Dzienniczek Kanoniera (3)

Pierwsza wyjazdowa wygrana w tym sezonie, druga w tym roku kalendarzowym (licząc samą ligę). Wygrana w Cardiff na pewno cieszy. Końcówka ery Wengera nie rozpieszczała fanów jeśli chodzi o starcia na obcych stadionach. Emery również zaczął od przegranej na Stamford Bridge. W poprzednią niedzielę na szczęście zaliczył już swoją dziewiczą wygraną na terenie rywala. Przyszło mu czekać zaledwie dwa spotkania. Katowani w tym roku nieudolnością Kanonierów – gdy ci występowali w roli gości – fani, mogą odetchnąć z ulgą. Tymbardziej, że zwycięstwo w Walii nie przyszło ich pupilom łatwo. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że podopieczni Neila Warnocka zasłużyli na zatrzymanie choćby punktu.

W zeszłym roku z ligą pożegnało się Swensea. Jako, że liczba walijskich klubów w Premier League musi się zgadzać to ich miejsce zajęła ekipa ze stolicy tego kraju ;). Awans „Bluebirds” był lekkim zaskoczeniem, wyprzedzili kilka innych faworyzowanych zespołów. Cardiff miało już okazję występować w Premier League. Gościli w niej w sezonie 2013/14, jednak ich przygoda szybko się skończyła. Już po roku zostali zdegradowani do Championship. Wielu ekspertów sądzi, że ten sezon skończy się dla Walijczyków tak samo. Jak drużyna Warnocka zaczęła sezon? Porażka na wyjeździe z Bournemouth a następnie dwa bezbramkowe remisy, kolejno z – Newcastle i Huddersfield. Bilan bramkowy po trzech meczach to zaledwie 0:2. Dzięki tym szczątkowym informacją, mogliśmy stwierdzić, że o ile Cardiff nieźle broni się jak na beniaminka to w grze ofensywnej mają nie lada kłopoty. Na początku sezonu w ich zespole najbardziej błysnął bramkarz – Neil Etheridge. Reprezentant Filipin obronił dwa rzuty karne. Cóż, przed starciem z Cardiff znów miałem nadzieję, że scenariusz spotkania ułoży się w ten sposób, że to „Armatki” będą stroną dominującą a „Bluebirds” zerwą się z łańcuch może z 2-3 razy przez cały mecz. Niestety, tak samo jak w czasie meczu z West Ham gorzko się rozczarowałem.

Początek spotkania potwierdził, że Petr Cech nadal jest podłączony do prądu. Drżę w każdeym momencie, gdy obrońcy odgrywają do niego piłkę. Wystarczy nacisk ze strony napastnika rywali i Petr staje się tykającą bombą. Jeśli to będzie nadal tak wyglądać to kwestią czasu jest aż jakiś bystry napadzior z przeciwnej drużyny wykorzysta tą niepewność Czecha. Póki co Emery uparcie stawia na doświadczonego golkipera i nakazuje mu rozgrywanie piłki od tyłu. Przypomina mi to trochę sytuację z Guardiolą, który przejmując Manchester City także nakazywał swojemu bramkarzowi być ostatnim stoperem i pierwszym rozgrywającym. Joe Hart i Claudio Bravo musieli zapłacić za to frycowe. Sporo nerwów natracił zapewne też sam Pep zanim pozyskał Edersona, który w końcu spełnia jego oczekiwania. Różnica pomiędzy Kanonierami a City jest taka, że blok obronny „Obywateli” bardzo rzadko dopuszcza rywali pod swoje pole karne. Ederson w czasie spotkania bardzo często nudzi się jak mops a piłkę przy nodze najczęściej ma wtedy, gdy któryś z defensorów postanowi rozegrać akcję od tyłu i wykorzystać Brazylijczyka do podania zwrotnego. Niestety naszej linii obronnej obecnie bliżej jest do tego co jeszcze nie tak dawno prezentowali obrońcy Liverpool’u dopóki Klopp nie znalazł optymalnego dla nich ustawienia. To wiąże się z tym, że Cech będzie miał zdecydowanie więcej pracy w czasie spotkań od wspomnianego Edersona i osobiście pragnąłbym, żeby jego gra póki co była bardziej asekurancka i wiązała się z długą lagą. Przynajmniej póki Petr nie nauczy się lepiej operować nogami. Czech jest jednak w takim wieku, że bliżej mu do piłkarskiej emerytury aniżeli uczenia się nowych zachowań. Jestem niezmiernie ciekaw jak w spotkaniach Ligi Europy będzie się spisywał Bernd Leno. Bo tego, że w europejskich pucharach swoją szansę między słupkami otrzyma Niemiec możemy być niemal pewni. Powróćmy jednak na murawę w Cardiff. To, że nie przegrywaliśmy już na samym początku spotkania było zasługą niebywałego farta, bo Cech wystawił Harry’emu Arterowi „patelnię” i gdyby w miejsce Irlandczyka pojawił się bardziej wytrawny snajper to nic by nas nie uratowało. A tak mieliśmy tylko potwierdzenie tezy o beznadziejnej skuteczności graczy ze stolicy Walii … do czasu. Gra nam się znów nie kleiła. Wiadomym było, że Cardiff odda nam piłkę i zmusi nas do tego byśmy to my się przejmowali tym, co z nią zrobić. Niestety, mam wrażenie, że momentami piłka przy nodze nam przeszkadza i brakuje pomysłów na jej skuteczne rozegranie. Ostatni Mundial pokazał jednak, że kluczem do skutecznej gry mogą być stałe fragmenty gry. Tak też Mustafi urwał się przy rzucie rożnym obrońcom Cardiff i gwoździem a’la Szarmach wbił futbolówkę do bramki bezradnego Etheridge’a. Prowadzenie już w 11 minucie gry? Super, czas przejąć panowanie na boisku i nie pozwolić powąchać Cardiff piłki. No niestety, może kiedyś tak… Wróćmy jeszcze na moment do pierwszej bramki i… „cieszynki” duetu Xhaka – Mustafi odpowiedzialnego za pierwszego gola. Co mogli pokazać ci dwaj wymienieni wyżej jegomoście? No oczywiście, że gest „dwugłowego orła” symbolizujący ich „ojczyznę” Albanię. Gest rozsławiony przez Xhakę i Shaquiriego na rosyjskim Mundialu, gdy owym gestem prowokowali serbskich kibiców. Wówczas to zachowanie reprezentantów Szwajcarii było ze wszechmiar nieodpowiedzialne, gdyż taka prowokacja mogła zakończyć się zamieszkami. Niedzielna „cieszynka” nie mogła doprowadzić aż do takiej temperatury wrzenia i kompletnie nie rozumiem skąd jakiekolwiek dywagacje w mediach o ukaraniu duetu zawodników. Niemniej jednak owy manifest radości jest jak dla mnie absurdalny. Najlepszym wyrazem miłości do swojej ojczyzny byłaby chęć reprezentowania jej barw na arenie międzynarodowej. Jak doskonale wszyscy wiemy Mustafi gra dla Niemiec a Xhaka dla Szwajcarii. Żaden z nich nie zdecydował się reprezentować Albanii. Jeszcze nie dawno Granit miał okazję by zmienić barwy narodowe i zagrać dla nowo utworzonej kadry Kosowa. Cóż, czyżby miłość do ojczyzny była jednak słabsza aniżeli pragmatyzm nakazujący grać w silniejszym zespole? Widocznie. Znowu odbiegłem od tematu. Wróćmy na boisko. Tam toczył się wyrównany bój. Junior Hoilett szalał na lewym skrzydle a Bobby Reid był bliski strzelenia gola efektowną przewrotką. My odpowiedzieliśmy strzałami Xhaki i Monreala. Niecelnymi. Lacazette, który znów bardzo się starał ale z różnym skutkiem, obił rywalom słupek a Auba nie zdążył dobić tego strzału. „Bluebirds” coraz śmielej poczynali sobie za to w polu karnym Cecha. Coraz bardziej utwierdzli jednak swoich kibicóww przekonaniu, że przydałby im się solidny trening strzelecki. Skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Taka mnogość okazji musiała się jednak skończyć przełamaniem ze strony rywala. Arsenal został skarcony golem do szatni. Bellerin na alibi krył Bennetta, ten miał wystarczająco dużo miejsca by dośrodkować, Camarasa sprytnym balansem ciała zwiódł Monreala i umieścił piłkę w siatce. Do przerwy 1-1. Rozochoceni rywale uwierzyli w możliwość osiągnięcia korzystnego rezultatu widząc tak zagubioną linię obronną gości. Na szczęście Cardiff nie dysponuje w ataku wirtuozami futbolu. W 63 minucie świetną akcją popisało się trio Oezil-Laca-Auba. Piętka Francuza do Gabończyka a ten pięknym, mierzonym strzałem w długi róg otworzył swoje konto bramkowe w tym sezonie. Osiem minut później mieliśmy już jednak remis. Morrison panował w tym meczu w przestworzach, wygrywał praktycznie wszystkie główki. Odegrał w polu karnym do Warda a ten także głową uderzył w wewnętrzną część słupka a piłka wturlała się do bramki. Neil Warnock szalał przy lini bocznej, szalała też publiczność. Zapewne wierzyli że przy odrobinie szczęścia mogą zachować nawet pełną pulę punktów. Na szczęście mamy w swoim zespole zawodników takich jak Lacazette, którzy jednym uderzeniem potrafią zmieniać bieg wydarzeń. Mocnym strzałem pod poprzeczkę bramki Etheridge’a zdobył trzeciego gola dla Arsenalu. Trzeba przyznać, jego zachowanie – palce lizać. Dobre ustawienie, na granicy spalonego i perfekcyjny strzał z wcale nie łatwej pozycji. Takie bramki potwierdzają kunszt napastnika. Trzecia bramka rozwiała marzenia gospodarzy o choćby jednym punkcie. Wygrana. Jednakże wygrana, która znów przyszła w trudzie i znoju.

Cieszy postawa ofensywy. Zdobywamy dużo bramek. Uważam jednak, że Laca a szczególnie Aubameyang nie pokazali jeszcze pełni możliwości. Niektórzy zaczynają mówić o zabójczym duecie „Aubazette”. Ale powiedzcie szczerze… Czy którykolwiek mecz Gabończyka w tym sezonie wam się podobał? Czy poza bramką zdobytą w Cardiff nasz napastnik zaimponował czymś jeszcze? Emery w końcu pogodził obydwóch snajperów w pierwszym składzie ale czy ta współpraca naprawdę układała się tak owocnie? Raptem jeden błysk geniuszu i udana akcja tego duetu, która przyniosła drugą bramkę. Poza tym? Trzeci gol to indywidualna zasługa Lacazette, którego wybrałbym chyba najlepszym zawodnikiem tych pierwszych 4 kolejek. Graczem sierpnia wybrano Guendouziego. Kompletnie nie rozumiem tego wyboru bo młody pomocnik popełnia masę błędów i na moje to powinien stracić miejsce w podstawowym składzie na rzecz Torreiry. Chociaż najsłabszym ogniwem Arsenalu mianowałbym Cecha lub Oezila. Z mówieniem o „Aubazette” też bym się jeszcze wstrzymał. Wygralismy dwa mecze – z West Ham i Cardiff, które okupują dolne rejony tabeli a obydwa spotkania kosztowały nas sporo wysiłku. Nasza obrona istnieje czysto teoretycznie. Gra zdecydowanie lepiej do przodu aniżeli wtedy, kiedy ma bronić. Może na stanowisku trenera powinniśmy zatrudnić Zdenka Zemana, który zawsze twierdził że nie ważne ile goli się traci, ważne by strzelić o jednego więcej niż przeciwnik? Od dawna ten Czech z Sycylii marzył mi się w Arsenalu :). Byłoby na pewno ciekawie. A obecnie jesteśmy predysponowani do takiego stylu gry. Skoro nawet obrońcy grają lepiej w ataku niż w obronie? Rzucajmy się całymi siłami na rywala :).

A Cardiff życzę z całego serca utrzymania. Mam słabość do trenerów, którzy reprezentują starą angielską szkołę, jeszcze sprzed czasów Premier League. Mało wirtuozerii. Walka, walka, walka. Myślę, że jeśli zespół z Walii poprawi skuteczność to nie powinno być źle. Na własnym stadionie będą piekielnie trudni do pokonania.

Rozlosowano grupy Ligi Europy. Worskła Połtawa, Karabach i Sporting Lizbona. Nie ma nad czym się zastanawiać. Tą grupę trzeba wygrać w cuglach i dopiero zacznie się zabawa. Wszak chyba nikt nie spodziewa się, że nasz zespół zostanie zastopowany przez Kubę Rzeźniczaka? Z całym szacunkiem dla tego zawodnika 🙂

 

 

Dzienniczek Kanoniera (2)

Tydzień temu napisałem, że wygrana z West Ham przed własną publicznością jest dla Arsenalu absolutnym musem. Trzy punkty faktycznie pozostały w północnym Londynie ale czy poza tym, że „Kanonierzy” odnieśli pierwszą wygraną w sezonie może cieszyć coś jeszcze? Moim zdaniem niewiele.

„Młoty” to dla „Armatek” bardzo wygodny rywal. Tak przynajmniej podpowiadały przedmeczowe statystyki. Wystarczy powiedzieć, że w przeciagu ostatniej dekady ulegliśmy im tylko raz ( 9.08.2015r., 0-2). Jako nikogo nie interesującą ciekawostkę dodam tylko, że podobnie było zawsze gdy grałem w Football Managera. Każdy mecz przeciwko West Ham oznaczał łatwe trzy punkty :). Po dającym nadzieję na lepszą przyszłość spotkaniu na Stamford Bridge przed tygodniem, szykowałem się na mecz w którym absolutnie zdominujemy podopiecznych Manuela Pellegriniego. Może nie aż tak jak w pierwszej kolejce uczynił to Liverpool ale sądziłem, że gra będzie się toczyć głównie pod bramką Łukasza Fabiańskiego. W ogóle muszę dodać, że West Ham darzę od zawsze dużym szacunkiem. Obecnie dlatego, że w jego kadrze znajdują się byli „Kanonierzy” w postaci wspomnianego „Fabiana”, Jacka Wilshere’a i Lucasa Pereza. Szczególnie naszego bramkarza darzę olbrzymią sympatią za to jakim jest człowiekiem. Odejście Jacka też było smutne bo to fajny chłopak, ale jako piłkarz bardzo szklany i pewnego poziomu już pewnie nie przeskoczy a w drużynie Emery’ego pełnił by raczej funkcję wartościowego zmiennika. Jego ambicje sięgają pewnie wyżej i wolał grać w zespole w którym będzie pełnił rolę jednego z liderów. Perez, uważam zaś, że nie dostał odpowiedniej szansy w naszym klubie i został potraktowany trochę nie w porządku. Ich obecność w kadrze naszego rywala to nie jedyny powód za który cenię West Ham. Przez wiele lat ciągnęła się za tym zespołem łatka klubu utożsamianego ze światem stadionowych chuliganów. To skojarzenie było chyba nawet silniejsze niż te futbolowe. „Młoty” na przestrzeni swojej ponad 120 letniej historii nie odnosiły znaczących sukcesów. Ot, trzy Puchary Anglii. W lidze najwyżej uplasowali się na trzeciej pozycji. A mówimy o czasach sprzed ponad trzech dekad. W klubie grali też trzej Mistrzowie Świata z 1966 roku. Sir Bobby Moore, Martin Peters i Geoff Hurst (bohater finału). Ich pomnik można było podziwiać przed Upton Park. Wychowankiem West Hamu jest Frank Lampard. Nie można powiedzieć, że bordowo-niebieskiej koszulki nie przywdziewali wielcy gracze. Ja zawsze będę miał najbardziej w pamięci Paolo Di Canio. Po prostu lubię kontrowersyjnych graczy. Ok, wracając do sedna. Mimo tego, że West Ham może pochwalić się wielkimi postaciami, które przewinęły się przez ich drużynę to jednak w wielu miejscach na świecie ta nazwa przywodziła na myśl skojarzenie ze światem stadionowej łobuzerki. Ten stereotyp na pewno był wzmacniany przez kinematografię. W 2005 roku ukazał się w końcu film „Green Street Hooligans”, którego fabuła kręciła się wokół grupy kolegów, którzy spędzali czas na piciu piwa, oglądaniu meczów West Hamu i obijaniu facjat kibicom wrogich drużyn. Hollywoodzka produkcja nijak się miała do prawdziwego świata stadionowej (chociaż bardziej ulicznej) przemocy ale z pewnością przyczyniła się do popularyzacji szeroko pojmowanej kultury kibicowskiej na Wyspach (razem z jej modą, muzyką itp.). Jeśli ktoś jednak wolałby poczytać o czymś bardziej zbliżonym do realiów świata chuliganów to polecam sięgnąć po książki Cass’a Pennat’a. Człowieka, który swego czasu był przywódcą chuligańskiej ekipy West Ham a dziś z ręką na sercu można powiedziec, że jest brytyjskim celebrytą nie ustępującym swoją sławą wielu piłkarzom West Hamu. W Polsce również było dostępnych kilka pozycji czytelniczych stworzonych przez owego jegomościa. Ok, bo mocno odpłynąłem od brzegu. Wystarczyło napisać, że West Ham mieni mi się klubem, który wywarł mocny wpływa na angielską scenę kibicowską i całą jej otoczkę oraz kulturę nazywaną często w naszym kraju „Casual”. Jest dla mnie pewnego rodzaju symbolem.

Wróćmy do tego co miało miejsce w sobotę. Jak już mówiłem, spodziewałem się, że podopieczni Emery’ego przejmą stery od samego początku spotkania. Niestety, nic bardziej mylnego. Nie założyliśmy „Młotom” hokejowego zamka. Nie było fajerwerków, akcje się nie chciały zazębiać. Spotkanie miało dość wyrównany przebieg. Niestety znów daliśmy sobie strzelić bramkę jako pierwsi. Uczynił to Arnautović, który zdecydowanie najlepiej radził sobie w tym meczu jeśli chodzi o graczy ofensywnych naszego przeciwnika. Rozrywanie naszych zasieków obronnych nie sprawiało mu większych trudności. Nadal linia defensywna nie działa jak należy. Piłkarze bordowo-niebieskich często w dość prosty sposób mijali naszych obrońców prostym podaniem gdy ci spóźniali się z interwencją i momentem wyjścia do przeciwnika. Sokratisowi i Mustafiemu daleko na razie do legend pokroju Adamsa, Campbella czy choćby Kolo Toure za najlepszych lat. Boki defensywy zdecydowanie lepiej czują się w momencie gdy mogą podłączyć się do akcji ofensywnych aniżeli wtedy gdy mają bronić. Szczególnie podobał mi się Bellerin, który zaliczył dwie asysty i do przodu grał naprawdę dobrze, wjeżdżając w boczne sektory i wykładając piłkę napastnikom. Nie zapominajmy jednak, że podstawowym celem obrońcy – a takim jest Hector – pozostaje uniemożliwianie graczom rywala zdobycia gola. Na szczęście dziury w defensywie West Hamu są jeszcze większe niż w naszej.  Szkoda mi Fabiańskiego, który, wygląda na to, że znów trafił do zespołu w którym jego partnerzy z lini obronnej zapewnią mu sporo pracy. „Fabian” znów jednak wywiązuje się ze swojej roli znakomicie. No ale nie da się w pojedynkę powstrzymywać nawałnicy rywali. Właściwie tylko on i Arnautović pokazują w zespole Pellegriniego pełnię swoich umiejętności. Chociaż prawdę mówiąc w pierwszej połowie meczu to chyba drużyna naszych rywali stworzyła sobie więcej dogodnych sytuacji. Piachem rzuconym w zębatki ofensywnej maszynerii „Młotów” była kontuzja Arnautovicia, po której musiał opuściuć murawę stadionu Emirates. W naszym zespole na boisku od początku drugiej części spotkania pojawił się Lacazette a chwilę później Lucas Torreira. Zastąpili oni Alexa Iwobiego- co było dla mnie lekkim zaskoczeniem bo Nigeryjczyk spisywał się w pierwszej połowie w miarę przyzwoicie no ale może nasz trener chciał dodać ognia poczynaniom ofensywy- oraz Guendouziego. Młody Francuz znów popełniał dużą ilość błędów. Tym razem to on był słabszym ogniwem w środku pola. Urugwajczyk nadal nie może sobie wywalczyć miejsca w podstawowej „jedenastce”. Po spotkaniu na Stamford podobno było do niego sporo zastrzeżeń i obwiniano go o utratę bramki numer trzy. Być może niedzielny mecz z Cardiff będzie tym w którym w końcu zobaczymy Torreirę od początku? Czyżby kosztem Guendouziego? A może Emery nadal uparcie będzie wrzucał Francuza na głęboką wodę? Do pewnego momentu dość niemrawo było też z przodu. Cały czas optymalnej formy szuka Auba, Michitarjan też może wspiąć sie na wyższy szczebel. Zabrakło Oezila a grający od początku Ramsey grał dość chaotycznie, tracił sporo piłek. Stara się Laca, jego wejścia ożywiają za każdym razem grę z przodu. Może Emery w końcu wymyśli sposób by połączyć grę Auby i Lacazetta od początku? Byłoby miło. To po jego akcji „swojaka” strzelił Diop, który ewidentnie nie miał swojego dnia. Kropkę nad „i” postawił Welbz, który był kompletnie nie pilnowany w polu karnym West Hamu. Być może defensorzy „Młotów” poszli na lody a może stwierdzili, że Welbeck jest na tyle słaby, że zmarnuje tak dogodną sytuację? Danny jednak nie zwykła marnować aż tak dobrych okazji. Arsenal pokonał swoich derbowych rywali 3-1. Mimo wszystko wyciągnąłbym z tego meczu więcej negatywnych wniosków aniżeli pozytywów. Nadal ogrom pracy przed Emerym. Możemy się cieszyć, że West Ham też jest nadal w budowie i na początku sezonu spisuję się naprawdę słabiutko.  W niedzielę Arsenal wybiera się do Walii na mecz z Cardiff. Czas na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w tym sezonie.

 

 

Dzienniczek Kanoniera (1)

Przed tygodniem rozpoczął się kolejny sezon Premier League. Jak co roku będę w czasie jego trwania trzymał kciuki za drużynę Arsenalu. Z „Kanonierami” sympatyzuję od dawna. Nie potrafię przywołać dokładnie pierwszego obejrzanego meczu Londyńczyków (zapewne jakieś spotkanie w LM). Będzie to pewnie około 2002 czy 2003 rok. Czasy formowania się wielkich „The Invincibles”. Czasy Bergkampa, Adamsa czy mojego ukochanego Fredrika Ljungberga. Mniej więcej w tamtym okresie podopieczni Wengera oczarowali mnie swoją piękną grą. Grą, mam wrażenie zbliżoną wówczas do tego co prezentuje obecnie Liverpool. Piękna, przebojowa, pełna technicznych fajerwerków boiskowa zabawa. Właśnie tym mnie kupili „Kanonierzy”. W tamtych czasach zdobywali jeszcze notorycznie trofea. Ale nie to było najważniejsze. Najważniejsza była możliwość nasycenia oczu poezją i fantazją lejącą się z murawy. Nawet w czasach gdy Arsenal ciężko już było zaliczyć do największych. Lata 2008-2010. Czasy budżetu ograniczonego przez budowę Emirates Stadium. Ich gra nadal porywała. Niestety od tamtego czasu, od czasu dwumeczu z Barceloną w 2011 roku, ten poziom notorycznie spadał. Ogarniała mnie rozpacz. Byłem zły na jakość przeprowadzanych transferów, opieszałość zarządu, bezradność Wengera. Oczywiście cały czas trwałem przy drużynie. W świecie futbolu jestem stały w uczuciach. W ostatnich latach byłem członkiem frakcji „Wenger Out”. Uważałem podobnie jak wielu innych kibiców, że – z całym szacunkiem dla „Bossa” i wszystkich jego niepodważalnych zasług dla klubu – wyczerpała się pewna formuła. Francuz napisał piękną historię ale dał już wszystko co był w stanie dać temu klubowi. Skończyła się chemia. Wenger prochu już nie wymyśli. Czas na zmiany. Czas na rozstanie. Bolesne, jak większość rozstań ale konieczne. To co wydawało się niemożliwe stało się faktem na koniec zeszłego sezonu. Po 22 latach, „Profesor” przestał być trenerem klubu z północnego Londynu. Jego następcą został Unai Emery. Towarzyszyły temu mieszane uczucia. Z jednej strony, to trener, który trzy razy z rzędu zwyciężał z Sevillą w rozgrywkach Ligi Europy. Z drugiej, to człowiek, który z PSG sfrajerzył dwumecz z Barceloną w Lidze Mistrzów. Słynna remontada. Paryżanie zwyciężyli u siebie 4:0. W rewanżu dali się jednak pokonać 6:1 i ostatecznie odpadli z rozgrywek. Symbolem tej porażki jest dla mnie bezapelacyjnie Emery, który mając większość argumentów po swojej stronie, wyszedł na Camp Nou kompletnie przestraszony. Moim zdaniem to on najbardziej przyczynił się do tego historycznego wyczynu „Blaugrany”. Jego zachowawcza taktyka, kunktatorstwo, zwyczajna bojaźń przed kompromitacją już przed pierwszym gwizdkiem… Wszystkie te czynniki przełożyły się na tak spektakularną wtopę Paryżan. W oczach wielu ekspertów i kibiców futbolu pokazał, że nie jest trenerem skrojonym na miarę największych klubów w Europie, że nie jest osobą odpowiednią by zrealizować mocarstwowe marzenia właścicieli PSG. Przyklepał tą opinię rok później, gdy Real Madryt praktycznie na stojąco ograł jego drużynę. Udowodnił to, nie mogąc ogarnąć wypełnionej gwiazdami światowego formatu drużyny. Gdy nie mógł utrzymać w ryzach ego tych największych z Neymarem na czele. Nie miał mentalności zwycięzcy jak np. Pep Guardiola. Jawił się jako osoba odpowiednia do prowadzenia klubu uznawanego za średniaka. Tak było z Sevillą. Z Andaluzyjczyków wyciskał maksimum, zgarniał wszystko co było w jego zasięgu. Nie siadał do stołu przy którym siedzieli potentaci ale zabierał najbardziej smakowite kąski pozostawione przez tych największych. Tak sobie myślę – może to jest rozwiązanie? Wszak ciężko już teraz uznać Arsenal za klub zaliczany w poczet tych największych na starym kontynencie. Ambicje się skurczyły. Kilka ostatnich sezonów zweryfikowało możliwości „Armatek”. Drugi sezon z rzędu Arsenal będzie walczył w Lidze Europy zamiast elitarnej Champions League. Zatrudnienie specjalisty od wygrywania tego „turnieju pocieszenia” wcale nie musi być szaleństwem. Raczej dobrze przemyślanym planem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na włączenie się do walki o berło dla króla/królowej Premier League. Powrót do „Top 4” będzie zupełnie satysfakcjonował kibiców. Nawet jeśli się nie uda, to przecież pierwszy rok pracy Emery’ego. Trzeba dać mu czas na renowację tego zespołu. Czy Emery nie jest odpowiednią osobą by zacząć pomalutku odbudowywać markę klubu? Nie przychodzi jak do PSG, gdzie presja była na niego nakładana od samego początku. Gdzie liczono, że laury i trofea posypią się tu i teraz. Jakie tam laury i trofea? Puchar Ligi Mistrzów. Bo tak naprawdę tylko to liczy się dla arabskich właścicieli PSG. Nagrody zgarniane na krajowym podwórku od dawna nie są żadnym wyzwaniem. W Arsenalu Emery dostaje czas. Ma odbudowywać dobre imię Arsenalu a przy okazji zacząć na nowo wyrabiać markę własnemu nazwisku po tym, jak nieudanie zakończył przygodę we Francji. Arsenal to nie PSG ale to nadal wyżej niż Sevilla. Bardzo dobre miejsce by rozbić obóz i poczekać na kolejną możliwość przeprowadzenia ataku szczytowego.

Jak więc sam zapatrywałem sie na ten sezon? Uważam, że Liga Europy jest w zasięgu Arsenalu. Ta da przepustkę do Ligi Mistrzów. W Premier League? Miejsce w „Top Six” mnie zadowoli. Cieszą także transfery. Gdy przyjrzeć się każdemu jednemu z osobno, można w nim zobaczyć wartość dodaną. Torreira, który z tak świetnej strony pokazał sie na Mundialu. Trzymający przez lata obronę BVB Sokratis. Leno, który zwiększy rywalizację i presję spadającą na Cecha. Będący świetnym uzupełnieniem i wnoszący wiele doświadczenia do szatni Lichtsteiner. Młodziutki Guendouzi, który zaskakująco dobrze spisywał się w przedsezonowych sparingach. Każdy jeden cieszy a to nie zawsze było normą w ostatnich sezonach. Nikomu nie przyszło do głowy wypożyczanie kontuzjowanego Kima Kallstroma.

Wielu niecierpliwców i malkontentów rozczarował początek sezonu. Dwa pierwsze mecze i dwie porażki. Mało kto zwraca uwagę na to, że graliśmy z Manchesterem City i Chelsea. Te dwa pierwsze mecze były mega trudne. City jest nadal rozpędzone i nie zanosi się na to by miało wyhamować. Podtrzymują formę z zeszłego sezonu. Udowodnili w dwóch pierwszych kolejkach i w meczu o Tarczę Dobroczynności, że nadal stanowią walec, który zmiażdży każdego w drodze po najwyższy laur. Chelsea po zmianie trenera z Conte na Sarri’ego też liczy na odzyskanie utraconego w zeszłej kampanii blasku. Arsenal miał pecha, że na samo wejście musiał mierzyć się z tymi zespołami.

Drużyna Guardioli to w chwili obecnej potwór z którym Arsenal nie ma szans rywalizować. Przegrałby 8 na 10 takich gier. Inauguracja sezonu brutalnie obdarła ze złudzeń wszystkich, którzy marzyli, że Emery będzie czarodziejem, który jak za dotknięciem magicznej różdżki odmieni grę „Kanonierów”. Błąd. Tak nie będzie. To spotkanie zweryfikowało wszystkie nasze mankamenty. Byliśmy o tempo wolniejsi w każdej akcji. Mustafi i Sokratis to jak narazie nie jest duet stoperów pozwalający wznieść grę defensywy na wyższy poziom. Guendouzi, grający dotąd zaledwie w Ligue 2 został odrazu rzucony na głęboką wodę. Może się w niej nie utopił ale trzeba go było reanimować. Tak naprawdę ten zespół wyszedł chyba bez wiary w możliwość odniesienia końcowego sukcesu. Ataki kompletnie chaotyczne, liderzy niewidoczni. Jedynym, który przejawiał większą chęć do gry był doświadczony Lichtsteiner. Petr Cech obronił kilka strzałów ale był o krok by być bohaterem największej bramkarskiej kompromitacji od czasów Janusza Jojki. Chcąc podać piłkę do boku, do partnera z defensywy niemal wbił sobie ją do własnej bramki. Na ławce siedzi sprowadzony latem Bernd Leno. Mam wrażenie, że dostanie jeszcze w tym sezonie swoją szansę w lidze. Ponieśliśmy porażkę ale porażkę absolutnie wliczoną w koszty. Co prawda jedno z nonszalanckich zagrań Edersona czy Benjamina Mendy powinno zsotać skarcone przez graczy ofesywnych. Ci jednak w tym meczu przejawiali zapał do gry niczym człowiek chory na anemię. Suma sumarum, była to zasłużona porażka. City to dobrze naoliwiona maszyna a Arsenal to plac budowy. Oczywiście każdy kibic łudził się przed meczem ale jeśli spojrzeć na to z chłodną głową to takiego właśnie scenariusza mogliśmy się spodziewać.

Spotkanie z Chelsea było już inne. Pechowe. Punkt wywieziony ze Stamford Bridge był dla podopiecznych Emery’ego obowiązkiem patrząc na przebieg gry. Mnogość zmarnowanych sytuacji przeraża. Iwobi niczym nóż w masło wjeżdżał w boczne sektory rywala. Niestety zarówno on jak i Auba czy Michitarjan mieli kompletnie rozstrojone celowniki. No, Miki zdobył bramkę i dołożył asystę ale miał na nodze kolejną dogodną okazję. „Kanonierzy” wypracowali sobie cztey bliźniaczo podobne sytuacje. Stuprocentowe. Wykorzystali tylko jedną. Chyba konieczny jest trening strzelecki. Na domiar złego już na samym początku spotkania łatwo dali sobie wbić dwa gole. Tworzenie kolejnych okazji strzeleckich może nie sprawiało „The Blues” aż takiej łatwości jak graczon Guardioli tydzień wcześniej ale nie było też dla nich arcytudne. Kolejny mecz, który pokazał, że zasieki obronne również wymagają żmudnej pracy. W środku pola chimerycznego Xhakę zastąpiłbym Lucasem Torreirą. Guendouzi przypominał już w tym meczu tego przebojowego młodzieńca z przedsezonowych sparingów. Zdecydowanie lepiej funkcjonowała ofensywa (poza wykończeniem). Chelsea też jest dopiero projektem, który się tworzy. Sarri zaczął układać swoje klocki. Myślę, że było to spotkanie dwóch zespołów, które zaprezentują w tym sezonie zbliżony poziom gry. W tym spotkaniu o zwycięstwie gospodarzy zadecydował łut szczęścia. Detale. Nieskuteczność rywala i posiadanie w swoim składzie Edena Hazarda, który po wejściu z ławki wypracował decydującego gola. Niestety Arsenal jak narazie nie ma w swoim składzie gracza dającego taką jakość jak Belg. Oezil póki co wygląda przy nim jak ubogi krewny.

Reasumując. Pierwszy mecz był porażką wliczoną w koszta, za drugi można już mieć do siebie pretensje bo conajmniej punkt był do ugrania. Cóż, terminarz podsunął nam na sam początek bardzo wymagających rywali. W kolejny weekend na Emirates zagości West Ham, który rozpoczął sezon w bardzo słabym stylu. Myślę, że zgarnięcie trzech punktów w tym starciu jest dla „Armatek” obowiązkiem.

 

 

Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.

Wiecie, co łączy wszystkich kibiców futbolu? Kochają przeróżne rankingi, statystyki i klasyfikacje. Na najlepszego piłkarza, najpiękniejszą bramkę, najskuteczniejszego napastnika itp. Do wyboru, do koloru. Nawet cholerny, oderwany momentami od rzeczywistości ranking FIFA, przeklinany przez kibiców, ale budzący jednak ciekawość i chętnie śledzony przez wszystkich. Wszelkiego rodzaju statystki, podsumowania, tabele wszechczasów, najlepsi strzelcy w historii…. Który sympatyk kopanej tego nie lubi? Ja się zawsze takimi rzeczami jaram i chętnie je sprawdzam. Nawet wszelkie, subiektywne, niepoliczalne rankingi  jak np. coś w stylu „100 najlepszych piłkarzy bez podziału na pozycje”. Mogę sie z nimi nie zgadzać, ale zawsze z przyjemnością sprawdzę jak widzą to inni. Dlatego też postanowiłem sam również pokusić o stworzenie własnego TOP 10 i na pewno nie będzie to ostatnie takie zestawienie, które zrobię na swoim blogu.

Czytaj dalej „Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.”

Himalaje hejtu

Jak powszechnie wiadomo każdy Polak zna się na: historii, polityce i sporcie. Szeroko pojętym sporcie. Jak się okazało w ostatnich tygodniach także na himalaizmie. A skoro wszyscy to i ja poudaję eksperta, chociaż znam się na tym sporcie tak samo jak na fizyce kwantowej.

Zakończyła się Narodowa, zimowa wyprawa na K2. Zakończyła się fiaskiem i K2 nadal pozostaje jedynym niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem. Polska ekspedycja może jednak zapisać na swoim koncie sukces w postaci uratowania życia francuskiej alpinistki Elisabeth Revol, którą ocalili w czasie jej zejścia ze szczytu Nanga Parbat. Akcja odbiła się echem w całym środowisku himalaistów i zapewne nie tylko. Denis Urubko i Adam Bielecki, którzy byli głównymi postaciami w czasie akcji ratunkowej urośli do rangi narodowych herosów. Jednak jak wiadomo życie płata figle i tak jak czasem ciężko wdrapać się na cokół z napisem „bohater narodowy” tak niezwykle łatwo z niego spaść. Przekonał się o tym wspomniany Urubko. Ale nie tylko on. Również legenda polskiej wspinaczki wysokogórskiej Krzysztof Wielicki miał okazję przekonać się na własnej skórze co znaczy gniew polskiej społeczności internetowej. Oni może nie zdobyli góry „Czogori” w warunkach zimowych, ale polscy internauci po raz kolejny osiągnęli tej zimy „Himalaje hejtu”. Wszystko, jak zapewne większość z was wie, przez samotny atak szczytowy Denisa Urubki, który Kazach z polskim paszportem postanowił przeprowadzić bez konsultacji z resztą uczestników wyprawy. To podzieliło polskich internautów na dwa obozy. Powiedzmy że #TeamUrubko i #TeamWielicki. Jakie były powody decyzji Urubki? Oficjalnie mówi się że takie, iż Urubko uznawał, że zima trwa jedynie do końca lutego i zdobycie K2 w marcu nie będzie już mogło być zaliczone jako wejście zimowe. Polacy uznawali kalendarzową granicę pomiędzy zimą a wiosną czyli 21 marca. W każdym bądź razie ta samotna próba Urubce się nie powiodła. Cała sytuacja wywołała dodatkowo złość kierownika wyprawy czyli Krzysztofa Wielickiego, który po powrocie niesfornego Kazacha, zdenerwowany niesubordynacją podopiecznego nie pozwolił skorzystać mu z Wi-Fi co rzekomo miało być gwoździem do trumny współpracy na linii Urubko-reszta ekipy. Wielicki twierdził dodatkowo, że Urubko robi zły PR wyprawie oczerniając ją w sieci. Swoją drogą co za czasy, że powodem konfliktu pomiędzy osobami znajdującymi się gdzieś ponad 7000 m.n.p.m., gdzie kończy się praktycznie jakiekolwiek życie a cywilizacja znajduje się gdzieś daleko w dole, może być zakaz skorzystania z internetu… No ok. W mediach trwa w ostatnich dnia wylewanie żalów przez himalaistów (szczególnie ze strony Urubki) a polscy internauci ścierają się między sobą spekulując kto był winny nieudanej ekspedycji. Echa brawurowej akcji ratunkowej na Nanga Parbat odchodzą gdzieś na drugi plan…niestety…

A polscy internauci? Oczywiście chętnych do oceniania całego zajścia są miliony i każdy jest ekspertem, jeśli nie od wspinaczki wysokogórskiej to od etyki, moralności i odwagi i czuje się zobowiązany zmieszać z błotem albo „pieprzonego kacapa Urubkę, który zniszczył całą wyprawę swoją pyszałkowatością i bezmózgą akcją z samotnym wejściem. Niech w ogóle ten cholerny rusek wypieprza do Kazachstanu i doji owce na stepie pod Astaną. Zdrajca. Dobrze że nie zaatakował szczytu 17 września.” albo „Tchórza Wielickiego, który bał się wejść wyżej i blokował jedynego i najodważniejszego Urubkę. Cała reszta to banda tchórzy i pojechali w ogóle tam na wycieczkę a nie szczyty zdobywać. Oddajcie kasę za wyprawę.” Mówimy o dwóch sportowcach, profesjonalistach, którzy zdobyli wszystkie 14 ośmiotysięczników. Którzy mają zdobytą „Koronę Himalajów i Karakorum”. Którzy uchodzą za gwiazdy w swoim środowisku. Zarzucanie im jakiegokolwiek nieprofesjonalizmu przez osoby, których największym sukcesem w górach jest zapewne wejście na „Morskie oko” to kpina. Albo zarzucanie Urubce, który nie pierwszy raz ratował ludziom życie w górach samolubność. Przykre. Gdy w pewnym miejscu spotykają się dwa tak silne charaktery i tak wspaniałe osobowości jak Urubko i Wielicki, to mogą polecieć iskry. Za malutcy jesteśmy byśmy mogli oceniać takie sytuacje. W dupie byliśmy i gówno widzieliśmy jakby powiedziała Wronika Nowakowska. I to jak najbardziej prawda.

Kochamy nienawidzić. Kochamy się dzielić na przeciwne obozy. Mam wrażenie, że hejtowanie to nie długo będzie nasze narodowe hobby. Uwielbiamy skakać sobie do gardeł. Potrafi nas podzielić nawet próba zdobycia szczytu gdzieś daleko w Himalajach … przepraszam, w Karakorum. K2 to nie Himalaje. Za dobry miesiąc, baa, za parę dni każdy będzie już miał tą całą wyprawę „gdzieś”, poza prawdziwymi pasjonatami tego sportu. Ale przez dobry miesiąc cała Polska zgrywała ekspertów i praktycznie każdy miał coś do powiedzenia na ten temat. Gdyby nie ta akcja na Nanga Parbat (bo nas generalnie najbardziej porusza sytuacja gdy ktoś może zginąć) i sprzeczka tych dwóch wspaniałych himalaistów, gdyby udało się osiągnąć ten szczyt bez większych przeszkód to podejrzewam że interesowało by to nas nawet mniej niż teraz. Za kilka tygodni emocje opadną a większość Polski będzie miała w d**** czy ktoś z ich rodaków się gdzieś wspina w najwyższych górach świata. No chyba że wydarzy się jakaś tragedia. Wtedy znowu każdy będzie zgrywał znawcę. Bo kiedy przed wyprawą na K2 cała Polska interesowała się wspinaczką wysokogórską? Pewnie gdy na Broad Peak ginęli w 2013 roku Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski.

P.S.

Ciekawe czy ludzie zarzucali by Wielickiemu tchórzostwo i opieszałość, gdyby zdecydował się atakować szczyt i wydarzyła się jakaś tragedia. Wtedy internet okrzyknął by go pewnie człowiekiem bez wyobraźni ryzykującym życie innych.

Romańczuk w kadrze? Nie, dziękuję.

Taras Romańczuk dostał polskie obywatelstwo. Gdy zagraniczny piłkarz otrzymuje polskie obywatelstwo to wszystkie rodzime media zaczynają debatę nad możliwością powołania go do kadry. Czasem mam wrażenie, że na drugi plan schodzi to czy prezentuje on odpowiedni poziom by w tej kadrze zagrać. Pal to licho! Najważniejsze, że paleta wyboru zawodnika dla selekcjonera naszej reprezentacji powiększyła się o jednego gracza. Możemy kogoś naturalizować. Super! A czy ten gracz będzie stanowił jakąś wartość dla naszej drużyny narodowej? Realnie podniesie jej siłę? Mam wrażenie, że niektórzy dziennikarze kompletnie się nad tym nie zastanawiają.

Romańczuk jest Ukraińcem. Nigdy nie słyszałem by znajdował się w orbicie zainteresowania selekcjonera tamtejszej reprezentacji. Nasi wschodni sąsiedzi w ostatnich latach uzyskują na arenach zmagań reprezentacyjnych wyniki gorsze od naszej ekipy. Mimo to Andriej Szewczenko i jego poprzednicy nie mieli zamiaru sięgać po Romańczuka by ten pomógł swojej ojczyźnie w uzyskaniu lepszych rezultatów. W momencie otrzymania przez piłkarza Jagiellonii polskiego paszportu zaczęli się jednak zastanawiać nad tym Polacy. Gdzie logika? Gość nie łapie się do drużyny, która nie zakwalifikowała się na Mundial, która odpadła z nami w grupie na poprzednim Euro ale mimo to część opinii publicznej zastanawia się nad tym czy powinien on zagrać w koszulce z orzełkiem na piersi. A przypominam że przed poprzednimi Mistrzostwami Europy Ukraińcy sprawdzali przydatność m.in. Artema Putiwcewa z Bruk-Betu Nieciecza. Wiem, wiem. Inna pozycja. Być może Ukraińcy mieli akurat problem z obsadzeniem środka czy lewej strony obrony gdzie można ustawić Putiwcewa a środek pomocy mają silny. Nie mam zamiaru rozkładać teraz tego na czynniki pierwsze. Pomyślmy jednak czy nasze centrum pomocy wymaga sięgnięcia po Romańczuka? Nawałka na Mundial zabierze zapewne (o ile nie wydarzy się jakiś kataklizm) Krychowiaka, Karola Linetty i Mączyńskiego. W odwodzie zostaje jeszcze m.in. Jacek Góralski. Więcej zawodników w środku pola nam nie potrzeba. Krycha i Linetty to dwaj gracze prezentujący o wiele wyższy poziom od Romańczuka. Ograni w silnych europejskich ligach i ograni w kadrze. O Mączyńskim co by nie mówić ale to gość, z różnym skutkiem, ale w koszulce z orzełkiem daje z siebie maksa i zazwyczaj dobrze wywiązuje się z roli pomagiera Krychowiaka. Góralski? Myślę, że gorszy od Romańczuka nie jest. W końcu on zasłużył już na zagraniczny transfer z podlaskiego klubu zaś Romańczuk cały czas jednak tkwi w polskiej Ekstraklasie. Mają oni w zanadrzu jeszcze jeden argument, który powinien ich klasyfikować w hierarchii powołań przed świeżo upieczonym obywatelem Polski. Oni Polakami są od urodzenia. Tak. To piekielnie ważny powód. W pierwszej kolejności przepustki do kadry powinni otrzymywać chłopacy, którzy urodzili się na tej ziemi i nie potrzebują załatwiać lawiny spraw urzędowych aby uzyskać możliwość zagrania w biało-czerwonej koszulce. Chciałem tylko przypomnieć, że już raz próbowaliśmy budować drużynę narodową w oparciu o naturalizowanych graczy. Jak się skończył ten projekt? Niech każdy sobie przypomni. To skutecznie powinno nas odstraszać od takich pomysłów. Jeżeli mamy już naturalizować jakiegoś piłkarza i dać mu szansę występu w narodowych barwach to przede wszystkim niech będzie on o klasę lepszy od innych zawodników występujących na jego pozycji. Romańczuk to solidny ligowiec ale sorry. Nie zbawi naszej kadry. A wchodząc do drużyny i zajmując pozycję na ławce rezerwowych zabierze miejsce np. jakiemuś młodemu chłopakowi, np. Radkowi Murawskiemu, któremu treningi z kadrą mogą pomóc w piłkarskim rozwoju. Szczerze? Wolę już zabrać na ten Mundial weteranów pokroju Jodłowca czy Trałki. Albo Borysiuka. Borysiuk ma 27 lat, tyle samo co Romańczuk. No właśnie. 27 lat. Nawet jak wejdzie do kadry to ile w niej pogra? 4-5 lat? Przy korzystnych wiatrach. W tym wieku powinien już być za granicą. Gra nadal tylko w Jagiellonii. Coś mi się wydaje że ukraińskim Claudem Makelele nie zostanie. Niestety. Tak jak mówiłem. Jak mamy brać do kadry piłkarzy z odzysku to takich, którzy będą gwiazdami naszej drużyny. Romańczuk nią nie będzie. A Dybala i Kościelny grać u nas nie chcą. Mam jakieś dziwne wrażenie, że gdyby Romańczuk prezentował poziom chociażby Krychowiaka to już dawno grałby w żółto-niebieskich barwach i o występach dla Polski by nawet nie myślał. Nie. Powołanie dla Romańczuka byłoby jak dla mnie nieuczciwe. Nieuczciwe chociażby wobec takiego Janusza Gola, który od wielu lat ma podstawowy plac w silniejszej lidze rosyjskiej a Nawałka nie spojrzał w jego stronę jak dotychczas ani razu.

Jak byłem młodszy, to byłem zwolennikiem powoływania do kadry piłkarzy z polskimi korzeniami. Nie wiem, może to była trauma po utracie Klose i Podolskiego, którzy wynieśli w późniejszym czasie Niemców na piedestał piłki reprezentacyjnej. Wychodziłem z założenia, że damy zagrać takiemu graczowi kilka minut w składzie pierwszej drużyny i będziemy już go mieli zaklepanego na konto naszej reprezentacji. Przepisy FIFA pozmieniały się od tamtego czasu jednak na tyle, że mam wrażenie, że nie długo piłkarze będą sobie mogli zmieniać barwy narodowe jak rękawiczki. Niestety. Modern football dotyka już także piłkę reprezentacyjną. Takie powoływanie graczy mija więc się z celem. Poza tym era rządów Franza Smudy i jego hodowla lisów w kadrze skutecznie ugasiła mój entuzjazm co do uzupełniania ubytków w drużynie narodowej naturalizowanymi piłkarzami. Polscy dziennikarze zachorowali jednak na dziwną chorobę, każącą im wytykać PZPN-owi każdego piłkarza, którego ominęli w swoich planach uczynienia go Polakiem. Różne, dziwne nazwiska przewijały się na łamach gazet i portali sportowych przez kilka ostatnich lat. Pamiętacie Danny’ego Szetelę? Amerykanin, który strzelił nam w 2007 roku dwie bramki na Mundialu U-20. PZPN po tym wydarzeniu był strasznie szykanowany za to, że Szetela nie gra z orłem na piersi. Życie pokazało, że gość nie zrobił większej kariery nawet w lidze MLS. Zresztą w tym samym meczu, w którym on załadował nam dwa gole to hat-tricka dołożył Freddy Adu odpalony kilka miesięcy temu z Sandecji Nowy Sącz. Aquafresca, Wondolowski, Ostrzolek. Wszyscy oni byli mniej lub bardziej lobbowani do gry w „biało-czerwonej” drużynie na przestrzeni kilku ostatnich lat. Żaden z nich jednak nie przejawiał większych chęci by grać dla nas, co często objawia się w przypadku graczy mających podwójne obywatelstwo. Ich motywacja jest mocno ograniczona. Ginąć za orła w koronie nie będą. Bardziej liczy się kunktatorstwo i to czy gra w koszulce kraju nad Wisłą przyniesie im jakiekolwiek korzyści. A zagranie meczu w naszej reprezentacji ma być w pierwszej kolejności zaszczytem i spełnieniem marzeń a nie trampoliną do rozwinięcia dalszej kariery.

Wiem że Taras Romańczuk nie jest typowym „farbowanym lisem”. Świetnie mówi po polsku. Pewnie darzy naszą ojczyznę ogromnym szacunkiem, może nawet miłością. Ma polskie korzenie. Absolutnie nie odmawiam mu możliwości bycia polskim obywatelem. Pewnie będzie się lepiej wywiązywał ze swoich obywatelskich obowiązków od niejednego rodowitego Polaka. Ale pragnę też aby moja reprezentacja złożona była  z chłopaków w 100% związanych z tym krajem. Z takich dla których gra w drużynie narodowej jest marzeniem towarzyszącym im od dziecka.  Gra w kadrze Polski byłaby moim zdaniem bardziej opłacalna dla Romańczuka aniżeli dla samej kadry Nawałki. Dla niego to zawsze szansa wypromowania się, znalezienia klubu, który zapłaci mu większe pieniążki i pozwoli jeszcze zarobić dzięki swojej karierze. A Reprezentacja Polski? Zyska solidnego gracza ale nie takiego, który pozwoli jej wygrać mecz. Prochu nie wymyśli. Poza tym zajmie miejsce w drużynie młodemu Polakowi. Tak więc … Romańczuk w kadrze? Nie, dziękuję.

Światem rządzą skur*ysyny!

Macie czasem tak, że z chęcią odcięlibyście się od jakiejkolwiek cywilizacji i wyprowadzili gdzieś do lasu? Zaczęli żyć tak jak Tom Hanks w „Cast Away” lub Viggo Mortensen ze swoimi dziećmi w „Mr. Fantastic” (tylko że bez tej lewicowej indoktrynacji i kultu Noama Chomsky’ego)? Macie czasami po prostu na tyle dosyć otaczającego was świata, że niczym w tym słynnym memie – rzucilibyście wszystko i wyjechali w Bieszczady? Z pewnością tak macie. Każdy miewa takie gorsze momenty. Sam oczywiście też je miewam. Na przykład przez ostatnie kilka dni, słuchając telewizji informacyjnych lub czytając portale z wiadomościami ze świata. Wkurza mnie to tak bardzo, że już powoli zaczynam się martwić o swoje zdrowie psychiczne. Generalnie to ja już się przyzwyczaiłem, że świat w postaci wszelakich mocarstw i gracze silniejsi od nas na arenie zmagań politycznych uwielbiają mówić nam jak mamy postępować. Co nam wolno a czego nie. Kogo lubić a kogo nie, co jeść i jakich drzew nie wycinać. Do tego już naprawdę przywykłem. Jednakże każda próba wmawiania nam win za krzywdy wyrządzone światu a w szczególności Żydom w czasie II Wojny Światowej i robienie z nas nazistowskich pomagierów przyprawia mnie o mdłości. Dochodzę wtedy do pewnej konkluzji. Światem po prostu rządzą skurwysyny…

Nie pałam sympatią do pewnego sztucznego państewka, leżącego nad Morzem Śródziemnym, które od 70 lat ma dłonie ubrudzone krwią palestyńskich cywili a którego nazwa zaczyna się na literę „I”. Wiem że stać ich na wiele haniebnych czynów, jak wtedy gdy izraelskie dzieci malowały we wzorki bomby przeznaczone do zrzucenia nad Palestyną. Mimo to i tak ich paniczna reakcja na próbę zrobienia porządku (w końcu!) przez polski rząd z mówieniem o „polskich obozach zagłady” zszokowała mnie. Kompletnie jej nie rozumiem. Izrael przyznaje wprawdzie, że określenie to jest niefortunne i mija się z prawdą ale kategorycznie nie zgadza się na to by karać osoby, które rozpowszechniają to hasło.  No więc halo! Coś tu do cholery jest chyba nie tak? O co tutaj chodzi? Coś w stylu: „Określenie jest kłamliwe ale i tak będziemy go używać i nie wolno wam karać nas za używanie go”. Ja tak to odbieram w tym momencie. No bo jak inaczej to zrozumieć? Świat broni się mówiąc, że określenie „Polish Death Camps” odnosi się do umiejscowienia geograficznego owych obozów. Ok, zgoda. Czy idąc takim tokiem rozumowania, jeśli w tych Arbeitlager ginęli głównie Żydzi, to możemy też mówić o „Żydowskich obozach zagłady”? Co na to Izrael? Nie mieli by nic przeciwko? Śmiem wątpić. Określenie „Polish Death Camps” utwierdza wielu ignorantów i osoby będące na bakier z historią a mieszkające głównie na terenach USA i Izraela w fałszywym stereotypie, że Polacy odegrali jedną z głównych ról w dokonaniu Holokaustu. Ten stereotyp jest bardzo rozpowszechniony. O polskim skrajnym antysemityzmie mówi chociażby Oliver Stone w swojej dokumentalnej „Historii Ameryki” (cały ten dokument jest zresztą mocno zepchnięty ideowo w lewą stronę). Zresztą z wierzchu mamy mydlenie nam oczu o położeniu geograficznym ale jeśli zagłębimy się w temat to możemy poszukać wiele indywidualnych opinii, że ustawa chcąca chronić dobre imię naszego kraju jest próbą zacierania śladów polskiego antysemityzmu. Takie zdanie na ten temat wyrażają m.in.: Dziennikarka „Jerusalem Post”, pani Lahav Harkov (ta od tweeta w którym 14 razy napisała „Polish Death Camps” w ramach manifestu), członek knesetu, kandydat na nowego premiera państwa Izrael – Ja’ir Lapid, historyk Gil Troy z Uniwersytetu McGill czy ośmiu kongresmenów amerykańskich, którzy wystosowali list otwarty do prezydenta Dudy z żądaniem zawetowania tej ustawy. Szczególnie ciekawą postacią jest Lapid, który najpierw utrzymywał, że w jego rodzinie były przypadki w których za śmierć jego krewnych w czasie Holokaustu odpowiedzialni byli zarówno Niemcy jak i Polacy. Polscy dziennikarze szybko jednak sprawdzili historię rodzinną Lapida i okazało się, że większość jego rodziny nie miała jakichkolwiek związków z Polską. Lapid utrzymywał, że Polacy dołożyli rękę do śmierci jego babki, ale w wywiadzie dla „Der Spiegel” parę lat temu przyznał się, że obie jego babcie przeżyły wojnę. Nic dziwnego, że w Izraelu w niektórych kręgach ma opinię podobną do tej, jaką w Polsce cieszy się Ryszard Petru. Mi po swoich oszczerczych wypowiedziach bardziej zalatuje Władimirem Żyrinowskim.

 

Jak widać przekaz jest prosty. „Coś tam sobie wycierpieliście w czasie wojny, w sumie temu nie zaprzeczmy ale wasze winy są ogromne i pamiętajcie o nich”. Mamy budować swoją politykę wstydu i spolegliwości. Mamy pogodzić się z rolą pomagierów nazistów (Bo przecież nie kurwa Niemców! To słowo nikomu przez usta nie przejdzie). Chcemy walczyć o swoje dobre imię? Przygotujmy się na to, że będziemy określani antysemitami. Mam wrażenie, że Żydzi są strasznie przewrażliwieni na swoim punkcie. Każda próba posiadania zdania odmiennego od nich to przejaw antysemityzmu.

Holokaust był jedną z najczarniejszych, być może najczarniejszą kartą w historii ludzkości. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ma zamiaru tego negować. Nie oznacza to jednak, że Żydzi do końca świata mają być gatunkiem chronionym. Bezstresowo wychowywanym dzieckiem z taryfą ulgową na wszystko.  Żyjącym pod kloszem opieki Stanów Zjednoczonych. W czasie II Wojny Światowej zginęło pomiędzy 5 a 6 milionów Polaków (tak, również polskich Żydów). Zniszczona została znaczna część naszego państwa. Zagrabiono sporą część naszego mienia. Nasza stolica została zrównana z ziemią. ZSRR i Niemcy wymordowali nam elity społeczne. Po wojnie oddano nas w ręce Sowietów. Ile państw poza nami poniosło takie konsekwencje tej wojennej zawieruchy? Mimo tego dziś występujemy na świecie w roli chłopca do bicia. Takiego, któremu można nawrzucać, opluć, sponiewierać go. Mam wrażenie, że niektórym na świecie zależy na tym, by sprowadzić nas do roli dziecka, które zdejmie spodenki, wypnie goły tyłek i da się po nim wysmagać bambusowym kijem przyznając się przy tym do wszystkich niegodziwości świata.

Dlaczego to właśnie my jesteśmy sprowadzeni do tej roli? Czy Francuzom wypomina się z taką częstotliwością rząd Vichy? Obławę Vel d’Hiv? Chorwatom obóz Jasenovac? Łotyszom, Ukraińcom czy Skandynawom służbę w jednostkach SS? (Polacy nigdy nie służyli w SS!). Nie przypominam sobie. Za to my pokutujemy do dziś za nie do końca wyjaśnione Jedwabne, gdzie jacyś prostacy, przyznaję, w bestialski i chory sposób wymordowali swoich sąsiadów. Podpuszczeni do tego przez Niemców!

Może Beck mógł swego czasu podpisać pakt z Ribbentropem? Zaoszczędzilibyśmy krwi rodaków, nie ponieśli tak dotkliwych strat. Może wzorem Finlandii trzeba było balansować pomiędzy jedną a drugą stroną konfliktu? Czy ktoś wypomina teraz tym jawnie kolaborującym państwom przeszłość naznaczoną swastyką? Niestety nikt wzorem porucznika Aldo Raine nie wycinał kolaborantom i nazistom swastyk na czole. A i dobrze, że my się nie sprzedaliśmy nazistowskim świniom. Dziś ze spokojnym sumieniem, pomimo tego co o nas mówią możemy patrzeć w lustro.

Powinienem przywyknąć również do jeszcze jednej rzeczy i w sumie po części tak jest. Nadal wkurza mnie to jednak niesamowicie. Mianowicie fakt, że istnieje spora grupa osób w Polsce – polityków, dziennikarzy i wszelkiej maści celebrytów – którzy chcieliby przyjąć pokornie pozę skruszonych pątników. Grać rolę złamanych, wstydzących się historii swojego kraju pupilków zagranicy. Posłusznie podążyć drogą, którą ta im wyznacza. W imię tej idei przyklaskują oni każdemu zagranicznemu atakowi na nasz kraj.  Baa, sami skarżą się swoim obcojęzycznym pryncypałom na szalejący w Polsce totalitaryzm i błagają o interwencję. Już kiedyś o tym pisałem i napiszę raz jeszcze. Nie zdziwiłby mnie obraz Schetyny, Petru czy innej Gasiuk-Pihowicz, którzy rzucają róże pod gąsienice wjeżdżających na teren naszego kraju niemieckich czołgów. Ostatnio na potwierdzenie swojej tezy TVN pokazał światu kilku idiotów bawiących się w środku lasu w nazistów świętujących urodziny Adolfa Hitlera. Paru debili chowających się gdzieś w głuszy i układających swastyki z czekoladowych wafelków na torcie (nawet się kurwa wódki nie napili!) to wg. nich zapowiedź odradzającego się w kraju faszyzmu. Żeby coś się odrodziło to musiałoby mieć kiedykolwiek miejsce. Ale mniejsza z tym. Druga sprawa, że ja całkowicie nie ufam TVN-owi i nie zdziwiłbym się gdyby cała ta ustawka w lesie była zwykłą manipulacją. Stać ich na to.

Oczywistym jest, że nie jesteśmy krajem o kryształowo czystej historii. Z pewnością było wiele przypadków gdy Polacy sprzedawali Żydów z niskich pobudek moralnych. Tak się działo w każdym zdeprawowanym wojną państwie! Ale uważam, że na świecie próbuje nam się przypisać ilość win nieadekwatna do czynów, które popełniliśmy. Trzymam kciuki za polityków PiS by się nie złamali i wprowadzili tą ustawę pomimo zagranicznego skowytu. Jeśli zagranica chce oskarżać nas o czyny, których nie popełniliśmy to proszę bardzo. I tak i tak będą to robić. Ale my nie musimy się pokornie na to wszystko zgadzać. Walczmy o swoje racje! Nie dajmy sobie wmówić alternatywnej historii naszego kraju. Pomimo tego, że światem żądzą skurwysyny, które będą chciały to zrobić!

Grupa prawdy

Wiecie co jest moim wielkim marzeniem? Móc kiedyś rozlosować te kulki z nazwami poszczególnych reprezentacji na jakiś Mundial albo Euro. Ale nie że tam jedną grupę czy coś. Cały turniej! Wszystkie grupy! Tylko ja! Bez pomocy żadnego Maradony czy innego Puyola. Boski Diego mógłby ewentualnie rozlosować rozstawienie w grupie. Na takie ustępstwo bym się ewentualnie zgodził, bo to zawsze trzeba upchać przed kamerami jakieś gwiazdy futbolu w czasie takiej imprezy. Żeby się pokazały, podniosły prestiż wydarzenia, ludzie im poklaskali itp. Ale generalnie z chęcią zgodziłbym się na posadkę takiej sierotki. Tak żeby losować każdą imprezę. Poszedłbym na etat do FIFA czy UEFA. Za najniższą krajową do końca życia. Ale pod warunkiem że ja rozlosowuje wszystkie ważne imprezy piłkarskie na świecie. Oni płacą to 1200 euro miesięcznie plus opłacają hotele, przeloty itp. Pamiętam, że jak byłem mały, to bawiłem się w takie losowania. To było w czasie Mundialu 98 we Francji. Tylko u mnie nie było żadnego rozstawienia itp. 32 karteczki lądowały w jakiejś misce i naprzód. Pieprzyłem konwenanse. Nie rozumiałem idei dzielenia zespołów na jakieś koszyki. U mnie każdy był równy. Taki ze mnie był trochę anarchista futbolowy. Potem mieliśmy np. grupę Argentyna, Brazylia, Francja i Włochy a w kolejnej grały RPA, Korea, Jamajka i Austria. W każdym bądź razie gdyby czytał to Infantino to niech wie że się zgadzam i może śmiało walić do mnie jak w dym.

I wiecie co? Głównie takie rozkminy przychodziły mi do głowy w czasie losowania grup do Mundialu w Rosji. Jakiś czas temu napisałem że niemożliwym jest wylosowanie przez polską reprezentację „grupy śmierci” na tym turnieju. Byłem spokojny. Jakąkolwiek grupę wylosujemy to będę miał to gdzieś. Jakikolwiek zestaw trzech drużyn nam dokooptują  to będzie luz. Nie miałem więc zamiaru obgryzać paznokci ze zdenerwowania i wznosić modłów o to by piłkarscy bogowie łaskawie sprezentowali nam słabą grupę. Słabe grupy już mieliśmy. I jak to się kończyło? Przypomnijcie sobie Euro 2012 czy Mundial 2006. Zresztą co to za nastawienie? „Byle byśmy wylosowali słabą grupę!” Od dawna gadamy o tym jaką to silną kadrę mamy. Jakie to ona ma możliwości. Bo tak wysoko notowana w rankingu FIFA. Bo losowana z pierwszego koszyka. Bo „Lewy” to najlepszy po CR7 i Messim. Ja wiem że to gadki serwowane nam przez piłkarskich laików, którzy wiedzę czerpią z „Dzień dobry TVN”  i studia Euro z dachu fabryki Wedla, gdzie ekspertem jest Maryla Rodowicz. No ale… Skoro kadrę mamy tak silną to skąd ta wszechobecna panika przed każdym losowaniem i trzymanie kciuków za jak najsłabszą grupę? Narodowa modlitwa o słabą grupę? Jak jesteśmy kozacy to dawać nam innych kozaków żebyśmy mogli sprawdzić swoją wartość bojową. Powtórzę jeszcze raz. Nie było szans na wylosowanie jakiejś mega mocnej grupy. Mogli nam dokooptować co najwyżej jeszcze jedną reprę z Europy a z większością najlepszych nie mogliśmy się spiknąć z racji rozstawienia w pierwszym koszyku. Mogliśmy wylosować grupę wymagającą. I taką właśnie dostaliśmy. Trzy drużyny z którymi będziemy mieli piekielnie ciężką przeprawę. Trzy drużyny, które były jednymi z silniejszych opcji w swoich koszykach. Ale też trzy drużyny, które spokojnie jesteśmy w stanie pokonać. Jedno jest pewne. Będzie dużo emocji. A chyba o to chodzi? Stawka w grupie H jest niezwykle wyrównana. Każdy może wygrać z każdym. I dlatego będzie to dla podopiecznych Nawałki  „grupa prawdy”. Papierek lakmusowy. Takie pokerowe „sprawdzam” w kontekście tego, czy faktycznie jesteśmy kozacy. Czy faktycznie mamy silną ekipę. Jeśli tak to sobie z tymi rywalami poradzimy i awansujemy dalej. Jeśli nie to znaczy że i tak nie mieliśmy dalej czego szukać. I nie było sensu mydlić sobie oczu zwycięstwami ze słabszymi rywalami.  Na sam początek dostajemy trzy mecze testowe, które odpowiedzą na pytanie czy przyjechaliśmy do Rosji na wycieczkę czy pograć o dobry wynik. Kolumbia, Senegal i Japonia są idealnymi egzaminatorami.

Zaraz po losowaniu rozpoczął się podział kibiców na dwie frakcje. Tych, którzy twierdzą, że losowanie nam sprzyjało i trafiliśmy na ogórów, których musimy absolutnie oklepać oraz takich, którzy już wieszczą kontynuację mundialowej tradycji XXI wieku pod tytułem: „Mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor”. No tak. Lubimy popadać w skrajności.  Albo coś jest białe, albo czarne. Jak nie jesteś z nami to jesteś przeciwko nam. Widać to szczególnie jeśli chodzi o polską politykę. Ale generalnie nie lubimy spoglądać na coś pod innym kątem. Każdy kija ma dwa końce. Nie ma niczego pośrodku. A to całkiem głupie myślenie. Bo ta grupa ani nie jest nie do wygrania ani tymbardziej nie jest słaba. Słaba może być dla laików, którym nic nie mówią nazwiska takie jak: Rodriguez, Falcao, Mane czy Kagawa. Którzy z Kolumbii znają tylko Escobara bo się naoglądali „Narcos”, z Japonii Tsubasę. A Senegal? „Tam pewnie dzikusy kopią piłkę z gliny pomiędzy małpami a za bramki robią dwie palmy”.  I potem TVNy i inne media nadmuchają balon. Janusze wymalują twarze, kupią wuwuzele bo przecież Wellman z Prokopem mówili że będziemy walczyć o medal. Ogródki piwne się zapełnią a gdzieś w dalekiej Moskwie Sadio Mane wkręci Rybusa albo Jędrzejczyka w murawę tak, że będzie go trzeba po meczu z niej odkopać. To całkiem realne patrząc jak spisuje się skrzydłowy Liverpool’u w Premier League a jak „Jędza” i „Rybka” w swoich zespołach. Na dodatek „Lewy” nie trafi z formą i klops. Przecież cała Polska widziała jak spisywaliśmy się w ostatnich meczach kadry w tym roku bez naszego kapitana. Wprawdzie ja bym znaczenie tych towarzyskich spotkań z Urugwajem i Meksykiem bagatelizował bo to był tylko poligon doświadczalny mający pomóc w pracy Nawałce no ale wielu kibiców już zaczęło płakać, że „bez Lewandowskiego nie istniejemy”. Przeciętny kibic reprezentacji ma coś ze schizofrenika. Lubi popadać ze skrajności w skrajność. Albo jesteśmy najlepsi, albo do niczego. Zresztą, jak mówi stare, piłkarskie porzekadło: „Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”. Tak więc pewnie do samego turnieju będziemy słyszeć z jednej strony o tym, że jedziemy spotkać się z Brazylią w finale a z drugiej o tym jaki to oklep dostaniemy w Rosji. Będzie można zwariować. A nastroje im bliżej czerwca tym bardziej będą się podkręcać. No ale taki urok czasu oczekiwania na wielkie imprezy.

A jak faktycznie skończy się nasz wypad na wschód? Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Wszystko się może zdarzyć.

https://www.youtube.com/watch?v=0bVZ8lPfW1c

No tak…

No ale tego się przewidzieć nie da! Mamy cztery zespoły o bardzo wyrównanych potencjałach. I cztery odmienne style gry.

Bajeczni technicznie ale krnąbrni „Los Cafeteros” mogący bić się o najwyższe cele. Posiadający w drużynie takich asów jak król strzelców poprzedniego Mundialu  James Rodriguez, Radamel Falcao czy Juan Cuadrado. Siła ofensywna, której obawiać może się każda obrona świata. Z drugiej strony w eliminacjach zajęli czwarte miejsce w swojej grupie. Dwukrotnie zebrali oklep od męczących się strasznie w tej kampanii Argentyńczyków (0:1 i 0:3), punkty urywała im chociażby Wenezuela czy dwukrotnie Chile, które przepadło w rozgrywkach eliminacyjnych.

Senegal mający w swoim składzie graczy wychowanych według francuskiej myśli szkoleniowej, którzy urodzili się w kraju Napoleona.  Nie będzie to z pewnością radosny futbol rodem z Pucharu Narodów Afryki. To znaczy radosny to może on będzie ale w tyłach będzie panowała solidność a nie popisy hobby-playerów. Sabaly  – Bordeaux (16 gier w tym sezonie Ligue 1), Kara – Anderlecht  (12 gier w Jupiler League, 5 w Lidze Mistrzów), Koulibaly – Napoli (16 występów w Serie A i 5 w Lidze Mistrzów) oraz Wague, gracz Watford. On akurat zagrał w Premier League tylko raz. Poza tym ? Sakho i Kouyate z West Ham United. M’baye Niang wypożyczony z Milanu do Torino. A takich postaci jak wspomniany już Sadio Mane czy Moussa Sow chyba kibicom futbolu przedstawiać nie trzeba. Swoją drogą to ten drugi nawet nie łapie się ostatnio do składu „Lwów Terangi”.   Swoją grupę eliminacyjną przeszli bez porażki. I to co by nie mówić o ich rywalach (byli nimi RPA, Republika Zielonego Przylądka oraz Burkina Faso). Z drugiej strony afrykańskie reprezentacje od zawsze kojarzą mi się na wielkich turniejach z tym, że w końcu popadają w kłótnie o pieniądze i przepadają targani kryzysem i wewnętrznymi sporami. Cztery lata temu tak właśnie skończyły wszystkie cztery drużyny z Afryki. No ale nie ma sensu liczyć na to, że znowu tak będzie. Szykujmy się raczej na piekielnie ciężki bój w meczu otwarcia.

Japonia. Tutaj pewni możemy być jednego. W jakiejkolwiek formie przyjadą do Rosji Azjaci, tak wiadomym jest, że będą jeździć na tyłkach przez całe 90 minut. Na pewno nie zabraknie przygotowania motorycznego na najwyższym poziomie, szybkości i walki do upadłego. To wręcz znak rozpoznawczy takich drużyn jak Korea i Japonia. Gdyby tego im zabrakło w meczu to chyba uznaliby to za hańbę i popełnili harakiri… albo seppuku… nie wiem czym to się różni …. I nie, nie sprawdzę w Wikipedii :P. Wracając do ekipy z „Kraju kwitnącej wiśni”. Liderzy? Shinji Kagawa z Borussii Dortmund, jego doświadczony imiennik Okazaki z Leicester (6 bramek w Premier League w tym sezonie) czy obrońca Interu Mediolan Yuto Nagatomo, który dla „Azzuro-Nerich” zagrał już w 170 spotkaniach ligowych.  Co by nie mówić… ekipa solidna jak stary Ślązak.

No i na końcu my. A jaki koń jest? Każdy widzi ;). Atut pierwszy – Lewandowski. Atut drugi? Yyyy… Nie no. Coś tam jeszcze potrafimy. Jakby to powiedział Jurek Engel, szybkie kontry będące wizytówką naszej kadry od jego czasów ;). Poza „Lewym” też w końcu jest jeszcze kilku graczy, których można bez wstydu zaprezentować światu. Glik, Piszczek czy Grosicki. Wierzę że w formie będą Kuba i Krychowiak. No i wierzę, że na 100% odpali w końcu Zieliński bo w Serie A poczyna sobie coraz śmielej. Nie wiadomo co będzie do tego czasu z Arkiem Milikiem. Czy zdoła się wykurować i w jakiej będzie dyspozycji. Szkoda ostatniej kontuzji Makuszewskiego, bo zapowiadał się na gracza, który będzie stanowił realną siłę, która może wspomóc drużynę z ławki. A takich graczy jest w naszej kadrze jak na lekarstwo. Miejmy nadzieję że do czerwca ktoś jeszcze wyskoczy. Kownacki? Może Świerczok, jeśli utrzyma taką dyspozycję jak jesienią. Chociaż co do niego to podchodzą bardzo sceptycznie. Ma zadatki na to by dopadł go syndrom Teodorczyka.

Ok. Kadrowo cała stawka wygląda naprawdę wyrównanie. Style gry różne. Techniczne z Kolumbii oraz Senegalu. Szybkościowe i ambicjonalne z Japonii. U nas? Europa, Europa. Myślę że będziemy najlepiej wyglądali pod względem przygotowania siły fizycznej. Takich Japończyków trzeba będzie poustawiać do pionu kilkoma ostrzejszymi wejściami.  No i pytanie. Zagramy w obronie tak jak na Euro 2016 czy tak jak w eliminacjach do Mundialu? Oby to pierwsze. Ze zdobywaniem bramek za Nawałki większych problemów nigdy nie było. I umówmy się. To były trzy lata (liczę od 2:0 na Narodowym z Niemcami) naprawdę solidnej gry. Poza wrześniowym blamażem z Duńczykami praktycznie nie zdarzył nam się mecz w którym odstawalibyśmy od rywali w jakiś wyraźny sposób. Odczarowaliśmy klątwę Euro, czas odczarować Mundiale w XXI wieku. Złammy kolejną barierę. Przebijmy szklany sufit. I na miłość boską przestańmy być minimalistami i marzyć o słabych grupach. Chcemy coś znaczyć w futbolu? To trzeba ogrywać kogoś więcej niż Panamę i Arabię Saudyjską! Na początek może być Senegal, Kolumbia i Japonia. To będzie nasza grupa prawdy !

Listopadowe ujadanie psów.

Marsz Niepodległości. Wydarzenie, które co najmniej od 2010 roku wywołuje za każdym kolejnym razem kontrowersje wśród polskiego społeczeństwa. Raz mniejsze, raz większe. Ale od siedmiu lat co roku w listopadzie jest głośno o maszerujących ulicami Warszawy patriotach (a dla innych faszystów).

Dlaczego od 2010 roku? Bo wówczas w mediach głośno stało się o tym wydarzeniu, kiedy to organizowany przez środowiska narodowe Marsz Niepodległości próbowali zablokować ludzie usytuowani skrajnie po lewej stronie szali ideologicznej. Liderem tej grupy był obecny prezydent Słupska – Robert Biedroń. Pod przywództwem pierwszego geja kraju, grupa ta zetrzeć się miała z policją. Policjanci utrzymywali, że to lewacy zaatakowali ich, zaś Biedroń z kołnierzem ortopedycznym na szyi biegał po studiach telewizyjnych i opowiadał jak to został bestialsko spacyfikowany przez funkcjonariuszy w czasie swojej „antyfaszystowskiej” krucjaty.

W sumie mało to kogo wówczas obeszło i cała sytuacja szybko rozeszła się po kościach. Teraz by pewnie było inaczej (Biedroń nie był jeszcze wówczas tak uwielbiany przez pewne kręgi). Wydaje mi się jednak, że cała sytuacja przyczyniła się do promocji Marszu Niepodległości wśród ludzi o konserwatywnych przekonaniach. Od tamtego momentu co roku idea ta gromadziła coraz większą ilość ludzi. Każdy kolejny rok przynosił również coraz większe kontrowersje wokół daty 11 listopada.  Tak było przynajmniej do 2014 roku. Od kiedy to rok później władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość tak i temperatura na samych Marszach w jakiś cudowny sposób opadła. A przynajmniej pod tym względem, że nie notujemy już od tamtej chwili większych incydentów w czasie tego zgromadzenia. Policjanci nie biją już Bogu ducha winnych uczestników jak w 2011 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=7G3cN6Bdn_8

Policja nie blokuje z niewiadomych przyczyn startu marszu przez co atmosfera gęstniała i musieli ją rozładowywać choćby Marian Kowalski czy śp. poseł Artur Górski, bo inaczej mogło się skończyć tragedią. A tak było w 2012 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=h71NBPwRZ-4

https://www.youtube.com/watch?v=oRUV9KZuSlY

Nie płoną też budki strażnicze pod ambasadą rosyjską. Pewnie dlatego że szefem MSW nie jest już Bartłomiej Sienkiewicz i nie ma kto zlecać takich prowokacji (słynne taśmy z restauracji „Sowa i przyjaciele”.) czy też pośród normalnych uczestników nie biegają zamaskowani policjanci podburzający tłum.

https://www.youtube.com/watch?v=8G0SOYWeRQc&t=385s

Jakoś też mniej kretynów wśród samych manifestantów. Nikt nie dąży do konfrontacji z policją jak w roku 2014, przy okazji atakując Straż Marszu Niepodległości. Nikt nie pali samochodów transmisyjnych pewnej telewizji z ulicy Wiertniczej. Być może powodem tego jest coraz lepsza organizacja samego przedsięwzięcia. Powołanie wspomnianej wyżej Straży Marszu Niepodległości, która jest regularnie szkoloną formacją i odpowiedzialna jest za trzymanie uczestników w ryzach. Większa jest też świadomość protestujących, którzy wiedzą, że każdy incydent stanowić będzie wodę na młyn dla nieprzychylnie do nich nastawionych mediów i może rozrosnąć się do niebotycznych rozmiarów, rozdmuchana przez medialną maszynę (tak jak ma to miejsce w tym roku). Po trzecie, niech każdy sam w duchu odpowie sobie na pytanie: Na ile znaczenie miała zmiana władzy, która jednak zupełnie inaczej zapatruje się teraz na ideę Marszu Niepodległości i przynajmniej nie przeszkadza w organizacji tego wydarzenia? Jak bardzo kłody pod nogi organizatorom rzucali poprzedni rządzący? Dlaczego trzeci raz z rzędu obyło się bez awantur i policyjnych prowokacji? Te pytania pozostawiam bez odpowiedzi. Niech każdy pomyśli nad nimi sam.

Spokojna atmosfera tegorocznego Marszu Niepodległości nie przeszkodziła jednak w tym, by media przez cały listopad utyskiwały praktycznie codziennie nad tym wydarzeniem. Rzecz kompletnie dla mnie nie zrozumiała. Co ciekawe do ataku na tą świąteczną manifestację bardzo ochoczo przyłączają się w tym roku zagraniczne media. Moje pytanie brzmi, dlaczego akurat teraz? Czym różnił się ten marsz od tych z 2015 i 2016 roku? Kontrowersyjne transparenty można było znaleźć 11 listopada na ulicach Warszawy od samego początku istnienia MN. Ba. Mam wrażenie, że takiego skowytu zarówno rodzimych ale przede wszystkim  zagranicznych dziennikarzy nie słyszało się nawet w czasach, kiedy w „Dzień Niepodległości” stolica  przypominała pole bitwy. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, już kiedyś o tym pisałem, ale wierzę w istnienie grupy, która steruje pewnymi rzeczami z tylnego fotela. Być może właśnie w tym roku dziennikarze dostali jakiś odgórny przykaz aby przeprowadzić zmasowany atak i zdyskredytować dziesiątki tysięcy Polaków, maszerujących z dziećmi ulicami stołecznego miasta? Stąd te epitety? „Faszyści”, „naziści”? Transparenty w stylu „White Europe” itp. stanowiły jakiś nieznaczny promil w tłumie przechodniów z biało-czerwonymi flagami narodowymi. Tymczasem zagraniczne pismaki bezczelnie opluwają wszystkich uczestników Marszu Niepodległości. Oceny ogromnie niesprawiedliwe, ale rozumiem, że są oni zmuszeni do takiego pisania. Są na wojnie. Wojnie o swoją wymarzoną, liberalną, tęczową Europę. Zwykli propagandyści. A być może ich umysły są już tak wyprane politycznie poprawną ideologią, że każdy przejaw patriotyzmu stanowi dla nich zalążek „faszyzmu”? Wszak wiadomo, że państwa spójne narodowo są przeżytkiem i zakrawają o rasizm. Jak inaczej to odbierać? Dlaczego pojedyncze występki są podczepiane pod całość? Dlaczego jest stosowana odpowiedzialność zbiorowa? Albo ci dziennikarze mają w sobie bardzo dużo złej woli i obiektywizm jest im obcy albo mają po prostu bardzo słaby warsztat. Ewentualnie jedno i drugie. Moja ocena jest prosta. Tak jak wspomniałem. Jesteśmy na wojnie. Na razie tylko wojnie na słowa.

Przed startem Marszu Niepodległości odbyła się też inna manifestacja. Ich organizatorami były środowiska lewicowe (w dużej mierze skrajnie). Więc wśród feministek, zwolenników ruchów LGBT, ludzi z czerwonymi sztandarami (mi się one kojarzą jakoś jednoznacznie) znaleźliśmy również chociażby członków antify. Skrajnie lewicowej bojówki, której amerykańska odnoga była w ostatnim czasie oskarżona o współpracę z Państwem Islamskim. Owi, ubrani na czarno panowie paradowali na marszu z zakrytymi twarzami, ochoczo pokazując środkowy palec do telewizyjnych kamer. Ślepi na takie zachowanie dziennikarze TVNu opowiadali w tym czasie na wizji o marszu tolerancji, przyjaźni i generalnie rozpływali się nad owym wydarzeniem, które widzieliśmy na ekranach naszych odbiorników telewizyjnych. Przezabawna sytuacja.

Oczywiście. Również sam Marsz Niepodległości wymaga jeszcze kilku poprawek i wyeliminowania niektórych zachowań. Rasistowskie transparenty, które incydentalnie zdarzały się wśród protestujących absolutnie nie powinny mieć miejsca. Brak akceptacji na rozlokowanie grup uchodźców przez Unię Europejską, która przez pewien czas na siłę chciała nam wcisnąć nieproszonych gości nie powinien wiązać się z rasizmem. Nikt nie powinien być wykluczany ze społeczeństwa z powodu narodowości czy koloru skóry. Kompletnie nie o to chodzi. Chodzi o to, że przyjęcie większej ilości uchodźców wiąże się z możliwością przyjęcia pod swój dach potencjalnych terrorystów z Państwa Islamskiego. Nie możemy akceptować takiego stanu rzeczy, że przez granicę przepływają kompletnie niekontrolowane tłumy imigrantów. Kompletnie nie wiemy kto wjeżdża na nasze terytorium. Nie chcemy by sytuacja zaczęła przypominać tą z ulic Francji czy Wielkiej Brytanii. Nie chcemy się przyzwyczajać do zamachów i zacząć je traktować jako nieodzowny element naszego życia. A mam wrażenie, że w wielu zachodnich państwach tak się nie długo stanie. Bo tak ludziom wmawiają politycy.

-Musicie przyjmować ludzi uciekających przed wojną i zaakceptować to, że niektórzy z nich będą się wysadzać w powietrze lub rozjeżdżać was ciężarówkami.

Brakuje nam tylko takiego cytatu z ust polityków.

Uważam, że każdy ma swoje miejsce na ziemi. Każdy ma swoje państwo, narodowość o które powinien dbać. To też jest naszym obowiązkiem jako ludzi. Dbamy o siebie, o swoje rodziny i o otaczającą nas rzeczywistość. Chcecie to nazwijcie mnie rasistą ale mieszanie różnych kultur, narodowości to proces, który bardzo często kończy się tragicznie. Dlatego każdy dostał swoje miejsce na świecie, gdzie może wspólnie z pobratymcami starać się zbudować lepszą przyszłość. Dlatego uważam, że dopóki nie będzie na manifestacjach transparentów nawołujących do nienawiści czy zabijania, to każdy ma prawo głosić co chce. A chęć zachowania przez państwo spójności etnicznej nie jest niczym złym. Szczególnie gdy widzimy, że tak bardzo różniące się od nas kultury z Bliskiego Wschodu czy Północnej Afryki w wielu przypadkach kompletnie nie mają pojęcia o zasadach gościnności i nie mają w sobie za grosz chęci dostosowania się do zasad panujących w kraju, który wyciągnął do nich pomocną dłoń. Dlaczego we Francji czy Belgii powstaje tak wiele gett tworzonych przez imigrantów spoza Europy? Jak chociażby słynna dzielnica Molenbeek w Brukseli. Co by nie mówić o Ukraińcach, którzy masowo napływają do Polski, oni jakoś potrafią dostosować się do naszych zasad.

Podsumowując. Kompletnie nie zgadzam się z opinią krążącą w mediach głównego nurtu na temat tegorocznego Marszu Niepodległości. Jest to dla mnie atak kompletnie nie zrozumiały. Jest to szukanie na siłę punktu zaczepnego. Istna wojna ideologiczna. Po prostu wartości jakie wyznają manifestanci z ulic stolicy kompletnie nie przystają do tego, jak nowoczesne, modernistyczne społeczeństwo wyobrażają sobie europejscy rządzący.  Politycy spod znaku niebieskiej flagi z gwiazdkami chcą na siłę stworzyć swoje utopijne państwo. Nie każdy jednak zgadza się z ich wizją. A kto się z nią nie zgadza zostanie zbesztany, opluty i wdeptany w ziemię. Bo unijni politycy hołdują takim wartościom jak „wolność” i „demokracja” ale pod warunkiem, że wszystko odbywa się na ich zasadach. Nie słyszałem wielkich utyskiwań brukselskiej władzy oraz ich armii z mikrofonami i kamerami gdy marokańscy kibice demolowali stolicę Belgii po awansie ich reprezentacji na Mundial. Milczeniem zostały zbyte wydarzenia z Katalonii, gdy hiszpańska policja pacyfikowała tamtejszą ludność w dzień referendum. W końcu jakoś nie słyszałem, żeby w czasie zamieszek podczas szczytu G-20, kiedy to ulice Hamburga przypominały pole bitewne a w starciach z lewackimi bojówkami rany odniosło wielu policjantów podniosło się jakieś wielkie larum na arenie międzynarodowej. Dlaczego? Ciężej doczepić się do Hiszpanii niż do Polski? Nie wolno krytykować imigrantów z Maroka? Może manifestanci z Hamburga niszczyli witryny sklepowe i samochody w dobrej wierze (Wątpliwej maści autorytety, pokroju Hołdysa tak właśnie twierdzą)?   W każdym z tych miejsc prawo było łamane w sposób o wiele bardziej rażący aniżeli 11 listopada w Warszawie ! Może dla zachodniej opinii publicznej istnieją po prostu równi i równiejsi? Można łamać prawo w zależności od tego jakie się wyznaje wartości? W zależności od tego gdzie się mieszka? Niestety ale tak to właśnie wygląda. Oczywiście! Sam Marsz Niepodległości i jego uczestnicy nie byli w 100%, krystalicznie czyści. Ciężko żeby tak było gdy manifestuje 60000 osób. Wiele transparentów pojawiło się niepotrzebnie. Treści rasistowskie absolutnie nie powinny się pojawiać. Irytują szczurki w kominiarkach, które biegają jak poparzeni w jedną i drugą stronę oraz napinają się do kamer w momencie gdy Marsz przechodzi spokojnie. Nie są to jednak takie uchybienia aby Marsz Niepodległości miał stawać się tematem codziennych debat telewizyjnych i głównym tematem zagranicznych portali informacyjnych. Na pewno nie przedstawiany w takim świetle! Nazwanie wszystkich uczestników tego wydarzenia „faszystami” czy „nazistami” to albo zwyczajna ignorancja albo po prostu zwykłe skurwysyństwo. Zresztą podejrzewam, że niewielu uczestników pochodu przejęło się tymi słowami.

 

Niejaki Winston Churchill powiedział: „The fascists of the future will be called anti-fascists”, czyli „W przyszłości faszyści zostaną nazwani antyfaszystami”. Oriana Fallaci powiedziała: „Są dwa rodzaje faszystów- faszyści i antyfaszyści”. No właśnie. Warto się zastanowić nad tymi słowami w kontekście ostatnich wydarzeń. Cóż znaczą te słowa w ustach tych ludzi? Konserwatyzm, patriotyzm, troskę o własny naród i dumę z pochodzenia. Coś w tym złego? Absolutnie nie! Niech psy sobie ujadają a karawana niech jedzie dalej.

marsz1

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑