This is England #10. Jak pokochałem Emiliano Martineza?

W tekstach z cyklu #ThisIsEngland staram wam się zazwyczaj opowiedzieć ciekawe historie z przeszłości związane z angielską piłką. Dziś odstąpię od tej nieformalnej reguły i pod wpływem impulsu oraz na fali endorfin, których dostarczył mi wczoraj Arsenal, odpowiem wam na pytanie zawarte w tytule.


Kolejny Vito Mannone. Jeszcze do niedawna w ten sposób pojmowałem karierę argentyńskiego golkipera Arsenalu. Chłopaczek, który w młodym wieku przybył do klubu jako materiał na przyszły numer jeden w bramce, wysyłano go na kolejne wypożyczenia i chociaż formalnie przez wiele lat był w klubie, to w praktyce cały czas spełniał w nim jedynie rolę statysty. Ostatni miesiąc wywrócił jednak sytuację do góry nogami. Kontuzja Bernda Leno w meczu z Brighton zjeżyła włosy na głowie nie jednemu fanowi Kanonierów. Nie chodzi tylko o to, że uraz, do którego powstania przyczynił się Neal Maupay, wyglądał przerażająco. Niemiecki bramkarz stanowił chyba jedyny jasny punkt w grupie zawodników Arsenalu, którzy byli odpowiedzialni za powstrzymywanie ataków rywala. Był wyróżniająca się postacią w całym zespole Mikela Artety. Wizja długotrwałej absencji byłego golkipera Bayeru Leverkusen tkwiła w naszych umysłach, wywołując uczucie dyskomfortu niczym filmy Stanleya Kubricka. Nie dość, że klub z północnego Londynu niemrawo rozpoczął sezon po koronawirusowej przerwie, to był na starcie szatkowany kolejnymi kontuzjami. Bez przekonania spojrzałem na Argentyńczyka wchodzącego do klatki The Gunners i mijającego znoszonego przez służby medyczne kolegę po fachu. Pomyślałem sobie: „Ten wiecznie rezerwowy małolat ma bronić do końca sezonu, mając przed sobą linię defensywną w postaci Bellerina, Mustafiego i Luiza? Zaraz… cholera, jaki małolat? Przecież on ma już 27 lat!”


Przez lata nie mogłem nawet zapamiętać imienia Martineza. Wciąż kojarzyło mi się, że ma na imię… Damian. To pokazuje tylko skalę mojej ignorancji względem latynoskiego golkipera, z którym nie wiązałem kompletnie żadnych nadziei. A ten przecież pojawił się na The Emirates już w 2011 roku. Oxford United, Sheffield Wednesday, Rotherham United, Wolverhampton, Getafe i Reading. Emi zjeździł Anglię wzdłuż i wszerz lądując na kolejnych wypożyczeniach. Zahaczył nawet o Hiszpanię. Nigdzie nie mógł wywalczyć sobie pewnego placu gry. Jeśli już przebywał w Arsenalu, to widzieliśmy go co najwyżej w czasie przedsezonowego tournée lub podczas przeglądu kadr w Pucharze Ligi bądź FA Cup. Czy przez ostatnią dekadę ktokolwiek realnie myślał o nim jako o przyszłym podstawowym bramkarzu zespołu z Emirates Stadium? Chyba tylko najwięksi optymiści i to jedynie przez chwilę. Gros kibiców Arsenalu spodziewało się raczej zobaczyć komunikat o zmianie barw klubowych przez urodzonego w Mar del Plata golkipera.
Jego sytuacja odmieniła się na lepsze pod skrzydłami Unaia Emery’ego. Ten uczynił z Emiego numer dwa na pozycji bramkarza. Lata jednak leciały i dla wielu obserwatorów wizja dalszego reprezentowania klubu z armatką w herbie przez sympatycznego Argentyńczyka, mogła oznaczać brak ambicji. No cóż, nie każdy urodził się Buffonem czy Casillasem. W piłce potrzebni są też Stuart Taylor czy Tommaso Berni, którzy w czasie kariery najbardziej eksploatują pośladki wciąż przywierające do ławki rezerwowych. Martinez zapewniał jednak, że ma zamiar walczyć o bluzę z numerem jeden i cierpliwie czekać na swoją szansę. Oczywiście dziwnym byłoby, gdyby twierdził inaczej…
Na początku tego sezonu zaprzysięgł sobie, że wypożyczenie go do Reading w poprzedniej kampanii było ostatnią przymusową tułaczką. W wywiadzie dla Sky Sports mówił:

„Gdy poszedłem do Reading w poprzednim sezonie, powiedziałem sobie: >> To moje ostatnie wypożyczenie.<< Na koniec każdego sezonu moje ciało było zmęczone od ciągłego podróżowania. Nigdy też nie wiedziałem, co na mnie czeka w przyszłości. Obiecałem sobie, że więcej wypożyczeń już nie będzie. Przygotowywałem się do sezonu, stając się silniejszym mentalnie niż kiedykolwiek.”

Możecie powiedzieć: czcze gadanie. Jeszcze do niedawna pomyślałbym to samo, ale jak już wspominałem – ostatni miesiąc odmienił sytuację o 180 stopni. Pech Leno oznaczał wielką szansę Martineza. Piłkarscy bogowie muszą najpierw komuś odebrać fart, by ktoś inny dostał ich błogosławieństwo. Emi wskoczył do bramki i zachwycił fanów.
Życzę Berndowi Leno szybkiego powrotu do zdrowia, ale z całym szacunkiem dla Niemca, na chwilę obecną kompletnie nie dbam o, to kiedy będzie gotowy do gry. Wieczny rezerwowy, bramkarski kopciuszek, latynoski chłopak z sąsiedztwa poszedł w jego zastępstwie na front i uczynił to w wielkim stylu. Samo tło tej historii w odczuciu takiego futbolowego romantyka jak ja daje mu przewagę mojej sympatii nad Leno. Bije od tego chłopaka jakaś magiczna aura. Sam sposób poruszania się na linii… nie wiem czemu, ale jest jakiś inny. Zresztą jego rodacy mają we krwi podbijać serca kibiców samym stylem przemieszczania się po murawie. Jak chociażby sędzia Nelson Pitana. Kolejne parady ratujące skórę Arsenalowi czy ekspresowe i precyzyjne uruchamianie kolejnych akcji budowały nasze uczucie względem Emiliano. Wczorajszy mecz półfinałowy, w którym blok defensywny Arsenalu wyglądał jak zasieki obronne reprezentacji Włoch w jej prime time były tego apogeum. Luiz i Mustafi blokujący na wślizgu kolejne uderzenia podopiecznych Guardioli wprawiali mnie w zachwyt. Ale była jeszcze ostatnia instancja w postaci Martineza, który, chociażby w kapitalnym stylu zatrzymał uderzenie przy bliższym słupku Mahreza.  Do mojego miłosnego monumentu została dołożona kolejna cegiełka.


Zapaleńcy grający co kolejkę w Fantasy Premier League również muszą doceniać to, co robi obecnie Emi: 8; 5; 6; 3; 3; 4. To jego zdobycze punktowe w FPL od momentu gdy został numerem jeden (bez meczu z Brighton). Sam symbolicznie ustawiłem go w bramce, odpalając Free Hit w ostatniej kolejce. Oczywiście ta internetowa gierka, w którą namiętnie grają (i równie często przeklinają) fani Premier League, nie jest żadnym wielkim wyznacznikiem. Ot, taka ciekawostka.
Być może przemawia przeze mnie naiwna dusza małego chłopca, który pragnie znowu mieć boiskowych idoli. Futbolowy syndrom Piotrusia Pana? Nie dbam o to. Piłka ma mi sprawiać przyjemność. Dla mnie najważniejsze w tym wszystkim jest to, że w ekipie Kanonierów na nowo pojawiają się zawodnicy, z którymi warto się utożsamiać. A na takich graczy był w ostatnich latach deficyt. Kogo najbardziej ubóstwia przeciętny kibic? Nie przestarzałe gwiazdeczki, nie przeciętniaków i nie najemników. Na horyzoncie pojawiają się znowu młode produkty akademii jak Bukayo Saka czy chłopak, który przez niemal dekadę był wyrzucony na margines, a gdy los dał mu cytrynę, to zrobił z niej lemoniadę. Nie obraził się i nie pozjadał wszystkich rozumów jak Guendouzi. Czekał cierpliwie i pomagał przy tym innym młodym kolegom jak chociażby Gabriel Martinelli, który opowiadał nie dawno w jednym z wywiadów:

Emi był dla mnie jak starszy brat. Pomagał mi ze wszystkim. Gdy musiałem pożyczyć samochód czy cokolwiek innego. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego opiekuna.

Czasami jednak Martinez sam nie rozumiał, dlaczego życie toczy się właśnie takim torem i sprawdza do granic wytrzymałości jego cierpliwość.

Miałem w sobie coś, co mówiło mi: >> Dlaczego nie dostaję szansy w klubie który kocham?<<

Właśnie ją dostałeś Emi. Masz swoje pięć minut i już sprawiłeś, że Cię pokochaliśmy. Nie wiemy, na jak długo zadomowisz się pomiędzy słupkami Arsenalu, ale ma śmietnik zamiast serca ten, kto nie życzy ci wszystkiego najlepszego. A jeśli udałoby się zdobyć Puchar Anglii w tym – jeszcze wczoraj popołudniu – spisanym na straty sezonie, to moim zdaniem byłoby to trofeum, które smakowałoby najlepiej od czasu mistrzostwa z 2004 roku.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s