Mamy to kurwa !! Nadeszła wiekopomna chwila !! Poznałem jak smakuje wyjście z grupy na wielkim turnieju, teraz poznałem uczucie euforii po wygraniu konkursu jedenastek na imprezie rangi mistrzowskiej! Niczego więcej od was nie oczekuję chłopacy. Teraz już tylko możecie, nic nie musicie. Ale czy ta Portugalia nie jest do opierdolenia…?
Jaki to był mecz! Matko przenajświętsza! Dawno się tak nie denerwowałem. Miałem w pewnym momencie mroczki przed oczami i gdyby nie to, że druga połowa dogrywki upłynęła mi na podróży do pracy, dzięki czemu głowa trochę przewietrzała to nie wiem czy nie skończyłbym na pogotowiu… Pierwsza połowa genialna w naszym wykonaniu. Pokazujemy że potrafimy grać również piłkę pozycyjną, fenomenalnie neutralizować przeciwnika, wymienić kilka dobrych podań aż w końcu celnie ukłuć rywala. Tylko znowu zabrakło precyzji … Tylko drugi mecz z rzędu już na samym początku marnujemy stuprocentową okazję. Tylko znowu ten Milik. Ale koniec końców mieliśmy znów tego, który pomału staje się legendą tej drużyny. Kuba, jesteś wielki! Druga połowa, Lewy wykoszony przez Schara równo z trawą. Powinna być czerwień. Clattenburg chyba zapomniał że to jednak nie angielska rąbanka ligowa. Szwajcarzy z nożem na gardle zaczynają nas spychać do coraz głębszej defensywy. My dajemy się zdominować, coraz rozpaczliwiej bronić. Fabian zalicza interwencję mistrzostw, wyciąga strzał z wolnego Rodrigueza, który nie miał prawa być obroniony. Szwajcarski obrońca chyba do tej pory zastanawia się nad tym jak ten strzał nie wpadł do siatki. Fabian w tym momencie zamienił się chyba w Kena Wakashimazu, bo tylko postać z japońskiego anime byłby w stanie to wyjąć. Następnie Seferovic obija nam poprzeczke. Got mit uns. Niestety chwilę później Shaqiri oddaje nożycami strzał życia, który z pewnością będzie aspirować do bramki turnieju. Tego już nawet Łukasz nie był w stanie obronić. Niestety. 1-1. Dogrywka. A jeszcze kilka dni wcześniej zastanawiałem się nad tym jak abstrakcyjnie brzmi wizja rozgrywania przez naszą kadrę dogrywki i ewentualnej serii rzutów karnych. Pierwsza połowa dogrywki nudna. Piłkarskie szachy. W drugiej to Helweci cisną. I jakoś nie przekonują mnie nasi zawodnicy, którzy w wywiadach zapewniali że dwa dni więcej przerwy Szwajcarów nie miały znaczenia na to kto lepiej wytrzyma trudy meczu. W dodatku wyraźnie było widać że trener Nawałka nie ma za bardzo opcji na to, kogo mógłby desygnować do gry z ławki rezerwowych. Jest Jodłowiec na rygiel i jest Peszkin na to by poszarpać trochę na skrzydle. A poza tym? Oj, odczuliśmy pauzę Bartka Kapustki. Ale chuj. Zapachniało w ostatnich minutach lekką „obroną Częstochowy”. W jednym przypadku znów dupy ratuje nam Fabian, fenomenalnie broniąc główkę Derdiyoka. I tym występem chyba ostatecznie zamyka japy wszystkim tym, którzy twierdzili że nie jest w stanie wybronić nam meczu. Że nie jest golkiperem zdolnym do cudownych interwencji. Właśnie wczoraj to zrobił. Właśnie został bohaterem meczu. To w głównej mierze dzięki niemu dotrwaliśmy wczoraj do karnych. I ta chwila. Magiczna. Polacy w konkursie jedenastek. Pięć strzałów. Pięć bramek . Okno Lewego. Milik był blisko tego by kibice znów chcieli go zlinczować, ale przebił to po rękawicach Sommera. Glik zerwał siatkę. Kuba jak profesor. I jako ostatni nasze 45 baniek. Wcześniej ich 45 baniek zjebało swoją próbę. Na szczęście Grzesiek pokazał dlaczego żałuję że to nie on a Xhaka przechodzi do Arsenalu (Chociaż Szwajcar rozegrał całkiem dobry mecz). Wytrzymał presję, pokazał po raz kolejny że jest piłkarzem klasy światowej. W tej drużynie są zawodnicy prezentujący „international level” panie Benhakker, niech pan się dokładnie przyjrzy! Jesteśmy w ćwierćfinale!
I byłem pewny że to już koniec, że natkniemy się na rozpędzonych Chorwatów, którzy skończą nasz sen. A tutaj nasi bracia Słowianie zapomnieli jak się gra w piłkę. Przerżnęli z przeciętną do bólu na tym turnieju Portugalią. Portugalią, która nie wygrała jeszcze meczu w regulaminowym czasie gry na tym turnieju! To byłaby niesprawiedliwość piłkarskich Bogów gdybyśmy przegrali ten mecz. No powiedzcie sami. Mamy dwie drużyny. Pierwszą, która zdominowała Iroli, grała jak równy z równym z mistrzami świata, nawet gdy przytrafił jej się słabszy dzień to potrafiła opierdolić Ukrainę i wytrzymać thriller ze Szwajcarią, którą odprawiła w karnych. Druga męczy się kolejno z: Ambitną Islandią (no ale jednak to tylko Islandia), tragiczną na tym turnieju Austrią i toczy bój o życie z Węgrami w składzie których biegają gracze ekstraklasy (cofając się w końcówce i broniąc z nimi remisu). Następnie wygrywa po dogrywce z Chorwatami, którym przytrafił się kryzysowy mecz. Pytanie brzmi: która z tych ekip bardziej zasługuje na miejsce w ½ finału? To już nie pompowanie balonika. Balonik zniknął, nic nie może pierdolnąć bo ci goście zrobili to co mieli zrobić, nawet więcej i nikt nie może czuć się zawiedziony, nawet gdyby z Portugalią położyli się na murawie. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i chyba nikt nie ma wątpliwości że ekipa pod wezwaniem CR7 jest zdecydowanie do ugryzienia. Mimo wszystko Polska w półfinale … nadal brzmi jak utopia. Ale dwa tygodnie temu tak samo brzmiał ćwierćfinał.
Po Mistrzostwach Świata w 1986 roku w Meksyku, Zbigniew Boniek rzucił pamiętną klątwę gdy w telewizyjnym wywiadzie stwierdził, że teraz przez kolejne 16 lat polska kadra nie osiągnie takiego sukcesu jak wtedy. Faktycznie, kolejny awans na wielki turniej uzyskaliśmy dopiero kiedy zakwalifikowaliśmy się na Mundial w 2002 roku. Jednakże sukcesu polskiej ekipy z Meksyku powtórzyć się nie udało, gdyż nasza reprezentacja nie wyszła na turnieju z grupy. Na ten zaszczyt przyszło nam czekać lat 30.
Tak jest. Ostatni awans z grupy na wielkiej imprezie mają prawo pamiętać panowie zbliżający się do 40stki i starsi od nich dżentelmeni. Moje pokolenie i wszystko co w dół miało prawo cieszyć się jedynie udanymi kampaniami eliminacyjnymi naszego zespołu narodowego. Wielkie turnieje kończyły się dla nas za każdym razem równie wielką klęską. Aż przyszedł czerwiec roku pańskiego 2016. Czas cudowny dla każdego od lat udręczonego serca polskiego fana. Oto na mistrzostwach Europy we Francji nasi kadrowicze uzyskali awans z grupy. I to w jakim stylu ! Bez porażki, bez straconej bramki! 7 punktów, drugie miejsce w grupie. Tyle samo co Mistrzowie Świata. W sobotnie popołudnie spotkamy się 1/8 finału ze Szwajcarami. W przypadku awansu do ¼ naszym najbardziej prawdopodobnym rywalem będą Chorwaci. Przyznajmy. Drabinka do ewentualnego awansu do półfinału turnieju ułożyła się tak, że ciężko by było wyobrazić sobie lepszą.
Przejdźmy jednak do wczorajszego spotkania z Ukraińcami. Ciężki to był mecz. Nasi wschodni sąsiedzi walczyli dzielnie o to by godnie pożegnać się z francuskim czempionatem. Mimo naszej wygranej, wielu osobom zapewne ten mecz ostudził rozbuchane apetyty. Można powiedzieć że Ukraińcy zdominowali nas w tym meczu co najdobitniej obrazuje ponad 60% posiadanie piłki przez podopiecznych Fomenki. Ale co z tego? Co z tego skoro w najważniejszej meczowej statystyce po końcowym gwizdku sędziego Moena było 1-0 dla biało-czerwonych? Zresztą. Który to już mecz pod opieką Nawałki w którym to przeciwnicy wydają się długimi momentami lepsi, dominują, a ostatecznie kończą spotkanie na tarczy? Ile razy mam przypominać że dominowali nas zarówno Gruzini, Szkoci jak i Irlandczycy w Dublinie? Bardzo podobny scenariusz do tego wczorajszego miało marcowe spotkanie towarzyskie z Serbami. Tam przeciwnik też wydawał się lepszy a ostatecznie schodził z boiska pokonany. Też po bramce Kuby. Odpowiedzmy sobie na pytanie: Czy Ukraina stworzyła sobie więcej dogodnych sytuacji od nas? Nie wydaje mi się. Może po prostu taki jest nasz styl gry? Może czas się z tym pogodzić że nie dominujemy rywali w stylu Hiszpanii czy Niemiec? Naszą siłą są szybkie kontry, są stałe fragmenty gry. Nawałka szlifuje do perfekcji to w czym jesteśmy dobrzy a nie chce robić z nas na siłę kogoś kim nie jesteśmy. I bardzo dobrze. Bo to tak jak w życiu. Nie mamy udawać kogoś, podrabiać czyjegoś stylu. Jesteśmy Polakami, może ci się wydawać że jesteś od nas lepszy a za chwilę ockniesz się z piłką w siatce! To jest nasza futbolowa tożsamość którą nadał nam trener-selekcjoner! To jest tożsamość, która przyniosła nam 7 punktów. Już w tym momencie wielkie dzięki dla was. Wstydu już na pewno nie przyniesiecie, choćbyście ze Szwajcarami przegrali. Wyrobiliście minimum potrzebne do tego byśmy byli zadowoleni. Wszystko co osiągniecie ponadto stworzy z was naszych bohaterów! Bawcie się tym turniejem, bawcie się dalszą grą. Jesteście godni miana herosów, gladiatorów!
Krótko jeszcze o kilku piłkarzach kadry indywidualnie. Mamy w kadrze klejonot. Piłkarza za którego Jurgen Klopp godzien był wyścielić 15mln euro. Gościa wybranego do jedenastki sezonu Serie A. A zarazem gościa, który ma psychikę kruchą jak opłatek. Piotrze Zieliński z całym szacunkiem dla Ciebie, ale nie masz wystarczających jaj na ten turniej. Przed turniejem wydawało się że to on a nie Kapustka jest w tej kadrze wonderkidem, golden boy’em itp. itd. Jednak to Bartek od początku turnieju pokazał że ma wyjebane na jego rangę. Że wjeżdża w niego bez żadnych kompleksów. Że lepszych zawodników niż Irlandczycy z północy to opierdala w naszej ekstraklasie. Nawet wczoraj gdy mu nie szło to nie spuszczał łba na dół tylko walczył dalej. Był bliski pokonania Pjatowa, miał udział w golu Błaszczykowskiego. Był aktywny, dawał coś od siebie tej kadrze. A Zielak? Miałem wrażenie że to czwartoklasista wzięty do uzupełnienia składu przez licealistów. Gdzieś tam się plątał między nogami, bał się poprosić starszych kolegów o piłkę. Ciężko w ogóle było zauważyć że on też uczestniczy w tym meczu. A to nie był pierwszy taki przypadek Piotra w tej kadrze. Przytłacza go atmosfera ważnych spotkań? Zbytnio ciąży orzełek na piersi? Trudno powiedzieć. W Empoli daje radę, ale Empoli to średniak Serie A i tam zapewne nie ma takich obciążeń psychicznych. Wciąż mam w pamięci to jak Zieliński po meczu w Mołdawii jeszcze za kadencji Fornalika schodził do szatni zapłakany po tym jak kadrowiczom pocisnęli kibice. Mam wątpliwości czy od tamtego czasu dojrzał psychicznie. Bo w jego umiejętności nie wątpię absolutnie. Byle tylko nie został kimś (zachowując proporcje) pokroju Arkadiusza Piecha, graczem stworzonym do gry w małych klubach gdzie nie ma wielkich oczekiwań. Na szczęście w przerwie meczu, w blasku jutrzenki Zielińskiego zastąpił Kuba. Wjechał na białym koniu i porzypomniał kibicom dlaczego go kochają. Bramka prawie identyczna jak na Euro 2012 przeciwko Rosji, noo, tym razem z bliższej odległości. Kuba …. W kadrze zawsze na 150%. Wzór reprezentanta. I wbijać już w to że nie lubią się z Lewym. Póki razem współpracują na boisku, jest dobrze. I wbijać już w głupią wypowiedź o biletach … czy ktoś w ogóle o tym jeszcze pamięta? Mimo że nie masz już opaski na ramieniu, to dla mnie zawsze będziesz jednym z kapitanów tej kadry. Tak! Bo z opaską po boisku powinien biegać zarówno on jak i Lewy czy Krycha lub Glik. Jesteście prawdziwymi liderami. Oby Zieliński zaraził się od was kiedyś chorobą gigantycznych cojones! A jak kadrze dobrze idzie to wiele się wybacza … Nawet Cionek mnie zbytnio wczoraj nie wkurwił … 😉
25 czerwca, Saint-Etienne, godz. 15:00. Szwajcario, idziemy po was!!
Ostatnio mało miałem czasu na napisanie czegokolwiek na swoim blogu. Nie zdążyłem podsumować dwóch pierwszych meczów Polaków na francuskim Euro. Przed meczem z Niemcami zdążyłem dać tylko krótką notatkę na facebookowym profilu. Czas najwyższy nadrobić zaległości. Zapraszam do przeczytania garści moich przemyśleń po dwóch pierwszych meczach grupowych i przed ostatnim meczem z Ukraińcami.
Jakże się bałem! Jakże ja się bałem! Tak, mecz z Irlandią Północną przerażał mnie w równym stopniu co starcia ze światowymi potęgami. Czułem się jakbyśmy mieli stanąć w szranki z jakimiś Hiszpanami. No może nie do końca. Nie bałem się ich umiejętności piłkarskich. Bałem się syndromu drużyny narodowej na wielkiej imprezie. Piłkarskiej choroby Polaków w XXI wieku. W dodatku to pieprzenie o niepokonanych od 12 spotkań Irolach … I oto 2 godziny przed meczem dowiaduje się, że Michael O’Neill postanawia wystawić przeciwko nam skład w formacji 6-3-1. Przy czym druga linia ma składać się z samych defensywnych pomocników. Konsternacja… Serio? Tak się nas obawia? Jesteśmy tak zajebiści? Skąd pomysł na okopanie się we własnym polu karnym? Skąd pomysł że osamotniony Lafferty ma sforsować naszą defensywę? Moje obawy trochę zelżały. Dlaczego mam się obawiać gości, którzy w meczu z nami postanawia postawić w polu karnym autobus? Niczym Mourinho na Camp Nou? 6 obrońców? Trzech Def-Pom? Jak Wójcik na Wembley w pamiętnym meczu gdy kazał biegać Iwanowi za Beckhamem i wołać do niego „ruchałem Victorię”. Wójcikowi efektu taki bunkier nie przyniósł bo rozpędzony Scholes strzelał wówczas jak chciał, nawet ręką. Przeczytałem też artykuł na weszlo.com, w którym redaktor Stanowski przekonywał, że bać się Irlandczyków z północy to jak bać się spaniela. No ok. Niech wam będzie. Godzina 0. Wychodzimy na murawę. I faktycznie. Irlandia za podwójną gardą. Polacy w natarciu. Jak ktoś postronny to oglądał to pewnie zasypiał. Jedni ograniczają swój futbol do bezmyślnej wybijanki, drudzy powoli, monotonnie starają się wyciągać kolejne cegły z ulsterskiego muru. No nie była to kanonada na bramkę Michaela McGoverna. Ciężko było się przebić przez gąszcz zielonych koszulek. Najpierw spierdolił Milik, potem ładnie uderzył najbardziej przebojowy tego dnia Kapustka ale na posterunku był golkiper. Kontakty Lafferty’ego z futbolówką można było policzyć na palcach jednej ręki. Potem Milik odstawia – jak się okazało – swoją popisową akcję na tym Euro, pod nazwą „biorę zamach i nie trafiam w piłkę”. Koniec pierwszej połowy. Gdzieś tam w głowie świta „kurwa, tylko 45 minut zostało a jak nie zdążymy?” i bardziej chore „a może remis to nie taki zły wynik na początek?”. Różne głupstwa człowiek wymyśla w czasie takiego meczu. Remis kurwa, z nie potrafiącymi grać w piłkę Irlandczykami. Na szczęście nasza kadra w 51 minucie daje mi do zrozumienia że się chyba z własnym chujem na łby pozamieniałem i niech skończę w końcu biadolić. Oto mamy! 1-0 dla biało-czerwonych! Strzelcem bramki kaleczący się do tej pory Milik. Prowadzimy na Euro! Irlandia przecież nie potrafi podejść pod bramkę Szczęsnego! No kurcze, wygraliśmy. Prawda? Powiedzcie że Irlandczycy już nic nam nie zrobią! Powietrze trochę zeszło. Czułem jakby mi ktoś trzonek od miotły z tyłka wyjął ale w takich meczach obawa zaczyna się już pojawiać gdy przeciwnik ma piłkę na 30 metrze od naszej bramki. A gdy obcina się Pazdan i Irol wychodzi sam na sam ze Szczęsnym to jesteś bliski zawału. Na szczęście Boska opatrzność i brak umiejętności przeciwnika czuwały tego dnia nad nami. Kontrolowaliśmy ten mecz. Zagraliśmy mądrze, neutralizowaliśmy Irlandię (w sumie sami się zneutralizowali swoim ustawieniem), cierpliwie ich próbowaliśmy ukłuć aż wreszcie się udało. W końcówce świetny strzał oddał jeszcze Krychowiak. Krycha … mózg tego zespołu. Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie że człowiek dający tej kadrze więcej niż Lewy. A propos naszego światowej sławy napadziora. Po meczu powstały dwa obozy. Jeden zachwalający Robert za umiejętne odciąganie przeciwnika, walkę i przepychanie się z nim, robienie miejsca Milikowi. Drugi mówiący wprost – „Niczym się dziś nie popisał”. I tak sobie myślę. Gdyby na miejscu Lewego w tym meczu był Sobiech lub Teodorczyk i zagrali podobny mecz jak on to wylałaby się na nich fala krytyki za słaby mecz i nie stworzenie sobie żadnej okazji. Oj zmieniło się podejście do Roberta przez ostatnie … 4 lata? Ze z dupy wziętej krytyki i ciągłego narzekania że Lewandowski nic kadrze nie daje, napastnik Bayernu doszedł do statusu „świętej krowy”. Aczkolwiek w pełni sobie na to zasłużył. Mimo wszystko trzeba czasem dopuścić do siebie myśl że Lewy może mieć słabszy dzień i nie należy szukać na siłę pozytywów jego gry. Tak jak powiedział Andrzej Twarowski, chwalenie Lewego za taki mecz to obraza dla niego samego. Irlandia stworzyła dwie akcje, po których zabiło mi mocniej serce ale nawet nie zdołali ich wykończyć strzałem. Do tamtego momentu najbardziej jednostronny mecz Euro. Zdobyliśmy trzy punkty, odnieśliśmy historyczny triumf na mistrzostwach Europy. I co najważniejsze nie skomplikowaliśmy sobie życia już w pierwszej grze !
Mecz nr. 2. Przeciwnik: legendarny, znienawidzony i przy tym wszystkim zazwyczaj nie do ugryzienia. W mediach po pierwszym meczu głupawka. Wygraliśmy przecież z Irlandią, więc zostaniemy mistrzem Europy! Dziś ogolimy szwabów! Ja podchodzę do meczu na chłodno. Porażka jest wkalkulowana, remis biorę w ciemno. Życie jest przewrotne, kiedyś to ja byłem huraoptymistą. Dziś najgłośniej o zwycięstwie krzyczą ci, którzy wówczas w momencie gdy usłyszeli że gra Polska mówili z automatu „i tak przegrają”. O swoich odczuciach względem Niemców pisałem w poście na facebooku. Zresztą po moich wcześniejszych wpisach łatwo się zorientować jak wielką „miłością” darzę sąsiadów z zachodu. Pytanie tylko: Ile dziś Niemców w Niemcach? O dziwo w pierwszym składzie sporo typowych, szkopskich ryjów. Mueller, Kroos, Neuer, Goetze… Ale też: Ghańczyk, Turek, Tunezyjczyk potem na boisku pojawił się Hiszpan … chociaż akurat do Gomeza jakoś dojebać się najciężej że nie jest Niemcem. Do meczu podchodziłem spokojniej niż do starcia numer jeden. Przegram to przegramy, najważniejszy jest mecz z Ukraińcami. Jednak oto dwie godziny przed meczem, Irlandczycy, którzy w starciu z nami z własnej połowy schodzili tylko gdy sędzia odgwizdywał koniec połowy grają jak równy z równym z Ukrainą. A w drugiej połowie wciskają im dwie bramki i inkasują trzy punkty! Ukraina jedzie do domu. Ukraina musi być słaba! Zaraz, zaraz, ale przecież ta sama Ukraina starała się dzielnie postawić Niemcom. To może jednak Niemcy nie są wcale tacy mocni? Zaczyna się mecz. Niemcy siedzą na nas, pokazują że są lepsi pod względem kultury gry, opanowania, finezji. Ale my tu nie przyjechaliśmy strugać Barcelony. My mamy grać to co umiemy najlepiej. Niech Niemcy sobie kulają piłeczkę. Zobaczymy jak cwani będą gdy wyjdziemy z szybką kontrą. Faktycznie. Niemcy próbują nas ukłuć ale z marnym skutkiem, dobrze się bronimy. My próbujemy się odgryźć z szybkiej kontry ale oni też są pewni w defensywie. Najsłabszym ich punktem chyba jednak jest Hummels, który w łatwy sposób stracił piłę na rzecz Lewego. Ale mają jeszcze niesamowitego Boatenga czy bramkarzo-libero-rozgrywającego Neuera. Pierwsza połowa na 0-0. Brak jakichś 100% okazji z jednej jak i drugiej strony. Druga połowa, mija kilkadziesiąt sekund i Milik jest o milimetry od wprowadzenia Polaków w stan ekstazy. ‘Zabrakło mu milimetrów by skierować „Beau Jeu” (to nazwa oficjalnej piłki :P) do siatki rywala. Gramy dalej. Gramy odważniej, częściej się odcinamy Niemcom, oni zaś cały czas bezskutecznie próbują rozmontować obronę w której prym wiedzie Michał Pazdan. Tak. Ten Pazdan. Tak z tych Pazdanów. Pazdanarro! Czyści wszystko, jest wszędzie. Praktycznie bezbłędny mecz. W ostatniej chwili uprzedza Oezila w sytuacji sam na sam z Fabianem. W odpowiedzi Boateng blokuje w ostatnim momencie Lewego uderzającego na bramkę Neuera. Fabian paruje piłkę Oezila nad poprzeczkę. A u nas tradycyjnie Milik na jedenastym metrze nie trafia w piłkę! Gość w czasie tych dwóch meczy mógł sobie zapewnić koronę króla strzelców. Gdyby tylko trafiał w piłkę … No, trochę pojebałem chronologię zdarzeń ale mniej więcej taka mała wymiana ciosów miała miejsce. Przy czym mam wrażenie że nasze ciosy były klarowniejsze. Zabrakło nam milimetrów na piłce, ułamków sekundy by Milik zdołał zgrać w czasie spotkanie swojej głowy i nogi z piłką. W samej końcówce serce podchodziło mi do gardła. Nie, nie dlatego że Niemcy tak nas stłamsili. Dlatego że w pamięci miałem Bramkę Neuville’a z Mundialu 2006 i wpadkę Wawrzyniaka po której w 2011 straciliśmy okazję by pokonać Niemców po raz pierwszy. Na szczęście znów graliśmy mądrze, graliśmy na miarę swoich możliwości. Nie pozwoliliśmy Niemcom na zbyt wiele. Zremisowaliśmy mecz z Mistrzami Świata a z powodzeniem mogliśmy go wygrać. A gdzieś tam w głowie obok dumy z dobrego meczu tlił się niedosyt. 4 punkty po dwóch meczach. Piłkarski fanie z Polski. Witamy w nowej rzeczywistości ! Po 30 latach Polacy znów na piłkarskiej, wielkiej uczcie nie robią za kelnerów!
Today! Mecz z Ukrainą. Przez polityków poprzedniej władzy (w sumie obecnej również) mecz godny obwołania „spotkaniem przyjaźni”. Przez tych, którzy biegali po Majdanie i krzyczeli „Sława Ukraini! Herojam sława!”. Ramię w ramię z wyznawcami kultu Stepana Bandery. Dla nas jak i zapewne dla Ukraińców mecz z nacją, z którą mamy historycznie bardzo na pieńku. Zresztą ukraińscy kibice mocnego pierdolnięcia bez ogródek obwieszczali jeszcze dwa tygodnie temu że zrobią nam „drugą rzeź wołyńska”. Co nam pozostaje odpowiedzieć na te skurwysyńskie zaczepki? Zapraszamy! Zarówno kibicowsko jak i na murawę! Zresztą murawa już zweryfikowała niebiesko-żółtą ekipę. Podopieczni Fomenki zagrają dziś pożegnalny mecz. Mam nadzieję że nasi „Heroje” postarają się by wracali do naddnieprzańskiej krainy w jak najbardziej upodlonych nastrojach. Również między kibicami obu ekip przed tym meczem da się wyczuć wiszące napięcie. Euro 2016 to jak na razie powrót do najbardziej szalonych, kibicowskich lat. Wojna między kibicami Rosji i Anglii, Niemcy goniący Ukraińców, Hiszpanie dymiący z Turkami, wreszcie Chorwaci obrzucający pirotechniką murawę stadionu w Saint-Etienne. Oj dzieje się poza stadionami (na stadionach zresztą też)! A jak na razie Polacy są gdzieś tam z boku w tym całym chuligańskim kotle. Czy tak zostanie do końca imprezy? Hmm. Myślę że jutro na ten temat będzie można powiedzieć o wiele więcej. Co na murawie? Ciężko powiedzieć. Perspektywa Jarmolenki i Konoplanki na skrzydłach nie jest już tak przerażająca jak jeszcze dwa tygodnie temu. Z drugiej strony wystawianie dublerów w ostatnich meczach często skutkuje tym, że drużyna gra o wiele lepiej bo rezerwowi piłkarze pragną pokazać że sadzanie ich na ławie było błędem (via nasz mecz z USA na mundialu 2002). Ja jednak bardziej obstawiałbym na strzaskane morale kadry Ukrainy i żądnych krwi Polaków, chcących bić się do samego końca o pierwsze miejsce w grupie. Miło byłoby obejrzeć podobny scenariusz jak ten wczorajszy, walijsko-rosyjski. Miło byłoby utrzeć nosa buńczucznym Ukraińcom, naśmiewającym się z ludobójstwa na skutek którego śmierć z rąk UPA poniosło 50-60 tys. naszych rodaków. W czasie którego z zimną krwią mordowano kobiety i dzieci. Za pomocą pił, siekier i innych narzędzi pasujących do psychopatycznych morderców. Skoro nasi politycy nie potrafią dopomnieć się o sprawiedliwość za te zbrodnie, pierdoląc o tym że nie chcą pogorszenia stosunków polsko-ukraińskich, to wymierzmy sprawiedliwość chociaż symbolicznie, na boisku. Polacy. Niech na murawie Stade Velodrome będzie dzisiaj wojna!!
„Nothing Else Matters”. To tytuł jednego z niezliczonych przebojów Metalliki. Nothing Else Matters czyli po polsku „Nic innego się nie liczy”. Dla mnie to także hasło przewodnie dzisiejszego dnia. Dziś reprezentacja Polski w piłce nożnej rozegra swój pierwszy mecz na mistrzostwach Europy we Francji … i nic innego się nie liczy !!
Nie mógłbym chyba być piłkarzem. Abstrahując już od tego, że Bóg poskąpił mi talentu czysto futbolowego. Ale wyobraźcie sobie jak byście się dziś czuli? Wiedząc że media nadmuchały balonik do granic możliwości? Wiedząc że jeśli wtopicie mecz z Irlandią to jutro dziennikarskie prostytutki z „Faktu”, które wczoraj zachwycały się kadrą niczym piłkarskimi bóstwami nazwą cię szmaciarzami? Jak zajebiście silną psychikę musiałbyś mieć by strach nie splątał ci dzisiaj nóg? Byś nie grał tak jakbyś miał wokół jaj obwiązany drut kolczasty? Rozumiem, to zawodowcy. Taki ich zawód. Ale to też tylko ludzie. Pamiętacie 1998 rok i finał mistrzostw świata. Ronaldo rzygający jak kot dzień przed finałem, bo tak ciężko znosił presję z nim związaną? Wielki Ronaldo. Wówczas zaledwie 22 letni … jak dziś Milik. Ok, nie ma sensu porównywać presji finału mistrzostw świata do dzisiejszej potyczki z Irolami. Ale też nie jesteśmy Brazylią lat 90tych. Co czulibyście dziś będąc w skórze Michała Pazdana? Mając zagrać na tak newralgicznej pozycji, wiedząc że macie sporą liczbę przeciwników waszego występu. Wiedząc że błąd, który wam się może przydarzyć, ewentualnie zawalona bramka może oznaczać werbalny lincz w wykonaniu wszelkiej maści „ekspertów”? Jak spali byście dzisiejszej nocy? Bylibyście w stanie zjeść śniadanie? Czy może zwrócilibyście je do kibla? Współcuję. Współczuję piłkarzom i podziwiam ich za dźwiganie tego brzemienia. Druga sprawa. Motywacja. Ja bym był chyba przemotywowany. Ja mam łzy w oczach słuchając „Mazurka Dąbrowskiego”. Jak dzisiaj go odegrają przed meczem to pewnie będę miał imadło w gardle. Jakbym miał go wysłuchać stojąc na murawie stadionu to chyba bym się popłakał niczym Payet schodzący w piątek z murawy Parc des Princes. Wyłbym jak bóbr. No chyba że stres tak by mnie sparaliżował że nawet nie byłbym w stanie. Na szczęście to nie ja będę dziś grał przeciwko graczom z Ulsteru. Z motywacją raczej też nie powinno być problemu. To raczej mecz z gatunku „samomotywujących”. Aczkolwiek będąc Nawałką puszczałbym graczom przez cały tydzień coś co by ich nakręcało. Leszek Ojrzyński trenując jeszcze Koronę Kielce za czasów „Bandy Świrów” puszczał w szatni rap. Co puściłbym ja? Nie wiem. Może rap to dobry wybór. Coś patriotycznego:
To tak z motywów związanych z „Powstaniem Warszawskim”. Miejmy nadzieję że nasi kadrowicze odnajdą dziś w sobie chociaż cząstkę woli walki powstańców a będzie dobrze. Obyśmy skończyli jednak tę batalię w bardziej optymistyczny sposób… Co jeszcze? Nie wiem. Mnie nakręcało zawsze oglądanie „Walecznego Serca” z Melem Gibsonem. „Władca Pierścieni” gdy Rohirrimowie przychodzili Gondorowi z odsieczą. „Szeregowiec Ryan”, maraton z serialem „Kompania braci”. Dwie słynne mowy motywacyjne. Al. Pacino w „Męskiej grze”:
Pilecki, Westerplatte, Monte Casino, Dywizjon 303, Husaria … Górnolotnie, ale jeśli myślisz o tym ile dla tego kraju mogli przejść ci wszyscy bohaterowie to kopanie kawałka skóry przez 90 minut na pełnej mocy powinno być igraszką. To nie 3 lata w obozie KL Auschwitz, to nie walka z batalionami Waffen-SS, to nie wojna z hordami tureckich janczarów. To mecz 11 na 11 z kolesiami, którzy kopią piłkę na o wiele gorszym poziomie od Ciebie! To nie ulega wątpliwości. Irlandczycy są słabsi piłkarsko. Ich atutem będzie właśnie motywacja, chęć walki, twarda gra. Każda z tych rzeczy zależna jest tylko od głowy i psychiki naszych piłkarzy. Ale prowadzi ich generał Nawałka. Nigdy nie zwątpiłem w naszego selekcjonera i wierzę że dziś odpowiednio nastawi tych chłopaków. Nigdy za czasów Nawałki ta kadra nie pozwoliła mi zwątpić w ich ambicję i wolę walki. I nie jestem sobie w stanie wyobrazić by dziś mogło być inaczej. Życie pokazało mi w sposób dobitny już czterokrotnie, że kibicowanie Reprezentacji Polski to nie jest łatwy kawałek chleba. Nie jestem już 14 letnim chłopcem, którego dziecięce marzenia sprowadzili na ziemię Koreańczycy, nie jestem 18letnim, buńczucznym młodzieńcem otrzymującym ostrą lepę na otrzeźwienie od Ekwadoru. Nie jestem 20letnim romantykiem wierzącym w zgniecenie Niemców. Ani też nadal naiwnym 24latkiem, który wierzył że na własnym terenie nie da się nie wyjść z grupy śmiechu. To jest futbol! Wszystko jest możliwe! Łącznie z otrzymaniem dzisiejszego wieczoru klapsa od Irlandii. Ale na miłość boską! Naprawdę muszę być, zarówno ja jak i każdy pozostały kibic reprezentacji tego pięknego kraju wystawiony dziś na kolejną próbę? Na kolejne cierpienie? Musimy być piłkarskimi Hiobami? Panowie, skończcie to dzisiaj !! Dośc romantycznych porażek. Przez całe eliminacje wielokrotnie nam nie żarło. Jak z Gruzją w Warszawie, jak ze Szkotami na Hampden. I co? I kończyliśmy te mecze w sposób spektakularny dzięki temu że walczyliśmy do końca. Gruzinów w doliczonym czasie rozbiliśmy. Szkotów w ostatniej akcji pozbawiliśmy złudzeń co do wyjazdu na Euro. Wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują że szczęście w końcu może nam sprzyjać. Wystarczy tylko mu dopomóc.
Boję się. Cały czas się boję. Nie podoba mi się pompowanie balonika. Na wszystkie te chore wypowiedzi o realnym półfinale itp. najchętniej zareagowałbym splunięciem za prawe ramię i rzuceniem garści soli za plecy by odklinać te wszelkie przejawy zapeszania. Z drugiej strony, nic nie stoi na przeszkodzie by Lewy i spółka pokazali mi dzisiaj że mogę się otworzyć na sukces. Bo przeszłość została za nami a oni faktycznie są nową reprezentacją Polski. Skazaną na sukces (czyli w naszym przypadku chociażby wyjście z grupy). Tego zarówno sobie, wam jak i przede wszystkim im życzę. Jak mawiał klasyk „Biało-Czerwona na maszt, kiełbachy w górę i golimy frajerów”.
Wczoraj oceniłem siłę poszczególnych drużyn, które będą walczyć na Euro, dziś zabawię się w skrzyżowanie ośmiornicy Paula z Harrym Potterem i Gandalfem i za pomocą sił mistycznych przeprowadzę symulację turnieju. A w sumie nie tyle sił mistycznych co mojej intuicji i wizją zesłanym mi przez piłkarski Olimp. Znając moje szczęście i celność moich typów gdy odwiedzałem buka, jeśli obstawicie wyniki zupełnie odwrotnie, będziecie w stanie dorobić się niezłej kasy. Ok. Zaczynamy czarować.
Grupa A
Francja-Rumunia 2:0
Albania-Szwajcaria 1:3
Rumunia-Szwajcaria 1:1
Francja-Albania 4:1
Rumunia-Albania 1:0
Szwajcaria-Francja 1:2
1.Francja 9pkt
2.Szwajcaria 4pkt
3. Rumunia 4pkt
4. Albania 0pkt
Tak to widzę. Żabojady mimo mojej niechęci przejdą grupą lekkim chujem na pierwszym miejscu. Walka o 2 pozycję będzie między Szwajcarami a Rumunami i mimo remisu w bezpośrednim starciu dalej wejdą Szwajcarzy, bo wyżej pokonają gang z Albanii i lepiej zagrają z kalifatem francuskim. Rumunia do tabelki państw z 3 miejsc. Albańczycy out.
Grupa B
Walia-Słowacja 1:1
Anglia-Rosja 2:1
Rosja-Słowacja 1:1
Anglia-Walia 2:1
Rosja-Walia 0:0
Słowacja-Anglia 0:2
Anglia 9pkt
Słowacja 2pkt
Rosja 2pkt
Walia 2pkt
Ładnie pogmatwałem sytuacje w grupie B :D. Anglicy wychodzą na pierwszym. Reszta zespołów ma po 2 pkt i decyduje mała tabelka w której najlepsi okazują się Słowacy, dzięki temu że w bezpośrednich starciach zainteresowanych zespołów strzelili najwięcej bramek. I ciekawe czy życie wymyśli tak ciekawy scenariusz jak ja :P.
Grupa C
Polska-Irlandia Płn 3:1
Niemcy-Ukraina 2:0
Polska-Niemcy 0:2
Ukraina-Irlandia Płn 2:0
Polska-Ukraina 1:1
Irlandia Płn-Niemcy 1:3
Niemcy 9pkt
Polska 4pkt
Ukraina 4pkt
Irlandia Płn. 0pkt
Dalej przechodzą Niemcy i Polacy. Polacy dzięki zdobyciu 4 bramek przy 3 Ukraińców.
Grupa D
Turcja-Chorwacja 1:1
Hiszpania-Czechy 3:1
Czechy-Chorwacja 1:2
Hiszpania-Turcja 2:1
Czechy-Turcja 2:2
Chorwacja-Hiszpania 1:1
Hiszpania 7pkt
Chorwacja 5pkt
Turcja 2pkt
Czechy 1pkt
Wychodzą Hiszpanie i Chorwaci. Turcja powalczy o awans z 3 miejsca. Czesi niestety outsiderami grupy.
Grupa E
Irlandia-Szwecja 0:1
Belgia-Włochy 2:2
Włochy – Szwecja 1:0
Belgia-Irlandia 2:0
Włochy-Irlandia 2:0
Szwecja-Belgia 1:2
Belgia 7pkt
Włochy 7pkt
Szwecja 3pkt
Irlandia 0pkt
Belgowie i Włosi powalczą o wygraną w grupie. Detale zadecydują, że to „Czerwone Diabły” jednak wygrają grupę. Szwecja lepsza od Irlandii o długość Zlatana. Znów zapłakani kibice z „Zielonej wyspy” zaintonują „The Fields of Athenry” i to będzie najpiękniejsze wspomnienie po Irlandii na tym turnieju.
Grupa F
Austria-Węgry 2:0
Portugalia-Islandia 3:1
Islandia-Węgry 1:1
Portugalia-Austria 2:1
Islandia-Ausrria 1:3
Węgry-Portugalia 0:3
Portugalia 9pkt
Austria 6pkt
Islandia 1pkt
Węgry 1pkt
Portugalia i Austria spokojnie wychodzą na dwóch pierwszych. Islandia na trzecim dzięki liczbie zdobytych bramek. Bratankowie z punktem pocieszenia.
Tabela drużyn z miejsc 3cich.
Ukraina 4pkt
Rumunia 4pkt
Szwecja 3pkt
Turcja 2pkt
Rosja 2pkt
Islandia 1pkt
Odpadają Rosjanie i Islandczycy, reszta zespołów melduje się w 1/8 finału.
1/8
Szwajcaria-Polska 1:2
Hiszpania-Szwecja 3:1
Anglia-Turcja 2:1
Portugalia-Włochy 1:1 k. 2:3
Belgia-Chorwacja 3:2 po dogrywce
Niemcy-Rumunia 3:0
Słowacja-Austria 0:2
Francja-Ukraina 3:1
Bo mamy lepsze indywidualności. Bo Zlatan to za mało na 11 wirtuozów. Bo szczęście w końcu uśmiechnie się do Angoli chociaż będzie im ciężko. Bo Gianluigi Buffon. Bo będzie to fantastyczny mecz ale wygrają multi-kulti Belgowie (bo życie jest niesprawiedliwe). Bo, bitch, please … . Bo Austriacy będą „czarnym koniem” (bo Alaba jest czarny). Bo ukraińska obrona to parodyści a Francja z przodu ma walec.
Ćwierćfinały
Polska-Hiszpania 1:3
Anglia-Włochy 2:1
Belgia-Niemcy 1:2
Austria-Francja 1:2
Bo będziemy zapierdalać jak w meczu z Niemcami we Frankfurcie, ale to znów będzie za mało. Bo … nie wiem czemu… tak bo tak. Bo Belgowie nie są jeszcze gotowi do gry o najwyższe laury i fuksem wygrają Niemcy, Neuer wybroni im mecz. Bo pierdolone żabojady mają łatwą drabinkę.
Półfinały
Hiszpania-Anglia 2:1 po dogrywce
Niemcy-Francja 0:1
Bo Anglicy nie mają gościa, który by ich pociągnął za uszy w tak ważnym meczu. Bo Niemcy nie mogą być najlepsi na świecie i w Europie … i są słabsi kadrowo niż Francja.
Finał
Hiszpania-Francja 2:1
Bo La Furia Roja wrócą na szczyt. Mają najlepsze kluby i będą też mieli najlepszą reprezentację a Francuzi pokłócą się przed ostatnim meczem bo Pogba zaliczy żonę Griezmanna.
Czujecie to? Czujecie tą wszędobylską atmosferę? Tą piłkarską gorączkę? Czujecie ten klimat? Ja to osobiście kocham! Kocham ten czas przed samym Euro/Mundialem. Czas oczekiwania. Czuję się wtedy jak dzieciak przed gwiazdką czekający na Św. Mikołaja. Te analizy, to gdybanie. Oczywiście wszystko z umiarem. Bo taka głupawka jak w tej chwili jest grubą przesadą. Pokazywanie w tv pustych pokoi hotelowych i ogłaszanie z namaszczeniem „tutaj wypoczywali oni”. Panowie, pokazujemy łóżka w których spali goście grający m.in. w Zagłębiu Lubin i Cracovii a nie grotę Grobu Pańskiego … Nie długo „Rycerz Niepokalanej” przeprowadzi wywiady w których sprawdzi znajomość reprezentantów z „Ojcze Nasz” a „Pani Domu” przepyta partnerki piłkarzy o to jak radzić sobie z bólami menstruacyjnymi. Nie, takiemu odpustowi i dożynkowemu klimatowi mówię stanowcze wypierdalaj. Ale słuchanie ekspertów (nie braci Mroczek i Maryli Rodowicz), czytanie przewidywań, porównywanie składów, analizowanie drabinki. To jest to! Szczególnie gdy na turnieju grają Biało-Czerwoni. Ale wiecie co jest najgorsze? To, że już w niedzielę mogę mieć tego wszystkiego dość. Wystarczy że naszym graczom powinie się noga i przegramy pierwszy mecz. I 3 dni po rozpoczęciu Euro będę miał już to wszystko w dupie. Będę rozbity, nieszczęśliwy i najchętniej jebnę to wszystko i wyjadę w Bieszczady … chociaż nie, bo w Bieszczadach jest Arłamów … po co rozdrapywać rany. Nawet Bieszczady spalone. No ale kurwa, taki scenariusz przeżywałem już w 2002, 2006, 2008 … w sumie 2012 nie, bo po meczu z Grecją był niedosyt ale wszystko jeszcze było możliwe. No ale koniec końców był „chuj, dupa i kamieni kupa” cytując pewną polityczna szuję. Mam nadzieję że cztery wielkie imprezy z rzędu w których zostaliśmy upokorzeni to dla piłkarskich Bogów wystarczająca pokuta na nas zesłana. W końcu skład mamy jak nigdy (zagramy jak zawsze?), mamy jednego z piłkarskich bogów w składzie, inteligentnego trenera no i kurwa jego mać … sama wygrana z Irolami powinna dać awans do 1/16. Ale poza nami w turnieju wystąpią 23 inne reprezentacje i każda z nich aspiracje ma co najmniej takie same jak my. Każda marzy co najmniej o wyjściu z grupy, większość o dojściu chociaż do ćwierćfinału i kilka o medalu a kilka następnych przyjeżdża do emiratów francuskich z zamiarem rozbicia banku. Kto z nich na papierze prezentuje się najlepiej a kto przyjeżdża w roli outsidera? Sprawdzam: Grupa A: Francja – Gospodarze turnieju. A jak wiadomo gospodarzom często pomagają ściany (ale banał, nie?). Aczkolwiek dla mnie to kadra, która w ostatnich latach bardziej kojarzy mi się z wszelkiej maści kłótniami, sprzeczkami i różnymi skandalami. Właściwie tak się ciągnie od 2010 gdy rozkapryszone francuskie gwiazdeczki rozjebały od środka kadrę na mundialu w 2010. Opinia publiczna ukrzyżowała wówczas za to selekcjonera kadry Raymonda Domenecha. Tym razem największy skandal wzbudziła „afera taśmowa” z udziałem Benzemy, który sterroryzował Mathieu Valbuene nagraniem, na którym gracz Lyonu zdradza żonę. Obydwaj bohaterowie afery w kadrze nie zagrają. Benzema za karę że ma IQ na poziomie rozwielitki i zwyczajnie jest skurwysynem. A Valbuena za to … że jest słaby. Poza tym rozbiciu uległ środek defensywy. Ze składu wypadają Mamadou Sakho (podejrzenie o stosowanie dopingu) i kontuzjowany Raphael Varane (dla mnie jeden z najlepszych środkowych defensorów w Europie). Jak zatem będą wyglądać Francuzi? Mimo wszystko będą jednym z faworytów do zwycięstwa w turnieju. Troszke słabsza defensywa. Chociaż Koscielny, Mangala czy Evra to blok obronny o jakim chociażby my możemy pomarzyć. W drugiej linii przede wszystkim Paul Pogba i objawienie sezonu N’golo Kante. Za to siła rażenia imponująca. Strzelec 22 goli w La Liga Antoine Griezmann, motor napędowy West Hamu i kolejne objawienie Premier League Dimitri Payet (najlepiej bite rzuty wolne od czasów Juninho Pernambucano) oraz nadzieja Manchasteru United Anthony Martial. W odwodzie chociażby strzelec 16 goli ligowych w barwach Arsenalu Olivier Giroud czy młoda gwiazda Bayernu Kingsley Coman. Imponujący atak, prawda? Gdyby nie to, że to Francuzi to może nawet bym im kibicował bo skład mają bardzo ciekawy i zapewne będą grać efektowny futbol. No ale nie lubię Francji i gdyby okazało się że nie wyjdą z grupy … będę chamem i się ucieszę. Jeden ze składów najbardziej przesiąkniętych multi-kulti i islamem. Czy to będzie ich zgubą? Nie, przecież multi-kulti i religia pokoju są suuuper ;-). Rumunia – Zdecydowanie nie ta Rumunia co kiedyś. Bez gwiazd pokroju Ilie, Moldovana, Hagiego czy Popescu. Właściwie na pierwszy rzut oka na skład ekipy z Karpat mój wzrok przykuwają jedynie bramkarze: Tatarusanu z Fiorentiny i znany z angielskich boisk Pantilimon (robił sporo punktów w Fantasy Premier League … dopóki go nie kupiłem …). Poza tym obrońca Napoli Chirches i wiekowy już Razvan Rat z Rayo Vallecano. Poza tym? Trzech gości z bułgarskiego Ludogortsa Razgrad, gość z Izraela, gość z Kataru i następny z Arabii Saudyjskiej. Sporo graczy z miejscowej ligi, której poziom w ostatnich latach, nie czarujmy się, spadł dość drastycznie. Ich sztandarowy produkt – Steaua ma spore problemy, nie mogąc nawet używać historycznej nazwy. Większość klubów pogrążonych w aferach i z kłopotami finansowymi. Przecież jedną z gwiazd ligi do nie dawna był Kamil Biliński. Z drugiej strony eliminacje przeszli bez porażki (5 wygranych i 5 remisów) i z zaledwie dwoma straconymi bramkami. Chociaż to była jedna z najsłabszych grup (Irlandia Północna, Węgry, Finlandia, Gracja i Wyspy Owcze). W grupie powalczą ze Szwajcarami o drugą pozycję. Chociaż większe szanse daje Helwetom. Szwajcaria– Kolejny mocno multikulturowy skład. Praktycznie na każdym turnieju ekipa typowana do bycia „czarnym koniem”. Tylko że kiedyś ekipa z „młodymi gniewnymi”, teraz to bardziej drużyna pełna przeciętnych, europejskich graczy. Żaden z wielkich talentów sprzed kilku lat jakiejś wielce oszałamiającej kariery nie zrobił. No jest w sumie Granit Xhaka, który nie dawno przeszedł z Moenchengladbach do Arsenalu za 45 milionów euro. Największą gwiazdą jeszcze do nie dawna był Xherdan Shaqiri, który miał zostać gwiazdą europejskiego formatu ale po nie udanych przygodach w Bayernie i Interze trafił do Stoke, w którym, umówmy się, też dupy nie urwał. 27 występów ligowych 3 bramki, 6 asyst. Gracz jakich sporo w Anglii. Oprócz nich? Doświadczony Lichtsteiner w obronie, Rodriguez o którego walczy sporo niezłych klubów. Fernandes, Behrami, Dzemaili, europejscy średniacy. W eliminacjach dwa razy w pape od Angoli, raz od Słoweńców i sporo problemów z nimi również w drugim meczu, gdzie przegrywając do 80 minuty 0-2 zdołali wygrać 3-2. Jeśli wszystko by szło zgodnie z przewidywaniami, możemy się z nimi spotkać w 1/16 finału. Jak wiadomo rzadko kiedy coś idzie z przewidywaniami … Albania– To gang z Albanii, to gang z Albanii, to gang z Albanii … Jedna z ekip maskotek tych mistrzostw, których po poszerzeniu grona uczestników do 24 zespołów jest kilka w stawce. Chociaż … w grupie w pokonanym polu zostawili Duńczyków i Serbów. Wygrali też mecz w Portugalii. Próżno szukać znanych graczy w składzie … Lorik Cana? To max co można z nich wycisnąć. Mi się w pamięć wrył jeszcze Bekim Balaj, były piłkarz Jagiellonii Białystok. Może posilą się o jakiś pojedynczy mecz w którym sprawią niespodziankę, urwą faworytom punkty. Na więcej bym nie liczył. Niech moc Popka będzie z nimi! Grupa B Anglia– Dumni Synowie Albionu. Jadący wciąż na paliwie dostarczanym dzięki wspomnieniu wygranego Mundialu w 1966 roku. Od tego czasu co? IV miejsce na MŚ 1990. Zawsze wielcy Anglicy. Zawsze stawiani gdzieś tam w szeregu faworytów. Ale właściwie dlaczego? Na podstawie pomiaru siły ich rodzimej ligi? Kogo mają w składzie kogo moglibyśmy nazwać gwiazdą światowego formatu? Na pewno Wayne Rooney. Ale Wazza znajduje się w kryzysie, nie błyszczy już tak jak kiedyś. Jest świeża krew w postaci Kane’a i Vardy’ego. Ale to zawodnicy z nikłym doświadczeniem na poziomie międzynarodowym. Tak samo jak młodziutki Rashford z Manchasteru United, który zdobył debiutancką bramkę w reprezentacji już w swoim pierwszym kontakcie z futbolówką. Może o to chodzi? Może ta świeżość i głód sukcesu będą tutaj kluczowym czynnikiem aby odnieść sukces? Reszta zespołu? Świetny bramkarz. Inni? Solidni gracze z Premier League ale ciężko kogoś tutaj uznać za piłkarza, który potrafiłby w pojedynkę wygrywać mecze. Nie ma już takich gwiazd jak jeszcze kilka lat temu. Nie ma nikogo pokroju Lamparda, Gerrarda a i Rooney jak już wspomniałem jakby nie ten. Tak czy siak będzie to drużyna za którą z pewnością będę trzymał kciuki, bo jak pisałem we wpisie poświęconym lidze angielskiej, Anglia to kolebka futbolu, magia i piękno. Gdy zabrzmi „God save the Queen” moje serce na pewno zabije mocniej. Rosja– Dziwna banda. Niby solidna. Niby zawsze z paką godną bycia „czarnym koniem” (w sumie takowym byli na Euro 2008). Ale zazwyczaj grająca tak chujową piłkę że chce się spać na ich meczach. Bez kitu, „Sborna” tak mi utkwiła w pamięci. No poza wspomnianym 2008 gdzie mieli pakę z Arszawinem, Pogrebnyakiem i Pawliuczenką w najwyższej formie. Teraz mają kłopoty (związek ma olbrzymie długi), zwolnili Fabio Capello z posady trenera, który zarabiał tam krocie … a jak odkręcał kran to pewnie z niego leciał Johnny Walker. Prawie przejebał im te eliminacje. Zatrudnili swojaka – Leonida Słuckiego i wprowadził ich jednak na francuski turniej, wygrywając 4 ostatnie mecze eliminacyjne i rzutem na taśmę wyprzedzając Szwedów. Przyjęli taktykę jaką obrał Smuda przez Euro 2012 i pofarbowali dwa lisy. Niemca Neustadtera (komuś się przypomniało że jego dziadek trzymał za rękę pewną Rosjankę w czasie bitwy o Stalingrad) i Brazylijczyka Guillherme … nie, nie tego z Legii. Bramkarza Lokomotivu Moskwa. Ale na bramce pewnie i tak stanie ubóstwiany w Rosji Akinfiejew, który jest … jak dla mnie mega przeciętny i popełnia straszne babole. Praktycznie cała kadra gra w lidze rosyjskiej (poza wspomnianym Neustadterem z Schalke). Po co w sumie wyjeżdżać z krainy mlekiem i miodem płynącej? Za hajs oligarchów się baw… Walia– Mówisza Walia, myślisz Gareth Bale. Poza nim? Na pewno Aaron Ramsey z Arsenalu. Reszta to solidni gracze z Premier League lub Championship. Wcale nie żadne ogóry. Popatrzmy na ich wartości rynkowe. Joe Allen z Liverpoolu – 8,5mln, Ashley Williams ze Sweansea – 6,5mln. Nie wspominając o wcześniejszej dwójce wartej łącznie 110 mln. Ekipa która w eliminacjach straciła zaledwie 4 bramki w 10 grach. Z pewnością powalczy w swojej grupie o hmm … drugie miejsce? Grupa B jest bardzo wyrównana. Nie zdziwią mnie tam żadne rozstrzygnięcia. Aż żal że Ryan Giggs nie doczekał tego turnieju… Słowacja– Nasi południowi sąsiedzi w pokonanym polu w eliminacjach pozostawili naszych sąsiadów ze wschodu z którymi zagramy w jednej grupie. Nie przegrali z nimi w dwumeczu, nie stracili bramki. Warto by podpatrzeć odpowiednie wzorce ;-). W przedeurowym sparingu pokonali 3-1 Niemców, więc morale zapewne mają wysokie. Tutaj też właściwie warto wymienić głównie jedno nazwisko – Marek Hamsik. Legenda Napoli, ponad 300 spotkań dla włoskiego klubu, ponad 80 bramek. Sztos. Poza nim? Martin Skrtel, który z kolei swoje korzenie zapuścił w Liverpoolu oraz Juraj Kucka, gracz AC Milan. Skład mają solidny. Choć nie wykluczam że mogą skończyć w roli outsidera w swojej grupie. Ja będę za nich ściskał kciuki i wierzę że sprawią jednak niespodziankę. W kadrze mają także Ondreja Dudę, który w przypadku solidnego pokazania się na turnieju zapewni warszawskiej Legii spory przelew na klubowe konto oraz starego znajomego, również ze stolicy, bramkarz Jana Muchę. Grupa C: Niemcy– Mistrzowie Świata. Najbardziej znienawidzona przeze mnie kadra. Ekipa, która zazwyczaj lała nas jak chłopców. Znów musieliśmy na nich trafić na wielkim turnieju … Ich skład to mieszanka rutyny z młodością. Ich słaby punkt? Na tą chwilę chyba obrona. Wypadł Rudiger, nie wiadomo kiedy wykuruje się Hummels (oby nie szybko). Największe zagrożenie to chyba ich druga linia: Mueller, Goetze, Oezil, Khedira. Zabraknie Reusa. Naszą grupę zapewne wygrają. Ale czy zostaną mistrzami Europy? Wydaje mi się że są ekipy z większym potencjałem. Jak im szło w eliminacjach przypominać chyba nie muszę. Ukraina– Wydaje się że to z nimi stoczymy batalię o drugie miejsce w grupie. Awans na Euro wywalczyli w bólach, po dwumeczu ze Słowenią. W sparingach nie zachwycali, grali toporną piłkę chociaż zazwyczaj wygrywali. Największą bolączkę stanowi obrona. Największy atut to mega mocne skrzydła w postaci Jarmolenki i Konoplanki. Kadra w dużej mierze oparta na graczach Dynama Kijów i Szachtara Donieck. O ich kłopotach poza piłkarskich też raczej nie trzeba przypominać. Mistrz kraju grający na obcym stadionie, ponieważ własny znajduje się w strefie wojny i jest zbombardowany, Selezniow nie powołany do kadry kraju za grę w rosyjskim klubie, część klubów zdezerterowała do ligi krymskiej. Na ile te kłopoty wpłyną na grę kadry? I jak? Pozytywnie ich zmotywują w obliczu wspólnego problemu? Na pewno gra przeciwko nim nie będzie lekka, łatwa i przyjemna. Polska– Faworyt turnieju. Właściwie już możemy im wręczać puchar. Św. Robert Lewandowski, przerastający ligę holenderską osiemnaście razy Milik, Zieliński czyli nowy Steven Gerrard, polski Cannavaro Glik i największy talent światowego futbolu Bartosz Kapustka. A teraz zamknijmy najnowsze wydanie „Faktu” i spójrzmy prawdzie w oczy. Właściwie nie. Wszystko napisałem tutaj. Kto nie czytał zapraszam do lektury. https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/06/07/sflaczaly-balonik-czyli-podsumowanie-ostatnich-sparingow-kadry/ Irlandia Północna – Debiutanci na Euro. Praktycznie cała kadra grająca na Wyspach Brytyjskich. Zapewne mocno będą kopać po kostkach i wjeżdżać wyprostowanymi nogami od tyłu i zapierdalać „box to box”. Na pewno pod względem ambicji mamy przed sobą jeden z najlepszych zespołów który zagra nad Sekwaną. Pod względem umiejętności piłkarskich? Nie wiem czy nie najgorszy. Ale kto powiedział że żeby wygrywać mecze to trzeba umieć grać w piłkę? Dobra, dobra, coś tam kopać potrafią. Gdyby było inaczej to nie ciągnęli by właśnie serii 12 meczów bez porażki. W kadrze próżno szukać kogoś z szerzej znanym nazwiskiem. Największa gwiazda? Kyle Lafferty, strzelec 7 bramek w eliminacjach. Jest McAuley, który w barwach West Bromu zagrał w tym sezonie 34 mecze na poziomie Premier League … ale ma 37 lat. Jest Johnny Evans, który miał swój epizod w Manchasterze United. No ale przyznajmy, nie są to nazwiska powalające na kolana. Oj będzie wstyd jak przegramy … A przypomniał mi się właśnie Żewłakow ładujący bramę Borucowi na stadionie w Belfaście … Grupa D: Hiszpania– La Furia Roja. Obrońcy tytułu. Poeci futbolu. A że wtopili przedwczoraj 0:1 z Gruzinami których my ogoliliśmy w dwumeczu eliminacyjnym 8:0? Szczegół. Być może jest to dowód na to że przedturniejowe sparingi należy zlać ciepłym moczem. Nie ulega wątpliwości że będą faworytem turnieju. W każdej formacji przewijają się gwiazdy. Iniesta, Fabregas, Ramos, Busquets, Pique, Silva. Wspierani przez młodych jak Lucas Vasquez, Alvaro Morata czy mający za sobą świetny sezon w Arsenalu Hector Bellerin. Mnie najbardziej ciekawi kto wygra rywalizację o miejsce w bramce. Casillas czy De Gea? Czechy– Przeglądam ich skład i próżno szukać nazwisk podobnego formatu co choćby Nedved czy Poborsky. Jest na bramce Petr Cech. Jest jego kolega z Arsenalu Tomas Rosicky, który ma już 36 lat i historię kontuzji godną weterana wojny w Wietnamie. Właściwie trener Vrba długo się zastanawiał czy wziąć go na Euro, ostatecznie pojechał kosztem Kamila Vacka z Piasta Gliwice. Sporo zawodników z rodzimej ligi. Kilku ze średnich europejskich klubów. Mogą mieć problemy z wyjściem z grupy. Tak jak mówiłem. Nie wróżył bym tu sukcesu jak na Euro 96 bo i skład nie ma potencjału jak ten z Portugalii w 2004. Turcja– Znajomi Czechów z grupy eliminacyjnej. Pojechali na Euro wespół z Czechami i Islandią kosztem Holendrów. Jedyny zespół, który na turniej dostał się poprzez bezpośredni awans z trzeciego miejsca. Skład? Przede wszystkim znany z występów w FC Barcelonie Arda Turan. Poza nim? Calhanoglu z Leverkusen czy Nuri Sahin z Dortmundu. Jest też Burak Yilmaz kasujący siano od Chińczyków. Mimo że ulegli w grupie Czechom, myślę że mają potencjał większy niż podopieczni Pavla Vrby. Skład w dużej mierze oparty na graczach grających w ojczyżnie. Chorwacja – Jakoś zawsze wzbudzają moją sympatię. Lubię drużyny z Bałkanów a Chorwaci zawsze grają dość widowiskowo i ukradli moje serce już w 1998 roku gdy zdobywali brązowe medale Mundialu we … Francji. Historia zatoczy koło? Nie są może jakimiś wielkimi faworytami ale zawsze trzeba się z nimi liczyć. Wszal ten kraj to istna wylęgarnia piłkarskich talentów. Kto ciekawy znajduje się w ich kadrze? Największe gwiazdy to Mario Mandżukić, snajper Juve, Ivan Rakitić z Barcelony i Luka Modrić z Realu Madryt (no trzeba przyznać że ciężko sobie wyobrazić silniejszy środek pola). Jeśli chodzi o wspomniane talenty? Matteo Kovacić z Realu, Andrej Kramarić z Hoffenheim to chyba najciekawsi gracze młodego pokolenia. Grupa E: Belgia – Kolejna mocno „kolorowa” ekipa. Multi-kolorowa. Aczkolwiek z wielkim potencjałem o czym świadczy fakt że są wiceliderami rankingu FIFA. Kraj z którego wzorce pragnie czerpać PZPN tworząc swoje systemy szkoleń. Bardzo długo pod względem szkolenia byli w cieniu swoich sąsiadów Holendrów a teraz? Patrzymy na skład i ta reprezentacja faktycznie ma wszystko by sięgnąć po tytuł … no może poza doświadczeniem. Bramka? Courtois. Obrona? Alderweireld, Vermaelen, Verthongen (no może tu aż takiej mocy nie ma). Pomoc? Masakra. 7 nazwisk. Uwaga, wymieniam: Nainggolan, Witsel (chuj mu w dupę), De Bruyne, Fellaini, Hazard, Carrasco, Dembele. Wielki brat jest pod wrażeniem. Napad? Wcale nie gorszy. Lukaku, Mertens, Origi, Benteke. To nie jest już żaden „Czarny koń”, to jeden z głównych faworytów do sięgnięcia po puchar Henri Delaunay’a. Włochy– Słyszałem już twierdzenie, że w związku z tym że włoskie drużyny szybko poodpadały w europejskich pucharach w związku z czym „Squadra Azzura”, składająca się głównie z graczy z Serie A jest najbardziej wypoczęta i może to być ich wielkim atutem. Powiem szczerze. Włosi od dawna mają skład na widok którego nie szczególnie czuć podnietę. Nie oglądam Serie A i sporo z tych piłkarzy nie mówi mi jakoś szczególnie wiele. Jest legenda. Gianluigi Buffon. Casillas miał swoje słabsze momenty. Gigi trzyma formę praktycznie zawsze na równym, świetnym poziomie. To tak porównując dwóch najbardziej legendarnych golkiperów tego turnieju. Jak zawsze silna obrona z Bonuccim jako liderem. Są Candreva, De Rossi. Podobno Bernardeschi z Violi jest mega-talentem. Z przodu? Między innymi znany z angielskich boisk Graziano Pelle. Eliminacje przeszli spokojnie nie zaznając goryczy porażki. Chociaż grupy też nie mieli nad wyraz wymagającej. Poza silnymi Chorwatami – Bułgarzy, Norwegowie, Azerowie i Maltańczycy. Irlandia- Nasi znajomi z grupy eliminacyjnej. Mimo że ulegli nam w ostatnim meczu, to uzyskali awans poprzez baraże z Bośniakami (pokonali ich w dwumeczu 3:1). W czasie ich meczy na pewno będzie dużo walki, mało polotu. Typowy wyspiarski futbol jaki widzieliśmy w meczach z nami, podobnie zresztą jak ich rodacy z północy. Z tym że Ci mają jednak większy potencjał, chociaż trafiła im się silna grupa i będzie na pewno ciężko cokolwiek ugrać. Niezły sezon ma za sobą Shane Long, który w barwach Southampton ustrzelił 10 bramek i zaliczył 4 asysty. W składzie mają też cały czas nieśmiertelnego Robbiego Keane’a. Szwecja– Zlatan i 10 koszulek. No może to przesada … ale pewnie sam Zlatan tak myśli :D. Legenda. Nie został w PSG bo nie zbudowano jego pomnika w miejsce wieży Eiffle’a. Gość którego kompilacje bramek można oglądać i zachwycać się całymi dniami. Szału nie ma. Przeciętniacy, wyrobnicy. Brak Zlatana to -70% siły tej kadry. W barażach o awans pokonali swoich sąsiadów z Danii. Powalczą z Irlandczykami o 3 pozycję. Osobiście życzę im odpadki za wyjebanie nas bez mydła w czasie eliminacji do Euro 2004. Grupa F: Portugalia – Podobna sytuacja jak w Szwecji. Jeden piłkarz tworzy tutaj 70% siły rażenia zespołu (pewnie wielu mówi tak też o nas). CR7. Nic więcej nie trzeba mówić. Jeden z dwóch największych piłkarzy globu. Ale w piłkę gra się po 11stu i tak samo jak u Messiego, jego zajebistość nie przekłada się na siłę kadry. Chociaż dużym przekłamaniem byłoby powiedzieć że Portugalia to tylko Ronaldo. Są doświadczeni Nani i Quaresma, jest także mający już swój wiek Joao Moutinho. Ale jest też na przykład 18 letni Renato Sanches za którego Bayern wyścielił w tym okienku 35 baniek ojro. To mimo wszystko ekipa z którą też zawsze trzeba się liczyć. Siłę defensywy tworzyć będzie znienawidzony przez wszystkich poza fanami Realu Pepe i kolejny weteran, 38 letni Ricardo Carvalho. Islandia – Kolejna kadra maskotka mistrzostw. Goście z kraju z populacją ponad trzykrotnie mniejszą niż Warszawa. Dwa razy łoili dupę Holendrom w eliminacjach. Wyprzedzili w tabeli również Turków. Maja złotą generację piłkarzy i trenera cudotwórcę. Szweda Larsa Lagerbacka. Poza tym: Gylfi Sigurdsson ze Swansea, Finnabogasson z Augsburga, Bjarnasson z Basel i legendarny Eidur Gudjohnsen. Jak na tak małe państewko to spory potencjał. Sukcesem mimo wszystko będzie dla nich wyjście z grupy, aczkolwiek nie są pozbawieni szans. Być może do tego historycznego sukcesu wystarczy pokonać Węgrów. Austria– W eliminacjach 9krotnie wygrywali, raz remisowali. Ich piłkarze kopią głównie w niemieckiej Bundeslidze. Liderem zespołu bez wątpienia jest czarnoskóry (wuja Adolf byłby dumny) David Alaba. W ataku kłuje Marc Janko, mistrzem Anglii z Leicester został Christian Fuchs. Przez wielu typowani do miana„czarnego konia” mistrzostw. Myślę że drugie miejsce w grupie spokojnie zdobędą. Aczkolwiek ojczyzna Hitlera, Josepha Fritzla i Conchity Wurst z pewnością nie będzie należeć do moich ulubionych ekip na tym turnieju. Węgry – A tu wręcz odwrotnie. Po Polakach ekipa, której będę kibicował najgoręcej. Niestety szanse na blamaż mają zdecydowanie większe niż my. W niezbyt wymagającej grupie wyprzedzili jedynie Finów, Farerów i będących w czarnej dupie Greków. Musieli uznać wyższość Irlandczyków z północy i Rumunii. W barażach pokonali Norwegów. No ale jak można poważnie traktować reprezentację w której trzon drużyny stanowią gracze z ligi polskiej? Są wprawdzie Priskin, Szalai czy Dszudzsak ale to raczej też nie zawodnicy którzy mogliby pociągnąć tą kadrę za uszy w górę. Znak rozpoznawczy reprezentacji? Popielate dresy Kiraly’ego. I mimo że skazywani na porażkę, to życzę wam szczęścia bratankowie ! Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát !!
To byłby koniec homilii Football Patriot na dziś. Jutro postaram się rozegrać te mistrzostwa na papierze i sprawdzić kto zdobędzie puchar i dokąd zajdą Polacy.
Boję się. Boję się bo za dużo już w życiu cierpienia przeżyłem a nasza reprezentacja zaczyna mnie szczuć. Zaczynają mi się pojawiać przed oczami duchy Koreańczyków i Ekwadorczyków, które śmieją się, że zrobiły z nas frajerów. Boję się że w niedziele dołączą do nich duchy Irlandczyków … tych z północy.
Niby zagraliśmy tylko dwa sparingi. Prezes Boniek zapewnia że ich wyniki były tak samo ważne jak zeszłoroczny śnieg. Chciałbym w to wierzyć .. Chciałbym wierzyć w tą gadaninę o tym, że byliśmy zmęczeni po obozie w Arłamowie czy o tym że te mecze były zasłoną dymną i nie chcieliśmy zdradzać swoich atutów wysłannikom banków informacji z Irlandii, Ukrainy i Niemiec. Ale jednak … W swoim życiu przeżyłem cztery wielkie turnieje, na których grali Polacy, każdy z nich zakończył się klęską narodową. Tak więc wybaczcie ale każdy przejaw naszej słabości, każdą oznakę tego, że coś nie trybi tak jak powinno (choćby najbardziej naciąganą), będę traktował jako potencjalną zapowiedź katastrofy. Podobno zawsze lepiej nastawić się na najgorsze i miło się rozczarować niż odwrotnie, napalić się i zawieść.
Mecz z Holandią jeszcze aż tak mnie nie zmartwił. Oranje mogę sobie być w kryzysie, ale mimo to pozostają niesamowicie silną ekipą. Zresztą kilka dni po zwycięstwie z nami odprawili Austriaków 0-2. Austriaków, którzy swoją grupę eliminacyjną przeszli z 9 wygranymi i tylko jednym remisem a mieli w grupie m.in. Szwedów, Rosjan i Czarnogórców. Jestem pewny że podopieczni Dany’ego Blinda w eliminacjach do kacapskiego mundialu nie będą mieli większych problemów z wyjściem z grupy. Nie mają już w swoich szeregach jakichś wielkich gwiazd. Mimo wszystko Depay do takich się nie zalicza moim zdaniem. Tak samo Wijnaldum czy Janssen. Ale wciąż są ekipą obfitującą w talenty i z potencjałem nadal większym niż my. Ten mecz mimo że przegrany, mógł się ułożyć zupełnie inaczej. Holendrzy nas nie dominowali. Owszem, spychali nas fragmentami do obrony, no ale kurwa, w eliminacjach to samo robiła Gruzja. My z nimi walczyliśmy jak równy z równym. Z Holandią! Kiedy ostatni raz potrafiliśmy z Holendrami nawiązać równorzędną walkę? W latach 80tych? A teraz to robimy i ludzie kręcą nosami, że chujowo, że przegraliśmy, że momentami nas dominowali. Fakt, ja też liczyłem na wygraną. Bo ci chłopacy rozbudzili nasze apetyty swoją grą w ostatnim czasie. Troszeczkę popsuła mi humor pierwsza porażka naszej kadry na swoim stadionie od 2,5 roku. No ale trudno. Rywal był naprawdę wymagający a my faktycznie byliśmy po ciężkim obozie w Bieszczadach i faktycznie nie było sensu ryzykować kontuzji i umierać na boisku. Mecz pozostawiający niedosyt ale taki, który w pełni możemy zaakceptować. Nawet opinie Januszów-internautów i wszelkiej maści hejterów były nad wyraz wyrozumiałe i nie zachwiały w ryzach optymistycznego nastawienia. Balonik od kilku dni napięty jak bawole jaja nie sflaczał aż tak bardzo.
Ale potem zagraliśmy z Litwą. Litwa to bardzo wymagający przeciwnik jest … No kurwa, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi – ten rywal nam nie leży. Nie wiem jak komukolwiek mogą nie leżeć Litwini wśród których szczytem marzeń jest zagrać w Koronie Kielce, ale nam najzwyczajniej nie leżą. Może właśnie dlatego że najczęściej swoje piłkarskie rzemiosło szlifują w naszym pięknym kraju i nie potrafimy sobie poradzić z ich topornym, ekstraklasowym stylem gry. Pamiętam mecz z 2006 i porażke u siebie 1:2, 0:2 za Smudy na wyjeździe. Dwa lata temu w Gdańsku też się męczyliśmy co nie miara. Lech odpadł w pucharach z Żalgirisem swego czasu. No mamy problem z Litwinami. Ale w końcu to ta nowa, lepsza reprezentacja Polski. Finowie też nam nie leżeli … do czasu, w marcu wywieźli piątkę w pape. Więc byłem wręcz pewny że w Krakowie klepniemy ich chociaż to 3-0. Postrzelamy, zamażemy obraz po Holandii a Fakt i Superak opublikują dziś fotkę Lewego i Nawałki z pucharem Henriego Delaunaya i wielkim tytułem „Lecimy po puchar!”. A tu chuj. Bezbramkowy remis. I to w słabym stylu. No niby bez Lewego i Piszczka. Z Kapustką na prawej obronie. Fabian ratujący nas przed stratą gola w 15 sekundzie. Mało składnych akcji. Mało co się zawiązywało. Serio. To nawet jak na mecz ekstraklasy byłaby porażka. Fakt, Litwini włożyli w ten mecz sporo serducha. Blokowali strzały własnymi ciałami jak w hokeju. Grali ostro (za co jeden z nich niemal nie wyłapał w pysk od Krychowiaka). Ale grali rąbankę, taki trochę antyfutbol, byli przeszkadzajkami a my nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić. I w dupie mam że słowacki sędzie nie odgwizdał dwóch ewidentnych rzutów karnych i w dupie mam czy Peszkin faulował przy nieuznanej bramce. To i tak nie zmieniłoby obrazu nędzy, który wczoraj widzieliśmy na stadionie Wisły. Było marnie. A ja zacząłem znów się zastanawiać na ile to zasłona dymna i po prostu odpuszczony mecz a na ile zły omen. Kurwa, my za 5 dni gramy pierwszy mecz na Euro!
Jak wygląda nasza kadra przed turniejem? O obsadę bramki jestem spokojny nawet gdyby miał między słupkami stanąć Boruc. Serio, Król Artur jest tak samo godny występu na Euro jak Szczęsny z Fabianem. Mamy trzech równorzędnych golkiperów. Ktokolwiek z nich stanie w bramce to dla mnie będzie ok. Obrona? Piszczek (w kadrze gorszy niż w klubie), Glik (nie jest w tym sezonie skałą, jak w meczu ze szwabami). Kto dalej? Prawdopodobnie Pazdan z Jędzą. Ja preferowałbym w środku model włoski. Glik-Salamon. Aczkolwiek na rzeźników z Irlandii może faktycznie bardziej praktyczny będzie Pazdek. Jędza? Nie jest lewym obrońcą, pokazał to w meczu z Holendrami. Zagrał słabo, wprost przeciwnie niż na prawej. Jest wartościowym zmiennikiem dla Piszczka. Boli strata Rybusa … boli jak drzazga w kutasie … Wawrzyniak? Czy byłby lepszy od Jędzy? Z całym szacunkiem dla niego, bo piłkarzem tragicznym wcale nie jest i nie jest jego winą że w tym kraju nie ma nikogo kto potrafiłby grać lepiej na jego pozycji w piłkę ale chyba wolę obrońcę Legii. Pomoc? Krychowiak to obok Lewego najważniejsze ogniwo tej kadry. International level. Że tak pojade Benhakkerem. Nie tylko świetny rygiel w środku pola ale też prawdziwy lider. Kto obok? Mączyński? Ambitny. Ale wyżej bata nie podskoczy. Zieliński? Nie oglądam Serie A ale ludzie mówią że jest tam prawdziwym reżyserem gry. W kadrze tego nie widzę. Jodłowiec? Nawałka pokazał w sparingach że Jodła raczej będzie tylko rezerwowym. Zresztą to zawodnik zbytnio przypominający profilem Krychę. Więc … może jednak Mączyński? Boki? Kuba i Grosik? Wczorajszy mecz opłaciliśmy kontuzją Grosickiego, nie wiadomo czy na Irlandczyków się wyleczy. Kuba? Nie jest w dobrej formie. Ale wierzę że na Euro, baa, jestem pewny że nadrobi ambicja. Ale czy to wystarczy? Jeśli nie Grosik to kto? Peszko? Może jednak lepiej Kapustka. Młody i bez kompleksów. Przód? Lewy-Milik, koniec tematu. Milik bez Lewego traci 50% przydatności.
Tak więc naszą największą bolączka jest lewa obrona. Trochę mniejszą środek defensywy i partner dla Krychowiaka. Jeśli do niedzieli nie wyleczy się Kamil Grosicki to również lewe skrzydło. Boję się jednak najbardziej o formację defensywną. Nikogo z tych czterech graczy, nawet Piszczka i Glika nie jestem w 100% pewny. Nie dam sobie za żadnego z nich obciąć ręki że nie zawalą nam bramki. Szczególnie gdy w meczu z Ukrainą skrzydłami atakować będą Jarmolenko z Konoplanką. Nie mówię już o potencjale ofensywnym Niemców bo Mueller nacierający na Pazdana czy Wawrzyniaka, to brzmi jak zły sen.
Boję się. I będę się bać do niedzieli. Wtedy woreczek z żółcią albo rozleje się w moim żołądku, albo poczuję motylki. Mam nadzieje że do ducha Tenorio czy Podolskiego nie dołączy duch … nie wiem … pieprzonego Josha Maggenisa czy Kyle Lafferty’ego. Jestem tak jakby bardziej przygotowany na to że może to się skończyć klęska. Lata doświadczeń powinny robić swoje. Jednak chciałbym w poniedziałek rano spacerować po tym pięknym kraju, oglądać łany zboża, rzeki i łąki. Oraz patrzeć jak dzięcielina pała. I myśleć że to jest ten piękny kraj, w którym urodzili się piłkarze, którzy wczoraj opierdolili ogórów spod Belfastu. Ech, te mecze były padaką. Ale gdyby to był wyznacznik … Przecież Angole i Portugalczycy odstawili taką kaszane w sparingu, że aż zęby bolały od samego patrzenia. Może przydał się ten zimny prysznic? Może skończy się pierdolenie farmazonów o realnym dojściu do półfinału? … Wbijać w to, przekonamy się wkrótce …. Serducho panowie, serducho i jeżdżenie na dupie. To wszystko czego od was wymagam !
Pamiętacie swoje początki zainteresowania piłką nożną? Pierwszy mecz obejrzany w telewizji? Pierwszy na którym byliście na żywo? Pierwszy mundial? Pierwsze Euro? Ja kojarzę że pierwszym meczem na europejskim poziomie, który obejrzałem był dwumecz Ajaxu Amsterdam z Realem Saragossa. Kibicowałem Saragossie. Nie pytajcie dlaczego, bo tego nie wiem. To był chyba nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów. W pierwszym meczu było bodajże 1-1 a w rewanżu Ajax rozniósł Hiszpanów, nie wiem, 4-1? Chyba 1996 rok. Mógłbym odszukać na Wikipedii ale całe te rozważania straciłyby wtedy swój urok. Zresztą niby oglądałem ten dwumecz, ale pewnie gdyby w tym czasie na Polonii 1 leciał „Kapitan Tsubasa” czy inna kultowa kreskówka (to był tamten okres), to bez wahania bym przełączył. Czasy kiedy bardziej jarały mnie chipsy Chio i snacki Star Food z jakimiś żetonami do kolekcjonowania niż piłka nożna. Ale mimo wszystko pamiętam że taki dwumecz się odbył i jest to moje pierwsze wspomnienie związane z futbolem. Nie lubiłem wtedy Ajaxu … Nie wiem dlaczego, kuzyn ich uwielbiał, więc może na przekór jemu. Patrząc z perspektywy czasu, byli fajną, widowiskową ekipą i gdyby grali współcześnie pewnie bym ich też uwielbiał. Grali też w pierwszym finale Ligi Mistrzów, który pamiętam. 1996 rok. Ich przeciwnikiem Juventus … No właśnie, w sobotę kolejny finał Ligi Mistrzów. Każdy z was pewnie też ma jakieś wspomnienia wiążące się z tymi meczami. Ja dziś postaram się przypomnieć, jak pamiętam każdy kolejny finał, który dane mi było już świadomie przeżywać w swoim życiu.
1996 Juventus-Ajax – Właśnie ten pierwszy, pamiętny. Kibicowałem oczywiście Juventusowi. Dlatego że grali z Ajaxem. W Juve wielki Del Piero w Ajaxie cała plejada „młodych wilków”: Kluivert, bracia De Boer, Davids, Litmanen. Ze składu „Starej Damy” utkwił mi w pamięci jeszcze jeden gość. Nazywał się Padovano. Większej kariery nie zrobił, ale jakoś jego nazwisko utknęło mi w głowie. Niewiele w sumie pamiętam z tamtego finału. Miałem 8 lat. Pamiętam że już w piżamie oglądałem rzuty karne, w których zwyciężył Juve, bo na następny dzień śmigałem do szkoły. A kuzyn, który kibicował Ajaxowi, wkrótce później przerzucił się na Juventus. Aha … i przypominając sobie ten finał, właśnie przeżyłem szok. Całe życie myślałem że „Kiki” Musampa był Nigeryjczykiem, a gość był z Demokratycznej Republiki Konga…
1997 Borussia-Juventus – Pamiętna edycja rozgrywek, bo ostatnia w której uczestniczył polski klub. A w finale Borussia Dortmund, która w rozgrywkach grupowych grała właśnie z łódzkim Widzewem. 2-2 w Łodzi i 2-1 dla Dortmundu w Niemczech. Widzew grał naprawdę dobre zawody. W samym finale za faworyta uchodził obrońca tytułu z Turynu. Możliwe że kibicowałem Borussi, bo pierwszą moją repliką koszulki piłkarskiej był trykot właśnie BVB z nazwiskiem Sammer. No i Niemcy zwyciężyli. Gola w finale strzelił na pewno Lars Ricken … aaa i dla Juve Del Piero, piękną piętką. Cały mecz skończył się 3-1 dla pretendentów.
1998 Real-Juventus – Znów Juventus w finale i drugi rok z rzędu gracze „Starej Damy” schodzili do szatni jako przegrani. Ich przeciwnikiem Real Madryt, który był na początku swojej drogi przeistaczania się w wielkich „Galacticos” z plejadą gwiazd w składzie. Z ówczesnego meczu najbardziej w pamięci zapadł mi Serb Predrag Mijatović. Pewnie dlatego, że strzelił zwycięską bramkę dla „Królewskich”. Zresztą ówczesne składy obydwóch zespołów? Roiły się od gwiazd z rozrzewnieniem wspominanych przez pokolenie kibiców wychowane w latach 90tych. Raul, Hierro, Del Piero, Peruzzi, Morientes, Zidane (jeszcze w barwach Juve), Suker czy właśnie Mijatović. Zawodnicy, którzy zapewnie szczelnie wypełniali ściany pokoi nastoletnich fanów, kupujących Bravo Sport specjalnie dla ich plakatów.
1999 Manchaster United-Bayern – Legendarny finał! Bayern szybko obejmuje prowadzenie po bramce Baslera. Prowadzą cały mecz, mają okazję do podwyższenia rezultatu, które seryjnie marnują. Mimo wszystko gdy wydaje się że są już zwycięzcami do gry wkraczają rezerwowi Manchasteru. Teddy Sheringam w pierwszej minucie doliczonego czasu doprowadza do remisu, wszyscy się szykują do dogrywki. Trzecia minuta doliczonego czasu i wieczny rezerwowy Ole „Baby-face killer” Gunnar Solskjear doprowadza czerwoną część Manchasteru do euforii a całe Monachium strąca w otchłań rozpaczy. „Bawarczycy” przegrywają mecz, który wygrywali praktycznie od początku do końca. Kolejny mecz w którym wystąpiła piłkarska elita lat 90tych. Beckham, Schmeichel, Yorke, Cole, Giggs po stronie „Czerwonych Diabłów” i „aryjski” skład Bayernu … bez kitu, praktycznie cały skład był do bólu niemiecki z piłkarzami, którzy bez castingu mogliby wystąpić w jakimś filmie o II Wojnie Światowej. Effenberg, Khan, Basler, Tarnat, Linke, Matthaus czy Jancker. Nawet Giovane Elber był bardziej niemiecki niż aktualny multikulturowy skład Bayernu.
2000 Real-Valencia – Gładka wygrana „Królewskich”. Ja kibicowałem Valencii bo mieli w składzie Santiago Canizaresa, mojego bramkarskiego idola z tamtych czasów. Dodatkowo hiszpański golkiper farbował włosy na „Scootera” co wówczas budziło moją sympatię, lubiłem ekscentrycznych graczy … W bramce królewskich zaś 19letni Iker Casillas. Finał bez większej historii.
2001 Bayern-Valencia – Co nie udało się Bayernowi w 1999, udało się 2 lata później. Drugi rok z rzędu smaku porażki w finale Ligi Mistrzów doznała Valencia. Tym razem jednak Hiszpanie walczyli o wygraną do samego końca. Wyższość niemieckiego zespołu musieli uznać dopiero po rzutach karnych. Po obydwóch stronach bramkarscy herosi. Wspomniany wcześniej Santiago Canizares a po stronie Bayernu legendarny małpolud – Oliver Kahn. Co jak co, ale trzeba przyznać że bramkarz „Bawarczyków” miał umiejętności bramkarskie tak wielkie jak poziom jego brzydoty. Mi jednak bardziej zapadła w pamięci drużyna Valencii z tych dwóch przegranych finałów. Byli kimś porównywalnym do współczesnego Atletico. Również nie mieli w składzie supergwiazd, tylko solidnych piłkarzy, tworzących superkolektyw. Pablo Aimar, Roberto Ayala, Kily Gonzalez czy Gaizka Mendieta.
2002 Real-Bayer – Finał zapamiętany przede wszystkim ze względu na przecudowna bramkę Zinedine Zidane. Real już powoli tworzył swój galaktyczny zespół. W składzie Hiszpanów m.in. dwie supergwiazdy ówczesnej piłki, wspomniany Zidane i Luis Figo. Poza tym m.in. legendy Realu: Raul Gonzalez czy Roberto Carlos. Mimo tego był to ostatni triumf zespołu ze stolicy Hiszpanii w rozgrywkach Champions League aż do 2014 roku. Przeciwnikami Kastylijczyków od początku skazany na porażkę Bayer Leverkusen, dla którego już mega sukcesem był sam udział w finale. Bramkę honorową dla „Aptekarzy” strzelił jeden z moich ulubionych stoperów, myślę że nie do końca doceniony – Lucio.
2003 AC Milan – Juventus – Finał który jakoś nie za bardzo zapadł mi w pamięci. Kojarzę jedynie że Roque Junior dograł do końca spotkania z kontuzją, bo Milanowi skończył się limit zmian a Brazylijczyk jedynie dreptał po boisku, nie będąc w stanie aktywnie uczestniczyć w grze. Finał zwyciężył Milan po karnych. Hmm, patrząc na skład Milanu, jak przystało na włoską drużynę mieli mega silną linę defensywną. Costacurta, Nesta, Maldini, Kaładze. Chyba jedna z najsilniejszych formacji obronnych we współczesnej historii finałów Champions League.
2004 FC Porto-AS Monaco – Dwóch kopciuszków na balu dla bogaczy. To była w ogóle dziwna edycja turnieju. Do półfinału dotarło również Deportivo La Coruna. Początki wielkiej, trenerskiej kariery Jose Mourinho. Rok wcześniej triumf w Pucharze UEFA a następnie wygrana w Lidze Mistrów. Porto gładko ograło ekipę z księstwa 3-0. W składzie m.in. Deco i Ricardo Carvalho a po stronie Monaco najbardziej zapamiętałem z tamtego okresu Chorwata Dado Prso, który musiał przedwcześnie kończyć karierę. W każdym bądź razie, na pewno najbardziej zaskakujący finał w historii.
2005 Liverpool-Milan – Kolejny finał, który przeszedł do legendy. LFC pod wodzą Rafy Beniteza zostali rozbici do przerwy przez ekipę z Mediolanu. Maldini i dwa razy Hernan Crespo i drużyna z miasta „Beatlesów” przegrywała różnicą trzech bramek. „The Reds” przeżywają jednak w przerwie kompletnej przemiany. Między 54 a 60 minutą doprowadzają do wyrównania. W dogrywce Andriej Szewczenko w fenomenalnej sytuacji trafia w Jerzego Dudka. W serii rzutów karnych nasz golkiper odstawia słynny „Dudek Dance”. Na ile w wygraniu konkursu „jedenastek” pomogły jego pląsy w bramce a na ile po prostu niemoc strzelecka Mediolańczyków (szczególnie Szewczenki), to już na zawsze pozostanie zagadką. Pewnym jest że polski bramkarz przeszedł po tym finale do historii futbolu.
2006 Barcelona-Arsenal – Dla mnie finał szczególny, bo jedyny w którym wystąpili „Kanonierzy”. Barca pod wodzą Franka Rijkaarda zaczynała swoją transformację w ten mega zespół znany z „tiki taki”. Arsenal szybko komplikuje sobie życie gdy w 18 minucie czerwony kartonik za faul przed polem karnym ogląda Jens Lehmann. Mimo to w 36 minucie Anglicy obejmują prowadzenie po bramce Sola Campbella. Niestety broniąc się w dziesiątkę nie udaje im się utrzymać prowadzenia. W drugiej części gry bramki dla Blaugrany zdobywają Samuel Eto i Juliano Belletti.
2007 Milan-Liverpool – Wielki rewanż za stambulski finał z 2005 roku. Przyznam szczerze, nie szczególnie utkwił mi w pamięci. Milan triumfuje po dwóch bramkach Inzaghiego. Tyle pamiętam …
2008 Manchaster United-Chelsea – Wewnątrz angielski finał. Wielka Chelsea z pompowanymi już od kilku lat pieniędzmi Abramowicza, pod wodzą wielkiego „The Special One” kontra Manchaster United z Cristiano Ronaldo w składzie. 1-1 w regulaminowym czasie gry i o tym kto wzniesie w powietrze puchar decydowały rzuty karne. Piąta seria, jest 4-4. Swój rzut karny zmarnował wielki CR7. Do piłki podchodzi kapitan „The Blues” John Terry. Jeśli strzeli Londyńczycy zwyciężą. Nad moskiewskimi Łużnikami pada rzęsisty deszcz. Terry bierze rozbieg, ślizga się chwile przed oddaniem strzału i w fatalny sposób marnuje karnego. Gracze United i sir Alex Ferguson mogą odetchnąć. W siódmej serii jedenastek swój strzał psuje Nicolas Anelka, gracze „Czerwonych diabłów” są skuteczni i to oni cieszą się ze zdobycia tytułu.
2009 Barcelona-Manchester United – Obrońcy tytułu bez szans z Barceloną w swojej największej formie. To było kilka lat w czasie których piłkarska Europa dzieliła się na Barcelonę i resztę stawki. 2-0 dla FCB. Po sezonie CR7 przechodzi do Realu Madryt.
2010 Inter-Bayern – Pierwszy finał rozgrywany w sobotni a nie środowy wieczór. Mediolańczycy pod wodzą „Mou” sięgają po tytuł. W półfinale w pokonanym polu zostawiają FC Barcelonę (pamiętny dwumecz z prowokacjami Mourinho i autobusem postawionym w polu karnym Interu). W finale faworytem był Bayern ale swój mecz życia rozgrywa Argentyńczyk Diego Milito, który dwukrotnie kąsa Niemców. Chyba jedyny finał w ostatnich 20 latach, którego nie obejrzałem w TV na żywo …
2011 Barcelona-Manchester United – Ciężko nie odnieść wrażenia, że gdyby nie wielka Barcelona ostatnich lat, to miano najlepszego zespołu w tamtym okresie przypadłoby Manchesterowi United. Trzeci finał w ciągu 4 lat. Niestety na ich drodze znów Barcelona z Pepem Guardiolą, tym razem dominująca nad Anglikami w sposób chyba jeszcze bardziej widoczny niż w 2009 roku. 3-1 dla Katalończyków. Tylko dlatego że w bramce „Red Devils” stał nieśmiertelny Edwin Van Der Sar. Bezdyskusyjnie zwyciężyli najlepsi.
2012 Chelsea-Bayern – Bayern miał zwyciężyć. Bayern miał rzucić się Chelsea do gardła i przegryźć tętnicę. Bayern jakby nie patrzeć grał u siebie bo finał był rozgrywany na Allianz Arenie. Chelsea miała słaby sezon. W lidze finiszowała na 6 miejscu. Zatrudniony na początku sezonu Andre Villas-Boas, który miał być drugim Jose Mourinho pożegnał się z posadą już w marcu. Zastąpił go asystent – Roberto Di Matteo. Di Matteo wprowadził „The Blues” do finału Ligi Mistrzów, w półfinale odprawiając z kwitkiem FC Barcelonę. Ale w finale mieli ich rozszarpać gracze z Niemiec. Ci jednak bardzo długo męczyli się z Anglikami. Dopiero w 83 minucie bramkę zdobył Thomas Mueller i wydawało się że nic już nie odbierze Bayernowi triumfu. Jednak jak pokazywała historia, mecze decydujące o tym kto zdobędzie tytuł najlepszej klubowej ekipy w Europie rządzą się swoimi prawami. Nie inaczej było tym razem. Radość Monachijczyków trwała zaledwie 5 minut. Do wyrównania doprowadził Didier Drogba, dla którego ten mecz był zwieńczeniem kariery w klubie ze Stamford Bridge. Dogrywka również nie przyniosła rozstrzygnięcia. W karnych lepsi okazali się gracze Di Matteo a karnego, który przypieczętował ich triumf strzelił … Drogba.
2013 Bayern-Borussia Dortmund – Wyjątkowy mecz z perspektywy polskich fanów. W finale zagrali trzej Polacy. Wszyscy trzej w ekipie prowadzonej przez Jurgena Kloppa. „Polska Borussia”, „Polonia Dortmund” czy jak tam jeszcze nazywali wówczas ekipę BVB rozmaici Janusze. Błaszczykowski, Lewandowski i Piszczek wybiegli w podstawowym składzie klubu z Zagłębia Ruhry. Jednak to Bayern miał zamiar powetować sobie za porażkę u siebie w finale rok wcześniej. Bayern, który w półfinale zniszczył Barcę, wygrywając dwumecz stosunkiem bramek 7-0. BVB zaś do finału dostała się zostawiając w pokonanym polu madrycki Real. Borussia, która prezentowała w całym sezonie piękny, ofensywny futbol. Borussia, którą oglądało się z wypiekami na twarzy. Borussia, która była jednak za słaba na to by pokonać w finale Bayern. W 89 minucie tytuł „Bawarczykom” zapewnił Arjen Robben.
2014 Real Madryt-Atletico Madryt – Tak samo jak dziś, tak przed dwoma laty w finale byliśmy świadkami derbów Madrytu. Rewelacja rozgrywek pod wodzą Diego Simeone wyszła na prowadzenie w 36 minucie za sprawą Diego Godina. Winą za tą bramkę należało obarczyć Ikera Casillasa. Real bił prawie przez resztę spotkania głową w mur, zaś gracze „Rojiblancos” dzielnie się bronili. Niestety dla nich przyszła 93 minuta gry i praktycznie w ostatniej akcji meczu wynik wyrównał Sergio Ramos. Sił graczom Atletico starczyło do 110 minuty, kiedy to „Królewskich” na prowadzenie wyprowadził Gareth Bale. Kolejne bramki dołożyli Marcelo i CR7. Tak więc mecz zakończył się słuszną wygraną Realu, jednak zupełnie niezasłużonym linczem ekipy Simeone w ostatnich minutach gry.
2015 Barcelona-Juventus – Jakże mocno ściskałem kciuki za graczy „Starej Damy”. Jakże wierzyłem że mogą pokonać znienawidzoną Barcelonę. Walczyli dzielnie. Rzucili się do ofensywy i poszli na wymianę ciosów z „Blaugraną”. Walczyli dzielnie jak Polacy w ostatnim meczu z Niemcami we Frankfurcie. Jednak tak jak nie można im było odmówić woli walki i determinacji, tak umiejętności już zabrakło. Barca znów była w swojej najwyższej formie, której nie jest w stanie osiągnąć praktycznie żaden inny zespół. Barcelona znów była nieosiągalna, kosmiczna. To był nadzespół z triem MSN w składzie. Juve choć mega ambitne, to z góry skazane na porażkę.
Dziś kolejny finał, który będę mógł umieścić w swojej galerii piłkarskich wspomnień. Najtragiczniejsze jest to, że z racji tego że wieczorem będę pracował to prawdopodobnie będzie to pierwszy od 2010 roku finał, którego nie zobaczę na żywo. Mimo wszystko z pewnością będę co chwilę monitorował wynik tego spotkania i ściskał kciuki za bandę Cholo Simeone. Mam wielką nadzieję że to właśnie oni sięgną dziś po to trofeum. Przede wszystkim życzę jednak sobie jak i pozostałym fanom futbolu abyśmy mogli być świadkami kolejnego widowiska, które zapisze się w historii piłki nożnej. Amen!
Całość zakańczam tak, byśmy mogli pomału wprowadzić się w klimat wieczornych emocji. Rozpocznijmy czas oczekiwania odsłuchując „Kaszanki”.
Miłość to niesamowite uczucie. A z najprawdziwszą miłością mamy moim zdaniem do czynienia wtedy, gdy nie potrafimy uzasadnić jej motywów. Bo kocha się po prostu. Nie dla pieniędzy, nie z powodu urody, nie dla innych dóbr materialnych … Miłość jest najwspanialsza wtedy, gdy kocha się – bo tak. Takie dziecięce uzasadnienie – tak bo tak. To tak jak z młodszą siostrą czy bratem. Wyszydzasz, wkurzasz się, wyśmiewasz, momentami wręcz się go wstydzisz ale suma summarum gdy będzie mieć kłopoty to pójdziesz za nim w ogień… To właściwie tak jak z polską Ekstraklasą piłkarską! Wczoraj skończył się sezon, praktycznie do końca lipca zostaliśmy pozbawieni emocji związanych z najwyższą klasą rozgrywkową w naszym kraju. Nie widzieliśmy się od wczoraj a już zaczynam tęsknić ! Gdzieś w świadomości mam tą myśl że czekają mnie 2 miesiące rozłąki. Owszem, po drodze jest Euro, jacyś Islandczycy ograją nas w rundzie przedprzedprzedprzedwstępnej do Ligi Europy, gra jeszcze I liga itp. itd. Ale jednak, to nie to samo. Serce krwawi…
I tu pojawia się drugi problem. Właściwie za czym ja tęsknię? Ni ta liga szczególnie atrakcyjna. Brak jej piłkarskiej jakości, oglądanie niektórych meczy trąca masochizmem a czasami patrząc jak gracze kaleczą się na boisku czuję jak mi się rumieniec wstydu wylewa na policzkach. Początkowo miałem pisać ten tekst pod tezę o słabości tej ligi. Kiedyś nosiłem różowe okulary, starałem się sobie wmówić że z każdym sezonem jej poziom się podnosi, że wkrótce będziemy chociaż na poziomie … nie wiem … Belgów lub Ukraińców lecz kolejne lata upokorzeń już w rundach przedwstępnych i smary od rozmaitych, egzotycznych klubów zaczynały mnie uświadamiać jak jestem naiwny. Stjarnen, Żalgiris, Levadia, Valarenga, m.in. te zespoły sprowadzały mnie na ziemię, deptały moje marzenia i pokazywały miejsce w szeregu. Moja naiwność odchodziła do lamusa. Stawałem się pragmatyczny i nastawiony racjonalnie. Przestałem się łudzić że ta liga w końcu zacznie cokolwiek znaczyć w Europie. Być może stałem się wręcz cyniczny. Jak te kukiełki z loży szyderców. Ale po prostu miałem dość tych upokorzeń. Pogodziłem się po prostu z tym że mamy bananową ligę. Nadszedł czas że zacząłem ją po prostu traktować z przymrużeniem oka. Jako lokalny folklor. Ale jednak nie potrafię jej zupełnie zjechać. To w końcu nasza polska liga… I muszę ją kochać bezwarunkowo J. To taka brzydka dziewczyna z którą czasem wstyd się pokazać czy to w klubie na imprezie czy na weselu u kuzyna. No bo czym się pochwalić np. w towarzystwie kogoś z Hiszpanii czy Anglii? Hiszpan przychodzi ze smukłą, gibką i paraliżującą swoją klasą śniadą brunetką, Anglik z elektryzującą, pełną energii i wdzięku blondyną z dużym biustem. Baa, nawet taki Holender czy Rosjanin z fajną i sympatyczną dziewczyną z sąsiedztwa z którą można spędzić naprawdę fajny wieczór. A Polak? Z Mariolą z jakiegoś wypizdówka, która ma w pępku zamiast kolczyka kleszcza. Głupie porównanie? Myślę że prawdziwe ;-). Nienawidzę gdy Polacy mają jakiekolwiek kompleksy w stosunku do obcokrajowców. Ale pod względem piłkarskim? Reprezentację ostatnimi czasy pokazałbym komukolwiek z zagranicy bez wstydu, wręcz z dumą. Ale liga? Eee … to chodźmy lepiej do muzeum lotnictwa. No ale po tylu wspólnie spędzonych sezonach siłą rzeczy musisz się do tej ligi przyzwyczaić. Canal + robi co może by ekstraklasa wyglądała profesjonalnie i pod względem realizacji i całej otoczki taka właśnie jest. Ale pisałem to już w poprzednim tekście. Spakowanie gówna w pozłotko nie sprawi że stanie się ono czekoladą. Mimo wszystko po jakimś czasie siłą rzeczy musisz zakochać się w tej przaśności. Wczorajszy mecz Lech-Ruch. Kownacki i Kamiński wychodzą sam na sam ze Skabą. Kownaś odgrywa do Kamyka a ten z 7 metrów nie trafia do praktycznie pustej bramki. Automatycznie chowasz twarz w dłoniach z zażenowania. W meczu Cracovia-Lechia kandydat do wyjazdu na Euro 2016 Sławek Peszko przewraca się w polu karnym na piłce … Takich kwiatków co kolejkę można wybrać po kilka.
Czas napisać kilka słów o zakończonym właśnie sezonie. Piast Gliwice nie został jednak polskim Leicester, ale zajął i tak świetne jak na nich 2 miejsce. Mistrzem zgodnie z przewidywaniami stołeczna Legia. Mimo wszystko cieszę się że tak to się właśnie skończyło. Zdobycie mistrzostwa przez Piasta byłoby romantyczną i wspaniałą historią, no ale jednak marząc o polskim zespole w LM uważam że tylko legioniści są w stanie powalczyć o ten zaszczyt. Oczywiście znając życie Wojskowi odpadną najdalej w IV rundzie eliminacji i skończy się na występie w grupie Ligi Europy no ale wiara umiera ostatnia. Cały czas wierzę że Legia jest na najlepszej drodze do równania do poziomu średnich klubów europejskich. Że może być kimś w rodzaju chociażby FC Basel. Przez ostatnie 4 lata Warszawiacy sięgali trzykrotnie po mistrzowski puchar i po Puchar Polski. Jeszcze do zeszłego sezonu wydawało się że po piętach depcze im Poznań ale ten sezon brutalnie zweryfikował Lecha, który po ubiegłorocznym mistrzostwie zupełnie nie potrafił w tej kampanii potwierdzić swoich mocarstwowych zapędów na rodzimym podwórku. Zdecydowanym dominatorem na tą chwilę jest CWKS. Przynajmniej patrząc na wyniki, bo patrząc na styl gry to już niekoniecznie. No właśnie … styl. Mam wrażenie że tego nie ma w tej lidze nikt. Tzn. nikt nie potrafi utrzymać stylu na dłużej. Momenty w których grali naprawdę fajną piłkę mieli zarówno Piast, jak i Lechia czy Cracovia. Niestety stabilizacja formy to w polskiej ekstraklasie abstrakcja. I to że np. Lechia w świetny sposób rozbiła Legię tydzień temu wcale nie oznaczało że Gdańszczanie nie mogli zagrać już wczoraj w Krakowie kompletnego piachu. Zresztą lechiści naprawdę fajnie radzili sobie głównie na własnym obiekcie, na wyjazdach stawali się już innym zespołem. Hmm… no to może pojedźmy po prostu po kolei:
Legia Warszawa – Do ostatniej kolejki nie byli pewni mistrzowskiego tytułu a ciśnienie w klubie było przeolbrzymie, bo w tym roku stołeczny zespół obchodził stulecie istnienia. Po kiepskim początku gdy za sterami siedział jeszcze Henning Berg do zespołu przyszedł trener Stanislav Czerczesow i odrobił stratę 11 punktów, który zespół tracił do gliwickiego Piasta. Rosjajnin nauczył Warszawiaków przede wszystkim grać wysokim pressingiem. W zimowej przerwie do klubu sprowadzono również Adama Hlouska i Artura Jędrzejczyka, którzy stworzyli zdecydowanie najsilniejszy duet bocznych obrońców w lidze. Prawdziwą manifestacją siły było sprowadzenie do zespołu Kaspera Hamalainena co pokazało jak bardzo Legia nadal góruje nad Lechem. Jeśli o samą grę chodzi, to jak na Mistrza Polski brakuje mi mimo wszystko jakości, umiejętności zdecydowanego zdominowania słabszego rywala, udowodnienia że są o klase lepszym zespołem oraz często po prostu finezji w grze. Być może jednak trener Czerczesow stawia bardziej na efektywność niż efektowność. Jeśli chodzi o marketing i organizację, zdecydowany dominator rozgrywek ligowych.
Piast Gliwice – Największa niespodzianka rozgrywek. Pod wodzą trenera Latala potrafili grać bardzo miły dla oka futbol. Niestety po doskonałej jesieni na wiosnę spuścili z tonu i zaczęli powoli staczać się do poziomu ligowej przeciętnej. Niezłą końcówką sezonu udało im się jednak zdobyć tytuł wicemistrzowski. Mam jednak spore obawy czy w przyszłym sezonie uda im się potwierdzić że ta kampania nie była tylko jednorazowym wyskokiem. Trener Latal potrafił pościągać niezłych zawodników w postaci swoich rodaków Nespora i Vacka. Królem asyst został Patrik Mraz (łącznie 13 ostatnich podań), który do tej pory zasłynął głównie w naszej lidze tym, że Gikiewicz podpierdolił go do trenera za przyjście na kacu na trening gdy występowali jeszcze w barwach Śląska Wrocław. Na naprawdę niezłego gracza wyrasta również Radek Murawski, który był liderem środka pola.
Zagłębie Lubin- Dwa lata temu spadali z ekstraklasy, wczoraj zdobyli brązowe medale mistrzostw polski. Ze zgnuśniałego zespołu, w którym zawodnicy mieli wszystko w dupie w krótkim czasie stali się ekipą młodych wilków (skład w dużej mierze tworzą wychowankowie lubińskiej akademii), potrafiących napsuć krwi każdemu zespołowi. Z chęcią popatrzę jak poradzą sobie w Europie, bo był to zespół, który w końcówce jako jedyny potrafił utrzymywać stały, dobry poziom i przyjemny dla oka styl gry. Do wyróżnienia jak dla mnie Maciej Dąbrowski, końcówka sezonu w jego wykonaniu na poziomie niemal reprezentacyjnym. Do samej reprezentacji wskoczył zaś Filip Stazyński, który po nieudanym epizodzie w Belgii wrócił do kraju nad Wisłą i pokazał jak grać w piłkę (16 meczów 3 gole, 10 asyst)i chyba może powoli szykować się do wyjazdu do Francji. Zresztą praktycznie każdy zawodnik Miedziowych zasłużył na wyróżnienie. W przyszły sezonie na pewno będę trzymał kciuki za Zagłębie, bo są zespołem z potencjałem na to by notorycznie kończyć rozgrywki na miejscu premiowanym awansem do europejskich pucharów.
Cracovia – Mam strasznie mieszane uczucia co do tego zespołu. Podopieczni Jacka Zielińskiego byli teamem bardzo chimerycznym. Po ich grze można było się spodziewać wszystkiego. Ciekawej kombinacyjnej gry lub maniany od której szło się porzygać. Boję się że to właśnie ten zespół, który godny jest tego by w LE odpaść z Atlantasem Kłajpeda czy innym Metalurgsem Lipawa. W przerwie zimowej stracili kły w postaci Denissa Rakelsa, który wraz z Nemanją Nikoliciem z Legii jesienią strzelali na potęgę. Mimo transferu do Reading (na poziomie Championship 12 gier i 3 bramki) Łotyszowi udało się ex aequo z Mariuszem Stępińskim zająć trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców. Dla mnie największym szokiem był fakt, że Mateusz Cetnarski potrafi grać w piłkę! I to jak! Przewodni szrot ligi polskiej w ostatnich sezonach w tym roku wykręcił wynik 13 bramek i 12 asyst i był swego czasu mocno sugerowany Adamowi Nawałce jako alternatywa w środku pola kadry. Plus Bartosz Kapustka, który pewnie pod Wawelem zbyt długo miejsca nie zagrzeje.
Lechia Gdańsk – To już chyba trzeci sezon w którym Lechia mając skład jakościowo i ilościowo na to by liczyć się w walce o najwyższe cele nie kwalifikuje się nawet do europejskich pucharów. Coś ruszyło się nad Bałtykiem wraz z przyjściem do Biało-zielonych Piotra Nowaka. Klub w końcu zaczyna grać fajną ofensywną piłkę. Dwa świetne mecze przeciwko Legii Warszawa ale też blamaże na wyjazdach jak wczorajszy na Cracovii czy wcześniej w Gliwicach. Także brak stabilizacji. Ale Nowak ma 2 miesiące na to by spokojnie poustawiać ten zespół tak, by w przyszłym sezonie w końcu udowodnili drzemiący w nich potencjał. Plus Milos Krasić, który przez dłuższą część sezonu był maskotką ligi w stylu Boba Sappa w MMA (z futbolem to za wiele wspólnego nie miało) a po przyjściu Nowaka zaczął przypominać piłkarza … no może nie tego z czasów Juventusu … ale ligową gwiazdę na miarę swego czasu Daniela Ljuboji.
Pogoń Szczecin – Zaledwie 8 porażek, co razem z Piastem czyni ich drugimi w lidze pod względem przegranych meczów. Ale aż 17 spotkań remisowali. Solidna drużyna, potrafiąca napsuć krwi każdemu ale bez tego czegoś. Drugą młodość przeżywał w tym sezonie Rafał Murawski (7 bramek, 10 asyst). Z tonu w porównaniu z poprzednim rokiem spuścił za to Łukasz Zwoliński. Myślę że zrobili w tym roku po prostu swoje. In plus.
Lech Poznań – Jedni z największych przegranych sezonu 15/16. W zespole nie wyróżnił bym kompletnie nikogo. Jak już wcześniej pisałem zamiast równać do Legii i urządzać z nią dwuzespołowy wyścig zbrojeń cofnęli się wstecz. W przerwie spieniężą zapewne kilku graczy. Linetty, Kamiński może Kownacki. Zespół czeka spora rewolucja (przynajmniej tak zapowiadał prezes Klimczak). Pierwszym wzmocnieniem na nowy sezon jest bramkarz Ruchu Chorzów Matus Putnocky. Sezon do jak najszybszego zapomnienia i czas by odbudować zaufanie kibiców, które zostało nadszarpnięte nagraniem z autokaru przed finałem PP.
Ruch Chorzów – Jak dla mnie jedna z najbardziej nijakich drużyn w tej lidze. W grupie mistrzowskiej 2 remisy i 5 porażek, bilans bramkowy 3-14. Jedni z bohaterów przepychanki związanej z aferą punktową po końcu sezonu zasadniczego. Właściwie w składzie mają jeden smakowity kąsek w postaci Mariusza Stępińskiego (latem na 100% odejdzie). No może jeszcze Patryk Lipski i Putnocky, który już się ewakuował. Reszta zespołu to wyrobnicy, przeciętniacy i szrot. Zespół od lat wpisujący się do kanonu ligowej szarzyzny. Jak dla mnie uosobienie ekstraklasowej deprechy.
Wisła Kraków- Do momentu przyjścia Dariusza Wdowczyka zespół, który miał walczyć o ligowy byt. Gdy przy Reymonta pojawił się Dariusz Wdowczyk (znany też jako Dariusz W.) Wiślacy przeszli istną metamorfozę. 7-3-1 bramki 30-15. Odrodzenie Rafała Wolskiego, który po 4 latach bezowocnej, zagranicznej tułaczki wrócił do Polski i pozamiatał (14 gier 4 gole, 9 asyst). Kolejny argument dla fanów teorii o chujowości polskiej ligi (wraz ze Starzyńskim). Do 10 najskuteczniejszych graczy w historii ligi wskoczył Paweł Brożek, który mimo 33 lat na karku wbił rywalom 13 goli. Z chęcią popatrzę jak będzie wyglądał projekt Wisła pod batutą Wdowczyka w przyszłym sezonie, bo grali naprawdę fajną piłkę i szkoda że nie weszli do grupy mistrzowskiej choćby kosztem Ruchu. Największy mankament to bardzo krótka ławka rezerwowych. Nie wiadomo też czy uda im się utrzymać najlepszych graczy z Wolskim na czele.
Śląsk Wrocław – W tym zespole też odrodzenie nastąpiło wraz ze zmianą na ławce trenerskiej. Romuald Szukiełowicz i jego stara szkoła nie przyniosła pożądanego efektu. Zresztą zatrudnienie gościa pod 70tkę, który ostatnio trenował zespół Foto-Higieny Gać (!) nie był najlepszym pomysłem wrocławskich działaczy .. a Ci często wymyślali coś idiotycznego. Bieganie po ośnieżonych górach w przerwie zimowej sprawdzało się w latach 80tych. Na karuzelę trenerską wskoczył ponownie Mariusz Rumak i pokazał jak dla mnie po raz kolejny że mimo tego że wśród kibiców nie wzbudza raczej sympatii to nie można powiedzieć że trenerem jest do niczego. Z nudnego jak flaki z olejem, bez jakiejkolwiek wizji zespołu zrobił nieźle rozumiejącą się drużynę w której prym wiedli Węgier Bence Mervo i Japończyk Ryota Morioka. Zatrzymanie obydwóch tych graczy w zespole będzie zapewne dla Rumaka sprawą kluczową. Zresztą parafrazując klasyka, po erze Szukiełowiczów, Levych i Pawłowskich Śląsk ma w końcu trenera a nie pozoranta.
Jagiellonia Białystok – Mówisz Jaga, myślisz Probierz. Pan i władca miasta Białegostoku. Najbardziej sfrustrowany człowiek w ekstraklasie, chociaż często w jego radykalnych wypowiedziach jest sporo racji. W tym roku jednak Jaga nie była czarnym koniem rozgrywek. Jaga nie liczyła się do końca w walce o mistrzostwo. Drżała za to prawie do samego końca o ligowy byt. Brakowało tego polotu i finezji. Drągowski nie brylował między słupkami, brylował bardziej jako jeden z większych pajaców w lidze, niemal uśmiercony rzuconą z trybun zapalniczką i wkładający palce tam gdzie Manuel Arboleda i Gonzalo Jara. Brakowało polotu białostockiej młodzieży. W międzyczasie Probierz zaliczył prawie solówkę z kibolem z młyna Jagi czy też z Wojciechem Kędziorą, na którego obraził się za co by nie mówić frajerskie zachowanie w meczu w Niecieczy. Tam gdzie jest ten trener zawsze sporo się dzieje z tym że w tym sezonie niekoniecznie w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu. Oczywiście pan Michał ma na pewno 148 powodów na wytłumaczenie nam dlaczego ten sezon wyglądał tak a nie inaczej.
Korona Kielce – Kolejny zespół, który jest uosobieniem marazmu w polskiej lidze. Ledwie wiążący koniec z końcem, zawsze do końca nie wiadomo czy przystąpią do rozgrywek ale ostatecznie po raz kolejny dotacją z budżetu ratuje ich kielecki ratusz, grożąc przy tym palce że to już ostatni raz. I tak koło się zatacza. Koroniarze grają wyrobnikami i szrotem ale ostatecznie się w lidze utrzymują. Scenariusz znany od lat. W tym sezonie można jednak wyróżnić kilku graczy. Szczególnie Airama Cabrerę, strzelca 16 bramek czy mającego przebłyski Bartka Pawłowskiego. Mimo wszystko jak dla mnie zespół cechujący się wszystkim co złego uosabia ta liga a nawet wadami sprzed lat, które większość zespołów już wyeliminowała jak chociażby dojenie miejskiego budżetu.
Termalica Nieciecza – Najbardziej egzotyczny zespół ekstraklasy z boiskiem w polu kukurydzy … jak w filmie „Pole marzeń” J. Słoniki się utrzymały, zrobiły swoje, sezon mogą zaliczyć in plus. Co prawda jestem za tym by w ekstraklasie grały zespoły z piłkarskimi tradycjami i wielotysięczną publiki, ale ten zespół wzbudza tyle sympatii że naprawdę życze im jak najdłuższego pobytu w najwyższej lidze rozgrywkowej. Zespół bez gwiazd, nawet przeciętnych gwiazdeczek. Ew. można wspomnieć o Artemie Putiwcewie, który został powołany do kadry Ukrainy.
Górnik Łęczna – Emeriten squad. Jak ktoś celnie zauważył, mają solidny skład … na sezon 10/11. Zespół wypełniony dogorywającymi już ligowcami. Bonin, Nowak, Pitry … plus Świerczok, który podobno świetnie gra w piłkę tylko mało kto o tym wie i to widział. Powiem szczerze, jak dla mnie również powinni zlecieć z ligi. Zespoły z miejsc 14-16 nie dawały tej lidze kompletnie nic. Utrzymali się tylko dlatego że jeszcze bardziej beznadziejny Górnik Zabrze nie potrafił wygrać z grającą o pietruszkę (kolbę kukurydzy?) Termalicą.
Górnik Zabrze – 14-krotny Mistrz Polski, 6 krotny zdobywca Pucharu Polski. Klub z wielkimi tradycjami, ze wspaniałą publiką w końcu z nowoczesnym stadionem … Klub, który kompletnie nie zasłużył na to by się utrzymać w ekstraklasie. Grali kompletny piach praktycznie przez cały sezon. Zespół posiadający pod względem ilościowym skład porównywalny z Lechią czy Legią, ale wypełniony wypalonymi gwiazdkami i graczami, którzy zagrali kilka lat temu 4 dobre spotkania i wożą się nadal na opinii. Oczywiście tradycyjnie dopchany zagranicznym szrotem, który uosabiał Jose Kante, gość, który niby coś tam potrafił, no ale kurwa, ściągnięty do Zabrza jako napastnik w 16 meczach nie ukłuł nic. Może ten spadek podziała na nich pozytywnie, tak jak w przypadku Zagłębia Lubin? Tego Zabrzanom życzę.
Podbeskidzie B-B – Cztery sezony utrzymywali się w Ekstraklasie. Za piątym razem spadek z ligi. Szczerze? Nareszcie! Banda siepaczy bez polotu i finezji, antyfutbol nawet jak na ekstraklasę. Nigdy nie grali niczego ciekawego, nigdy nie widziałem ich meczu, który powstrzymałby mnie przed przełączeniem kanału w TV. Pokrzywdzeni. Mieli grać w grupie mistrzowskiej (!) a ostatecznie zlecieli z ligi. No ale sorry, skoro w grupie spadkowej zagrali taki piach, ugrali w 7 meczach 1 punkt … no to o czym mówimy? Żegnam bez żalu. No jest mi żal jedynie trenera Podolińskiego, bo to obok Leszka Ojrzyńskiego najbardziej wyrazista postać w świecie trenerów (mówię o osobowości).
Tyle jeśli chodzi o moje podsumowanie. To tak żeby nie było że zauważam same mankamenty tej ligi. Bywają mecze, które oglądało się naprawdę fajnie. Nie chcę zapeszać, że poziom tej ligi rośnie. Nie chcę znów zakładać różowych okularów bo w wakacje mogą mnie sprowadzić na ziemię eurowpierdole. Wolę pooglądać, pośmiać się, poszydzić a w głębi serca kochać ;-). Naprawdę kilka zespołów w tym sezonie potrafiło pograć fajną piłkę. Powtórzę jednak raz jeszcze – brakuje mi stabilizacji, powtarzalności, tego by kluby potrafiły zagrać kilka meczy z rzędu na solidnym, równym poziomie. No nic … pora czekać na kolejny sezon. Na szczęście w międzyczasie mamy jeszcze okienko transferowe, które bywa równie ciekawe jak sama liga. Przaśność ligi, czasem jej ułańska fantazja i przebojowość plus oprawa w którą pakuje tę ligę Canal + ( Sonia Śledź … szczególnie gdy wyprostuje włosy !!!) i w tym wspomnianym pozłotku nie musi wcale być kupa ale np. taka guma „Shock” na początku kwaśna i wykrzywiająca twarz ale z czasem słodka i przyjemna.
Walka o legalizację na piłkarskich stadionach trwa od bardzo dawna. Nie, nie! Nikt nie walczy o „uwolnienie konopii”. Ale Ultrasi całego świata walczą o legalizację czegoś równie uzależniającego. O coś co produkuje o wiele więcej dymu niż cała amerykańska scena hip-hopowa wytworzyła w swoim życiu. Walczą o legalną pirotechnikę! O swobodne odpalanie rac , stroboskopów, świec dymnych…
2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie odbył się finał piłkarskiego Pucharu Polski. Polskie „El clasico” jak raczą żartować niektórzy. Legia Warszawa vs. Lech Poznań. Dwie futbolowe firmy rodem z kraju nad Wisłą, które na obecny moment elektryzują kibiców najbardziej. Samo opakowanie finału Pucharu Polski również jest na poziomie światowym. Naprawdę, gdyby nie to, że w pewnym momencie na murawę musi wyjść 22 facetów i zacząć grać w piłkę to można by pomyśleć że mamy do czynienia z jakimś poważnym meczem. Niestety, gdy sędzia gwiżdże po raz pierwszy a nasze gwiazdy zaczynają pokazywać swoje umiejętności to możemy jednak stwierdzić że gdy gówno owiniemy w pozłotko to mimo że na pierwszy rzut oka wygląda ładnie i estetycznie to w środku nadal pozostaje gównem. Serio, nie pamiętam kiedy ostatni raz oglądałem Legia-Lech i mecz trzymał mnie w napięciu, kiedy ostatnio mogłem stwierdzić: „ej, całkiem przyjemnie się to ogląda”. A jak już wspomniałem, to dwa najlepiej na ten moment zorganizowane kluby w tym kraju. Nasze drużyny „eksportowe”… Dobra nie o tym miałem pisać. O wiele ciekawiej niż na murawie „Narodowego” było na trybunach naszego reprezentacyjnego stadionu. Akurat w tym przypadku o poziom widowiska jestem zawsze spokojny. Gdy grają te dwa zespoły to w ciemno można przystawić pieczątkę potwierdzającą „kibolską” jakość spotkania. Tym razem mecz wywołał jednak sporo kontrowersji. Zaczęło się w sumie dość obiecująco dla mainstreamowych mediów, gdy witany przez spikera prezydent Andrzej Duda został wygwizdany. Po meczu okazało się jednak że ani kibice KKSu ani ci stołeczni nie utożsamiają się z grupą gwizdającą i odcinają się od owych kibiców. Na ten temat napiszę zresztą jeszcze kilka zdań pod koniec tekstu. Na samym początku meczu po obydwóch stronach barykady ujrzeliśmy kibicowskie oprawy okraszone sporą ilością pirotechniki. Szczególnie fanatycy z Warszawy konkretnie podymili i organizatorzy mogli chyba tylko się cieszyć że podjęli decyzję o nie zamykaniu dachu na stadionie ;). Mimo konkretnego zadymienia sędzia Marciniak nie musiał w pierwszej połowie ani razu przerwać spotkania. To o czym przez kolejne dni trąbiono w mediach wydarzyło się jednak w II połowie. Prijovic wpakował bramkę dla Legionistów co sprowokowało poznańskich fanów do obrzucenia boiska racami w czasie kolejnej prezentacji oprawy. Dodatkowo jedna z rac trafiła bramkarza Legii Arkadiusza Malarza. Praktycznie w każdej relacji czy to telewizyjnej czy to prasowej głównym tematem nie był przebieg spotkania (w sumie kogo interesowałaby taka kaszana) a właśnie zachowanie Poznaniaków. Całość oczywiście sprowadzała się do tego, że pirotechnika znów stała się tematem zamartwiającym wszelkich mędrców tego świata bardziej niż wirus Ebola czy działania Państwa Islamskiego. Moje zdanie dalekie jest od osądów wydawanych przez dziennikarzy, ale nie powiem też jakoby wszystko w zachowaniu kibiców Lecha było dla mnie zrozumiałe i w porządku.
Przede wszystkim muszę sobie zadać jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie. Czy jestem za legalizacją pirotechniki? Oczywiście że jestem !!! Byłbym pieprzonym hipokrytą gdybym odpowiedział inaczej. W moich rękach wielokrotnie wypalały się flary i najstraszniejszą rzeczą jaka mi się stała przez odpalanie piro były dziury wypalone w odzieży. Tak więc mit śmiercionośnych rac jest dla mnie żenujący. Zresztą Malarz też bez szwanku przeżył spotkanie z racą w finałowym spotkaniu. Jak pokazał ten sezon, o wiele większym zagrożeniem dla bramkarzy są latające zapalniczki. Drągowski o mało nie umarł trafiony (?) takim ustrojstwem. Może pora poważnie się zastanowić czy nie trzeba zdelegalizować zapalniczek na stadionach? Poza tym prezentacje z racami i innymi świecidełkami dodają tyle kolorytu oprawom meczowym, że w polskich realiach stanowi to częstokroć o wiele lepszy show niż wydarzenia boiskowe. Ale moim skromnym zdaniem są pewne granice. Rozumiem że Poznaniacy mogli być wkurwieni spisanym już praktycznie na straty sezonem, kolejną porażką z odwiecznym rywalem czy też filmikiem z Łukaszem Trałką w roli głównej w którym nazywa jednego z kibiców Lecha „pałą jebaną”. Może pan piłkarz Trałka miał akurat kaca a w takim momencie walenie ręką w autokar naprawdę nie należy do przyjemnych dźwięków. Zresztą jak pokazał ostatni filmik z Darko Jevticiem, piłkarze Kolejorza lubią się dobrze wyluzować przed meczem (zresztą dawno temu zapoczątkował tą modę Drewniak, tylko nie wiem po jaki chuj wszystko to muszą dokumentować filmikami). Tylko tak się zastanawiam, jeśli faktycznie środowisko kibicowskie chce walczyć o legalizację piro, to czemu mają służyć takie akcje? To tylko woda na młyn dla wszystkich, którzy są w opozycji dla legalizacji. A lista ta jest bardzo długa. Wiem, z pewnością jest rzesza kiboli wychodząca z założenia że w dupie mają układanie się z krawaciarzami, którzy zapewne tylko mydlą oczy możliwością legalnego odpalania rac. Poza tym race powinny być odpalane spontanicznie a nie w wyznaczonej strefie, przez wyznaczone osoby i w określonej ilości po uprzednim podpisaniu stosownych dokumentów i otrzymaniu wszelkich pozwoleń. Zabija to ducha ultraski, z pewnością. Zawsze będę przeciwko wprowadzaniu w piłce nożnej standardów „Modern Football”. Przeciwko ciapatym właścicielom pompującym w kluby strumienie petrodolarów, przeciwko zabijaniu tradycji i historii klubu jak robi to pewien napój energetyczny w Salzburgu czy Lipsku. Przeciwko horrendalnym cenom za bilety, niemoralnym zarobkom piłkarzy i jeszcze bardziej niemoralnym kwotom płaconym za ich transfery. Ale pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się zatrzymać. Można albo szukać jakiegoś rozwiązania, kompromisu albo pogodzić się z takim stanem rzeczy jaki ma miejsce i bawić się pirotechniką łamiąc nadal zakazy. Jednakże w tym drugim przypadku trzeba się liczyć z absurdalnymi karami. Trzeba podnieść głowę do góry i brać konsekwencje na klatę. Jeżeli kibic robi coś niezgodnie z regulaminem to nie powinien potem płakać jaki to jest pokrzywdzony. A odnoszę wrażenie że tak właśnie często to wygląda. Wiadomo, kiedy na tym najbardziej fanatycznym sektorze znajduje się kilka tysięcy kibiców to siłą rzeczy musi tam być cały przekrój osobowości. Jedni pewnie są za tym aby dyskutować o legalizacji a inni za odpalaniem świecidełek „na dziko”. Coś musi być na rzeczy z tym że na finale Pucharu Polski istniało ciche przyzwolenie ze strony PZPN na odpalenie rac. O Bońku można mówić co się chce. Ale gość jest bardziej do dogadania niż poprzedni beton z Latą czy Listkiem na czele. Tym samym takie zachowanie jak dla mnie było bramką samobójczą ze strony kibiców. Rozmowa o legalizacji na ten moment jest cofnięta o wiele lat wstecz.
Druga sprawa. Lech dostając bramkę na 0-1 miał jeszcze 20 minut na doprowadzenie co najmniej do dogrywki. Jego kibice przeprowadzili jednak w tym momencie sabotaż co zresztą często podkreślali komentatorzy i trudno mi się w tym momencie nie zgodzić. Próba upłynnienia gry i przeprowadzenia jakiejś składnej akcji przez zespół Kolejorza były destruowane przez 12stego zawodnika Legii Warszawa – kibiców Lecha Poznań. Serio. Dla mnie niezrozumiałe. To chcemy wygrać ten mecz czy nie? „Gdyby interesowała nas piłka to zostalibyśmy piłkarzami” to jak dla mnie najbardziej bezsensowne hasło jakie słyszałem. W moim przypadku gdyby nie interesowała mnie piłka to nigdy nie trafiłbym na trybuny. Wielokrotnie słyszę że Lech, Legia, …. (tutaj wstaw nazwę dowolnego klubu) To My! Czyli co? Kibice są składową klubu czy klub jest dodatkiem do kibiców? Bo moim zdaniem gdyby klub nigdy nie powstał to i kibice nigdy by się nie zorganizowali. Kibice są bardzo ważną częścią klubu. Ale moim zdaniem i klub i fani powinni żyć w symbiozie. Powinni pomagać sobie nawzajem. Chuj, pół biedy jakby te race poleciały po meczu w ramach „podziękowań” za grę (Tylko jak to się ma do hasła „czy wygrywasz czy nie…”?). Ale nie kurwa w momencie w którym moja drużyna może jeszcze odrobić straty i zdobyć trofeum. Uratować w jakiś sposób sezon, pokonać odwiecznego rywala. Jak dla mnie takie zwycięstwa są solą kibicowskiej ziemi. Chyba że ktoś faktycznie wychodzi z założenie że gdyby interesowała go piłka to zostałby piłkarzem. Ale w takim razie co go rozsierdziło do tego stopnia by wrzucać flarę na murawę? Przecież w dupie ma grę piłkarzy. Powtarzam raz jeszcze, dla mnie kibicowanie ściśle łączy się z boiskowymi wydarzeniami.
Podsumowując. Nie widzę niczego złego w samym odpalaniu pirotechniki, baaa, uwielbiam piro. Chciałbym żeby piro można było odpalać bez żadnych konsekwencji na stadionach. Ale mamy tak pojebane i tak nafaszerowane wszelkimi obostrzeniami czasy, że moim zdaniem wyjścia są dwa. Albo szukać dialogu albo robić to w takiej konwencji jak dotychczas, ale przestać się potem użalać na spadające kary. Bo chyba każdy robi to ze świadomością tego jakie konsekwencje to za sobą pociągnie? A robienie potem z siebie uciemiężonych kibiców w sytuacji kiedy sami pokazujemy że żadnego dialogu nie chcemy jest … wybaczcie, ale żenujące.
P.S.
Wracając na sam koniec do sprawy wygwizdania Prezydenta Andrzeja Dudy. W ostatniej kolejce ligowej kibice Legii Warszawa odnieśli się jednoznacznie co do całego zajścia wywieszając na Ł3 transparent o treści: „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice – dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice”. Mój komentarz – Legio, 100% poparcia! Brawo! Nie będą się sprzedajne chamy wykorzystywać kibiców w swoich politycznych machlojkach. A dla Prezydenta Dudy mam ogromny szacunek za działania na tle polityki historycznej!