Pierwsze wygrane, remisy, porażki… Listopad z Bundesligą czas start!

            Zanim piłkarze rozjechali się na zgrupowania, to rozegrana została 11. kolejka Bundesligi. Żadna z drużyn nie strzeliła więcej niż dwa gole, ale bez obaw – znalazły się w ten weekend prawdziwe meczycha. Czas rozejrzeć się po całych Niemczech i dowiedzieć się kto przystępuje do przerwy reprezentacyjnej w świetnych humorach, a kto musi się dużo nagłowić.

            Początek tej kolejki i od razu dwie naprawdę ciekawe drużyny. Borussia Moenchengladbach wydaje się, że wraca na właściwe tory, a miało to potwierdzić spotkanie z Mainz, które radzi sobie świetnie na niemieckich boiskach w tym sezonie – 5. miejsce w tabeli mówiło samo za siebie. Obie ekipy, a w szczególności goście z Moguncji, pozostawili po sobie dobre wrażenie. Ale po kolei. Pierwsza odsłona nie była za ładna dla oka – gra była rwana, agresywna, zwłaszcza nie wytrzymywał ciśnienia Breel Embolo po każdym starciu z Moussą Niakhate. A Adi Huetter zaczął mieć flashbacki z meczu z Bayerem jeżeli chodzi o kontuzje – przez to Szwajcarzy Nico Elvedi i wspomniany Embolo przedwcześnie zakończyli swój udział. Wszedł między innymi Florian Neuhaus i to on sprawił, że BMG prowadziło. Spoza pola karnego Ramy Bensebaini postanowił oddać strzał, Robin Zentner wypluł piłkę, a tam do niej dopadł Neuhaus i było 0:1. Co zrobili podopieczni Bo Svenssona? Nadal pressingiem wymuszali błąd na przeciwnikach. Po przerwie rzucili się na bramkę Yanna Sommera aż miło. Szwajcar dwoił się i troił, ale kompletu punktów nie zdołał wybronić, a to wszystko dzięki fenomenalnemu uderzeniu Silvana Widmera z boku pola karnego. Większą chęć wygrania mieli przyjezdni, ale skończyło się podziałem punktów.

            Mecz na szczycie na Allianz Arena – gdyby tak powiedziano o tym meczu w sierpniu, większość pukałaby się po głowie. A jednak tak można powiedzieć o rywalizacji lidera z trzecią w tabeli drużyną. Bayern kontra niepokonany Freiburg – to zwiastowało masę emocji. Pierwsza połowa nie była dobra dla mistrzów Niemiec. Atak pozycyjny im nie wychodził. Nie pozwalali na to przede wszystkim goście, gdyż wychodzili do nich bardzo wysokim pressingiem. Mimo problemów i tak Bawarczycy zdołali objąć prowadzenie. Dayot Upamecano do Leona Goretzki, ten z pierwszej do Thomasa Muellera, ten oddaje w pole karne Goretzce i jest 1:0. I tak schodziły obie ekipy do szatni. Po przerwie najpierw dwa strzały z dystansu gości, potem gospodarze chcieli jakoś zaskoczyć Christiana Streicha i spółkę. Byli bardzo blisko podwyższenia wyniku. Niestety dla nich Goretzka trafił w słupek. Kwadrans do końca i wreszcie dopięli swego. Alphonso Davies podaje do Leroya Sane, a ten wzdłuż linii do Roberta Lewandowskiego i Polak dopełnił formalności, strzelając już 13. ligową bramkę w sezonie i 60. w 2021 roku. Myślicie, że Freiburg się poddał? Nic z tych rzeczy. Doliczony czas gry, Vincenzo Grifo wypatrzył podaniem Janika Haberera, ten szczęśliwie obrócił się z piłką i pokonał Manuela Neuera. Nie starczyło czasu na wyrównanie, więc w Bundeslidze nie ma już drużyny niepokonanej. Kibice klubu z Fryburga mają prawo być ze swoich pupili dumni. Postawili najtrudniejsze warunki Bayernowi w tym sezonie. Oby tak dalej!

            W sobotę o 15:30 grał nie tylko Bayern. Mieliśmy również do czynienia ze spotkaniami niższych lotów. Na przykład na Vonovia Ruhrstadion łapiący ostatnio naprawdę świetną formę VfL Bochum grał z najbardziej nierównym klubem w Bundeslidze Hoffenheim. Akurat w tym meczu można było zauważyć tę gorszą twarz gości. W ogóle pierwszą odsłonę tej rywalizacji uważam za najnudniejszą i najgorszą w obecnych rozgrywkach Bundesligi. Okazji jak na lekarstwo, nawet składnej akcji próżno szukać. Przyjezdni rozgrywali na własnej połowie piłkę… i w sumie tyle z tego co zapamiętałem. Po przerwie było trochę lepiej, gdyż wreszcie coś się działo. Przede wszystkim padły gole. Kluczową rolę odegrali rezerwowi, głównie Milos Pantović i Soma Novothny. Zamieszanie w polu karnym opanował ten pierwszy, który idealnie dośrodkował na główkę Węgra. Początkowo bramka została nieuznana, ale po weryfikacji VAR wynik się zmienił na 1:0 dla gospodarzy. Klub z Sinsheim nie byli sobą w tym spotkaniu. Zupełnie nie mogli znaleźć sposobu na defensywę przeciwników. A drużyna z Zagłębia Ruhry po golu jakby dodatkowych skrzydeł dostała. Mieli karnego, którego fatalnie strzelił Manuel Riemann, i kilka okazji na 2:0. Mogli na własne życzenie stracić punkty, na szczęście w dosłownie ostatniej akcji meczu gdy wszyscy piłkarze gości poszli w pole karne, Bochum piłkę przyjęło i Pantović z połowy boiska ustalił wynik spotkania. Beniaminek wycisnął maksa z okresu między przerwami reprezentacyjnymi – aż 9 punktów w 4 meczach!

            Spotkań drużyn z dołu tabeli ciąg dalszy. Tym razem przenosimy się na Mercedes Benz Arena, gdzie zdziesiątkowany Stuttgart podejmował przedostatnią Arminię. Jak się można było spodziewać, widowisko stało na niskim poziomie, a okazje głównie tworzyli sobie goście. W 19. minucie doskonałym podaniem popisał się Patrick Wimmer, a akcję sam na sam na bramkę zamienił Masaya Okugawa. Po tym wydarzeniu gospodarze chcieli odpowiedzieć, ale jak na posterunku nie stał Stefan Ortega, to fantastyczną interwencję zaliczył Jacob Laursen. Do końca meczu wynik się nie zmienił, chociaż podopieczni Franka Kramera okazje do podwyższenia prowadzenia mieli. Amos Pieper i Janni Serra trafiali w poprzeczkę, a strzał Alessandro Schoepfa obronił Fabian Bredlow. Arminia odniosła pierwsze zwycięstwo w lidze, dzięki czemu nadal ma kontakt punktowy do Augsburga, Eintrachtu i Stuttgartu. A Pellegrino Matarazzo ma nad czym myśleć w przerwie reprezentacyjnej.

            Ostatnim spotkaniem z sesji popołudniowej do opisania miał miejsce w Wolfsburgu. Dwa tygodnie po zwolnieniu Marka van Bommela sytuacja gospodarzy zaczyna robić się ciekawa. Zwycięstwa z Bayerem w lidze i z RB Salzburg w Lidze Mistrzów sprawiły, że podniosły się tam morale. Naprzeciw drużyny Floriana Kohfeldta stanął Augsburg, który w ostatniej kolejce rozgromił Stuttgart 4:1. Od początku już widać było gołym okiem, która drużyna jest lepsza. Miejscowi już w 14. minucie udokumentowali swoją przewagę golem. Lewą stroną ładnie sobie pograli Maximilian Arnold i Paulo Otavio, ten drugi dośrodkował w pole karne do Lukasa Nmechy, który głową skierował piłkę do bramki Rafała Gikiewicza. Swoją drogą Polak nie popisał się podczas tej akcji. Klub spod szyldu Volkswagena powinni zamknąć ten mecz już przed przerwą, ale notorycznie marnowali swoje okazje, przez co do końca mieli nerwówkę. Ostatecznie dowieźli ten wynik do końca, chociaż w drugiej połowie przyjezdni bardzo przycisnęli. Na nic to się jednak zdało i nadal możemy zobaczyć zespół Polaków Gikiewicza i Roberta Gumnego na miejscu barażowym. Nie wygląda to dobrze, delikatnie rzecz ujmując. A Wolfsburg po meczach chudych po dwóch ligowych wygranych wrócił na miejsce gwarantujące udział w LM. Najpierw niech ciułają punkty, reszta przyjdzie sama.

            Był mecz na szczycie, to teraz czas na hit. Na teren wicemistrza przyjechał wicelider, który wiedząc już o wyniku meczu w Monachium, musiał dać z siebie wszystko by nadal trzymać się blisko Bayernu. Jednak przeciwko nim postawili się będący na fali wznoszącej – jeżeli chodzi o formę – podopieczni Jessego Marscha. Potwierdzali to już od pierwszej minuty spotkania. Wyszli na dortmundczyków wysokim pressingiem, który narobił ogromnych kłopotów defensywie gości. Właściwie to w pierwszej odsłonie BVB nie zrobiło nic. A lipszczanie z minuty na minutę coraz bardziej naciskali no i udało im się wyjść na prowadzenie. Fenomenalnym prostopadłym podaniem popisał się Josko Gvardiol, dzięki czemu Christopher Nkunku stanął oko w oko z Gregorym Kobelem, którego minął i trafił do pustej bramki. Po przerwie nadal było widać dominację gospodarzy, aż nagle poszła akcja na wyrównanie. Zobaczyliśmy kolejne fantastyczne podanie, tym razem Thomasa Meuniera, które wykończył Marco Reus. Wtedy na chwilę Borussia złapała wiatr w żagle, by znowu zostać stłamszonym przez rywali. A ci mieli słupek i na ich nieszczęście świetnego w bramce Kobela. Lecz i Szwajcar skapitulował. Dobre dogranie wzdłuż pola karnego posłał Nkunku, a formalności dopełnił Yussuf Poulsen. Tak się skończył ten mecz. Po reakcjach na końcowy gwizdek widać jak ważne było to zwycięstwo klubu spod szyldu Red Bulla, a BVB potwierdziło, że nie potrafi się przeciwstawić mocnym ekipom.

            Niedziela stała pod znakiem meczów klubów ze stolicy. Zaczęła Hertha, która u siebie grała z będącym bardzo osłabionym przez kontuzje Bayerem. Sytuacja kadrowa gości była tak zła, że na ławce znaleźli się dwaj 16-latkowie. Zresztą nawet weszli na boisko, ale po kolei. Od pierwszych minut głównie dominowali gospodarze – dobrze zorganizowali się w obronie i szybko przechodzili do kontrataku. Ich konsekwencja została nagrodzona golem. Górną piłkę wygrał Maximilian Mittelstaedt, w polu karnym przyjął ją Stevan Jovetić, który strzelił mocno pod poprzeczkę bramki Lukasa Hradecky’ego. Tak było do przerwy i nic się nie zmieniało w wyniku do samej końcówki spotkania. Wcześniej na boisku zameldowali się wspomniani nastolatkowie. Polecam zapamiętać te nazwiska, bo skoro grają w seniorską piłkę w takim wieku, to potencjał muszą mieć duży: Iker Bravo i Zidan Sertdemir. Wracając do wydarzeń – gospodarze pechowo nie utrzymali prowadzenia. Po rzucie wolnym wkradło się ogromne zamieszanie w polu karnym, które wykorzystał Robert Andrich. I tak Bayer może się cieszyć z punktu, zważając na okoliczności. A Hertha niestety musi szukać wygranych gdzie indziej. Chociaż skoro nawet tego nie potrafią utrzymać, to co będzie dalej? Swoją drogą to był dopiero pierwszy remis stołecznego zespołu.

            No nic, czas na Union, czyli ten lepszy klub w Berlinie – fakt, nie opinia. Mecz z Koeln zapowiadał się pasjonująco. Przeciwko sobie Anthony Modeste i Taiwo Awoniyi, pełne trybuny na RheinEnergie Stadion, na których co ciekawe mogliśmy zaobserwować Franka Kramera i Thomasa Reisa, a atmosfera iście karnawałowa. Z okazji tygodnia właśnie karnawałowego zawodnicy gospodarzy założyli specjalne koszulki. A na boisku również było wystrzałowo. Strzelanie zaczęto szybko, bo w 7. minucie. Próba z dystansu Floriana Kainza wylądowała na poprzeczce, ale we właściwym miejscu znalazł się Modeste i otworzył wynik spotkania. Odpowiedź ze strony gości? Błyskawiczna, bo 2 minuty później Niko Giesselmann fantastycznie wypatrzył na przedpolu Juliana Ryersona, który kropnął przy słupku pozostawiając bez szans Timo Horna. Potem tempo trochę siadło, ale nadal bardzo szybko piłkarze przemieszczali się z jednej strony na drugą. Wreszcie w doliczonym czasie pierwszej połowy błąd podczas rozgrywania piłki popełnili obrońcy miejscowych, Genki Haraguchi podał do Grischy Proemela, który strzelił na 1:2. Mogli prowadzić nawet dwoma golami, ale Awoniyi nie wykorzystał swojej szansy. Po przerwie coraz wolniej poruszali się zawodnicy, więc głównie widzieliśmy walkę w środku pola. Ale na koniec dali o sobie znać gospodarze. Z rzutu rożnego dograł Kainz na główkę… chyba nie muszę mówić kogo, bo oczywiście z dubletem mecz skończył Modeste. 2:2 to sprawiedliwy wynik dla obu ekip. Cieszy ich dobra dyspozycja, która dodaje kolorytu całej lidze.

            A na koniec bezapelacyjnie najgorsza drużyna w Bundeslidze kontra Eintracht, który pokazuje dwa oblicza: w Europie jest wielki, a w weekend beznadziejny. Pokazał to w pierwszej połowie, jak fatalnie potrafi zagrać. Zostali oni totalnie zdominowani przez Greuther, co już brzmi groteskowo. A ich xG przed przerwą wynosił… 0. Naprawdę, nic nie stworzyli sobie. Za to beniaminek coś tam próbował zrobić, ale brakowało przede wszystkim jakości pod polem karnym. Sama była dość osłabiona. Dość powiedzieć, że pięciu piłkarzy tego zespołu przebywało na kwarantannie. I przy takiej sytuacji potrafili postawić się pucharowiczowi. Szacun. Po przerwie jeszcze klub z Fuerth chwilę naciskał na przyjezdnych, ale powoli opadali z sił. Do głosu wreszcie doszli podopieczni Olivera Glasnera. Objęli prowadzenie dopiero na kwadrans przed końcem. Błąd w rozegraniu miejscowych, Daichi Kamada dogrywa do Sebastiana Rode i jest 0:1. I znowu Koniczynki atakowały po tym golu! No i proszę, doliczony czas gry. Rzut rożny, dośrodkowanie zostaje przedłużone i do pustej bramki kieruje piłkę Cedric Itten. Na fali poszli nawet zdobyć zwycięską bramkę i wygrać u siebie pierwszy raz w historii występów w najwyższej klasie rozgrywkowej i… nawet punktu nie zdobyli, bo dał o sobie znać Filip Kostić, który dograł na pustaka do Rafaela Borre. 1:2 i nadal zostają z jednym punktem. Najgorszy start w historii ligi. A Eintracht ma szczęście, powinien ten mecz przegrać, a znowu ratują się w doliczonym czasie…

            A w tabeli Bayern umacnia się na pierwszym miejscu. 4 punkty przewagi nad BVB i 5 nad wielkim Freiburgiem. Na dnie w barażach Augsburg, spadają na ten moment Arminia i jedyny bez wygranej w tym sezonie Greuther. Cóż, znowu ta parszywa przerwa. A po niej? Między innymi Derby Berlina i Mainz-Koeln. Ja tam już zacieram ręce. Relacja z meczów już za dwa tygodnie. Zapraszam.

Adrian Malanowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: