecnie menedżer Aston Villi. Z kolei Andoi Iraola wszedł przebojem do Premier League. Wprowadził przeciętne przez lata Bournemouth do europejskich pucharów i wypromował kilku piłkarzy, na czym klub z angielskiego wybrzeża mógł zarobić spore pieniądze. Za to Xabi Alonso ma w przyszłym sezonie uporządkować permanentnie rozchwianą Chelsea. Dzięki nim wszystkim Gipuzkoa zdobyła już uznanie w europejskim futbolu.
Lekcje obieżyświata
Ten baskijski fundament, na którym przez lata opiera się kariera Mikela Artety, był przez niego wzbogacany o kolejne doświadczenia wynoszone z nowych lig, w których próbował swoich sił jako piłkarz, a później również trener. Za młodu trafił do barcelońskiej szkółki La Masia, gdzie podziwiał umiejętności Michaela Laudrupa, Pepa Guardioli, Romario, Ronalda Koemana, Christo Stoiczkowa i Ronaldo Nazario.
Jednak w stolicy Katalonii nie zrobił wielkiej kariery. Przeniósł się więc do… Paryża, gdzie był klubowym kolegą Ronaldinho. Czasy pełne beztroski zapamięta na długo, ale kolejnym rozdziałem w jego karierze była gra na Wyspach Brytyjskich. Najpierw w Szkocji, w Rangersach, a potem w Anglii, gdzie zaliczył sportowy awans. Lata spędzone w Evertonie i Arsenalu miały na niego przemożny wpływ.
Jako ważne ogniwo w ekipie „Kanonierów” miał do czynienia z filozofią gry Arsène’a Wengera. Już wtedy uchodził za wnikliwego analityka futbolu. To nie był przypadek, że inny piłkarski maniak, Pep Guardiola, swego czasu powierzył mu funkcję asystenta w Manchesterze City. Jak przyznawał sam Guardiola, Arteta był dla niego ogromną inspiracją. Potrafił idealnie rozpracować systemy obronne rywali z Premier League i wskazywał precyzyjne rozwiązania taktyczne, które decydowały o tytułach dla „The Citizens”. Bask również poświęcił wiele ciepłych słów Katalończykowi.
Dzisiejszy Arsenal funkcjonuje inaczej niż w poprzednich latach, gdy nie potrafił łączyć efektownej gry ze zdobywaniem trofeów. Tegoroczne pasmo sukcesów „The Gunners” opiera się na żelaznej defensywie. Zespół Artety stał się do bólu pragmatyczny i ułożony. Paweł Grabowski podkreśla tę zmianę filozofii:
– W pewnym momencie nastąpiła ewolucja i Arteta sam doszedł do wniosku, że musi postawić na pragmatyzm, ponieważ zmagania w Premier League i Lidze Mistrzów są tak wyczerpujące, że nie można cały czas dociskać gazu do dechy. Owszem, ten zespół jest nudniejszy do oglądania niż w poprzednich latach, ale zarazem jest bardziej spójny i kompaktowy. W piłce nie wygrywa ten, kto gra najładniej, tylko ten, kto tworzy najlepszy zespół – zaznacza rozmówca Futbolowej Rebelii.
Największa broń
Absolutną dominację w zarządzaniu meczem potwierdza niebywała statystyka, którą przytaczano przed finałem Champions League. Otóż w całych rozgrywkach Ligi Mistrzów Arsenal przegrywał zaledwie przez 43 minuty. Kamieniem milowym okazało się opanowanie do perfekcji prostoty, zwłaszcza w obszarze stałych fragmentów gry.
To wielka zasługa Nicolasa Jovera, trenera od rzutów rożnych i wolnych, którego Arteta ściągnął do sztabu. Jover znalazł „jeden prosty trik” na rozmontowanie każdej defensywy świata – dzięki jego unikalnemu systemowi bloków i schematów poruszania się m.in. Gabriela Magalhãesa stałe fragmenty gry Arsenalu stały się najbardziej zabójczą bronią w arsenale „The Gunners”.
– Arsenal realizuje swoje cele dzięki temu, że ma pewne stałe punkty, w których jest po prostu najlepszy w całej stawce. To są właśnie stałe fragmenty gry i ten trend nie trwa od miesiąca, dwóch czy trzech, tylko w zasadzie od kilku sezonów. Arteta zbudował bardzo silną tożsamość zespołu, co sprawia, że to nie jest drużyna bazująca na jednorazowych błyskach poszczególnych piłkarzy, tylko na jedzie sile kolektywu – ocenia Paweł Grabowski.
To wymowne, że mimo iż w tym sezonie chociażby lider w drugiej linii Arsenalu, Martin Ødegaard, grał bardzo przeciętnie jak na swoje możliwości, to drużyna bynajmniej nie zawodziła. A przecież nie zawsze mogła liczyć na kunszt kluczowego gracza, dyrygenta w środkowej strefie boiska.
Zatrudnił kieszonkowców
Patrząc na to, jaki team spirit udało się stworzyć Artecie na The Emirates, warto uwypuklić niekonwencjonalne, wręcz osobliwe metody motywacyjne, z których zdążył już zasłynąć. Cały świat usłyszał o pomyśle odtwarzania z głośników hymnu Liverpoolu „You’ll Never Walk Alone” podczas treningów, co miało przygotować zawodników na piekielną atmosferę na Anfield w wyjazdowym meczu z Liverpoolem.
Jeszcze głośniej było o sytuacji, gdy na jedną z drużynowych kolacji Hiszpan zatrudnił profesjonalnych kieszonkowców. Złodzieje dyskretnie okradli piłkarzy z portfeli i telefonów, a gdy po posiłku Arteta poprosił podopiecznych o opróżnienie kieszeni, wywołał szok. Lekcja była jasna: na poziomie elitarnym brak czujności, choćby przez sekundę, oznacza natychmiastową stratę. Tak czy owak Arsenal odzyskał krajowy prymat, ponieważ gracze stołecznego klubu tym razem zachowali najwyższą czujność…
Grafika główna powstała przy użyciu ChataGPT
Dodaj komentarz