Rebelia on tour. Relacja z wizyty w Madrycie.

Znane polskie przysłowie „Życie jak w Madrycie” okazało się trafnym mottem wyjazdu do stolicy Hiszpanii. Ciepły klimat, zabytki, nocne rozmowy, smaczne trunki i przede wszystkim hiszpański futbol. Paleta możliwości tego miasta jest niebywała. Tym bardziej, gdy przez dwa dni z rzędu jesteś świadkiem wielkiego święta, jakim bez wątpienia jest madrycka noc z Champions League. Parafrazując Jacka Dawsona z Titanica – Wygrany bilet przyniósł mi największe szczęście – Ciebie Champions League!

Madryt, miasto nocnych rozmów o futbolu

Madryt to obecnie jedna z największych metropolii w Europie (prawie 3,5 miliona mieszkańców). Świetność miasta datuje się dopiero od XVI wieku, gdy przeniesiono tutaj stolicę Hiszpanii z niedalekiego Toledo. Było to już po podbojach konkwistadorów i z Nowego Świata co roku przez stulecia płynęły na półwysep Iberyjski flotylle okrętów z tonami złota i srebra. Było za co budować i czym zdobić te wyjątkowe kamienice. Szczególnie te przy słynnej ulicy Gran Via, będącą wizytówką stolicy. I właśnie tam zaczęła się moja piłkarska podróż do tego miasta.

Zakwaterowanie w samym centrum Madrytu ułatwiało sprawne poruszanie się po mieście w celu zwiedzania najważniejszych zabytków oraz dostępu do większej liczby knajp. Spacer po stolicy Hiszpanii zacząłem od klubowych sklepów Realu Madryt, których w centrum jest znacznie więcej niż lokalnego rywala – Atletico. Ich wnętrza wypełnione były wszelakimi gadżetami związanymi z Królewskimi. Koszulki, dresy szaliki, breloczki, kubki… Wymieniać można bez końca. Dodatkowo w każdym sklepie wydzielone jest specjalne miejsce z ogromnym plakatem całego zespołu, a także z wizerunkiem Zinedine Zidana w białej koszulce, czyli z czasów mojego dzieciństwa, gdy tworzył galaktyczny gwiazdozbiór wraz z takimi legendami jak Raul, Figo, Ronaldo czy Casillas. Natomiast przed tymi plakatami stała replika uszatego pucharu, trofeum kojarzącym się głównie z tym klubem.

I tak po całodniowym spacerze ulicami Madrytu udałem się do pobliskiego pubu. Przekraczając progi tej knajpy, miałeś wrażenie, że przenosisz się na Wyspy. Cały pub wypełniony był kibicami w niebieskich koszulkach, którzy prowadzili głośne dyskusje na temat zbliżającego się meczu na Bernabeu i popijali piwo. A co jakiś czas przerywali swe rozmowy, by zaśpiewać kibicowską przyśpiewkę o Chelsea. Tam spotkałem Harrego – kibica z Londynu, który wraz z przyjaciółmi przyleciał do Madrytu na rewanżowe starcie. Harry był pełen nadziei przed meczem. Wierzył, że szybko strzelony gol dla Chelsea może jeszcze odmienić losy tego pojedynku. Zapytałem go też o najlepszą „9” na świecie. Wskazał na Lewandowskiego, choć niektórzy jego znajomi doceniali klasę Karima Benzemy. Co mnie nie zdziwiło, przecież tydzień wcześniej napastnik Realu skompletował bolesnego dla nich hat-tricka na Stamford Bridge. W dyskusji padły również nazwiska Kane oraz Lukaku, lecz jednogłośnie przyznali, że wymieniona dwójka jest o poziom niżej od Polaka i Francuza. Fani „The Blues” bardzo ciepło wspominają ich byłego trenera  – Jose Mourinho. Z sentymentem wypowiadają się na temat jego dokonań w Chelsea. Szczególnie są mu wdzięczni za pierwszy okres pracy w Londynie. Polemika z angielskimi kibicami trwała do późnej nocy i była to czysta przyjemność. W końcu dyskusje dla nich o futbolu to temat rzeka. Tak obszerny jak Tamiza.

Co za noc na Bernabeu!

Czy istnieje lepsze miejsce na ziemi, na wypicie porannej kawki w takim dniu, niż kawiarnia obok Estadio Santiago Bernabeu? Zdecydowanie nie! Dodatkowo przegląd sportowej prasy i już wiesz, że ten dzień będzie piękny. Dwanaście godzin przed meczem okolice stadionu były jeszcze puste, jedynie wejście do oficjalnego sklepu Realu było licznie oblegane. Obiekt z zewnątrz to na dzień dzisiejszy spory plac budowy, na którym rozłożony jest ciężki sprzęt. A renowacja Santiago Bernabeu ma zakończyć się w przyszłym roku. Po takim początku dnia postanowiłem udać się w kierunku placu Cibeles, gdzie znajduje się słynna fontanna frygijskiej bogini płodności Kybele. Nie przypadkowo w tym dniu wybrałem to miejsce. Obecnie La Cibeles stanowi wyjątkowe miejsce dla Madridistas i jest to swego rodzaju ważny symbol obok stadionu. Niewątpliwie fontanna wpisała się w karty historii Realu Madryt. Po każdym zwycięstwie czy to ważnym, czy drobnostkowym kibice Los Blancos przychodzą w to miejsce, aby podziękować piłkarzom. Plac La Cibeles ma bardzo ciekawą historię i nic dziwnego, że to miejsce jest częścią tego klubu. Panującą atmosferę na La Cibeles nie można porównać do czegokolwiek innego. Śpiewy, okrzyki zwycięstwa i czasami nawet kąpiel w fontannie to tylko niektóre przykłady celebrowania ich radości. Tym razem jeszcze było spokojnie w tym miejscu, ale prawdziwa burza emocji miała dopiero nadejść.

Kolejnym punktem był słynny Plaza Mayor. Budowa tego wspaniałego placu rozpoczęła się w XVII wieku na rozkaz króla Filipa III, którego wyrzeźbiona w brązie statua na koniu zdobi to miejsce. Obiekt ten w dawnych latach był scenerią licznych korrid byków, procesji, spektakli teatralnych. Pod jego arkadami znajdują się tradycyjne sklepiki oraz liczne bary i restauracje, w których tego popołudnia zasiadali fani Chelsea. Kilkaset kibiców w niebieskich koszulkach skupiało uwagę spacerujących turystów, którzy zatrzymywali się, by nagrać ich radosną, przedmeczową zabawę na placu. Niebiesko – białe było również metro, którym kibice obu ekip podążali w kierunku Santiago Bernabeu. Na ponad godzinę przed pierwszym gwizdkiem sędziego Marciniaka okolice stadionu były niesamowicie oblegane. Na szczęście wejście na obiekt przeszło sprawnie i po chwili mogłem podziwiać tę świątynię od środka.

Stadion mimo wykonywanych na nim prac remontowych robi ogromne wrażenie. Przyspieszone bicie serca i uczucie szczególne ze względu na historię tego klubu oraz piłkarzy, którzy go reprezentowali. Dodatkowo hymn Champions League z tego miejsca brzmi wyjątkowo. Pierwsza połowa to totalna dominacja gości. Gol dla Chelsea już w pierwszym kwadransie sprawił, że stało się to, o czym mówił Harry poprzedniego wieczoru. Chelsea uwierzyła i na kwadrans przed końcem prowadzili już 3:0. Na trybunach Bernabeu szok, konsternacja. Ale jeśli na świecie jest jakaś drużyna zdolna do remontady, szczególnie w Lidze Mistrzów, to jest to Real Madryt. Magiczna asysta Modricia i gol Rodrygo sprawił, że ta epicka noc na Santiago Bernabeu trwała dłużej. W dogrywce nie kto inny, jak Karim Benzema strzelił rozstrzygającego gola, po którym stadion eksplodował. Wtedy każdy kibic z Madrytu wiedział, że ta noc nie zakończy się po ostatnim gwizdku Marciniaka, lecz na La Cibeles. Natomiast fani Chelsea zapewne mieli przed oczyma oprawę kibiców gospodarzy i napis: „Nie igraj z Królem”… Wspaniały piłkarski spektakl, jakich ten stadion widział wiele. A mi nie pozostawało nic innego, jak tylko krzyknąć: „No es futbol! Es El Madrid!”

Banda Simeone

Po takiej nocy z Champions League ta wizyta w stolicy Hiszpanii musiała trwać dłużej. Tym bardziej że kolejna noc zapowiadała się nie mniej interesująco. Atletico Madryt podejmowało Manchester City. Poranek po nocy pełnej emocji zdecydowanie nie należał do najłatwiejszych. Dobra kawa i gazeta „Marca” w tym wypadku były niezbędne. W madryckiej prasie słuszna euforia po wielkim meczu na Bernabeu. Dziennikarze rozkoszowali się nad dziesiątym awansem Realu do półfinału w ciągu ostatnich 12 lat i zarazem oczekiwali 7 awansu Atletico do tej fazy rozgrywek. W swojej historii Rojiblancos jeszcze nigdy tego nie dokonali na swoim nowym obiekcie – Wanda Metropolitano. Jednak ta noc miała być przełomowa. Madryt czekał na kolejne derby, tym razem w półfinale Ligi Mistrzów.

Nasycony piłkarskimi informacjami ruszyłem w kierunku parku Retiro, by odpocząć od tego miejskiego zgiełku, od futbolu. Ale w Madrycie nie było takiej możliwości. W ogromnym parku mijałem kibiców w biało – czerwonych koszulkach, którzy podobnie jak ja odliczali godziny do meczu. Z parku przeniosłem się na Plaza Puerta del Sol, który umiejscowiony jest w samym centrum miasta. Na Słonecznym Placu moją uwagę zwrócił posąg niedźwiedzia wspinającego się na drzewo truskawkowe, który jest symbolem miasta. W dodatku ten posąg znajduje się również w herbie Atletico Madryt.  Podobnie jak dzień wcześniej postanowiłem ponownie odwiedzić Plaza Mayor, który znów wypełniony był przez fanów z Anglii. Kibice City zawiesili flagi swojego klubu praktycznie wszędzie. Nawet wokół pomnika Filipa III. Scenerie tego miejsca, ale również drogi na stadion były dokładnie te same co poprzedniego dnia. W metrze przewaga kibiców z Manchesteru. Zarówno liczebna jak i akustyczna, ale tuż po wyjściu ze stacji metra rozlewało się prawdziwe morze w czerwono – białych barwach. Kibice Atleti byli wszędzie. Na szczęście wejście na stadion podobnie jak na Bernabeu przeszło bardzo sprawnie.

Wanda Metropolitano w środku wygląda nowocześnie, zupełnie inaczej niż stadion Realu. Korytarze w kierunku trybun są przestronne i przede wszystkim akustyka tego obiektu to klasa światowa. Długo przed pierwszym gwizdkiem stadion był już praktycznie zapełniony. Kibice zaprezentowali oprawę z hasłem „Passion”, by następnie z taką pasją odśpiewać hymn Atletico Madryt. Coś niebywałego! W ten sposób podopieczni Simeone już na początku starcia otrzymali impuls z trybun, który miał ich wprowadzić do półfinału.

Pierwsza połowa meczu to zupełna dominacja Obywateli, lecz po przerwie role się odmieniły. Gospodarze potrzebowali bramki, by przedłużyć swe szanse na awans. Przy linii bocznej Cholo Simeone w charakterystyczny dla siebie sposób motywował swoich zawodników oraz kibiców. Był niczym prawdziwy dyrygent fanatycznej orkiestry w operze Metropolitano. Na boisku było nie mniej ciekawie. Rozpędzona banda Simeone nie ustępowała w swych atakach na bramkę Manchesteru choćby na chwilę. Intensywność spotkania była niesamowita. Oglądając to spotkanie z trybun, współczułem piłkarzom City, którzy po przejęciu piłki w momencie mieli rywala obok siebie. Obrońcy Rojiblancos nie przebierali w środkach przy próbie odzyskania futbolówki. Jedna z takich prób zakończyła się ogromną awanturą przy linii bocznej, w której uczestniczyli wszyscy piłkarze obu drużyn. Efekt tej piłkarskiej anarchii to 5 żółtych kartek i jedna czerwona.

Mimo niekorzystnego wyniku fani Atleti po końcowym gwizdku okazali niebywałe wsparcie dla swoich bohaterów. Rezultat nie miał znaczenia. Najważniejsze, że piłkarze zostawili serca na boisku. W końcu taka postawa jest charakterystyczna dla tej drużyny, dla tego trenera i za to kibice ich kochają. Drugi mecz w Madrycie tym razem bez goli, lecz atmosfera na trybunach zrekompensowała to w pełni.

Noc nad Madrytem

Kosmiczne dwa wieczory z Champions League były najlepszą reklamą tych magicznych rozgrywek. Piłkarski spektakl na murawie i fanatyczna pasja na trybunach to elementy, które sprawiają, że futbol to najlepsza rzecz, jaka nam wszystkim się przytrafiła. Doświadczyć tej karuzeli emocji właśnie w Madrycie, mieście które oddycha futbolem, było niczym w wierszu Józefa Łobodowskiego pod tytułem „Noc nad Madrytem” – „nagle urodzona miłość nie zestarzała się dotąd, nie zwiędła i miasto jest mi dzisiaj jak stara legenda, w której się śniło, lecz nic nie ziściło.”

Marcin Gala

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: