Od wywózki śmieci do mistrzostwa Francji – Louis Nicollin i jego droga do nieśmiertelności

Jest nijaki, chłodny wieczór na południu Francji. Montpellier rozgrywa ligowe starcie z Nantes, podczas gdy na stadionie zaczyna wyróżniać się siwy, korpulentny mężczyzna. Pomimo tego, że nie jest ubrany w klubowy dres, zajmuje miejsce tuż obok sztabu szkoleniowego. Rzuca wskazówki, skanduje przyśpiewki i krzyczy na piłkarzy po każdym nieudanym zagraniu. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie on tutaj rządzi. Mija pierwsze pół godziny. Tajemniczy facet okrywa się skórzanym kocem, ale wciąż odczuwa „uroki” jesiennej pluchy. Nie przeszkadza mu to jednak w prowadzeniu najgłośniejszego dopingu na stadionie. „Cały Loulou” – przytakują sobie nawzajem kibice z pierwszego rzędu. Mają rację, równolegle ze spotkaniem swoje show odgrywa właśnie najważniejsza osoba w klubie – Louis Nicollin.

Ten przydługi wstęp miał pokazać wam, jaką atmosferę tworzył wokół siebie legendarny „Loulou”. Końcówka czerwca wraz z początkiem lipca od lat kojarzy mi się właśnie z tym sympatycznym dżentelmenem. Ekstrawagancki biznesmen, kolekcjoner piłkarskich trykotów, a przede wszystkim wieloletni właściciel klubu piłkarskiego. Poznajcie dziedzictwo francuskiego „Króla śmieciarzy”.

Od pucybuta do milionera

Louis Nicollin urodził się 29 czerwca 1943 roku w Valence. To klimatyczna miejscowość, nazywana często „Bramą do południa Francji”. Region ten jest również znany z bardzo dobrych warunków do rozwoju turystyki i hotelarstwa. Jednym słowem, biznes się kręci. Rodzina przedsiębiorcy od lat szukała jednak sposobu na zarobek w innym sektorze, a mianowicie – utylizacji odpadów. Trafili na niszę, która wymagała zagospodarowania i już wkrótce przerodziła się w prawdziwą żyłę złota. Każde miasto musi przecież dbać o względną czystość. Ojciec Louisa (który pierwszy wyszedł z pomysłem na otwarcie działalności) nie narzekał więc na brak zleceń. Był rok 1945, a familia Nicollinów rozpoczynała budowę swojego biznesowego imperium. 

Gdy głowa rodziny – Marcel Nicollin rozpoczynał działalność gospodarczą, mały „Loulou” miał zaledwie dwa lata. Dość szybko podłapał jednak, o co chodzi w tym fachu. Już jako nastolatek pracował przy wywózce śmieci, poznając przy okazji działanie firmy od środka. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jest to jego nadzieja na lepsze jutro.

W roku 1967 grupa rozszerzyła swoją działalność także o Montpellier. Ambitny Louis osiedlił się wówczas w mieście z Oksytanii, aby zarządzać działalnością spółki w tym okręgu. Gdy po kilku latach przejął firmę w spadku, był na to spokojnie przygotowany. Zawsze lubił pieniądze, a teraz nauczył się nimi skutecznie obracać. Był w tym naprawdę dobry.

Akcje firmy na giełdzie wciąż rosły, a nasz bohater już wkrótce zakręcił się koło corocznego zestawienia setki najbogatszych Francuzów. Założył również rodzinę i wiódł spokojne, luksusowe życie. Nie był to jednak scenariusz pasujący do człowieka o takim temperamencie. Za dnia dokuczała mu monotonia, w nocy zaś – marzenia o powtórzeniu sukcesu ojca. Chciał tak jak on zbudować imperium od zera. W rodzinie Nicollinów ambicja jest cechą dziedziczną.

Ostatecznie „Loulou” postawił na futbol. Uprawianie sportu uniemożliwiała mu otyłość, jednak pasja do gry nigdy w nim nie zgasła. Został więc prezesem lokalnego zespołu Montpellier Herault Sport Club. To miało być jego nowe powołanie.

Właściciele klubów piłkarskich często powtarzają, że stały zarobek jest w tym biznesie praktycznie niemożliwy. Zazwyczaj rozchodzi się więc o emocje. To coś w stylu ekskluzywnego narkotyku. Identycznie było w przypadku Nicollina. Późniejsze lata pokazały, że adrenalina związana z prowadzeniem drużyny była dla niego słodsza niż cukier, którego tak często nadużywał. Przy takim zapale był wręcz skazany na sukces.

Niebiesko-pomarańczowy baron

Gdy Louis Nicollin został właścicielem Montpellier w 1974 roku, klub miał niewiele wspólnego z profesjonalizmem. Drużyna z południa Francji rywalizowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym, a na ławce rezerwowych notorycznie brakowało odpowiedniej liczby zawodników. Początkowo do zespołu załapało się nawet kilku pracowników jego własnej firmy sprzątającej.

Znany nam dobrze cykl: praca – trening – mecz w weekend również trzeba było jak najszybciej zmienić. Najlepsi gracze otrzymali więc podwyżki, a reszta mogła spokojnie wrócić do pracy w „Nicollin Group”. Gdy drużyna osiągnęła wysoki, krajowy poziom, biznesmen żartował jednak, że jego piłkarze zarabiają zdecydowanie za dużo:

Kosztują mnie więcej niż wszystkie kochanki, a i tak nie sprawiają mi przyjemności. Taki jest już mój los

Jak można się domyśleć, jest to mocno ugrzecznione tłumaczenie. 

Co do konkretów, droga do Ligue 1 zajęła mu 13 lat. Końcówka lat osiemdziesiątych okazała się jednak najlepszym możliwym momentem, aby wejść na wyższy poziom. Wystarczyły zaledwie trzy sezony w elicie, aby klub zdążył wygrać Puchar Francji, zatrudnić ponad 110-krotnego reprezentanta Kolumbii, Carlosa Valderramę oraz wypożyczyć niesfornego Erica Cantonę, który w Marsylii sprawiał problemy wychowawcze.

Po latach “król Eryk” wciąż chętnie wraca myślami do sezonu 1988/89. Najbardziej zapadł mu jednak w pamięć pewien rytuał…

Kiedy przegraliśmy kilka meczów z rzędu, w naszej szatni pojawiła się grupa facetów. Każdy z nich trzymał w dłoniach gołębia. Po chwili ptaki zostały ułożone na głowach zawodników, a następnie zabite. Krew spływała nam po twarzach, a stroje zmieniły barwę z purpury na rubinową czerwień. To miało być jak oczyszczenie

Tajemnicza praktyka przyniosła jednak swój skutek. Montpellier odwróciło losy sezonu, wygrywając przy okazji pierwsze tak ważne trofeum w wieloletniej historii. Seria przesądów nie przeszkadzała klubowi w rozwoju, pozostając lokalną anegdotą. W tym samym czasie MHSC jako jeden z pierwszych zespołów we Francji zaczął inwestować w sekcję żeńską. To był odważny ruch. Wówczas nikt nie spodziewał się, że francuskie ekipy (w szczególności Lyon) zdominują ten sektor.

Pracownicy mieli więc ważniejsze rzeczy na głowie od jasnowidzów i wróżek, do których zwykł chodzić ich szef. Co ciekawe, to właśnie od znanego wszystkim „Króla śmieciarzy” Cantona przejął swoją zbytnią przesądność. Gdy w barwach Manchesteru United wygrał swój pierwszy mecz, grał z podniesionym kołnierzem. Aby kontynuować dobrą passę, ten element ubioru został u niego już na stałe.

Mistrzostwo z dedykacją

„Kiedy jesteś zawodnikiem Montpellier, musisz wiedzieć, że grasz dla Louisa Nicollina. Twój każdy występ ma być podziękowaniem za jego wkład oraz zaangażowanie w rozwój klubu. Gdy zaczynasz myśleć w ten sposób, wszystko przychodzi łatwiej. Harujesz i tyle. Koniec, kropka” – w ten sposób Younes Belhanda podsumował mentalność graczy MHSC. Ekspresyjny właściciel był dla Marokańczyka jak ojciec, który otworzył przed nim drogę do kariery. Nie bez powodu rozpieszczał swojego podopiecznego, nazywając go w mediach “połączeniem Nasriego i Ben Arfy”.

Nie jest to odosobniony przypadek. Jak na „Króla śmieciarzy” przystało, Nicollin potrafił bowiem wydobywać graczy ze sportowego odzysku. Za tułającego się po niższych ligach Olivera Giroud zapłacił jedynie dwa miliony euro. 24 miesiące później, Arsenal zaoferował za niego sześciokrotnie większą sumę. W międzyczasie Francuz został również królem strzelców Ligue 1.

Inny przykład – Remy Cabella, który został wypatrzony przez „La Paillade” w wieku 12 lat. Już jako dziecko, ujęła go panującą w zespole serdeczność. Po kilku dniach przekazał rodzicom wiadomość, że to klub jego marzeń. Trenerzy widzieli w nim potencjał nawet mimo wątłej budowy ciała.

Jeżeli miałbym więc wymienić dwa-trzy kluczowe czynniki w sukcesie Montpellier z 2012 roku, z pewnością wskazałbym na adekwatny skauting, genialną atmosferę i poczucie wdzięczności. Ten tytuł był dla Nicollina nagrodą za wprowadzenie drużyny na nieznany dotąd poziom. To mentalność „Paillade”, o której wspominają po latach członkowie legendarnej ekipy.

Wizjoner z maską prostaka

Bardziej od zawodników, Nicollina kochali chyba tylko dziennikarze. W środowisku można było usłyszeć nawet żart – nie masz tematu, dzwoń do „Loulou”. Wiele z jego cytatów gościło bowiem na pierwszych stronach gazet. Portal „Goal” pokusił się nawet o stworzenie listy 10 najlepszych wypowiedzi milionera. Jak widać, „kontrowersjan wypowiedzianu” odkrył nawet przed Janem Tomaszewskim.

Właściwie, o co się jednak rozchodzi?

Jak na Francuza przystało, Nicollin regularnie szydził z brytyjskiego sportu oraz kultury. Gdy Newcastle podkradło mu Remy’ego Cabellę, niemal co tydzień wbijał szpilkę piłkarskim „Srokom”.

„W Newcastle, Remy będzie się śmiertelnie nudzić. Ja osobiście nigdy bym tam nie poszedł. Ten chłopak zasługuje na coś lepszego” – powiedział tuż po ogłoszeniu transferu pomocnika.

Innym razem uruchomił sieć swoich kontaktów, dowiadując się, że Celtic planuje sprowadzić Olivera Giroud. Jeszcze tego samego dnia zapytał Francuza wprost:

„Co do cholery planujesz robić w Szkocji?”

Swoją wypowiedź ubarwił oczywiście sporą ilością wulgaryzmów. Za niestosowne zachowanie, często znajdował się także na celowniku organizacji walczących o równouprawnienie. To jednak nic nadzwyczajnego, na stare lata Nicollin uwielbiał sobie zaprzeczać.

Tylko ktoś taki jak on mógł otrzymać wyróżnienie za walkę z homofobią, po czym stracić je w wyniku niestosownej odpowiedzi na pytanie reportera. Czy zwracał na to jednak uwagę? Oczywiście, że nie. Gdy szedł do urzędu, aby zapłacić karę za swój cytat, doskonale wiedział, że jego firma jeszcze tego samego dnia zarobiła drugie tyle.

Gdy zgaśnie ostatnia świeczka

W tym tygodniu (dokładnie 29 czerwca) minęła piąta rocznica śmierci Louisa Nicollina. „Loulou” pożegnał się ze światem na swoich własnych zasadach – w trakcie hucznego świętowania. Do sytuacji doszło podczas przyjęcia urodzinowego w lokalu „Garons”. To właśnie wtedy, po 74 latach bez wyrzeczeń jego serce nie wytrzymało. Solenizant został natychmiastowo ewakuowany z imprezy, jednak próby reanimacji w szpitalu okazały się bezskuteczne. To był dzień, w którym umarła cząstka miasta. Jego miasta.

Przez następne kilka dni, do Montpellier napływały wyrazy współczucia z całej Francji:

– Był nietypowym, lecz cudownym i bardzo hojnym człowiekiem. Jest mi bardzo smutno – Nicolas Sarkozy

– W świecie piłki nie miałem większego przyjaciela. Kochałem go jak brata. Czuję, jakby coś we mnie umarło – Michel Platini

– Byłeś moim ulubionym prezydentem… Moje myśli są z rodziną i Laurentem Nicollinem – André-Pierre Gignac

Oficjalny list z kondolencjami wysłał do klubu nawet prezydent Dynama Kijów. To pokazuje, jak szeroka była nić kontaktów kontrowersyjnego biznesmena. Jeżeli liczyłeś się w branży, najprawdopodobniej uścisnąłeś kiedyś dłoń „Króla śmieciarzy”.

Wyjątkowa kolekcja

Ten, kto wymyślił zwrot „Kolorowy ptak”, po prostu musiał znać Nicollina. Najprawdopodobniej odbył z nim także przejażdżkę meleksem po ogromnym, domowym archiwum. To pomieszczenie, które mimo upływu lat, wciąż zapiera dech w piersiach. Dzieło życia nieformalnego króla Montpellier.

Kiedyś jego prywatna kolekcja, dzisiaj muzeum Louisa Nicollina. Pomieszczenie, o którym tak często mówi się we Francji zawiera ponad 13 tysięcy różnorakich eksponatów. Zaczynając od koszulek, przez wyjątkowe zdjęcia, medale, piłki oraz buty. To ewenement na skalę światową.

Było to również miejsce wielu wyjątkowych spotkań. „Loulou” zbierał trykoty piłkarzy już od początku lat dziewięćdziesiątych, jednak największą radość sprawiały mu wizyty znanych i cenionych gości. Tony Parker, Nasser Al-Khelaifi, czy wspomniany już wcześniej Nicolas Sarkozy. Każdemu z nich miał okazję opowiadać o swojej wyjątkowej drodze przez życie. Aż do ostatnich dni, był to jego patent na szczęście.

Gdy Włodzimierz Szaranowicz żegnał Bohdana Tomaszewskiego, przyznał, że tacy ludzie rodzą się raz na sto lat. W przypadku Nicollina, sytuacja wygląda bardzo podobnie. W świecie ugrzecznionych social mediów (często prowadzonych na zlecenie) oraz poprawnych politycznie działaczy, ciężko będzie znaleźć kolejnego „Króla śmieciarzy”.

Dzięki swojej wrodzonej otwartości i ekstrawagancji, postać „Loulou” nigdy nie zostanie jednak zapomniana. Szczególnie, że jego ukochane Montpellier będzie już wkrótce rozgrywać mecze na “Stade Louis Nicollin”. To zaszczyt, który spotyka tylko największych.

fot. Wikipedia

Maciej Szełęga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: