Berek ucieczką od wojny. Reportaż z zajęć z dziećmi z Ukrainy.

W mojej gminie stacjonuje obecnie blisko 300 uchodźców z Ukrainy. Śpią oni w wiejskich świetlicach, prywatnych domach życzliwych osób oraz na hali sportowej. Wśród nich są oczywiście dzieci. I jest ich całkiem sporo. Dzieci, którym trzeba zająć czas, tak by oderwać ich myśli od wyjątkowo brutalnej codzienności jaką zgotowała im rosyjska inwazja. Okazuje się, że życie napisało scenariusz, w którym owa aktywność będzie moim zadaniem w najbliższych dniach, tygodniach, a może i miesiącach.   

Wszystko dlatego, że jestem trenerem i prezesem szkółki piłkarskiej, która funkcjonuje na terenie małej miejscowości na Dolnym Śląsku. Jej nazwa nie padnie tutaj jednak ani jeden raz.  Coś jak w “Siedem”, Davida Finchera, który przy okazji tworzenia filmu, zdecydował się na ciekawy zabieg. Miasto, w którym toczy się cała akcja nie jest sprecyzowane. Wiemy tylko tyle, że ma ona miejsce gdzieś w Ameryce, gdzie deszcz pada rzęsiście, a ulice odstraszają samym wyglądem. Wszystko po to, by widz w trakcie tego mrożącego krew w żyłach seansu, mógł sobie pomyśleć “Jezu, to mogłoby się wydarzyć wszędzie”.   

Ja jednak idę za Fincherem nie po to by was wystraszyć, ale dlatego, że to, o czym za chwilę będziecie mieli okazję przeczytać, ma miejsce w całej Polsce i nie ma potrzeby, by wskazywać palcem konkretny punkt na mapie. Trenerzy w naszym kraju stają na wysokości zadania i bezpłatnie organizują zajęcia ruchowe dla dzieciaków z Ukrainy. To dziś norma. Tak więc ich tragiczne losy i złamane dzieciństwa to coś, co bezpardonowo wdarło się w naszą nudną rzeczywistość i niestety pozostanie w niej pewnie na długo.  

Pierwsze zajęcia   

Cała inicjatywa rozpoczęła się nie dalej niż 3-4 dni po wybuchu wojny na Ukrainie. Jedna z pracowniczek gminy – której córeczka trenuje w mojej szkółce – zapytała, czy nie chciałbym zorganizować zajęć dla dzieci dotkniętych wojną. Odpowiedź rzecz jasna była pozytywna. Ale nie tylko moja. Zorganizowanie obiektu zajęło mi jakieś 10 minut. Okazało się, że szkoła, która w normalnych okolicznościach jest niedostępna w weekendy, może być otwarta w sobotę, specjalnie dla nas. Wystarczy, że pracująca tam Pani woźna poświęci chwilę swojego wolnego czasu, by otworzyć nam obiekt. Małe gesty, których suma daje oczekiwany efekt.   

Stresowałem się. I to bardzo. Nie do końca wiedziałem czego mogę się po tych zajęciach spodziewać. To, że liczba dzieciaków i ich wiek był sprawą, której nie dało się przewidzieć w 100%, to nic takiego. Bardziej zastanawiało mnie to, jak odnajdą się oni w nowej sytuacji. Kolega z pracy słysząc moje obawy stwierdził: 

„Na luzie, zobaczysz, że dzieci reagują na takie rzeczy inaczej.”  

I miał rację. Przekonuję się o tym, kiedy wraz z wejściem na halę kilkunastoosobowej gromadki, pojawiają się na niej szczere uśmiechy. Czysta radość. W końcu zaraz będą bawić się piłkami. Myślę – „oni chyba naprawdę do końca nie wiedzą co jest grane”.   

Ale wśród nich jest też Oleksij. Zdecydowanie największy i najstarszy w grupie. Ten szczupły chłopak ma 17 lat, ponad 1,90 wzrostu, a jego pojedyncze zachowania, takie jak kozłowanie losowo złapaną piłką, czy dobrze wykonany technicznie rzut, zdradzają, że chyba woli koszykówkę od piłki nożnej. Kiedy zobaczyłem go wchodzącego na salę coś mną tąpnęło. Prawie dorosły młodzieniec będzie za chwilę biegał w grupie 8, 10 czy 12-letnich dzieciaków i bawił się z nimi w berka? Na szczęście okazało się, że Oleksij zna angielski, co bardzo pomogło w tej kuriozalnej sytuacji.  

Cześć, jestem Michał. Jesteś tutaj najstarszy. Wiem, że część zabaw może Cię nudzić, ale z racji twojego angielskiego jesteś tu bardzo ważny, możesz być moim tłumaczem?  

No pewnie   

Cóż, Oleksij nie jest już tu tylko po to, by pobiegać między dzieciakami sięgającymi mu do bioder. Teraz jest tu po prostu potrzebny i mam nadzieję, że to uczucie pozwoli mu na choć częściowe odnalezienie równowagi, w tej chwiejnej i wywróconej do góry nogami rzeczywistości.  

Zajęcia przebiegają lepiej niż się spodziewałem. Kilka polskich dzieciaków z mojej szkółki, które zaprosiłem tu w celu integracji, chętnie bawi się z koleżankami i kolegami z zagranicy. Piłki nożnej jest tutaj mało. Są za to różne odmiany berka, urządzamy wyścigi, choć na koniec jest oczywiście miejsce na mecz. Mamy trochę zamieszania, nie wszystkie zabawy wychodzą za pierwszym razem, ale w zasadzie o to chodziło. Ma być przede wszystkim głośno i wesoło. Reszta to rzecz drugoplanowa.   

Wszystkie moje polecenia przechodzą przez Oleksija. Jeśli ktoś twierdzi, że Polak spokojnie dogada się z Ukraińcem, kiedy obaj będą mówić w ojczystym języku, to nie do końca ma rację. Jasne, fonetycznie brzmi to podobnie, ale prawdziwy sens wyłapujemy tylko w przypadku pojedynczych słów. Pewnie bez tłumacza dalibyśmy radę, ale byłoby dużo trudniej. Oleksij jest na zajęciach obecny myślami jednak tylko częściowo. Obserwując go kątem oka, odnajduję chwile, w których chłopak wpatruje się w ścianę. On to po prostu wszystko rozumie najlepiej. Być może w sobotę, dwa tygodnie temu, był na imprezie, po której rano leczył kaca. Może grał z kolegami na konsoli, a może szykował się na randkę. A teraz? Zaczyna dzień od zabawy z dzieciakami, bo to dla niego jedyna ucieczka od leżenia na polowym łóżku i patrzenia w sufit wiejskiej świetlicy, czy pobliskiej sali. Z drugiej strony, gdyby był starszy o kilka, może kilkanaście miesięcy, nie byłoby go tutaj, bo ktoś zatrzymałby go na granicy, po to by włożyć w jego ręce karabin. Cienka linia między strzeleniem bramek, a strzeleniem do ludzi. Niewidzialna bariera pomiędzy wyścigiem rzędów, a sunącą kolumną czołgów. Absurd wojny zamknięty w sportowej hali, znajdującej się w małej mieścinie.  

Drugie zajęcia

Snajper, bombardowanie bramki, piłka lecąca jak pocisk. Piłkarski słownik jest pełen zwrotów rodem z militarnej terminologii. Do tej pory nie zwracałem na to uwagi. Teraz muszę gryźć się w język, a i tak zdarzyło mi się palnąć jakąś głupotę. Momentalnie zrobiło mi się wstyd, choć ukraińskie dzieci nie zrozumiały tego co powiedziałem, a polskie i tak puściły to mimo uszu, nie łapiąc zupełnie kontekstu.   

Przed samym spotkaniem byłem znacznie spokojniejszy niż poprzednio. Miałem już pogląd na całą sytuację i wiedziałem jak to wszystko będzie mniej więcej wyglądać. Oczywiście, grupa nie miała być identyczna. Część dzieciaków była tu tylko tymczasowo, w ich miejsce mieli pojawić się nowi. Ale to akurat nie ważne.  

Tym razem oprócz zabawek, które zebrałem wcześniej od rodziców z naszego klubu, mam kilkanaście par sportowych butów. Dzieciaki szybko wyrastają, więc wiele z nich jest w naprawdę dobrym stanie. Widok jednego z chłopaków, który przyszedł na poprzednie zajęcia w zimowych traperach, dał mi do myślenia i wywołał reakcję. Wszyscy nowej sytuacji się uczymy. Wcześniej uznałem, że wystarczy, że wezmę wodę, bo uchodźcy swojej, kupionej za własne pieniądze, mieć nie będą, a to bez sensu, by zużywali zapasy ze swoich ośrodków. A to, że część z nich najzwyczajniej w świecie nie będzie miała w czym kopać piłki, bo czasu na pakowanie po prostu nie było? Tego nie przewidziałem. Ten chłopak tak czy inaczej ćwiczył z całą resztą, bo to nie jest moment na egzekwowanie zmiennego obuwia. Tym razem zostanie jednak zaopatrzony w odpowiedni sprzęt.  

Grupa wygląda zupełnie inaczej. Przyszli sami chłopcy. Każdy z nich raczej zorientowany na grę w piłkę, w związku z czym, tym razem zajęcia są bardziej treningiem niż ogólnorozwojową zabawą. Dziewczyna pracująca w gminie i zajmująca się uchodźcami powiedziała, że dzieciaki mają teraz mnóstwo różnorodnych zajęć i chyba to jest powodem, dlaczego skład osobowy wygląda tak, a nie inaczej. To bardzo dobra wiadomość, bo oznacza, że zdajemy test na człowieczeństwo i oprócz dachu nad głową, oraz totalnie podstawowej opieki, wychodzimy też z innymi inicjatywami. Przynajmniej na razie. 

Oprócz nich pojawiły się też pojedyncze osoby, które dołączały w trakcie zajęć: 

„Witam. Dotarło do mnie pocztą pantoflową, że prowadzicie tu jakieś zajęcia dla dzieciaków. Przyjęliśmy dziewczynę z synem, może przyjść za 5 minut?” 

lub kontaktowały się wcześniej: 

„Dzień dobry panie Michale. Widziałem na Facebooku, że organizujecie treningi dla uchodźców. Mam u siebie matkę z synem. Chętnie by skorzystał. Moja córka kupiła mu już nawet sportowe buty. Przyjęliśmy ich, bo mamy dobre warunki. Daliśmy im pokój, ale czują się u nas na tyle dobrze, że przesiadujemy razem w salonie.” 

Oleksjij tym razem jednak nie przyszedł. Mam nadzieję, że znalazł sobie odpowiedniejsze zajęcie dla prawie dorosłego mężczyzny i że pozwoli mu ona na oderwaniu myśli od wojny. Póki co nie dociekam gdzie jest. Być może wróci za tydzień.  

Są za to dwaj bliźniacy, którzy byli również poprzednio. Rozmawiam z ich mamą, która pyta, czy może ich zapisać do naszego klubu, by mogli trenować regularnie, tak jak robili to na Ukrainie. Jak tylko złapią trochę języka przyjmiemy ich do zespołu. Po nich przyjdą kolejni. To z jednej strony dobrze, bo pokazuje to, że uchodźcy czują się u nas na tyle komfortowo, że zaczynają się powoli zadomawiać. Z drugiej unaocznia to smutne realia, w których ci ludzie zaczynają rozumieć, że nie są tu tylko na chwilę. Część z nich wie już teraz, że nie ma do czego wracać. Część ma nadzieję, że ich dom wciąż stoi tam, gdzie stał i jeszcze będą mogli się nim nacieszyć. Ale jedno jest pewne, każdy z nich zakończył pewien etap w swym życiu.

Obuwie zostaje rozdane po treningu. Niektórym udaje się wybrać po dwie pary, innym jedną. Najważniejsze, że nikt nie odchodzi z pustymi rękami. Widzę wdzięczność w oczach matek tych chłopców. A to przecież tylko sprane, nic nie warte halówki, które w większości trafiłyby na śmietnik. 

Trzecie zajęcia

Odbywają się już na dworze. Tak samo będzie z czwartymi, piątymi i jeszcze kolejnymi. Prezydent Zełenski mówił w jednym ze swoich nagrań, że wiosna na Ukrainie jest smutna, podobnie jak teraz wszystko w tym państwie. My też jesteśmy przybici. Z tym, że u nas pogoda zdaje się nie znać doniesień z Buczy. Na niebie wychodzi słońce, wiatr też już nie jest tak silny jak dotąd, a deszcz nawet jeśli spadnie, to aż tak bardzo nam nie przeszkadza.

Bo deszcz to nie bomby.

A same zajęcia? Ci sami ukraińscy chłopcy co poprzednio, oraz integrująca się z nimi polska grupa. Budujący widok. Trochę berka na rozgrzewkę i mecz. Znacznie dłuższy niż ten, który ma miejsca w trakcie regularnych, zgodnych z konspektem zajęć. No i z udziałem dorosłych, gdyż na bramce zgadza się stanąć dwóch rodziców z Ukrainy, którzy przyszli na zajęcia ze swoimi pociechami.  Spokój, zabawa, rodzinna atmosfera. Wszystko to, czego nie dane byłoby im teraz zaznać we własnym domu, na terenie krwawej wojny.

Michał Bakanowicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: