Czy przepis o młodzieżowcu wypalił?

Obowiązek wystawiania minimum jednego zawodnika o statusie młodzieżowca wszedł do Ekstraklasy w sezonie 2019/20. Od tego momentu stał się on prawdziwym kryptonitem dla niektórych polskich szkoleniowców. Przepis ten był dla nich skrajnie niewygodny. Jak podaje wiele zaufanych źródeł, nakaz ten ma zostać w najbliższym czasie zniesiony.

Według wielu obecny sezon ma być ostatnim, w którym wymóg ten będzie dalej obowiązywał. To jeszcze nic oficjalnego, ale z uwagi na powtarzające się wielokrotnie głosy sprzeciwu, wiceprezes PZPN-u, Wojciech Cygan ma monitorować całą sprawę. Niezależnie do tego, jaka decyzja zostanie ostatecznie podjęta cała sytuacja wydaje się być całkiem ciekawym momentem na to, abyśmy ocenili, jak przepis ten wpłynął na polską piłkę na przestrzeni kilku ostatnich sezonów.

Transfery wychodzące z Ekstraklasy

Zawodnicy, którzy zostali zauważenie przez lepsze kluby i udało im się wyjechać za granicę to jeden z najważniejszych wyznaczników sukcesu tego całego projektu. Miał spotęgować rozwój młodych zawodników, a jak zbadać to lepiej niż podsumowując sobie transfery wychodzące z naszej ligi od sezonu 2019/20?

Kacper Kozłowski – ok.11 mln

Jakub Moder – ok. 11 mln

Jakub Kamiński – ok. 10 mln

Radosław Majecki – ok.7 mln

Kamil Piątkowski – ok. 6 mln

Michał Karbownik – ok. 5,5 mln

Bartosz Białek – ok. 5 mln

Kamil Jóźwiak – ok. 4,3 mln

Patryk Klimala – ok. 4 mln

Przemysław Płacheta – ok. 3 mln

Tymoteusz Puchacz – ok.2,5mln

Adrian Benedyczak – ok.2 mln

Robert Gumny – ok. 2 mln

Oczywiście, nie są to wszyscy młodzi Polacy, którzy w tym okresie opuścili Ekstraklasę, ale są to jednostki, na których zarobiono najwięcej. Właśnie na tych zarobkach powinniśmy się skupić. W gruncie rzeczy na młodzieżowcach zarobiliśmy w ostatnim okresie ponad 80 mln euro. Jest to bardzo dobry wynik. Warto przypomnieć, że przed wprowadzeniem przepisu o młodzieżowcu zawodnikiem sprzedanym najdrożej z Ekstraklasy był Jan Bednarek za ok. 6 mln euro. Na dzień dzisiejszy przebiło go już aż czterech innych zawodników. Transfery Modera lub Kozłowskiego potrafiły nawet prawie podwoić tę kwotę.

Pojawia się jednak pytanie: Ile tak naprawdę jest w tym zasługi samego przepisu o młodzieżowcu? Wszyscy dobrze wiemy, jak wygląda rynek piłkarski od paru lat, że kwoty, za jakie zawodnicy zmieniają barwy, diametralnie rosną. COVID trochę zatrzymał ten proces, ale nie na długo. Czy ten wzrost cen, za jakie młodzi Polacy opuszczają nasz kraj, nie jest przypadkiem naturalnym wynikiem kształtowania się rynku transferowego? A może w końcu nasza liga zyskała, chociaż minimalną renomę i jesteśmy w stanie sprzedawać piłkarzy za wiele większe kwoty?  

Piłkarze wyjeżdżający za granicę powinni być świetnym wyznacznikiem i wciąż są chyba najskuteczniejszym, ale nie da się zignorować innych czynników i przypisać wszystkie sukcesy nakazowi wystawiania młodzieżowca. Warto też spojrzeć na to, jak sami piłkarze spisują się już po transferach. Prawda jest taka, że z wymienionej powyżej pechowej trzynastki tak naprawdę w klubie regularnie gra 4-5 z nich. Nie da się ukryć, że jest to trochę rozczarowujące.

Umiejętności czy wymóg?

Taki dylemat może pojawić się w przypadku niektórych zawodników przebijających się na przestrzeni ostatnich sezonów do pierwszych jedenastek swoich drużyn. Można zadać sobie pytanie: Czy gdyby nie wymóg młodzieżowca taki Kacper Kozłowski dostałby swoją szansę? Problem polega na tym, że jest to wróżenie z fusów. Skala talentu Kozłowskiego jest ogromna, każdy o tym stale wspomina. Skoro prezentuję taką jakość to, czy byłyby w stanie wywalczyć miejsce w wyjściowym składzie Pogoni bez przywileju bycia młodzieżowcem? Patrząc na konkurencje w środku pola „Portowców”, zapewne byłoby to trudne, ale czy niemożliwe? Kozłowski wielokrotnie pokazywał, że jest w stanie prezentować jakość większą od swoich kolegów z formacji już teraz. W jego przypadku raczej bym się nie martwił.

Jeżeli jednak popatrzymy na warunki, w jakich do pierwszego składu przebijał się Jakub Moder ciężko będzie powiedzieć dokładnie to samo. Reprezentant Polski miał ciężko u trenera Żurawia. Fakt, iż przez długi czas w jego miejsce grał Karlo Muhar jest jednym z największych kamyczków w ogródku tego trenera i paradoksów całej Ekstraklasy. W pewnym momencie nawet sami kibice naciskali na to, aby Moder dostał w końcu swoją szansę, za sprawą np. słynnej już akcji pod tytułem „Bilet dla Muhara”. Mimo że Lech miał wówczas solidnego młodzieżowca w postaci Kamila Jóźwiaka, status, jaki posiadał Moder z pewnością był przydatny w walce o pierwszy skład.

Są też przykłady skrajne, jak np. Filip Majchrowicz. Tutaj nie mam złudzeń. Gdyby nie fakt, że Radomiak miał ogromny problem z młodzieżowcem na początku tego sezonu, Majchrowicza zapewne nie powąchałby murawy. Dostał on jednak szansę i zdołał ją wykorzystać wyśmienicie. Aktualnie jest niepodważalną „jedynką” i jednym z ciekawszych bramkarzy młodego pokolenia. Gdyby nie przepis o młodzieżowcu zapewne nie byłby w stanie aż tak rozbujać swojej kariery.

Jeżeli chodzi o tego typu sytuację, każdy przykład należy rozpatrywać indywidualnie, jednak status młodzieżowca praktycznie za każdym razem był przywilejem – większym lub mniejszym. 

Popyt na młodzieżowców

Gdy przepis o młodzieżowcu wszedł w życie, niektóre kluby musiały całkowicie zmienić sposób budowania swojej kadry. Od tamtego momentu każdy klub powinien mieć nie jednego zawodnika o takim statusie, ale dwóch lub nawet trzech w ramach zabezpieczenia i jakiejkolwiek rywalizacji. Ciężko się dziwić, że niektórzy trenerzy i dyrektorzy sportowi nie byli zbyt zadowoleni z takiego obrotu spraw. Nie każdy klub ma taką szkółkę, jak Lech, czy też Pogoń. Niektórzy musieli szukać młodzieżowców na gwałt i niesamowicie napocić się i czasem walczyć z samym sobą, aby wstawić takiego w pierwszym składzie.

Popyt, jaki wytworzył się na zawodników posiadających status młodzieżowca, szybko wykorzystali ich agenci i całe otoczenie. Teraz nawet zawodnicy, którzy nie osiągnęli zbyt wiele mogli dyktować swoje warunki, które czasami były niemałe. Tak o tej tendencji wypowiadał się jeden z największych przeciwników tego pomysłu, trener Piasta Waldemar Fornali w wywiadzie dla „Weszło”:

Nie wiem, ile pan zarabia, ale musi pan, za przeproszeniem, zapieprzać cały miesiąc, żeby zarobić któryś tysiąc. A tu chłopak jeszcze dobrze piłki nie kopnie, a już ma żądania na poziomie kilkunastu tysięcy. To nie jest normalne. To wychowywanie młodych ludzi?

Problem polega na tym, że Polska nie jest odosobnionym przypadkiem. Co prawda przepis o młodzieżowcu nie jest popularny w innych krajach (a przynajmniej nie w takiej formie), ale problem płacenia za talent, a nie umiejętności jest dość ogólny i nie tyczy się tylko nas. Z biegiem lat zapewne będzie się on tylko pogłębiał, ale niesamowicie ciężko z nim walczyć. Przepis o młodzieżowcu niejako wciągnął ten problem na rynek polski, ale kwestią czasu było, aż do tego dojdzie. 

Zaburzenie walki o skład

Jedną z największych obaw dotyczącą zniesienia wymogu młodzieżowca jest ta mówiąca, że taki zabieg na powrót sprawi, iż młodzi zawodnicy będą mieli problem z przebiciem się do składu. Wiadomo, gdy trener drużyny walczącej o utrzymanie ma do wyboru polskiego nastolatka lub doświadczonego piłkarza zza granicy nie będzie zastanawiał się nawet nanosekundy. Przepis o młodzieżowcu zmuszał szkoleniowców do kreatywności, do kreowania nowych piłkarzy. Czasem wychodziło to lepiej, a czasem gorzej, ale ilość takich prób z pewnością znacznie się powiększyła. Przez to, że prób jest więcej, współczynnik niespełnionych talentów również się powiększył – jest to naturalna konsekwencja. Ciężko obrażać się na taki bieg wydarzeń. Nie każdy młodzieżowiec zasługiwał na grę w pierwszym składzie.

Chodzi też o aspekt moralny. Zawodnik, który dobrze trenuje, trzyma odpowiedni poziom, musi ustąpić miejsca tylko dlatego, że ktoś jest młodszy. I wcale nie gra lepiej niż ten, który jest na ławce. Jestem zwolennikiem tego, że na wszystko trzeba zapracować systematycznie i w naturalny sposób. A już nie mówię o aspektach kontraktowych, transferowych. W tej chwili to kosmos.

Tak wypowiadał się na ten temat trener Fornalik we wspomnianym już wcześniej wywiadzie. Według niego i wielu innych polskich szkoleniowców przepis o młodzieżowcu zaburza naturalny proces przebijania się perspektywicznego zawodnika do pierwszego składu. Doszliśmy jednak do momentu, w którym trzeba przewartościować sobie kilka rzeczy. Jeżeli zestawimy fakt, że zarobki na młodych piłkarzach diametralnie podskoczyły, z tym że kilku chłopaków było dla swoich drużyn czasami kulą u nogi, można dojść do wniosku, że jest to niewielkie poświęcenie za uzyskaną cenę. Młodzieżowiec, który nie wypalił, przynajmniej przeżył ciekawą przygodę, zyskał cenne doświadczenie, które może (nie musi) przydać się mu jeszcze w karierze.

Zniesienie przepisu rozleniwi działaczy?

Wracając jednak do sedna problemu: Czy zniesienie przepisu sprawi, że osoby zarządzające klubami zminimalizują stawianie na młodzież? Daleko mi od wizji niektórych ludzi, która wydaje się wyglądać w ten sposób, jakby każdy klub dzień po zniesieniu wymogu ruszył ciężarówką w poszukiwaniu „szrotu zza granicy”. Są osoby, które po prostu wyraźnie przesadzają. Niemniej jednak ciężko zignorować fakt, że wizja zdecydowanej obniżki liczby młodych graczy w Ekstraklasie jest całkiem realistyczna.

Gdyby nie surowe przepisy w takich ekipach, jak Górnik Łęczna, czy np.Termalica Nieciecza zapewne nie grałby żaden piłkarz o statusie młodzieżowca. Trzeba jednak przyznać, że kilku graczy nawet z ekip słabszych pokazało się z ciekawej strony właśnie dzięki temu przepisowi. Taki np. Kacper Śpiewak lub Marcel Wędrychowski zapewne nie dostaliby swoich szans. Mimo wszystko wymóg młodzieżowca dał im taką okazję. Mało który trener postawiłby na takich zawodników w trakcie zaciętej walki o utrzymanie.

W normalnych warunkach posiadanie u siebie jakiegoś młodego regularnie grającego piłkarza było fajnym przywilejem. Teraz posiadanie 2-3 takich zawodników to praktycznie przymus. Zmusiło to kluby do szukania nowych, zupełnie innych niż dotychczas bagatelizowanych rozwiązań. Inwestowanie w szkółki, wypożyczanie i regularna gra piłkarzy wypożyczanych z klubu do klubu na ekstraklasowym podwórku. Czy nie tego właśnie chcieliśmy? Czy nie wydaję się to najlepszym rozwiązaniem dla rozwoju futbolu młodzieżowego? Można obrażać się na wymóg młodzieżowca, ale jego wprowadzenie zrewolucjonizowało podejście polskich ekip do niektórych spraw. Można zarzucać, że w innych ligach przepis ten nie istnieje, ale może tam nie był po prostu aż tak potrzebny. Skoro wszystko działa, takie trzęsienie ziemi byłoby zwyczajnie zbędne. Wygląda na to, że u nas było wręcz wymagane.

Alternatywy

Wiadomo, jeżeli przepis ten zostanie zniesiony, trzeba będzie znaleźć jakieś alternatywy, aby przepływ młodych zawodników w naszej lidze się nie zatrzymał. Kluby same w sobie też nie są przecież głupie. Dobrze wiedzą, że na szkoleniu można nieźle zarobić. Przykłady Lecha lub Pogoni sprawiają, że inne ekipy zapewne patrzą na nich ze sporą dozą zazdrości. Ciężko im się dziwić. Jak już wcześniej ustaliliśmy, zysk ze sprzedaży ich wychowanków w ostatnich latach jest wręcz niewyobrażalny. Kto wie? Może sam przykład takich transakcji zmusi inne kluby do inwestowania w młodzież. Chyba każdy klub z naszej ligi nie pogardziłby takimi pieniędzmi i rozwojem marki. Jednak, aby tego dokonać, trzeba szkolić i przede wszystkim regularnie dawać szansę. Niezależnie od tego, czy regulują to jakieś przepisy, czy też nie.

Ciekawą alternatywą wydaję się być także Pro Junior System i związane z nim nagrody pieniężne. Zwycięzca całej klasyfikacji zagrania całe 3,25 mln złotych. Nie jest to kwota gargantuiczna, ale dla wielu klubów może okazać się sporą motywacją. Gorzej z ekipami, które mają przysłowiowy „nóż na gardle”. Gdy walczą o „być albo nie być” ciężko będzie im jednocześnie skupiać się na promowaniu młodzieży, jeżeli nie muszą koniecznie tego robić. Lepiej zostać w lidze, wygrać mistrzostwo niż piąć się wyżej w rankingu.

Nagrody w rankingu Pro Junior System:

1.miejsce – 3,25 mln złotych

2.miejsce – 2,25 mln złotych

3.miejsce – 1,75 mln złotych

Dalsze zespoły- 750, 500, 250 tyś złotych

System ten jest całkiem ciekawy, ale w obecnej formie skierowany jest najbardziej do ekip ze środka tabeli. W porównaniu do odgórnego nakazu wątpliwe jest, że może osiągnąć choć trochę porównywalny wpływ na kluby niż sam wymóg młodzieżowca. To raczej coś, co może uzupełnić ten przepis, a nie stanowić dla niego realne zastępstwo (przynajmniej w obecnej formie).

Podsumowanie

Przepis o młodzieżowcu jest zdecydowanie daleki od ideału. Ma wiele widocznych na pierwszy rzut oka wad. Niemniej jednak jeżeli popatrzymy na efekty i nic więcej, możemy dojść do jednoznacznego wniosku – to po prostu działa. Z naszej ligi wychodzi coraz więcej utalentowanych piłkarzy. Owszem, są zawodnicy, którym gra na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce podetnie skrzydła, bo nie są na to przygotowani, ale wbrew pozorom nie ma ich aż tak wiele. Moje gadanie nic nie wskóra. Gadanie innych kibiców zapewne również. Mimo wszystko warto forsować pomysł wymogu młodzieżowca. Mimo trenerów, którzy kwestionują go i dalej będą to robić. Nie chodzi to o to, aby kluby działały wygodnie, ale o to, aby nasza piłka stale się rozwijała. Przepis o młodzieżowcu jest rozwiązaniem niekonwencjonalnym, ale pasuje do niekonwencjonalnej ligi, jaką z pewnością jest Ekstraklasa.

Łukasz Budziak

fot. talenticalciatori.it

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: