Dzienniczek Kanoniera (2)

Tydzień temu napisałem, że wygrana z West Ham przed własną publicznością jest dla Arsenalu absolutnym musem. Trzy punkty faktycznie pozostały w północnym Londynie ale czy poza tym, że „Kanonierzy” odnieśli pierwszą wygraną w sezonie może cieszyć coś jeszcze? Moim zdaniem niewiele.

„Młoty” to dla „Armatek” bardzo wygodny rywal. Tak przynajmniej podpowiadały przedmeczowe statystyki. Wystarczy powiedzieć, że w przeciagu ostatniej dekady ulegliśmy im tylko raz ( 9.08.2015r., 0-2). Jako nikogo nie interesującą ciekawostkę dodam tylko, że podobnie było zawsze gdy grałem w Football Managera. Każdy mecz przeciwko West Ham oznaczał łatwe trzy punkty :). Po dającym nadzieję na lepszą przyszłość spotkaniu na Stamford Bridge przed tygodniem, szykowałem się na mecz w którym absolutnie zdominujemy podopiecznych Manuela Pellegriniego. Może nie aż tak jak w pierwszej kolejce uczynił to Liverpool ale sądziłem, że gra będzie się toczyć głównie pod bramką Łukasza Fabiańskiego. W ogóle muszę dodać, że West Ham darzę od zawsze dużym szacunkiem. Obecnie dlatego, że w jego kadrze znajdują się byli „Kanonierzy” w postaci wspomnianego „Fabiana”, Jacka Wilshere’a i Lucasa Pereza. Szczególnie naszego bramkarza darzę olbrzymią sympatią za to jakim jest człowiekiem. Odejście Jacka też było smutne bo to fajny chłopak, ale jako piłkarz bardzo szklany i pewnego poziomu już pewnie nie przeskoczy a w drużynie Emery’ego pełnił by raczej funkcję wartościowego zmiennika. Jego ambicje sięgają pewnie wyżej i wolał grać w zespole w którym będzie pełnił rolę jednego z liderów. Perez, uważam zaś, że nie dostał odpowiedniej szansy w naszym klubie i został potraktowany trochę nie w porządku. Ich obecność w kadrze naszego rywala to nie jedyny powód za który cenię West Ham. Przez wiele lat ciągnęła się za tym zespołem łatka klubu utożsamianego ze światem stadionowych chuliganów. To skojarzenie było chyba nawet silniejsze niż te futbolowe. „Młoty” na przestrzeni swojej ponad 120 letniej historii nie odnosiły znaczących sukcesów. Ot, trzy Puchary Anglii. W lidze najwyżej uplasowali się na trzeciej pozycji. A mówimy o czasach sprzed ponad trzech dekad. W klubie grali też trzej Mistrzowie Świata z 1966 roku. Sir Bobby Moore, Martin Peters i Geoff Hurst (bohater finału). Ich pomnik można było podziwiać przed Upton Park. Wychowankiem West Hamu jest Frank Lampard. Nie można powiedzieć, że bordowo-niebieskiej koszulki nie przywdziewali wielcy gracze. Ja zawsze będę miał najbardziej w pamięci Paolo Di Canio. Po prostu lubię kontrowersyjnych graczy. Ok, wracając do sedna. Mimo tego, że West Ham może pochwalić się wielkimi postaciami, które przewinęły się przez ich drużynę to jednak w wielu miejscach na świecie ta nazwa przywodziła na myśl skojarzenie ze światem stadionowej łobuzerki. Ten stereotyp na pewno był wzmacniany przez kinematografię. W 2005 roku ukazał się w końcu film „Green Street Hooligans”, którego fabuła kręciła się wokół grupy kolegów, którzy spędzali czas na piciu piwa, oglądaniu meczów West Hamu i obijaniu facjat kibicom wrogich drużyn. Hollywoodzka produkcja nijak się miała do prawdziwego świata stadionowej (chociaż bardziej ulicznej) przemocy ale z pewnością przyczyniła się do popularyzacji szeroko pojmowanej kultury kibicowskiej na Wyspach (razem z jej modą, muzyką itp.). Jeśli ktoś jednak wolałby poczytać o czymś bardziej zbliżonym do realiów świata chuliganów to polecam sięgnąć po książki Cass’a Pennat’a. Człowieka, który swego czasu był przywódcą chuligańskiej ekipy West Ham a dziś z ręką na sercu można powiedziec, że jest brytyjskim celebrytą nie ustępującym swoją sławą wielu piłkarzom West Hamu. W Polsce również było dostępnych kilka pozycji czytelniczych stworzonych przez owego jegomościa. Ok, bo mocno odpłynąłem od brzegu. Wystarczyło napisać, że West Ham mieni mi się klubem, który wywarł mocny wpływa na angielską scenę kibicowską i całą jej otoczkę oraz kulturę nazywaną często w naszym kraju „Casual”. Jest dla mnie pewnego rodzaju symbolem.

Wróćmy do tego co miało miejsce w sobotę. Jak już mówiłem, spodziewałem się, że podopieczni Emery’ego przejmą stery od samego początku spotkania. Niestety, nic bardziej mylnego. Nie założyliśmy „Młotom” hokejowego zamka. Nie było fajerwerków, akcje się nie chciały zazębiać. Spotkanie miało dość wyrównany przebieg. Niestety znów daliśmy sobie strzelić bramkę jako pierwsi. Uczynił to Arnautović, który zdecydowanie najlepiej radził sobie w tym meczu jeśli chodzi o graczy ofensywnych naszego przeciwnika. Rozrywanie naszych zasieków obronnych nie sprawiało mu większych trudności. Nadal linia defensywna nie działa jak należy. Piłkarze bordowo-niebieskich często w dość prosty sposób mijali naszych obrońców prostym podaniem gdy ci spóźniali się z interwencją i momentem wyjścia do przeciwnika. Sokratisowi i Mustafiemu daleko na razie do legend pokroju Adamsa, Campbella czy choćby Kolo Toure za najlepszych lat. Boki defensywy zdecydowanie lepiej czują się w momencie gdy mogą podłączyć się do akcji ofensywnych aniżeli wtedy gdy mają bronić. Szczególnie podobał mi się Bellerin, który zaliczył dwie asysty i do przodu grał naprawdę dobrze, wjeżdżając w boczne sektory i wykładając piłkę napastnikom. Nie zapominajmy jednak, że podstawowym celem obrońcy – a takim jest Hector – pozostaje uniemożliwianie graczom rywala zdobycia gola. Na szczęście dziury w defensywie West Hamu są jeszcze większe niż w naszej.  Szkoda mi Fabiańskiego, który, wygląda na to, że znów trafił do zespołu w którym jego partnerzy z lini obronnej zapewnią mu sporo pracy. „Fabian” znów jednak wywiązuje się ze swojej roli znakomicie. No ale nie da się w pojedynkę powstrzymywać nawałnicy rywali. Właściwie tylko on i Arnautović pokazują w zespole Pellegriniego pełnię swoich umiejętności. Chociaż prawdę mówiąc w pierwszej połowie meczu to chyba drużyna naszych rywali stworzyła sobie więcej dogodnych sytuacji. Piachem rzuconym w zębatki ofensywnej maszynerii „Młotów” była kontuzja Arnautovicia, po której musiał opuściuć murawę stadionu Emirates. W naszym zespole na boisku od początku drugiej części spotkania pojawił się Lacazette a chwilę później Lucas Torreira. Zastąpili oni Alexa Iwobiego- co było dla mnie lekkim zaskoczeniem bo Nigeryjczyk spisywał się w pierwszej połowie w miarę przyzwoicie no ale może nasz trener chciał dodać ognia poczynaniom ofensywy- oraz Guendouziego. Młody Francuz znów popełniał dużą ilość błędów. Tym razem to on był słabszym ogniwem w środku pola. Urugwajczyk nadal nie może sobie wywalczyć miejsca w podstawowej „jedenastce”. Po spotkaniu na Stamford podobno było do niego sporo zastrzeżeń i obwiniano go o utratę bramki numer trzy. Być może niedzielny mecz z Cardiff będzie tym w którym w końcu zobaczymy Torreirę od początku? Czyżby kosztem Guendouziego? A może Emery nadal uparcie będzie wrzucał Francuza na głęboką wodę? Do pewnego momentu dość niemrawo było też z przodu. Cały czas optymalnej formy szuka Auba, Michitarjan też może wspiąć sie na wyższy szczebel. Zabrakło Oezila a grający od początku Ramsey grał dość chaotycznie, tracił sporo piłek. Stara się Laca, jego wejścia ożywiają za każdym razem grę z przodu. Może Emery w końcu wymyśli sposób by połączyć grę Auby i Lacazetta od początku? Byłoby miło. To po jego akcji „swojaka” strzelił Diop, który ewidentnie nie miał swojego dnia. Kropkę nad „i” postawił Welbz, który był kompletnie nie pilnowany w polu karnym West Hamu. Być może defensorzy „Młotów” poszli na lody a może stwierdzili, że Welbeck jest na tyle słaby, że zmarnuje tak dogodną sytuację? Danny jednak nie zwykła marnować aż tak dobrych okazji. Arsenal pokonał swoich derbowych rywali 3-1. Mimo wszystko wyciągnąłbym z tego meczu więcej negatywnych wniosków aniżeli pozytywów. Nadal ogrom pracy przed Emerym. Możemy się cieszyć, że West Ham też jest nadal w budowie i na początku sezonu spisuję się naprawdę słabiutko.  W niedzielę Arsenal wybiera się do Walii na mecz z Cardiff. Czas na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w tym sezonie.

 

 

Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.

Wiecie, co łączy wszystkich kibiców futbolu? Kochają przeróżne rankingi, statystyki i klasyfikacje. Na najlepszego piłkarza, najpiękniejszą bramkę, najskuteczniejszego napastnika itp. Do wyboru, do koloru. Nawet cholerny, oderwany momentami od rzeczywistości ranking FIFA, przeklinany przez kibiców, ale budzący jednak ciekawość i chętnie śledzony przez wszystkich. Wszelkiego rodzaju statystki, podsumowania, tabele wszechczasów, najlepsi strzelcy w historii…. Który sympatyk kopanej tego nie lubi? Ja się zawsze takimi rzeczami jaram i chętnie je sprawdzam. Nawet wszelkie, subiektywne, niepoliczalne rankingi  jak np. coś w stylu „100 najlepszych piłkarzy bez podziału na pozycje”. Mogę sie z nimi nie zgadzać, ale zawsze z przyjemnością sprawdzę jak widzą to inni. Dlatego też postanowiłem sam również pokusić o stworzenie własnego TOP 10 i na pewno nie będzie to ostatnie takie zestawienie, które zrobię na swoim blogu.

Czytaj dalej „Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.”

Himalaje hejtu

Jak powszechnie wiadomo każdy Polak zna się na: historii, polityce i sporcie. Szeroko pojętym sporcie. Jak się okazało w ostatnich tygodniach także na himalaizmie. A skoro wszyscy to i ja poudaję eksperta, chociaż znam się na tym sporcie tak samo jak na fizyce kwantowej.

Zakończyła się Narodowa, zimowa wyprawa na K2. Zakończyła się fiaskiem i K2 nadal pozostaje jedynym niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem. Polska ekspedycja może jednak zapisać na swoim koncie sukces w postaci uratowania życia francuskiej alpinistki Elisabeth Revol, którą ocalili w czasie jej zejścia ze szczytu Nanga Parbat. Akcja odbiła się echem w całym środowisku himalaistów i zapewne nie tylko. Denis Urubko i Adam Bielecki, którzy byli głównymi postaciami w czasie akcji ratunkowej urośli do rangi narodowych herosów. Jednak jak wiadomo życie płata figle i tak jak czasem ciężko wdrapać się na cokół z napisem „bohater narodowy” tak niezwykle łatwo z niego spaść. Przekonał się o tym wspomniany Urubko. Ale nie tylko on. Również legenda polskiej wspinaczki wysokogórskiej Krzysztof Wielicki miał okazję przekonać się na własnej skórze co znaczy gniew polskiej społeczności internetowej. Oni może nie zdobyli góry „Czogori” w warunkach zimowych, ale polscy internauci po raz kolejny osiągnęli tej zimy „Himalaje hejtu”. Wszystko, jak zapewne większość z was wie, przez samotny atak szczytowy Denisa Urubki, który Kazach z polskim paszportem postanowił przeprowadzić bez konsultacji z resztą uczestników wyprawy. To podzieliło polskich internautów na dwa obozy. Powiedzmy że #TeamUrubko i #TeamWielicki. Jakie były powody decyzji Urubki? Oficjalnie mówi się że takie, iż Urubko uznawał, że zima trwa jedynie do końca lutego i zdobycie K2 w marcu nie będzie już mogło być zaliczone jako wejście zimowe. Polacy uznawali kalendarzową granicę pomiędzy zimą a wiosną czyli 21 marca. W każdym bądź razie ta samotna próba Urubce się nie powiodła. Cała sytuacja wywołała dodatkowo złość kierownika wyprawy czyli Krzysztofa Wielickiego, który po powrocie niesfornego Kazacha, zdenerwowany niesubordynacją podopiecznego nie pozwolił skorzystać mu z Wi-Fi co rzekomo miało być gwoździem do trumny współpracy na linii Urubko-reszta ekipy. Wielicki twierdził dodatkowo, że Urubko robi zły PR wyprawie oczerniając ją w sieci. Swoją drogą co za czasy, że powodem konfliktu pomiędzy osobami znajdującymi się gdzieś ponad 7000 m.n.p.m., gdzie kończy się praktycznie jakiekolwiek życie a cywilizacja znajduje się gdzieś daleko w dole, może być zakaz skorzystania z internetu… No ok. W mediach trwa w ostatnich dnia wylewanie żalów przez himalaistów (szczególnie ze strony Urubki) a polscy internauci ścierają się między sobą spekulując kto był winny nieudanej ekspedycji. Echa brawurowej akcji ratunkowej na Nanga Parbat odchodzą gdzieś na drugi plan…niestety…

A polscy internauci? Oczywiście chętnych do oceniania całego zajścia są miliony i każdy jest ekspertem, jeśli nie od wspinaczki wysokogórskiej to od etyki, moralności i odwagi i czuje się zobowiązany zmieszać z błotem albo „pieprzonego kacapa Urubkę, który zniszczył całą wyprawę swoją pyszałkowatością i bezmózgą akcją z samotnym wejściem. Niech w ogóle ten cholerny rusek wypieprza do Kazachstanu i doji owce na stepie pod Astaną. Zdrajca. Dobrze że nie zaatakował szczytu 17 września.” albo „Tchórza Wielickiego, który bał się wejść wyżej i blokował jedynego i najodważniejszego Urubkę. Cała reszta to banda tchórzy i pojechali w ogóle tam na wycieczkę a nie szczyty zdobywać. Oddajcie kasę za wyprawę.” Mówimy o dwóch sportowcach, profesjonalistach, którzy zdobyli wszystkie 14 ośmiotysięczników. Którzy mają zdobytą „Koronę Himalajów i Karakorum”. Którzy uchodzą za gwiazdy w swoim środowisku. Zarzucanie im jakiegokolwiek nieprofesjonalizmu przez osoby, których największym sukcesem w górach jest zapewne wejście na „Morskie oko” to kpina. Albo zarzucanie Urubce, który nie pierwszy raz ratował ludziom życie w górach samolubność. Przykre. Gdy w pewnym miejscu spotykają się dwa tak silne charaktery i tak wspaniałe osobowości jak Urubko i Wielicki, to mogą polecieć iskry. Za malutcy jesteśmy byśmy mogli oceniać takie sytuacje. W dupie byliśmy i gówno widzieliśmy jakby powiedziała Wronika Nowakowska. I to jak najbardziej prawda.

Kochamy nienawidzić. Kochamy się dzielić na przeciwne obozy. Mam wrażenie, że hejtowanie to nie długo będzie nasze narodowe hobby. Uwielbiamy skakać sobie do gardeł. Potrafi nas podzielić nawet próba zdobycia szczytu gdzieś daleko w Himalajach … przepraszam, w Karakorum. K2 to nie Himalaje. Za dobry miesiąc, baa, za parę dni każdy będzie już miał tą całą wyprawę „gdzieś”, poza prawdziwymi pasjonatami tego sportu. Ale przez dobry miesiąc cała Polska zgrywała ekspertów i praktycznie każdy miał coś do powiedzenia na ten temat. Gdyby nie ta akcja na Nanga Parbat (bo nas generalnie najbardziej porusza sytuacja gdy ktoś może zginąć) i sprzeczka tych dwóch wspaniałych himalaistów, gdyby udało się osiągnąć ten szczyt bez większych przeszkód to podejrzewam że interesowało by to nas nawet mniej niż teraz. Za kilka tygodni emocje opadną a większość Polski będzie miała w d**** czy ktoś z ich rodaków się gdzieś wspina w najwyższych górach świata. No chyba że wydarzy się jakaś tragedia. Wtedy znowu każdy będzie zgrywał znawcę. Bo kiedy przed wyprawą na K2 cała Polska interesowała się wspinaczką wysokogórską? Pewnie gdy na Broad Peak ginęli w 2013 roku Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski.

P.S.

Ciekawe czy ludzie zarzucali by Wielickiemu tchórzostwo i opieszałość, gdyby zdecydował się atakować szczyt i wydarzyła się jakaś tragedia. Wtedy internet okrzyknął by go pewnie człowiekiem bez wyobraźni ryzykującym życie innych.

Romańczuk w kadrze? Nie, dziękuję.

Taras Romańczuk dostał polskie obywatelstwo. Gdy zagraniczny piłkarz otrzymuje polskie obywatelstwo to wszystkie rodzime media zaczynają debatę nad możliwością powołania go do kadry. Czasem mam wrażenie, że na drugi plan schodzi to czy prezentuje on odpowiedni poziom by w tej kadrze zagrać. Pal to licho! Najważniejsze, że paleta wyboru zawodnika dla selekcjonera naszej reprezentacji powiększyła się o jednego gracza. Możemy kogoś naturalizować. Super! A czy ten gracz będzie stanowił jakąś wartość dla naszej drużyny narodowej? Realnie podniesie jej siłę? Mam wrażenie, że niektórzy dziennikarze kompletnie się nad tym nie zastanawiają.

Romańczuk jest Ukraińcem. Nigdy nie słyszałem by znajdował się w orbicie zainteresowania selekcjonera tamtejszej reprezentacji. Nasi wschodni sąsiedzi w ostatnich latach uzyskują na arenach zmagań reprezentacyjnych wyniki gorsze od naszej ekipy. Mimo to Andriej Szewczenko i jego poprzednicy nie mieli zamiaru sięgać po Romańczuka by ten pomógł swojej ojczyźnie w uzyskaniu lepszych rezultatów. W momencie otrzymania przez piłkarza Jagiellonii polskiego paszportu zaczęli się jednak zastanawiać nad tym Polacy. Gdzie logika? Gość nie łapie się do drużyny, która nie zakwalifikowała się na Mundial, która odpadła z nami w grupie na poprzednim Euro ale mimo to część opinii publicznej zastanawia się nad tym czy powinien on zagrać w koszulce z orzełkiem na piersi. A przypominam że przed poprzednimi Mistrzostwami Europy Ukraińcy sprawdzali przydatność m.in. Artema Putiwcewa z Bruk-Betu Nieciecza. Wiem, wiem. Inna pozycja. Być może Ukraińcy mieli akurat problem z obsadzeniem środka czy lewej strony obrony gdzie można ustawić Putiwcewa a środek pomocy mają silny. Nie mam zamiaru rozkładać teraz tego na czynniki pierwsze. Pomyślmy jednak czy nasze centrum pomocy wymaga sięgnięcia po Romańczuka? Nawałka na Mundial zabierze zapewne (o ile nie wydarzy się jakiś kataklizm) Krychowiaka, Karola Linetty i Mączyńskiego. W odwodzie zostaje jeszcze m.in. Jacek Góralski. Więcej zawodników w środku pola nam nie potrzeba. Krycha i Linetty to dwaj gracze prezentujący o wiele wyższy poziom od Romańczuka. Ograni w silnych europejskich ligach i ograni w kadrze. O Mączyńskim co by nie mówić ale to gość, z różnym skutkiem, ale w koszulce z orzełkiem daje z siebie maksa i zazwyczaj dobrze wywiązuje się z roli pomagiera Krychowiaka. Góralski? Myślę, że gorszy od Romańczuka nie jest. W końcu on zasłużył już na zagraniczny transfer z podlaskiego klubu zaś Romańczuk cały czas jednak tkwi w polskiej Ekstraklasie. Mają oni w zanadrzu jeszcze jeden argument, który powinien ich klasyfikować w hierarchii powołań przed świeżo upieczonym obywatelem Polski. Oni Polakami są od urodzenia. Tak. To piekielnie ważny powód. W pierwszej kolejności przepustki do kadry powinni otrzymywać chłopacy, którzy urodzili się na tej ziemi i nie potrzebują załatwiać lawiny spraw urzędowych aby uzyskać możliwość zagrania w biało-czerwonej koszulce. Chciałem tylko przypomnieć, że już raz próbowaliśmy budować drużynę narodową w oparciu o naturalizowanych graczy. Jak się skończył ten projekt? Niech każdy sobie przypomni. To skutecznie powinno nas odstraszać od takich pomysłów. Jeżeli mamy już naturalizować jakiegoś piłkarza i dać mu szansę występu w narodowych barwach to przede wszystkim niech będzie on o klasę lepszy od innych zawodników występujących na jego pozycji. Romańczuk to solidny ligowiec ale sorry. Nie zbawi naszej kadry. A wchodząc do drużyny i zajmując pozycję na ławce rezerwowych zabierze miejsce np. jakiemuś młodemu chłopakowi, np. Radkowi Murawskiemu, któremu treningi z kadrą mogą pomóc w piłkarskim rozwoju. Szczerze? Wolę już zabrać na ten Mundial weteranów pokroju Jodłowca czy Trałki. Albo Borysiuka. Borysiuk ma 27 lat, tyle samo co Romańczuk. No właśnie. 27 lat. Nawet jak wejdzie do kadry to ile w niej pogra? 4-5 lat? Przy korzystnych wiatrach. W tym wieku powinien już być za granicą. Gra nadal tylko w Jagiellonii. Coś mi się wydaje że ukraińskim Claudem Makelele nie zostanie. Niestety. Tak jak mówiłem. Jak mamy brać do kadry piłkarzy z odzysku to takich, którzy będą gwiazdami naszej drużyny. Romańczuk nią nie będzie. A Dybala i Kościelny grać u nas nie chcą. Mam jakieś dziwne wrażenie, że gdyby Romańczuk prezentował poziom chociażby Krychowiaka to już dawno grałby w żółto-niebieskich barwach i o występach dla Polski by nawet nie myślał. Nie. Powołanie dla Romańczuka byłoby jak dla mnie nieuczciwe. Nieuczciwe chociażby wobec takiego Janusza Gola, który od wielu lat ma podstawowy plac w silniejszej lidze rosyjskiej a Nawałka nie spojrzał w jego stronę jak dotychczas ani razu.

Jak byłem młodszy, to byłem zwolennikiem powoływania do kadry piłkarzy z polskimi korzeniami. Nie wiem, może to była trauma po utracie Klose i Podolskiego, którzy wynieśli w późniejszym czasie Niemców na piedestał piłki reprezentacyjnej. Wychodziłem z założenia, że damy zagrać takiemu graczowi kilka minut w składzie pierwszej drużyny i będziemy już go mieli zaklepanego na konto naszej reprezentacji. Przepisy FIFA pozmieniały się od tamtego czasu jednak na tyle, że mam wrażenie, że nie długo piłkarze będą sobie mogli zmieniać barwy narodowe jak rękawiczki. Niestety. Modern football dotyka już także piłkę reprezentacyjną. Takie powoływanie graczy mija więc się z celem. Poza tym era rządów Franza Smudy i jego hodowla lisów w kadrze skutecznie ugasiła mój entuzjazm co do uzupełniania ubytków w drużynie narodowej naturalizowanymi piłkarzami. Polscy dziennikarze zachorowali jednak na dziwną chorobę, każącą im wytykać PZPN-owi każdego piłkarza, którego ominęli w swoich planach uczynienia go Polakiem. Różne, dziwne nazwiska przewijały się na łamach gazet i portali sportowych przez kilka ostatnich lat. Pamiętacie Danny’ego Szetelę? Amerykanin, który strzelił nam w 2007 roku dwie bramki na Mundialu U-20. PZPN po tym wydarzeniu był strasznie szykanowany za to, że Szetela nie gra z orłem na piersi. Życie pokazało, że gość nie zrobił większej kariery nawet w lidze MLS. Zresztą w tym samym meczu, w którym on załadował nam dwa gole to hat-tricka dołożył Freddy Adu odpalony kilka miesięcy temu z Sandecji Nowy Sącz. Aquafresca, Wondolowski, Ostrzolek. Wszyscy oni byli mniej lub bardziej lobbowani do gry w „biało-czerwonej” drużynie na przestrzeni kilku ostatnich lat. Żaden z nich jednak nie przejawiał większych chęci by grać dla nas, co często objawia się w przypadku graczy mających podwójne obywatelstwo. Ich motywacja jest mocno ograniczona. Ginąć za orła w koronie nie będą. Bardziej liczy się kunktatorstwo i to czy gra w koszulce kraju nad Wisłą przyniesie im jakiekolwiek korzyści. A zagranie meczu w naszej reprezentacji ma być w pierwszej kolejności zaszczytem i spełnieniem marzeń a nie trampoliną do rozwinięcia dalszej kariery.

Wiem że Taras Romańczuk nie jest typowym „farbowanym lisem”. Świetnie mówi po polsku. Pewnie darzy naszą ojczyznę ogromnym szacunkiem, może nawet miłością. Ma polskie korzenie. Absolutnie nie odmawiam mu możliwości bycia polskim obywatelem. Pewnie będzie się lepiej wywiązywał ze swoich obywatelskich obowiązków od niejednego rodowitego Polaka. Ale pragnę też aby moja reprezentacja złożona była  z chłopaków w 100% związanych z tym krajem. Z takich dla których gra w drużynie narodowej jest marzeniem towarzyszącym im od dziecka.  Gra w kadrze Polski byłaby moim zdaniem bardziej opłacalna dla Romańczuka aniżeli dla samej kadry Nawałki. Dla niego to zawsze szansa wypromowania się, znalezienia klubu, który zapłaci mu większe pieniążki i pozwoli jeszcze zarobić dzięki swojej karierze. A Reprezentacja Polski? Zyska solidnego gracza ale nie takiego, który pozwoli jej wygrać mecz. Prochu nie wymyśli. Poza tym zajmie miejsce w drużynie młodemu Polakowi. Tak więc … Romańczuk w kadrze? Nie, dziękuję.

Światem rządzą skur*ysyny!

Macie czasem tak, że z chęcią odcięlibyście się od jakiejkolwiek cywilizacji i wyprowadzili gdzieś do lasu? Zaczęli żyć tak jak Tom Hanks w „Cast Away” lub Viggo Mortensen ze swoimi dziećmi w „Mr. Fantastic” (tylko że bez tej lewicowej indoktrynacji i kultu Noama Chomsky’ego)? Macie czasami po prostu na tyle dosyć otaczającego was świata, że niczym w tym słynnym memie – rzucilibyście wszystko i wyjechali w Bieszczady? Z pewnością tak macie. Każdy miewa takie gorsze momenty. Sam oczywiście też je miewam. Na przykład przez ostatnie kilka dni, słuchając telewizji informacyjnych lub czytając portale z wiadomościami ze świata. Wkurza mnie to tak bardzo, że już powoli zaczynam się martwić o swoje zdrowie psychiczne. Generalnie to ja już się przyzwyczaiłem, że świat w postaci wszelakich mocarstw i gracze silniejsi od nas na arenie zmagań politycznych uwielbiają mówić nam jak mamy postępować. Co nam wolno a czego nie. Kogo lubić a kogo nie, co jeść i jakich drzew nie wycinać. Do tego już naprawdę przywykłem. Jednakże każda próba wmawiania nam win za krzywdy wyrządzone światu a w szczególności Żydom w czasie II Wojny Światowej i robienie z nas nazistowskich pomagierów przyprawia mnie o mdłości. Dochodzę wtedy do pewnej konkluzji. Światem po prostu rządzą skurwysyny…

Nie pałam sympatią do pewnego sztucznego państewka, leżącego nad Morzem Śródziemnym, które od 70 lat ma dłonie ubrudzone krwią palestyńskich cywili a którego nazwa zaczyna się na literę „I”. Wiem że stać ich na wiele haniebnych czynów, jak wtedy gdy izraelskie dzieci malowały we wzorki bomby przeznaczone do zrzucenia nad Palestyną. Mimo to i tak ich paniczna reakcja na próbę zrobienia porządku (w końcu!) przez polski rząd z mówieniem o „polskich obozach zagłady” zszokowała mnie. Kompletnie jej nie rozumiem. Izrael przyznaje wprawdzie, że określenie to jest niefortunne i mija się z prawdą ale kategorycznie nie zgadza się na to by karać osoby, które rozpowszechniają to hasło.  No więc halo! Coś tu do cholery jest chyba nie tak? O co tutaj chodzi? Coś w stylu: „Określenie jest kłamliwe ale i tak będziemy go używać i nie wolno wam karać nas za używanie go”. Ja tak to odbieram w tym momencie. No bo jak inaczej to zrozumieć? Świat broni się mówiąc, że określenie „Polish Death Camps” odnosi się do umiejscowienia geograficznego owych obozów. Ok, zgoda. Czy idąc takim tokiem rozumowania, jeśli w tych Arbeitlager ginęli głównie Żydzi, to możemy też mówić o „Żydowskich obozach zagłady”? Co na to Izrael? Nie mieli by nic przeciwko? Śmiem wątpić. Określenie „Polish Death Camps” utwierdza wielu ignorantów i osoby będące na bakier z historią a mieszkające głównie na terenach USA i Izraela w fałszywym stereotypie, że Polacy odegrali jedną z głównych ról w dokonaniu Holokaustu. Ten stereotyp jest bardzo rozpowszechniony. O polskim skrajnym antysemityzmie mówi chociażby Oliver Stone w swojej dokumentalnej „Historii Ameryki” (cały ten dokument jest zresztą mocno zepchnięty ideowo w lewą stronę). Zresztą z wierzchu mamy mydlenie nam oczu o położeniu geograficznym ale jeśli zagłębimy się w temat to możemy poszukać wiele indywidualnych opinii, że ustawa chcąca chronić dobre imię naszego kraju jest próbą zacierania śladów polskiego antysemityzmu. Takie zdanie na ten temat wyrażają m.in.: Dziennikarka „Jerusalem Post”, pani Lahav Harkov (ta od tweeta w którym 14 razy napisała „Polish Death Camps” w ramach manifestu), członek knesetu, kandydat na nowego premiera państwa Izrael – Ja’ir Lapid, historyk Gil Troy z Uniwersytetu McGill czy ośmiu kongresmenów amerykańskich, którzy wystosowali list otwarty do prezydenta Dudy z żądaniem zawetowania tej ustawy. Szczególnie ciekawą postacią jest Lapid, który najpierw utrzymywał, że w jego rodzinie były przypadki w których za śmierć jego krewnych w czasie Holokaustu odpowiedzialni byli zarówno Niemcy jak i Polacy. Polscy dziennikarze szybko jednak sprawdzili historię rodzinną Lapida i okazało się, że większość jego rodziny nie miała jakichkolwiek związków z Polską. Lapid utrzymywał, że Polacy dołożyli rękę do śmierci jego babki, ale w wywiadzie dla „Der Spiegel” parę lat temu przyznał się, że obie jego babcie przeżyły wojnę. Nic dziwnego, że w Izraelu w niektórych kręgach ma opinię podobną do tej, jaką w Polsce cieszy się Ryszard Petru. Mi po swoich oszczerczych wypowiedziach bardziej zalatuje Władimirem Żyrinowskim.

 

Jak widać przekaz jest prosty. „Coś tam sobie wycierpieliście w czasie wojny, w sumie temu nie zaprzeczmy ale wasze winy są ogromne i pamiętajcie o nich”. Mamy budować swoją politykę wstydu i spolegliwości. Mamy pogodzić się z rolą pomagierów nazistów (Bo przecież nie kurwa Niemców! To słowo nikomu przez usta nie przejdzie). Chcemy walczyć o swoje dobre imię? Przygotujmy się na to, że będziemy określani antysemitami. Mam wrażenie, że Żydzi są strasznie przewrażliwieni na swoim punkcie. Każda próba posiadania zdania odmiennego od nich to przejaw antysemityzmu.

Holokaust był jedną z najczarniejszych, być może najczarniejszą kartą w historii ludzkości. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ma zamiaru tego negować. Nie oznacza to jednak, że Żydzi do końca świata mają być gatunkiem chronionym. Bezstresowo wychowywanym dzieckiem z taryfą ulgową na wszystko.  Żyjącym pod kloszem opieki Stanów Zjednoczonych. W czasie II Wojny Światowej zginęło pomiędzy 5 a 6 milionów Polaków (tak, również polskich Żydów). Zniszczona została znaczna część naszego państwa. Zagrabiono sporą część naszego mienia. Nasza stolica została zrównana z ziemią. ZSRR i Niemcy wymordowali nam elity społeczne. Po wojnie oddano nas w ręce Sowietów. Ile państw poza nami poniosło takie konsekwencje tej wojennej zawieruchy? Mimo tego dziś występujemy na świecie w roli chłopca do bicia. Takiego, któremu można nawrzucać, opluć, sponiewierać go. Mam wrażenie, że niektórym na świecie zależy na tym, by sprowadzić nas do roli dziecka, które zdejmie spodenki, wypnie goły tyłek i da się po nim wysmagać bambusowym kijem przyznając się przy tym do wszystkich niegodziwości świata.

Dlaczego to właśnie my jesteśmy sprowadzeni do tej roli? Czy Francuzom wypomina się z taką częstotliwością rząd Vichy? Obławę Vel d’Hiv? Chorwatom obóz Jasenovac? Łotyszom, Ukraińcom czy Skandynawom służbę w jednostkach SS? (Polacy nigdy nie służyli w SS!). Nie przypominam sobie. Za to my pokutujemy do dziś za nie do końca wyjaśnione Jedwabne, gdzie jacyś prostacy, przyznaję, w bestialski i chory sposób wymordowali swoich sąsiadów. Podpuszczeni do tego przez Niemców!

Może Beck mógł swego czasu podpisać pakt z Ribbentropem? Zaoszczędzilibyśmy krwi rodaków, nie ponieśli tak dotkliwych strat. Może wzorem Finlandii trzeba było balansować pomiędzy jedną a drugą stroną konfliktu? Czy ktoś wypomina teraz tym jawnie kolaborującym państwom przeszłość naznaczoną swastyką? Niestety nikt wzorem porucznika Aldo Raine nie wycinał kolaborantom i nazistom swastyk na czole. A i dobrze, że my się nie sprzedaliśmy nazistowskim świniom. Dziś ze spokojnym sumieniem, pomimo tego co o nas mówią możemy patrzeć w lustro.

Powinienem przywyknąć również do jeszcze jednej rzeczy i w sumie po części tak jest. Nadal wkurza mnie to jednak niesamowicie. Mianowicie fakt, że istnieje spora grupa osób w Polsce – polityków, dziennikarzy i wszelkiej maści celebrytów – którzy chcieliby przyjąć pokornie pozę skruszonych pątników. Grać rolę złamanych, wstydzących się historii swojego kraju pupilków zagranicy. Posłusznie podążyć drogą, którą ta im wyznacza. W imię tej idei przyklaskują oni każdemu zagranicznemu atakowi na nasz kraj.  Baa, sami skarżą się swoim obcojęzycznym pryncypałom na szalejący w Polsce totalitaryzm i błagają o interwencję. Już kiedyś o tym pisałem i napiszę raz jeszcze. Nie zdziwiłby mnie obraz Schetyny, Petru czy innej Gasiuk-Pihowicz, którzy rzucają róże pod gąsienice wjeżdżających na teren naszego kraju niemieckich czołgów. Ostatnio na potwierdzenie swojej tezy TVN pokazał światu kilku idiotów bawiących się w środku lasu w nazistów świętujących urodziny Adolfa Hitlera. Paru debili chowających się gdzieś w głuszy i układających swastyki z czekoladowych wafelków na torcie (nawet się kurwa wódki nie napili!) to wg. nich zapowiedź odradzającego się w kraju faszyzmu. Żeby coś się odrodziło to musiałoby mieć kiedykolwiek miejsce. Ale mniejsza z tym. Druga sprawa, że ja całkowicie nie ufam TVN-owi i nie zdziwiłbym się gdyby cała ta ustawka w lesie była zwykłą manipulacją. Stać ich na to.

Oczywistym jest, że nie jesteśmy krajem o kryształowo czystej historii. Z pewnością było wiele przypadków gdy Polacy sprzedawali Żydów z niskich pobudek moralnych. Tak się działo w każdym zdeprawowanym wojną państwie! Ale uważam, że na świecie próbuje nam się przypisać ilość win nieadekwatna do czynów, które popełniliśmy. Trzymam kciuki za polityków PiS by się nie złamali i wprowadzili tą ustawę pomimo zagranicznego skowytu. Jeśli zagranica chce oskarżać nas o czyny, których nie popełniliśmy to proszę bardzo. I tak i tak będą to robić. Ale my nie musimy się pokornie na to wszystko zgadzać. Walczmy o swoje racje! Nie dajmy sobie wmówić alternatywnej historii naszego kraju. Pomimo tego, że światem żądzą skurwysyny, które będą chciały to zrobić!

Grupa prawdy

Wiecie co jest moim wielkim marzeniem? Móc kiedyś rozlosować te kulki z nazwami poszczególnych reprezentacji na jakiś Mundial albo Euro. Ale nie że tam jedną grupę czy coś. Cały turniej! Wszystkie grupy! Tylko ja! Bez pomocy żadnego Maradony czy innego Puyola. Boski Diego mógłby ewentualnie rozlosować rozstawienie w grupie. Na takie ustępstwo bym się ewentualnie zgodził, bo to zawsze trzeba upchać przed kamerami jakieś gwiazdy futbolu w czasie takiej imprezy. Żeby się pokazały, podniosły prestiż wydarzenia, ludzie im poklaskali itp. Ale generalnie z chęcią zgodziłbym się na posadkę takiej sierotki. Tak żeby losować każdą imprezę. Poszedłbym na etat do FIFA czy UEFA. Za najniższą krajową do końca życia. Ale pod warunkiem że ja rozlosowuje wszystkie ważne imprezy piłkarskie na świecie. Oni płacą to 1200 euro miesięcznie plus opłacają hotele, przeloty itp. Pamiętam, że jak byłem mały, to bawiłem się w takie losowania. To było w czasie Mundialu 98 we Francji. Tylko u mnie nie było żadnego rozstawienia itp. 32 karteczki lądowały w jakiejś misce i naprzód. Pieprzyłem konwenanse. Nie rozumiałem idei dzielenia zespołów na jakieś koszyki. U mnie każdy był równy. Taki ze mnie był trochę anarchista futbolowy. Potem mieliśmy np. grupę Argentyna, Brazylia, Francja i Włochy a w kolejnej grały RPA, Korea, Jamajka i Austria. W każdym bądź razie gdyby czytał to Infantino to niech wie że się zgadzam i może śmiało walić do mnie jak w dym.

I wiecie co? Głównie takie rozkminy przychodziły mi do głowy w czasie losowania grup do Mundialu w Rosji. Jakiś czas temu napisałem że niemożliwym jest wylosowanie przez polską reprezentację „grupy śmierci” na tym turnieju. Byłem spokojny. Jakąkolwiek grupę wylosujemy to będę miał to gdzieś. Jakikolwiek zestaw trzech drużyn nam dokooptują  to będzie luz. Nie miałem więc zamiaru obgryzać paznokci ze zdenerwowania i wznosić modłów o to by piłkarscy bogowie łaskawie sprezentowali nam słabą grupę. Słabe grupy już mieliśmy. I jak to się kończyło? Przypomnijcie sobie Euro 2012 czy Mundial 2006. Zresztą co to za nastawienie? „Byle byśmy wylosowali słabą grupę!” Od dawna gadamy o tym jaką to silną kadrę mamy. Jakie to ona ma możliwości. Bo tak wysoko notowana w rankingu FIFA. Bo losowana z pierwszego koszyka. Bo „Lewy” to najlepszy po CR7 i Messim. Ja wiem że to gadki serwowane nam przez piłkarskich laików, którzy wiedzę czerpią z „Dzień dobry TVN”  i studia Euro z dachu fabryki Wedla, gdzie ekspertem jest Maryla Rodowicz. No ale… Skoro kadrę mamy tak silną to skąd ta wszechobecna panika przed każdym losowaniem i trzymanie kciuków za jak najsłabszą grupę? Narodowa modlitwa o słabą grupę? Jak jesteśmy kozacy to dawać nam innych kozaków żebyśmy mogli sprawdzić swoją wartość bojową. Powtórzę jeszcze raz. Nie było szans na wylosowanie jakiejś mega mocnej grupy. Mogli nam dokooptować co najwyżej jeszcze jedną reprę z Europy a z większością najlepszych nie mogliśmy się spiknąć z racji rozstawienia w pierwszym koszyku. Mogliśmy wylosować grupę wymagającą. I taką właśnie dostaliśmy. Trzy drużyny z którymi będziemy mieli piekielnie ciężką przeprawę. Trzy drużyny, które były jednymi z silniejszych opcji w swoich koszykach. Ale też trzy drużyny, które spokojnie jesteśmy w stanie pokonać. Jedno jest pewne. Będzie dużo emocji. A chyba o to chodzi? Stawka w grupie H jest niezwykle wyrównana. Każdy może wygrać z każdym. I dlatego będzie to dla podopiecznych Nawałki  „grupa prawdy”. Papierek lakmusowy. Takie pokerowe „sprawdzam” w kontekście tego, czy faktycznie jesteśmy kozacy. Czy faktycznie mamy silną ekipę. Jeśli tak to sobie z tymi rywalami poradzimy i awansujemy dalej. Jeśli nie to znaczy że i tak nie mieliśmy dalej czego szukać. I nie było sensu mydlić sobie oczu zwycięstwami ze słabszymi rywalami.  Na sam początek dostajemy trzy mecze testowe, które odpowiedzą na pytanie czy przyjechaliśmy do Rosji na wycieczkę czy pograć o dobry wynik. Kolumbia, Senegal i Japonia są idealnymi egzaminatorami.

Zaraz po losowaniu rozpoczął się podział kibiców na dwie frakcje. Tych, którzy twierdzą, że losowanie nam sprzyjało i trafiliśmy na ogórów, których musimy absolutnie oklepać oraz takich, którzy już wieszczą kontynuację mundialowej tradycji XXI wieku pod tytułem: „Mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor”. No tak. Lubimy popadać w skrajności.  Albo coś jest białe, albo czarne. Jak nie jesteś z nami to jesteś przeciwko nam. Widać to szczególnie jeśli chodzi o polską politykę. Ale generalnie nie lubimy spoglądać na coś pod innym kątem. Każdy kija ma dwa końce. Nie ma niczego pośrodku. A to całkiem głupie myślenie. Bo ta grupa ani nie jest nie do wygrania ani tymbardziej nie jest słaba. Słaba może być dla laików, którym nic nie mówią nazwiska takie jak: Rodriguez, Falcao, Mane czy Kagawa. Którzy z Kolumbii znają tylko Escobara bo się naoglądali „Narcos”, z Japonii Tsubasę. A Senegal? „Tam pewnie dzikusy kopią piłkę z gliny pomiędzy małpami a za bramki robią dwie palmy”.  I potem TVNy i inne media nadmuchają balon. Janusze wymalują twarze, kupią wuwuzele bo przecież Wellman z Prokopem mówili że będziemy walczyć o medal. Ogródki piwne się zapełnią a gdzieś w dalekiej Moskwie Sadio Mane wkręci Rybusa albo Jędrzejczyka w murawę tak, że będzie go trzeba po meczu z niej odkopać. To całkiem realne patrząc jak spisuje się skrzydłowy Liverpool’u w Premier League a jak „Jędza” i „Rybka” w swoich zespołach. Na dodatek „Lewy” nie trafi z formą i klops. Przecież cała Polska widziała jak spisywaliśmy się w ostatnich meczach kadry w tym roku bez naszego kapitana. Wprawdzie ja bym znaczenie tych towarzyskich spotkań z Urugwajem i Meksykiem bagatelizował bo to był tylko poligon doświadczalny mający pomóc w pracy Nawałce no ale wielu kibiców już zaczęło płakać, że „bez Lewandowskiego nie istniejemy”. Przeciętny kibic reprezentacji ma coś ze schizofrenika. Lubi popadać ze skrajności w skrajność. Albo jesteśmy najlepsi, albo do niczego. Zresztą, jak mówi stare, piłkarskie porzekadło: „Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”. Tak więc pewnie do samego turnieju będziemy słyszeć z jednej strony o tym, że jedziemy spotkać się z Brazylią w finale a z drugiej o tym jaki to oklep dostaniemy w Rosji. Będzie można zwariować. A nastroje im bliżej czerwca tym bardziej będą się podkręcać. No ale taki urok czasu oczekiwania na wielkie imprezy.

A jak faktycznie skończy się nasz wypad na wschód? Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Wszystko się może zdarzyć.

https://www.youtube.com/watch?v=0bVZ8lPfW1c

No tak…

No ale tego się przewidzieć nie da! Mamy cztery zespoły o bardzo wyrównanych potencjałach. I cztery odmienne style gry.

Bajeczni technicznie ale krnąbrni „Los Cafeteros” mogący bić się o najwyższe cele. Posiadający w drużynie takich asów jak król strzelców poprzedniego Mundialu  James Rodriguez, Radamel Falcao czy Juan Cuadrado. Siła ofensywna, której obawiać może się każda obrona świata. Z drugiej strony w eliminacjach zajęli czwarte miejsce w swojej grupie. Dwukrotnie zebrali oklep od męczących się strasznie w tej kampanii Argentyńczyków (0:1 i 0:3), punkty urywała im chociażby Wenezuela czy dwukrotnie Chile, które przepadło w rozgrywkach eliminacyjnych.

Senegal mający w swoim składzie graczy wychowanych według francuskiej myśli szkoleniowej, którzy urodzili się w kraju Napoleona.  Nie będzie to z pewnością radosny futbol rodem z Pucharu Narodów Afryki. To znaczy radosny to może on będzie ale w tyłach będzie panowała solidność a nie popisy hobby-playerów. Sabaly  – Bordeaux (16 gier w tym sezonie Ligue 1), Kara – Anderlecht  (12 gier w Jupiler League, 5 w Lidze Mistrzów), Koulibaly – Napoli (16 występów w Serie A i 5 w Lidze Mistrzów) oraz Wague, gracz Watford. On akurat zagrał w Premier League tylko raz. Poza tym ? Sakho i Kouyate z West Ham United. M’baye Niang wypożyczony z Milanu do Torino. A takich postaci jak wspomniany już Sadio Mane czy Moussa Sow chyba kibicom futbolu przedstawiać nie trzeba. Swoją drogą to ten drugi nawet nie łapie się ostatnio do składu „Lwów Terangi”.   Swoją grupę eliminacyjną przeszli bez porażki. I to co by nie mówić o ich rywalach (byli nimi RPA, Republika Zielonego Przylądka oraz Burkina Faso). Z drugiej strony afrykańskie reprezentacje od zawsze kojarzą mi się na wielkich turniejach z tym, że w końcu popadają w kłótnie o pieniądze i przepadają targani kryzysem i wewnętrznymi sporami. Cztery lata temu tak właśnie skończyły wszystkie cztery drużyny z Afryki. No ale nie ma sensu liczyć na to, że znowu tak będzie. Szykujmy się raczej na piekielnie ciężki bój w meczu otwarcia.

Japonia. Tutaj pewni możemy być jednego. W jakiejkolwiek formie przyjadą do Rosji Azjaci, tak wiadomym jest, że będą jeździć na tyłkach przez całe 90 minut. Na pewno nie zabraknie przygotowania motorycznego na najwyższym poziomie, szybkości i walki do upadłego. To wręcz znak rozpoznawczy takich drużyn jak Korea i Japonia. Gdyby tego im zabrakło w meczu to chyba uznaliby to za hańbę i popełnili harakiri… albo seppuku… nie wiem czym to się różni …. I nie, nie sprawdzę w Wikipedii :P. Wracając do ekipy z „Kraju kwitnącej wiśni”. Liderzy? Shinji Kagawa z Borussii Dortmund, jego doświadczony imiennik Okazaki z Leicester (6 bramek w Premier League w tym sezonie) czy obrońca Interu Mediolan Yuto Nagatomo, który dla „Azzuro-Nerich” zagrał już w 170 spotkaniach ligowych.  Co by nie mówić… ekipa solidna jak stary Ślązak.

No i na końcu my. A jaki koń jest? Każdy widzi ;). Atut pierwszy – Lewandowski. Atut drugi? Yyyy… Nie no. Coś tam jeszcze potrafimy. Jakby to powiedział Jurek Engel, szybkie kontry będące wizytówką naszej kadry od jego czasów ;). Poza „Lewym” też w końcu jest jeszcze kilku graczy, których można bez wstydu zaprezentować światu. Glik, Piszczek czy Grosicki. Wierzę że w formie będą Kuba i Krychowiak. No i wierzę, że na 100% odpali w końcu Zieliński bo w Serie A poczyna sobie coraz śmielej. Nie wiadomo co będzie do tego czasu z Arkiem Milikiem. Czy zdoła się wykurować i w jakiej będzie dyspozycji. Szkoda ostatniej kontuzji Makuszewskiego, bo zapowiadał się na gracza, który będzie stanowił realną siłę, która może wspomóc drużynę z ławki. A takich graczy jest w naszej kadrze jak na lekarstwo. Miejmy nadzieję że do czerwca ktoś jeszcze wyskoczy. Kownacki? Może Świerczok, jeśli utrzyma taką dyspozycję jak jesienią. Chociaż co do niego to podchodzą bardzo sceptycznie. Ma zadatki na to by dopadł go syndrom Teodorczyka.

Ok. Kadrowo cała stawka wygląda naprawdę wyrównanie. Style gry różne. Techniczne z Kolumbii oraz Senegalu. Szybkościowe i ambicjonalne z Japonii. U nas? Europa, Europa. Myślę że będziemy najlepiej wyglądali pod względem przygotowania siły fizycznej. Takich Japończyków trzeba będzie poustawiać do pionu kilkoma ostrzejszymi wejściami.  No i pytanie. Zagramy w obronie tak jak na Euro 2016 czy tak jak w eliminacjach do Mundialu? Oby to pierwsze. Ze zdobywaniem bramek za Nawałki większych problemów nigdy nie było. I umówmy się. To były trzy lata (liczę od 2:0 na Narodowym z Niemcami) naprawdę solidnej gry. Poza wrześniowym blamażem z Duńczykami praktycznie nie zdarzył nam się mecz w którym odstawalibyśmy od rywali w jakiś wyraźny sposób. Odczarowaliśmy klątwę Euro, czas odczarować Mundiale w XXI wieku. Złammy kolejną barierę. Przebijmy szklany sufit. I na miłość boską przestańmy być minimalistami i marzyć o słabych grupach. Chcemy coś znaczyć w futbolu? To trzeba ogrywać kogoś więcej niż Panamę i Arabię Saudyjską! Na początek może być Senegal, Kolumbia i Japonia. To będzie nasza grupa prawdy !

Biblioteczka Futbolowej Rebelii: T. Adams „Uzależniony”.

Każdy większy klub, którego początek sięga, chociaż kilku dekad wstecz może pochwalić się swoimi piłkarskimi „ikonami”. Piłkarzami, którzy całe swoje piłkarskie życie spędzili, dumnie reprezentując tylko jeden, ukochany klub.  Gracze, którzy zapewniali swoim zespołom największe sukcesy w ich historii, wznoszący w górę trofea. Długoletni kapitanowie. Chłopacy wychowani w dzielnicach, w których znajdował się stadion. Lokalni autochtoni wdzierający się w dzieciństwie na stadionowe trybuny przez dziurę w płocie, bo rodzice byli zbyt biedni lub zapracowani, by zabierać ich tam samemu. W późniejszych latach zdobywali oni uznanie kibiców klubu, z którym związani są od maleńkiego. Idole trybun, czasami urastający do rangi piłkarskich półbogów. Wielkie europejskie marki mogą wręcz pochwalić się całymi tabunami takich graczy, z których mogliby złożyć na przestrzeni kolejnych upływających dekad legendarne, historyczne team’y. Taką drużyną z pewnością jest też Arsenal Londyn. A mówiąc o kapitanie i ikonie „Kanonierów”, na myśl przychodzi szczególnie jedna postać – Tony Adams.

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: T. Adams „Uzależniony”.”

„Panowie! To nie jest czas na lizanie się po fiu**ch !”

Gdy kadra Jerzego Engela awansowała w 2001 roku na Mundial w Korei i Japonii ś.p. Paweł Zarzeczny napisał na łamach „Przeglądu Sportowego” legendarne zdanie, które odbiło się wówczas szerokim echem w środowisku futbolowym i wywołało niemałe oburzenie. „Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Na razie osiągnęliśmy tyle co Senegal”. W ten oto sposób dziennikarz chciał stonować rozdmuchane ego piłkarzy i trenera oraz hurraoptymistyczne nastawienie opinii publicznej. Jak to jednak często w przypadku popularnego „Pawki” było, zabieg zastosowany w takiej formie nie przyniósł oczekiwanego rezultatu.  Jego słowa wywołały ogólne oburzenie środowiska i zapoczątkowały ciągnącą się praktycznie do końca azjatyckiej imprezy wojenkę kadra vs. dziennikarze .Jednakże dalsze losy naszej Reprezentacji pokazały, że słowa Zarzecznego były prorocze. Awans na największą piłkarską imprezę po 16 latach naszej nieobecności smakował wyśmienicie, jednakże na tamtą chwilę osiągnęliśmy dokładnie tyle samo ile 31 innych reprezentacji, które także wywalczyły przepustki na ten turniej.  Na tymże skończyło się jednak nasze „rumakowanie” i to pomimo buńczucznych zapowiedzi trenera Engela, który odgrażał się w wywiadach, że na Daleki Wschód jedziemy bić się o Puchar Świata.  W momencie, gdy wspomniana przez Zarzecznego  reprezentacja Senegalu najpierw odprawiła 1:0 w inaugurującym turniej spotkaniu aktualnych wówczas Mistrzów Świata – Francuzów, a następnie awansowała do ćwierćfinału my kompromitowaliśmy się kolejno w meczach z Koreą oraz Portugalią. To po tym drugim występie powstał pean pochwalny (?) na cześć najpopularniejszego aktualnie piłkarskiego eksperta telewizyjnego.  „Tomasz Hajto to wielki atleta, ograł go w Korei Pedro Pauleta”.  Wyszło na to, że nie po raz pierwszy i nie ostatni racja leżała po stronie Pawła Zarzecznego. Miał rację. To nie był czas na lizanie się po fiutach.  A Senegal osiągnął znacznie więcej niż my.

Od tamtych wydarzeń minęło 16 lat. Jednakże słowa zmarłego w marcu dziennikarza znów nabierają aktualności. 1 września kadra Adama Nawałki rozegrała mecz z reprezentacją Danii. Generalnie już w dniu, gdy rozlosowano grupy eliminacyjne wiadomo było, że spotkanie w Kopenhadze powinno być w teorii tym najtrudniejszym w całej kampanii dla naszej drużyny narodowej.  Ogółem rzecz ujmując Duńczycy nigdy nam piłkarsko nie leżeli. Przez 15 ostatnich lat dostaliśmy od nich w cymbał sześć razy na osiem możliwych. Przed tym ostatnim razem, tydzień temu braliśmy więc pod uwagę, że w kraju Hamleta możemy stracić punkty. Nawet trzy. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że nasi rywale tak dobitnie powiedzą nam na murawie: „Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Wy nawet nie jesteście pewni tego Mundialu.” Kadra Engela już była. Kadra Nawałki jeszcze nie. I to mimo tego, że w narodzie po raz kolejny panuje hurraoptymizm. Chociaż po kopenhaskim laniu został on mocno przygaszony. Właściwie to powinniśmy ekipie Age Hareide podziękować. Za zrzucenie wielu kibicom tych różowych soczewek z oczu. Za to, że Eriksen i spółka pokazali nam w najdrobniejszych detalach każdą wadę naszego zespołu. Piąte miejsce w rankingu FIFA, pewne prowadzenie w grupie eliminacyjnej i znów co niektórzy wynosili ten zespół pod niebiosa. Szczęście w nieszczęściu, że Duńczycy zapalili lampki kontrolne w głowach nazbyt optymistycznie nastawionych kibiców a już szczególnie dziennikarzy, którzy poziom optymizmu mieli taki, jakby pozarzucali tabletki extazy. „A może ta nasza kadra nie jest tak piekielnie mocna jak nam się wydawało?” No kurwa,  bingo! To, że piąte miejsce w rankingu FIFA nijak się ma do naszej realnej siły na świecie, to już sobie wyjaśniliśmy. Zresztą w rankingu wyprzedzają nas Szwajcarzy. Przy całym szacunku dla kadry Helwetów i ich fenomenalnej w ostatnim czasie formy… jest na sali ktoś zdolny uznać ich za czwartą reprezentację na planecie? Oni nawet nie mają zawodnika na światowym poziomie czy grającego w mocnym klubie. Xhaka? Ani on nie jest piłkarzem światowego formatu, ani Arsenal nie jest już klubem należącym do europejskiej czołówki. Nawet tej szerokiej. O Shaqirim już nie wspomnę. Od dawna wiadomo, że ranking FIFA jest tylko miłą ciekawostką. Taką możliwością dla przeciętnych reprezentacji na powiększenie sobie penisa przez nabicie punktów dzięki sprzyjającemu kalendarzowi spotkań.  Czymś w rodzaju ferrari dla 40 latka przechodzącego kryzys wieku średniego. Pomaga też czasem w korzystniejszym rozstawieniu podczas losowania do imprez rangi mistrzowskiej czy eliminacji do nich. Nie jest on jednak obiektywnym wyznacznikiem siły poszczególnych reprezentacji narodowych. Nasza doskonała pozycja w grupie? Hmm. Dwa pewnie wygrane spotkania z Rumunami, plus wtopa w Kazachstanie, plus wyrwane Ormianom z gardła trzy punkty, plus nieznaczna wygrana w Czarnogórze plus prawie stracone we frajerski sposób zwycięstwo w meczu z Duńczykami na Narodowym. Kadra Nawałki powinna mieć na drugie „Fortuna”. Chociaż za bardzo kojarzy się z bukiem… Fakt faktem, że ta fortuna jest wypadkową tego iż ta drużyna naprawdę potrafi grać w piłkę a selekcjoner umie z niej wycisnąć niemalże ostatnie soki. Niestety jak pokazał blamaż w Kopenhadze, nie wszystkie mankamenty tej ekipy da się zawsze zapudrować.  A porządny przeciwnik, taki jakim była ostatnio Dania, potrafi odsłonić wszystkie nasze wady.

Nawałka szyje kadrę z 12-14 graczy. Reszta piłkarzy niby jest w drużynie ale na zgrupowania jeździ bardziej w roli statystów. Gdy wypada któraś z kluczowych postaci, to zaczynają się problemy. Na przykład gdy w meczu na Parken dosłownie i w przenośni zesrał się Piszczek, to zaczęły się schody. Nawałka miał na ławce rezerwowych Kędziorę i Bereszyńskiego. Naturalnych zmienników dla gracza Borussii. Mimo to na prawą stronę obrony desygnował Thiago Cionka. Stopera. Jak widać poziom zaufania dla niektórych graczy nie jest zbyt duży. Nigdy w życiu nie tęskniłem też równie mocno za Grzegorzem Krychowiakiem co w tamtym spotkaniu. Krychowiak w formie jest potrzebny tej drużynie niczym tlen. Krychowiak w formie jest rycerzem środka pola a Mączyński czy Linetty mogą odgrywać co najwyżej rolę jego giermków. W meczu w Kopenhadze miałem wrażenie, że odgrywali rolę chrześcijan rzuconych na arenę rzymskiego Colloseum, gdzie pożreć ich miały duńskie lwy pod wodzą gladiatora Eriksena. Zresztą podobną rolę odgrywała cała nasza linia defensywna na czele z Pazdanem i Jędrzejczykiem. Cała trójka Legionistów, którzy zameldowali się w pierwszej jedenastce na placu boju przeniosła do kadry jakość ich klubu z dwumeczów z Astaną oraz Sheriffem. Dołujące jest to, że forma kadry jest w tak dużej mierze uzależniona od dyspozycji zawodników z tak niestabilnego pod względem poziomu gry klubu jak warszawska Legia. Sam Lewandowski to nie wszystko i tak jak jego dobra dyspozycja jest kluczem do solidnej gry naszej kadry, tak i on w znakomitej formie nie pociągnie wszystkiego bez konkretnego wsparcia partnerów. A przynajmniej nie z zespołami na dobrym europejskim poziomie jak Dania.  Zresztą na przestrzeni niemalże roku, licząc od pierwszej konfrontacji obydwóch zespołów widać było, że Age Hereide wykonał z tą drużyną kawał dobrej roboty. Dania ze spotkania na Narodowym i Dania z potyczki na Parken to dwa zupełnie inne teamy. Chłopcy i faceci zamienili się w nich miejscami. Możemy tylko się cieszyć, że projekt norweskiego trenera w październiku ubiegłego roku nie był jeszcze w pełni gotowy, bo dziś być może nie wszystko zależało by od nas jeśli chodzi o wyjazd na rosyjski czempionat. Wracając jeszcze do naszej linii obrony. Żadna ekipa, w żadnej grupie w tych eliminacjach w Europie, ani z pierwszego ani z drugiego miejsca nie straciła po 8 kolejkach spotkań aż 11 bramek. Żadna z nich nie straciła dwucyfrowej liczby goli. Niech to posłuży za recenzję dla jakości gry naszej defensywy. Fakt, że ponad połowę tych bramek zaaplikowali nam właśnie podopieczni Hereide. I znów możemy mówić o uśmiechu losu. Dwaj nasi teoretycznie najgroźniejsi rywale w tych eliminacjach przystąpili do nich pogrążeni w kryzysie. Szczęśliwa gwiazda krąży nad Nawałką od samego początku jego przygody za sterami kadry. To, że biało-czerwoni są aktualnie w tym miejscu w którym są, to wypadkowa wielu czynników. Wiele spraw złożyło się na to, że solidna reprezentacja, jaką jest Polska plasuje się aktualnie tak wysoko we wszelkich notowaniach. Wykorzystujemy swoją szansę niemalże na maksa. Osobiście uważam, że stać nas już na niewiele więcej. Jeśli pojedziemy do Rosji, to ciężko będzie znów dojść do ćwierćfinału wielkiej imprezy. Mnie osobiście usatysfakcjonuje wyjście z grupy. A i to stwierdzę dopiero, gdy rozlosowane zostaną kulki z nazwami poszczególnych nacji, które wezmą udział w przyszłorocznej imprezie. Rok temu we Francji przy jeszcze odrobinie szczęścia można było dojść jeszcze dalej. Może nawet do samego finału. Ale to byłoby już kompletnym rozmyciem obrazu polskiego futbolu.  Wykorzystalibyśmy sprzyjający układ drabinki i słabość innych rywali. Przy jednoczesnym, niemal perfekcyjnym moim zdaniem wykorzystaniu potencjału tej repry. Potencjału sporego ale nieuprawniającego nas do aspirowania do miana wicemistrzów Europy. Wicemistrzowie Europy nie przegrywają w Danii 0:4. To nie przystoi nawet „ćwierćfinalistom Euro”, jak lubią nas określać komentatorzy a co w moich oczach żadnym wielkim osiągnięciem nie jest. Kopenhaga była papierkiem lakmusowym, który pokazał ile nam jeszcze brakuje do tego, by określać się „czołową reprezentacją świata”. Była bolesnym ale potrzebnym doświadczeniem.

Żeby jednak osłodzić troszeczkę tą beczkę dzięgciu, pomyślmy za co podopiecznych Nawałki możemy pochwalić. Na nasze szczęście już trzy dni po meczu z Danią nastąpiła konfrontacja z Kazachstanem.  Niemal natychmiast pojawiła się okazja, do zmycia z siebie mieszanki wstydu, przygnębienia i zawiedzionych ambicji. Rywal do tego idealny. Najsłabsza drużyna naszej grupy. Aczkolwiek ta najsłabsza drużyna już raz w tych eliminacjach odebrała nam punkty. Tym razem jednak graliśmy na własnym terenie. I ostatecznie zrobiliśmy to, co należało zrobić. Zdobyliśmy trzy punkty, wygraliśmy pewnie 3:0. Odpowiedzieliśmy idealnie na wcześniejszy blamaż.  Oczywiście, można się czepiać poziomu spotkania. Można narzekać na nieprzekonujący styl gry.  Ale w tamtym momencie najważniejsze było zdobycie kompletu punktów. Utrzymanie pozycji lidera. Nie ważne jak. Najważniejsza była wygrana. Zrobiliśmy to. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zgarnęliśmy trzy punkty zasłużenie? A że nie prezentujemy najlepszej formy? Nie trzeba było być wróżbitą Maciejem żeby to stwierdzić już przed meczem. Wystarczyło trzy dni wcześniej obejrzeć kopenhaską drogę przez męki. Zresztą… Ekipa Nawałki serca kibiców zdobyła  udaną kampanią eliminacyjną do Euro 2016. Pamiętacie mecze z Gruzją? One wyglądały dokładnie tak samo jak spotkanie z Kazachstanem.  Graliśmy z outsaiderem grupy, który chwilami nas dominował. Spychał do defensywy. Ostatecznie jednak wyniki spotkania mówiły same za siebie. To samo działo się w Warszawie 4 września. Tak wygląda reprezentacja Nawałki. Wplata w swoje mecze elementy chaosu. Doskonałe momenty przekłada z chwilami słabości. Nawet wobec o klasę gorszych drużyn. Plusem jednak jest to, że ostatecznie większa piłkarska jakość i większe doświadczenie praktycznie zawsze przechylają szalę zwycięstwa na naszą stronę. A to nie zawsze było normą przez ostatni kilkanaście lat. Należy cieszyć się z tego, że mimo nienajlepszej gry umiemy udowadniać kto zwyczajnie dysponuje większą piłkarską jakością. Jednocześnie pamiętać też o własnych ograniczeniach. Bądźmy wyważeni w swoich osądach. Nie oczekujmy cudów, nie popadajmy w hurraoptymizm, ale jednocześnie bądźmy w końcu świadomi swojej piłkarskiej wartości. Jesteśmy solidną drużyną. Taką, która powinna bezproblemowo przechodzić sito eliminacyjne i meldować się na wielkich turniejach. Tam możemy ugrać wyjście z grupy a wszystko ponad to traktować jako bonus od piłkarskich bogów. Plusem wrześniowego dwumeczu był też z pewnością Maciej Makuszewski. Cieszy, że Nawałka powołał piłkarza, którego nie potraktował jako kolejnego turysty na pokładzie. Makuszewski w tych ważnych meczach dostał swoją szansę i wykorzystał ją myślę na miarę swojego potencjału. Wniósł trochę ożywienia w konającej, polskiej drużynie w Kopenhadze zaś w meczu z Kazachami całkiem dobrze rozruszał prawe skrzydło, zajmując miejsce Kuby Błaszczykowskiego.  Nie wiem czy sam Kuba nie sprawdzał by już się w tym momencie lepiej właśnie jako zmiennik wchodzący na ostatnie 20-25 minut na podmęczonego rywala. Właśnie w takiej roli doskonale się odnalazł w meczu z drużyną z Azji. Wracając do „Makiego”. Każdy nowy gracz, którego trener Nawałka uzna za godnego pomocy drużynie w meczach o punkty jest na wagę złota. Każda postać, która realnie wydłuży ławkę rezerwowych i da jakąkolwiek alternatywę trenerowi przy ustalaniu składu i taktyki jest niezwykle cenna. Mam nadzieję, że zawodnik „Kolejorza” zagości w tej drużynie na dłużej.

Krótkie podsumowanie? Zawarte jest w tytule. Panowie, to nie jest czas na lizanie się po fiutach, bo jak na razie nawet nie wywalczyliśmy awansu na Mundial! A nawet jak go już wywalczymy, to póki co osiągniemy tyle samo co Iran. A braku przepustki do Rosji nie biorę nawet pod uwagę. Dwa mecz i co najmniej cztery punkty dają nam bezpośredni awans. W perspektywie wyjazd do Armenii, gdzie jestem pewny, że czeka nas nie lada przeprawa a gra będzie rwana, brzydka i niespójna. Ale ostatecznie to my wyjdziemy zwycięsko. Na koniec Czarnogóra z którą na Narodowym, przy pełnym stadionie i ze świadomością wagi tego spotkania, nie pozwolimy sobie zrobić krzywdy. Jesteśmy na to zbyt doświadczoną drużyną!z22313765V,-Eliminacje-mistrzostw-swiata-Polska---Dania

„Boring, Boring Poland”

„Boring, boring Arsenal”. Gdy na przełomie lat 80 i 90 trenerem Arsenalu Londyn był George Graham, na trybunach angielskich stadionów często pojawiała się właśnie taka przyśpiewka. „Boring” oznacza w języku angielskim „nudny”. Co prawda w czasach gdy Szkot prowadził drużynę „Kanonierów”, zdobyli oni 2x Mistrzostwo Anglii, 2x Puchar Ligi, Puchar Anglii oraz Puchar Zdobywców Pucharów. Mimo to kibice angielskich klubów szydzili z mało efektownej, nastawionej głównie na defensywę drużyny z północnego Londynu. Graham doprowadził do perfekcji m.in. stosowanie pułapek ofsajdowych. Styl jego drużyny różnił się o 180 stopni od tego co prezentowała ekipa prowadzona przez jego następcę – Arsene Wengera. Mecze tamtego Arsenalu były zazwyczaj nudne, padało w nich mało bramek. Styl tej gry okazał się jednak niezwykle efektywny. Kiedy w sobotni wieczór oglądałem poczynania podopiecznych Adama Nawałki, do głowy wpadła mi właśnie tamta przyśpiewka. „Boring, boring Poland”. Jednakże u mnie znużenie mało efektowną grą zastąpił podziw dla niezwykle skutecznego stylu stworzonego przez Nawałkę.

Powiedzmy sobie szczerze. Zachwyciło was to co pokazali Polacy? Mnie nieszczególnie. Mecz był emocjonujący? Raczej nie.  Byliśmy niezwykle skuteczni? Jak najbardziej. I to jest słowo klucz: „skuteczność”. Ekipa Nawałki robi stałe postępy. Jeszcze do nie dawna narzekałem na to, że nie potrafimy słabszego przeciwnika zepchnąć do defensywy. Kontrolować stale meczu. Napieramy przez pierwsze 15-20 minut spotkania a potem długimi momentami cofamy się, to my jesteśmy pasywni. Szczególnie, gdy wychodzimy na prowadzenie. Tak było niemal w każdym meczu poprzedniej kampanii eliminacyjnej. Zmieniło się to dopiero w ostatniej kolejce, gdy pokonaliśmy na Narodowym w decydującym o awansie meczu Irlandczyków 2-1. Tamten mecz kontrolowaliśmy prawie w całości. W obecnych eliminacjach do Mundialu w Rosji jest już jednak inaczej. Odwróciły się proporcje. Prawie każdy mecz przypomina właśnie ten z Irlandią. To my narzucamy tempo, to my jesteśmy stroną dominującą. Oczywiście nie wszystko jest kryształowe. Zdarzają się momenty rozprężenia. Zapłaciliśmy za to szczególnie słono w pierwszym meczu w Astanie, gdzie kosztowało nas to jak na razie utratę jedynych punktów. To samo zdarzyło się w meczu z Duńczykami, gdzie ze spokojnego 3-0 momentalnie zrobiło się 3-2 i wkradła się nerwówka. Spotkanie z Armenią to był jeszcze inny typ potyczki. Przykład batalii w której kompletnie nic nie wychodzi, ale siłą charakteru, tym że dysponujesz lepszą jakością i indywidualnościami rozstrzygasz wynik na swoją korzyść. Mimo tego, że nasza gra w tamtym spotkaniu była fatalna, to uważam, że paradoksalnie właśnie on pokazał to, iż jesteśmy reprezentacją niemal kompletną. Zadziałały te czynniki, które rozdzielają chłopców od mężczyzn. Ormianie mimo iż zostawili na murawie serducho i zapieprzali jakby walczyli z Azerami o Górski Karabach, nie mieli tego czegoś ekstra, co mieliśmy my. Dwumecz z Rumunami to kwintesencja i przykład tego, jakie postępy zrobiliśmy. Wygrana 6-1 z było, nie było uczestnikami ostatniego Euro. W całym dwumeczu nie potrafili zagrozić nam niemal w ogóle. A mieli być naszymi najgroźniejszymi rywalami.  Mecz z Czarnogórcami miał podobny schemat. Bez fajerwerków, jednak w miarę spokojnie dowiezione trzy punkty.

Sobotnia gra przypominała mi przez pierwsze 30 minut zeszłoroczny mecz z Irlandią Północną na Euro we Francji. Rywal schowany za podwójną gardą a my głowiliśmy się jak przejść przez te zasieki. W gruncie rzeczy to też pokazuje, jakim respektem darzą nas rywale, skoro wychodzą tak głęboko cofnięci przeciwko nam. Kiedyś to my tak robiliśmy. Jak Wójcik w Anglii w 1999 lub jak Smuda na Euro 2012 przeciwko Czechom. To pokazuje także, kto jest niekwestionowanym liderem tej grupy. I fajnie, że ta drużyna tak dobrze radzi sobie z presją. Wytrzymali napompowany jak bawole jaja balonik przed zeszłorocznymi mistrzostwami, spokojnie radzą sobie z mianem lidera i faworyta przeciwko słabszym ekipom w drodze na Mundial. A jak wszyscy wiemy, jeśli wszystko dobrze się ułoży to w grudniu jakaś sierotka będzie wyciągać kulkę od kinder niespodzianki z napisem „Poland” z pierwszego koszyka.  Kolejny test dla naszego zespołu. W najnowszym rankingu FIFA mamy być sklasyfikowani na 7 miejscu. Widomo, że ten ranking jest troszkę przekłamany, no ale jednak to ogromny powód do satysfakcji. Wyobrażaliście sobie te 4 lata temu za kadencji smutnego Waldka, gdy tułaliśmy się gdzieś w siódmej dziesiątce tego zestawienia, że poszybujemy tak wysoko do góry? Bałbym się nawet tak marzyć. .

W czasie sobotniego meczu czułem się jakoś niezwykle spokojny. Nie było tej ekscytacji, która towarzyszy niemal każdemu meczowi kadry. Nie było strachu o wynik. A przecież nie dawno mecze z takimi rywalami jak Rumunia, to były mecze na ostrzu noża. Pamiętacie takie traumy jak 1-3 z Ukrainą na Narodowym? Miejmy nadzieję, że takie czasy prędko nie wrócą. Oczywiście, pokolenie tych piłkarzy za kilka lat przeminie a żadnej pewności, że wyrosną ich godni następcy nie mamy. Na szczęście taki Milik czy Zieliński jeszcze kilka dobrych lat mogą pograć.  „Zielu”… Powoli, opornie ale doszedł w końcu do naprawdę świetnego meczu w koszulce z orłem na piersi. Bawił się w tym meczu z takim luzem jakby był południowcem. Spokój i technika godna Ronaldihno albo chociaż Quaresmy. Miejmy nadzieję, że ustabilizuje swoją reprezentacyjną formę na tym poziomie. Jedynym naszym mankamentem w tym meczu wydawał mi się Cionek. Nie wiem, być może jestem uprzedzony. Ale raz posłał „świecę” niepewnie wybijając piłkę, raz zakręcił nim Rumun i nasz obrońca nie zdążył zablokować strzału. raz w naszym polu karnym musiał ratować sytuację asekurujący go Pazdan, gdy ten pogubił się naciskany przez napastnika.

Robert Lewandowski. Żyjemy w okresie, kiedy na światowych murawach biega dwóch największych gigantów piłki w historii futbolu. Żyjemy jednak też w czasach najlepszego polskiego piłkarza w historii. Bezapelacyjnie. Klasa światowa. Być może nawet piłkarz nr. 3 na tej planecie. On naprawdę nie długo nie będzie już miał nad czym pracować. Wszystkie skille rozwinięte niemal do perfekcji. W sobotę kasował nawet wrzutki Rumunów po stałych fragmentach gry w naszym polu karnym. Karne egzekwowane perfekcyjnie. Ten wyskok do piłki, to jak się złożył do uderzenia głową przy drugiej bramce. Maestria. Aż mi głupio się tak nad nim rozpływać. No ale kurwa mać ! On na to naprawdę zasługuje! Jestem szczęśliwy, że mamy takiego gracza w kadrze.

Mundial w Rosji może nam odebrać jedynie jakiś pieprzony kataklizm. Ale takiego nie przewiduję.  Nawałka zbudował już sobie zespół wg. własnego planu, teraz musi utrzymywać tylko właściwy  kurs. Czasem nie rozumiem jego decyzji, jak ta, gdy przy wyniku 3-1 zostawił na boisku trzech napastników plus Grosika i Kubę. Nie rozumiem po co w tej kadrze frustrat Peszko.  Ale pewnie dlatego to Nawałka jest selekcjonerem a nie ja. Nie muszę tego rozumieć, ważne, że przynosi to pożądany skutek. Tak więc panie trenerze! Rób pan nadal swoje! Grajmy nudno, ale skutecznie. Ogrywajmy spokojnie słabszych od siebie. Ta reprezentacja idzie naprawdę dobrą drogą.

LewyX

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑