Pożegnanie Artura Boruca, czyli ostatni balet króla

            Niespełna dwa lata temu Artur Boruc zdecydował się na ostatni balet w polskiej ekstraklasie. Jego powrót do Legii na koniec kariery to taniec pełen wzlotów i upadków, podobnie jak cała jego piłkarska kariera. Środowy wieczór i mecz Legii z Celtikiem będzie jego już ostatnim występem między słupkami w karierze.

Status legendy Legii Warszawa to zbyt mocne miano jeśli chodzi o Boruca, bo jego liczby w klubie nie powalają, co sam również przyznaje. Ale jego osobowość, styl i przede wszystkim niesamowite parady, których w karierze miał tak wiele sprawiają, że Boruc w sercu każdego kibica wywołuje to co w futbolu najważniejsze. Emocje. A jego kariera to niekończący się zbiór takich chwil.

Bohater w smutnych czasach

Podczas towarzyskiego meczu Polska – Urugwaj w listopadzie 2017 roku Boruc pożegnał się z kadrą, był to jego 65 występ w narodowych barwach. Żaden polski bramkarz nie zagrał w niej więcej razy. Debiutował w bezbramkowym meczu z Irlandią w kwietniu 2004 roku, zmieniając Jerzego Dudka. Mecz bez historii, bez emocji, które przecież towarzyszyły mu zawsze w reprezentacji. Te pozytywne, ale też i negatywne. Zacznijmy od tych pozytywnych.

Mundial w 2006 roku był jego pierwszym wielki turniejem w karierze, podczas którego wyrósł na bohatera naszej kadry. Szczególnie mecz z Niemcami, kiedy do 90 minuty w pojedynkę zatrzymywał gospodarzy turnieju. Skapitulował dopiero w doliczonym czasie gry, a świat obiegło jego  zdjęcie z twarzą ukrytą w koszulce. Podobnie dwa lata później na Euro, gdzie znów w nieprawdopodobny sposób ratował nas przed porażką z gospodarzem turnieju, czy w meczu z Niemcami i Chorwacją. Tamten turniej to bez wątpienia najlepszy okres Artura Boruca w reprezentacji. Bronił wszystko, co było możliwe. Jak fantastyczny był to występ, świadczy fakt, że niemiecki magazyn Kicker nominował go do drużyny tamtych mistrzostw, mimo że reprezentacja Polski odpadła już po fazie grupowej. Komentujący tamte spotkania Roman Kołtoń, podsumował dyspozycje Polaka tak: „Było Wembley, jest Wiedeń”. Boruc był bohaterem w mrocznych czasach reprezentacji Polski. Jedynym, który nie zawodził na wielkich imprezach.

Ale jego historia z reprezentacją to też czas słabszej formy i czas skandali. Eliminacje mistrzostw świata 2010 już zawsze będą się nam kojarzyć z błędami Boruca w meczach ze Słowacją i Irlandią Północną. Szczególnie mecz w Belfaście, gdzie na wrogim terenie puścił najbardziej kuriozalnego gola w reprezentacji, gdy nie trafił w piłkę podawaną przez Żewłakowa.

„Miałem kłopoty w życiu prywatnym, a na dodatek puściłem szmatę na stadionie wypełnionym kibicami Rangers. Od samego początku na mnie gwizdali, wyzywali, ale sądziłem, że mam mocny łeb. A zabolało niesamowicie.”

W reprezentacji Boruc był jednym z liderów. W szatni przed meczem potrafił krzyknąć w taki sposób, że mobilizacja zespołu sięgała zenitu. Liderem na zgrupowaniach kadry również był poza boiskiem. Najpierw przydarzyła się afera we Lwowie, gdzie Leo Beenhakker zawiesił go razem z Dariuszem Dudką i Radosławem Majewskim za zachowanie po meczu z Ukrainą. Później Holendra zastąpił Franciszek Smuda i znowu Boruc wypadł z kadry, tym razem na dłuższy czas. Wszystko, co złe wtedy wydarzyło się podczas powrotu z meczu w USA, gdy Boruc razem z Michałem Żewłakowem delektowali się winem podawanym w samolocie. W efekcie Boruca zabrakło na Euro 2012 rozgrywanym w naszym kraju. Sam Artur tamte wydarzenia wspomina tak: „W trakcie powrotu ze zgrupowania w Ameryce Północnej byłem na pokładzie samolotu prywatną osobą. To była afera wydmuszka”. Później jeszcze z ust Artura padło jedno z najsłynniejszych określeń w historii polskiego futbolu, gdy nazwał Smudę -„Dyzmą”.

The Holy Goalie

Dzisiejszy wieczór dla Boruca będzie wyjątkowy. W końcu do Warszawy przyjeżdża jego drugi klub najbliższy sercu. Do Celticu trafił latem 2005 roku, początkowo jako bramkarz numer dwa. Wtedy to przyszła mu z pomocą Artmedia Bratysława, z którą Celtic przegrał w kwalifikacjach Ligi Mistrzów aż 0:5. Po tym meczu Boruc skomentował swoją pozycję w zespole następująco: „Może i dobrze, że nie wyszedłem w pierwszym meczu z Artmedią. Nie dawałem sobie konkretnego czasu na to, kiedy wejdę do bramki. Jasne, że chciałbym jak najszybciej”. I było to szybciej, niż myślał, bo w rewanżu Strachan wstawił do bramki już Boruca. Celtic wygrał 4:0, a Polak zagrał w tym meczu na tyle dobrze, że od razu stał się podstawowym bramkarzem „The Boys”. Przez pięć lat pobytu w Glasgow wyrobił sobie taką markę, że w 2008 roku magazyn „FourFourTwo” sklasyfikował Polaka na trzecim miejscu najlepszych bramkarzy globu. Ówczesny trener Celticu komplementował go tak:

„Posiada zdolność wygrywania meczów, mocno czuć jego obecność w bramce. Kiedy gra na maksimum swoich możliwości, myślisz: Jak pokonać tego gościa? Jest niezwykle utalentowany, świetnie czuje się podczas najbardziej istotnych meczów. Nic go nie rozprasza i mu nie przeszkadza”.

Bez wątpienia do takich wyróżnień przyczyniły się niezapomniane noce w championsleague. Jak choćby ten z Manchesterem United, gdy w 90 minucie efektownie obronił rzut karny Louisa Saha, czy niezapomniany dwumecz z AC Milanem.

Ale gdy dziś w stolicy Warszawy zapytasz fanów Celticu o mecze, z którymi najbardziej kojarzą Artura Boruca, to usłyszysz tylko o tych z Rangersami. Pojedynki Boruca z „The Gers” rozpoczęły się dość niewinnie. Od znaku krzyża, który wykonał przed pierwszym występem w Old Firm Derby. Na każdym innym stadionie świata byłoby to niezauważone, ale nie na Ibrox… Od tego momentu ten stadion, pełen protestanckich kibiców miał już tylko jednego wroga. A Boruc był wręcz uzależniony od prowokowania ich. Potrafił wymachiwać flagą Ceticu przed sektorem z kibicami protestanckiej części Glasgow, czy biegać po murawie Ibrox w koszulce z podobizną Jana Pawła II i napisem „Boże błogosław papieża”. Jego zachowanie zapewniło mu uwielbienie wśród kibiców Celticu, którzy zapewne i tego wieczoru znów zaśpiewają na trybunach „Artur Boruc the Holy Goalie”. Bo dla nich już zawsze będzie świętym bramkarzem.

Król żylety

Na trybunach Legii jest bohaterem. Dwa lata po transferze do Celticu potrafił pojechać razem z warszawskimi kibicami na mecz wyjazdowy Legii do Płocka, wspiąć się na płot i przez dłuższą chwilę prowadzić doping. Podobnie było w 2019 roku, gdy Legia grała w eliminacjach Ligi Europy z Rangersami, to nie zważał na konsekwencje ze strony klubu z Bournemouth  i wspierał Warszawiaków z sektora gości na Ibrox.

W 2020 roku po 15 latach wrócił do Legii, by zdobyć z nią mistrzostwo Polski i awansować do Ligi Europy. Wprawdzie ostatni jego sezon do udanych nie należał, ale dziś mało kto będzie pamiętał o tych gorszych chwilach. Dziś liczą się tylko te piękne momenty z jego kariery, a tych przecież było tak wiele. Ten wieczór to ostatni już balet Artura Boruca w karierze. Dodatkowo z ludźmi, dla których już zawsze będzie Królem i którzy zrobią wszystko, by tego wieczoru jego sen trwał. Piękny sen o Warszawie…

Marcin Gala

fot. commons.wikimedia.org

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: