Loża rebelianckich szyderców #15

Kolejna kolejka Ekstraklasy za nami i kolejny krok warszawskiej Legii ku mistrzostwu wykonany. Coraz większa rzesza kibiców uważa, że losy wyścigu o mistrzowską koronę są już przesądzone. Zgadzacie się z tym osądem?

Pamiętacie filmy familijne z dzieciństwa, w których główny bohater był totalnym lebiegą i sportowym nieudacznikiem, ale za sprawą jakiegoś magicznego przedmiotu/stworzenia zyskiwał moce, które dawały mu dodatkowe pokłady umiejętności i przechodził drogę od zera do bohatera? Nie macie wrażenia, że kimś takim był za dzieciaka Tomas Pekhart? Koledzy z klasy wybierali go do szkolnej drużyny na samym końcu, bo potykał się na boisku o własne nogi. Ale w dniu jedenastych urodziny znalazł magicznego borsuka, który spełnił jego życzenie o podniesieniu futbolowych umiejętności. Tak, żeby Helenka z równoległej klasy zobaczyła w nim kogoś więcej niż neurotycznego ofermę. Magiczny borsuk nie podniósł jednak znacząco jego skillsów, dał mu za to olbrzymi kredyt farta. Tomas od tamtej pory nie czaruje przewrotkami, rabonami i ruletami. Nadal nie trafia w piłkę przy próbie strzału, ale ta przypadkowo odbija mu się od nogi i wpada do siatki rywala. Przy wyskoku do główki odruchowo chce się uchylić, by nie dostać piłką w twarz, a ta i tak odbija się od jego bańki i leci za kołnierz zaskoczonego golkipera. I tak borsucze czary ciągną się za Pekhartem od lat. Wystarczyły nawet na to, by pograć w Ekstraklasie i kilku innych europejskich ligach.

Dobra. Żarty, żartami, ale czeski napastnik jest żywym dowodem na to, jak bardzo obecnie żre drużynie Aleksandara Vukovicia. Fart jak wiadomo, musi być poparty umiejętnościami i pod tym względem Legia przerasta resztę ligi. Większość piłkarzy jest już teraz w bardzo dobrej formie i sądzę, że ta będzie z każdą kolejką rosła. Oczywiście to jest Ekstraklasa, tego nie przewidzisz, ale i tak Legia mistrzem.

Dzielnie goni ją Waldemar Fornalik i jego Piast, lecz zabraknie im raczej czasu i mocy, by dopaść stołeczny zespół. W przerwie między sezonami odejdzie pewnie Felix i Parzyszek i biedny Waldek znów będzie musiał cerować dziury, co odbije się na wyniku drużyny w europejskich pucharach.

Cracovia z szóstą porażką z rzędu. Craxa nadal z beznadziejną grą. Pisałem o tym już w zeszłym tygodniu, ale muszę to uczynić raz jeszcze. Przestańmy tworzyć obraz trenera Probierza jako szkoleniowca utalentowanego niczym pan Ripley. Bo póki co zespół spod Wawelu bardziej przypomina Ellen Ripley i załogę Nostromo w beznadziejnej ucieczce przed obcym, za którego robi każdy kolejny przeciwnik podopiecznych Probierza. Zarówno wtedy gdy oglądamy poczynania Cracovii na boisku, jak i wtedy gdy trener wije się i pokrętnie tłumaczy na konferencjach prasowych. Czary z paprotkami i tabletami tu już na nikogo nie zadziałają. Tu nawet nie pomoże magiczny borsuk.

Kto natomiast okazał się katem Craxy? Kamil Drygas, czyli jeden z najbardziej niedocenianych piłkarzy w tej lidze. Pamiętam go gdy grał jeszcze w Zawiszy Bydgoszcz i był jednym z liderów zespołu. Już wtedy biła od niego olbrzymią boiskowa dojrzałość. Zawisza czasów Radosława Osucha był przystanią, w której wypromowało się kilku piłkarzy. Adrian Błąd i Michał Masłowski byli bardzo efektowni i skuteczni. W pewnym momencie obaj stanowili okręty flagowe bydgoskiej floty. Jednak gdy opuścili Gród nad Brdą popadli w marazm i zniknęli z radaru przeciętnego kibica. Odpowiedni kurs utrzymał jedynie Drygas. No może jeszcze Igor Lewczuk, który trafił do Legii i zaliczył przygodę w Lidze Mistrzów oraz Ligue 1. On jest chyba największym beneficjentem gry w niebiesko-czarnych barwach. Kuba Wójcicki też wskoczył na poziom solidnego ligowca. Nie ma w sobie jednak tyle talentu co Kamil. Facet wrócił po ciężkiej kontuzji i z miejsca został bohaterem Portowców. Drygi dobija jednak do trzydziestki i ciężko mu już nawet marzyć o solidnym zachodnim klubie czy wskoczeniu na poziom reprezentacyjny. Czego zabrakło? Moim zdaniem szczęścia. To argument wysuwany często przez zawodników, którzy chcą w ten sposób zamaskować braki talentu, ale ja naprawdę uważam, że Kamilowi brakowało jedynie farta. Nie spotkał magicznego borsuka…  Za dużo kontuzji? Nie wiem, czego mogło brakować, by znaleźć się w kajecie scoutów? Czego mogło zabraknąć, by znaleźć się w orbicie zainteresowania selekcjonera? Chociażby, by zostać przetestowany.

Ameryka płonie. Miałem nie poruszać tego tematu, bo to grząski grunt, a i z piłką nic wspólnego nie ma, ale dostałem jednak argument, który mogę wykorzystać w tym felietonie. Będzie trochę światopoglądowo, ostrzegam.

Aleksander Katai, piłkarz LA Galaxy, został  wyrzucony z klubu za… relację swojej żony, udostępnioną na instagramie. Pani Tea Katai faktycznie przesadziła, pisząc w kontekście protestujących Afroamerykanów „zabijcie to gówno”. Nie usprawiedliwia jej nawet fakt, że była poruszona falą zbrodni przelewającą się przez Stany Zjednoczone przy okazji protestów po śmierci George’a Floyda. Chociaż przyznaję, zaproponowany przez panią Katai hashtag #AllNikesMatters wywołał uśmiech na mej twarzy…

Ale dlaczego przewinienia żony stanowią argument do pozbawienia pracy jej męża? Przepowiednie George’a Orwella zaczynają się spełniać. Wielki brat patrzy i kontroluje każdy aspekt naszego życia. Smutne. Policja często nadużywa swojej władzy na całym świecie. Ten temat zna każdy, kto miał okazję jeździć na mecze wyjazdowe swojej drużyny i wie, jak mundurowi potrafią traktować kibiców. Wszystkich. Bo oni nie kategoryzują ich na chuliganów i tych, którzy chcą obejrzeć sportowe widowisko.

Ale na miłość boską, palenie cudzego mienia nie jest rozwiązaniem. Popieram tych, którzy protestują pokojowo. Tym, którzy chcą się wyżyć i dorobić na tragedii innego człowieka środkowy palec. A już największym możliwym absurdem było porównanie protestujących do Powstańców Warszawskich. Kompletnie chora metafora… Amerykanów, którzy walczyli o wolność, mogliśmy uczcić dwa dni temu.  6 czewca minęło 76 lat od rozpoczęcia operacji „Overlord”, która otworzyła tzw. drugi front w europejskim teatrze działań wojennych w czasie II Wojny Światowej. Dzień rozpoczęcia operacji – 6 czerwca 1944 roku – nazwany został „D-Day”. W pierwszej kolejności przeprowadzony został desant 24 tysięcy spadochroniarzy i piechoty szybowcowej. Następnie rozpoczął się desant morski. Szczególnie zażarte walki o przełamanie niemieckich pozycji i umocnień „Wału Atlantyckiego” (który w Normandii był stosunkowo słabo ufortyfikowany) toczyły się na plaży oznaczonej pseudonimem „Omaha”. Plaża ta była atakowana przez amerykańską 1 i 29 Dywizję Piechoty.

Dlaczego wspominam tą datę? Po pierwsze, bo swego czasu mocno interesował mnie ten temat. Szczególnie po obejrzeniu filmu „Szeregowiec Ryan” i serialu „Kompania Braci”, gdzie pokazane były właśnie trudy zdobywania wybrzeży Normandii przez żołnierzy z USA, Kanady i Wielkiej Brytanii. Chociaż akurat te produkcje skupione były oczywiście na żołnierzach ze Stanów Zjednoczonych. Świetnym obrazem jest podobno też film „Najdłuższy dzień” z 1962 roku. Bardziej dociekliwym polecam książki autorstwa S.E. Ambrose, m.in.: „Kompanię braci” (o której kiedyś pisałem na blogu), „Most Pegasus” czy „Obywatele w mundurach”. Jak dla mnie jest to autor, który najlepiej opisał w swoich książkach wydarzenia z czerwca 1944 roku. Olbrzymią część swojego życia spędził na rozmowach z weteranami tamtych dni. Słuchał ich historii, jeździł na zjazdy, spisywał wspomnienia. Gorąco polecam jego twórczość.

Druga sprawa, którą chciałbym poruszyć, to pamięć o żołnierzach alianckich. W ostatnich latach w naszym kraju widać było wzrost postaw patriotycznych – szczególnie u młodych ludzi. To bardzo dobrze. Chociaż są i ciemne strony tego zjawiska. Wykształciła się w pewnym sensie istna moda na odzież patriotyczną. Mam wrażenie, że wiele osób koszulki upamiętniające „Powstanie Warszawskie” czy „Polskie Państwo Podziemne” nosi głównie z powodu właśnie tej mody. Znak „Polski Walczącej” traktując niczym logotyp Nike czy Adidasa. Ich wiedza historyczna jest za to na bardzo niskim poziomie. Moim zdaniem noszenie takiej odzieży zobowiązuje do tego, by znać chociaż podstawowe fakty z historii Polski. Zobowiązuje do tego by potrafić powiedzieć kilka słów na temat „Powstania Warszawskiego”, znać losy chociażby Witolda Pileckiego czy wiedzieć kim był Stefan Rowecki „Grot”. Ograniczanie się jedynie do wykrzykiwania hasła „Śmierć Wrogom Ojczyzny”, po wypiciu kilku piw w bramie czy tatuowania sobie na skórze kotwicy „PW” (osobiście nigdy w życiu bym tego nie zrobił, na noszenie tego symbolu zasługiwali tylko nieliczni) przy jednoczesnym ignorowaniu wiedzy historycznej to zwykły kretynizm. Łatwo też krytykować wszystkich wokół. Oskarżać o zdradę Wielką Brytanię czy Francję. Krzyczeć że Stany i Anglicy sprzedali nasz kraj w Jałcie. Nie neguję tego. Ale właśnie data 6 czerwca przypomina mi często, że wyzwolenie Europy to zasługa żołnierzy z USA, Wielkiej Brytanii czy innych krajów alianckich. Nie cynicznych polityków i generałów, którzy siedzieli gdzieś w ciepłych kwaterach i szachowali życiem tysięcy istnień ludzkich. Tylko właśnie tych szarych chłopaków, którzy mieli politykę w dupie, a marzyli tylko by dokopać Niemcom i odzyskać wolność dla swoich rodzin i bliskich. Dla zwykłych żołnierzy. Amerykanów szczególnie, bo zginęły ich w Europie tysiące. Tysiące kilometrów od domu. W Wojnie, która nie do końca ich dotyczyła. Walczyli o wolność Europejczyków, także naszą – Polaków. Nie oni nas sprzedawali Stalinowi na konferencjach. Oni wykonali „tylko” całą czarną robotę, by Churchill i Roosvelt mogli w ogóle zacząć myśleć o tym by dzielić tereny po skopaniu nazistowskich tyłków. To oni zamarzali w Ardenach, to oni padali trupem na plażach Normandii to oni dostawali łupnia po lądowaniu w Holandii, to oni zdobywali kwatery Hitlera i to oni zdobyliby Berlin na czele z generałem Pattonem, gdyby ich przełożeni nie chcieli lizać tyłka Stalinowi. Pamięć o naszych, polskich żołnierzach jest najważniejsza. Ale szanujmy też wszystkich tych chłopaków, którzy zostawili swoje życie, swoje miłości i przyjaźnie w domu i poszli bić się o wolność! Szanujmy mundury Anglików i Amerykanów. Szanujmy resztę aliantów. Włożyli w naszą wolność równie dużo wysiłku co nasi przodkowie. Cześć i chwała bohaterom! Wszystkim! Nie ulicznym zadymiarzom.

Rafał Gałązka

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s