Piekielny kryzys Manchesteru United. Czy era Solskjaera na Old Trafford dobiega końca?

Do pisania tego tekstu podchodzę po przegranych przez United derbach Manchesteru. Potraktowałem ten mecz jako ostatnią szansę względem minionych tygodni w wykonaniu klubu z Old Trafford. Jak już doskonale wiadomo, Czerwone Diabły przegrały lokalne starcie 0:2, ale jest to tak naprawdę jedynie wierzchołek góry lodowej problemów, jakie nękają zespół (jeszcze) Ole Gunnara Solskjaera.

Jazda na rollercoasterze alegorią formy United

Żeby nie było. Owe dywagacje, jakie będę snuł w tym tekście to nie “tylko” efekt blamażów z City i Liverpoolem. United bowiem chwieje się przecież praktycznie od września. Pierwszym złym znakiem była porażka z Young Boys. Wstęp do spotkania w wykonaniu Diabłów był bardzo zachowawczy. Szybko zdobyty gol, szanowanie posiadania piłki i umiejętności przeciwnika. Spokój – cytując Paktofonikę – ulotnił się jak ulotka tuż po załapaniu przez Aarona Wan-Bissakę czerwonej kartki, notabene kompletnie niepotrzebnej. Szwajcarzy wykorzystali przewagę liczebną, rzutem na taśmę wyrywając trzy punkty Goliatowi.

Wpadki zdarzają się jednak w końcu nawet najlepszym. Kilka dni później los uśmiechnął się do Diabłów – jeden z winowajców porażki w Lidze Mistrzów – JesseLingard, zapewnił zespołowi trzy punkty, strzelając gola na samym finiszu starcia z West Hamem. Nastroje euforyczne, Young Boys odeszli w niepamięć. Młoty odegrały się Manchesterowi w Carabao Cup, ale kogo by tam przecież interesował ten błahy puchar? Inne odczucia wzbudziło już ligowe potknięcie z Aston Villą, aczkolwiek nastąpił po nim kolejny heroiczny triumf, tym razem na boiskach Ligi Mistrzów. Ronaldo bohaterem meczu z Villarealem z golem tuż przed końcowym gwizdkiem.

Takich wzlotów przeplatanych z upadkami było jeszcze kilka. Strata oczek z Evertonem i Leicester, by w Champions League nadrobić dwubramkowy deficyt przeciwko Atalancie. Lanie zebrane od Liverpoolu na Old Trafford, po czym przychodzi bezpieczna wygrana na Tottenham Hotspur Stadium, prowadząca do zwolnienia Nuno Espirito Santo. Tym sposobem kolejka dojeżdża do chwili obecnej – w minionym tygodniu United wylewając siódme poty, wywiozło z Bergamo punkcik, za to w sobotę ponownie zostało upokorzone na własnym stadionie.

Niektórym zespołom takie rezultaty uszłyby płazem. Ale nie Manchesterowi United, zwłaszcza przy takiej kadrze i aspiracjach co do obecnego sezonu. Diabły same porwały się do walki o najwyższe cele, dokonując wielkich posunięć w trakcie letniego okienka. Przyszedł wymarzony Sancho, udało się po promocyjnej cenie wyhaczyć Varane’a, no i jest jeszcze on – niepodrabiany, jedyny w swoim rodzaju Cristiano Ronaldo. Wydawałoby się więc, że Manchester wyeliminował wszystkie swoje braki, tworząc ekipę gotową do rywalizacji na przestrzeni całego roku.

Skąd więc wzięła się tak nierówna forma? Otóż wiadomo, że nie od razu Rzym zbudowano, ale wygląda na to, iż Solskjaer jeszcze sam nie wie, z której strony ugryźć temat. Zespół nie gra według określonej filozofii. Czasem można odnieść wrażenie, że jakość gwarantuje jedynie portugalska dwójka Ronaldo-Fernandes z przodu. Siermiężne wejście do ligi ma Sancho, który wydaje się być jakby przytłoczony grą obok tak wielkich nazwisk. Do pełni dyspozycji nie wrócił jeszcze Rashford, Greenwoodowi cały czas zdarzają się młodzieńcze wpadki, a Pogba po spektakularnym starcie sezonu złapał zadyszkę. Do tego nieprzekonująca gra obrony, łącznie z Davidem De Geą, który potrafi wpuścić babola pokroju tego z Atalantą. Na poszczególnych zawodników wydaje się nawet kompletnie nie być miejsca, bez względu na to co Norwegowi przyjdzie do głowy. Zresztą zaraz może wyjść na to, że wszystko, co obecny trener Diabłów sobie wymyślił (czyli w zasadzie nic konkretnego), pójdzie do śmietnika, bo jego posada to obecnie wyjątkowo gorące krzesło.

Duże mecze, duże wtopy

Porażki z Liverpoolem i Manchesterem City to zdecydowanie najboleśniejsze szpilki, jakie klub przyjął na siebie w ostatnich tygodniach. Przegrać z odwiecznym rywalem oraz pojedynek derbowy to już duże upokorzenie, a co dopiero mówić o stylu, w jakim owe klęski poniesiono. W obu spotkaniach piłkarze United praktycznie przez 90 minut oglądali tylko, co robi rywal, nie będąc w stanie przeciwstawić się jego koncepcji. Tyle cierpliwości nie mieli ich fani, tłumnie opuszczający Old Trafford jeszcze przed końcowym gwizdkiem.

Liverpool zhańbił Diabły na najbliższe kilka lat, jak nie nawet i dłużej. Mecz z 24 października zapamiętamy jako show Mohammeda Salaha, zachowującego się jak dziecko we mgle Harry’ego Maguire’a i idiotyczną czerwoną kartkę Paula Pogby. The Reds byli tego dnia znakomici, wręcz bezbłędni, za to United tak słabe, że różnica tylko się uwydatniała. Po wszystkim Solskjaer przepraszał, przyznając, iż jako osobie związanej od wielu lat z czerwoną częścią Manchesteru, jest mu wstyd. Czegoś takiego nie załagodzą jednak żadne słowa. Wizerunek można naprawić tylko czynami.

I wydawało się, że Norweg wrócił na dobre tory. Nowy schemat z trójką obrońców (o tym wspomnę w późniejszym fragmencie) przełożył się na podręcznikowe zwycięstwo nad Tottenhamem. Remis z Atalantą, wywalczony w końcówce przez Cristiano Ronaldo również zostawił względnie pozytywne odczucia. Chociaż bowiem nie udało się tym razem zgarnąć kompletu punktów, tak zespół pokazał niezłomny charakter i żądzę walki. To trzeba było Manchesterowi na pewno oddać.

Przyszła jednak deszczowa sobota, w którą to sąsiedzką wizytę na Old Trafford złożył Manchester City. Trzeba przyznać, że United jak na gościnnego gospodarza przystało, od samego początku wykazywało się niezwykłą serdecznością. W 7 minucie Eric Bailly wyręczył gości, pakując piłkę do własnej bramki. Praktycznie ustawiło to cały mecz.

Bezradność gospodarzy kłuła w oczy niemiłosiernie. Z pierwszej połowy pamiętam tylko jeden groźny atak w ich wykonaniu: Ronaldo uderzył z woleja po wrzutce Shawa (swoją drogą pierwszym i ostatnim udanym podłączeniu się do ofensywy na lewej stronie Anglika), Ederson sparował piłkę pod nogi Greenwooda, który nie spodziewając się takiego prezentu, obrzydliwie wręcz skiksował, zaprzepaszczając szansę na wyrównanie. W zasadzie Diabły oddały więcej celnych strzałów na bramkę własną niż przeciwnika (jedno uderzenie w światło bramki przez cały mecz), bo w ślady Bailly’ego poszedł Lindelof, również interweniując w karkołomny sposób po wrzutce rywala. W tym wypadku jednak sytuację uratował De Gea.

Drugi cios spadł na zespół Solskjaera w najgorszym możliwym momencie. Ostatnie podrygi na boisku przed przerwą, piłkarze Manchesteru już są myślami w szatni, a tu ni stąd ni z owąd, genialny tego popołudnia Joao Cancelo, zagrywa piłkę idealnie za kołnierz defensywy rywala. Shaw bagatelizuje podanie, podczas gdy zza jego pleców wyrasta Bernardo Silva, kończąc akcję po bliższym słupku. Klasyczna, podcinająca skrzydła bramka do szatni. Tego dnia brylowali tylko Portugalczycy w niebieskich strojach.

Druga połowa była wręcz żenująca. The Citizens klepali między sobą piłkę do woli, od czasu do czasu podchodząc pod pole karne przeciwnika, podczas gdy United wszystkiemu biernie się przyglądało. Pressing praktycznie zerowy, brak zdolności do wyjścia z akcją z własnej połowy i kompletnie nic niewnoszące zmiany. Nudy jak flaki z olejem, a przecież wynik mógł zadowalać tylko jedną ze stron. I właśnie dlatego myślę, że wizerunek Diabłów po wyjściu po przerwie był jeszcze gorszy niż na starcie spotkania. Ten zespół nie miał woli walki, kompletnie nie wiedząc jak zabrać się za odrabianie wyniku.

I na to nie ma żadnych wymówek. Nie można zwalić winy na brak Varane’a (nawet jeśli Bailly zagrał wręcz jak sabotażysta), ani na nieobecność Pogby, który przecież zresztą na własne życzenie wyeliminował się czerwoną kartką z nadchodzących kolejek. Filozoficzne wręcz wywody Solskjaera na konferencji mogły w ogóle nie mieć miejsca, ale co do jednego z Norwegiem się zgodzę. Przerwa na kadrę dobrze zrobi sytuacji w klubie.

4-2-3-1 czy 3-5-2

Pora na drobne spojrzenie na taktykę Manchesteru od kuchni. Porównanie planu, jaki mogliśmy obserwować na starcie sezonu oraz nowo narodzonego pomysłu, czyli przejścia na grę trójką obrońców. W czym ostatecznie United odnajdzie się najlepiej i jak zadziała to na poszczególnych zawodników?

4-2-3-1 to schemat, w którym Diabły wykorzystują swoje największe nazwiska. Varane partneruje Maguierowi. Bruno gra na “dziesiątce”, za plecami Ronaldo, który to jest jedynym napastnikiem, schodząc momentami do lewego skrzydła. Na flankach pole do wyboru jest całkiem bogate, bowiem można postawić na kogoś z grona Rashford, Sancho, Greenwood, Martial. Boczni defensorzy – Shaw i Wan-Bissaka – wspomagają ataki, kiedy jest ku temu sposobność, ale nie mogą zapominać o zadaniach defensywnych, wobec czego nie zawsze napierają do przodu z językiem na brodzie.

Taka formacja daje dużo luzu dla Cristiano i Bruno, którzy dysponują sporą ilością przestrzeni do operowania. Cechuje ją również oczywiście nacisk na grę skrzydłami, gdzie Diabły mają naprawdę klasowych zawodników. Wadą jest brak dogodnego miejsca na boisku dla Paula Pogby. Przegląd pola i technika Francuza dają mu szerokie walory w akcjach ofensywnych, tymczasem w owym zestawieniu jest najczęściej nieco uwiązany jako jeden z defensywnych pomocników. Oczywiście i tak szuka on sobie miejsca pod polem karnym rywala, ale ze względu na jego brak mobilności, osłabia to drużynę przy kontrach przeciwnika i przegrupowywaniu się w defensywie. Plus, kiedy Ronaldo nie ma partnera w ataku, defensywa oponenta dużo łatwiej może odciąć go od gry, co stało się, chociażby w meczach z Aston Villą, Leicester czy Liverpoolem.

3-5-2 w wykonaniu Manchesteru światło dzienne ujrzało w meczu z Tottenhamem. Byt Solskjaera już wtedy wisiał na włosku, wobec czego ten poeksperymentował, podejmując, jak się później okazało, właściwą decyzję. Przyklejony do Kane’aVarane kompletnie wyeliminował go z gry, podczas gdy resztą zadań w defensywie zajmowali się Lindelof z Maguirem. W środku pola panował względny spokój, ale to wynikło między innymi z usilnego ciśnięcia się Kogutów na skrzydła, gdzie Wan-Bissaka z Shawem dawali sobie radę. W ofensywie zespół wyglądał po prostu solidnie – cieszyć mogła dobra współpraca na linii Ronaldo-Fernandes – porządny mecz Edinsona Cavaniego jako partnera CR7 i trafne zmiany, które w końcówce dobiły rywala.

Mimo to całego meczu nie nazwałbym właściwym materiałem do analizy gry United. Dlaczego? Ponieważ wiele pozytywów w grze Diabłów wynikało z okropnej dyspozycji rywala. Kuriozalne straty, beznadziejne rozstawienie w defensywie, nieistniejący Harry Kane (to akurat m.in. dzięki wspomnianemu wcześniej Varanowi). To nie był rywal, który uwydatniłby wszystkie pozytywy i negatywy nowego schematu Manchesteru.

Dużo lepiej zrobiła to z kolei Atalanta. Tu już takiej rewelacji ekipa Solskjaera nie pokazała, notując bardziej błyskotliwe momenty tylko przy obu golach Ronaldo. Włoski oddział Gasperiniego znany jest dobrze z taktycznego rygoru i na jego tle United nie wypadło tak barwnie jak z drewnianym Tottenhamem.

O meczu z City, a więc trzecim występie w schemacie z trójką swoje już napisałem. Warto tylko wspomnieć, że w drugiej połowie Solskjaer przeszedł na 4-2-3-1, wprowadzając Sancho i Rashforda, ale w żaden sposób nie zmieniło to oblicza przegrywającego zespołu.

Chociaż więc atuty Shawa i Wan-Bissaki dają im jakieś predyspozycje do ustawiania ich na wahadłach, a w środku pola możliwości kadrowych jest multum, to nie uważam, aby United powinno iść w tym kierunku. Na schemacie z trójką z tyłu bardzo cierpią młodzi skrzydłowi. Dla Greenwooda, Sancho czy Rashoforda nie ma wtedy w pełni optymalnego miejsca na boisku. Wydaje mi się też, że sam Cristiano Ronaldo lepiej wygląda bez równorzędnego partnera obok siebie w ataku, nawet jeśli defensywie rywala łatwiej jest się wtedy na nim skupić. Zresztą nie ma co ukrywać, że Manchester z nim w składzie powinien praktycznie zawsze grać właśnie pod niego, bo taki to już jest typ zawodnika. Jeśli tak nie będzie, to Ronaldo nie uwolni pełni swoich możliwości, a doskonale wiemy, że czasem potrafi nawet w pojedynkę zmieniać losy spotkania.

Przyszłość Solskjaera

W momencie pisania tego tekstu pozycja Solskjaera jest bardzo niepewna. Media szepczą o umowie, jaką Brendan Rodgers rzekomo już związał się z Manchesterem. Dopóki jednak nie ujrzę oficjalnego oświadczenia, nie będę fantazjował nad tym co oznaczałoby przyjście Irlandczyka na Old Trafford. Choćby nawet temat za kilka dni miał być nieaktualny to przeprowadzę być może ostatni osąd Ole Gunnara Solskjaera. Kilka już ich przecież było w ciągu tych paru lat, a Norweg wyrobił sobie miano trenera specjalizującego się w urywaniu ze stryczka. Nic jednak przecież nie trwa wiecznie.

Solskjaer podpadł brakiem określonego pomysłu na zespół, mimo że trudne początki sezonu powinien mieć już za sobą. Wydaje się, iż wielu zawodników wręcz czeka na jego zwolnienie. Jednym z nich na pewno jest Donny Van de Beek. Holender nigdy nie zagrzał miejsca w sercu obecnego szkoleniowca na dłużej, wobec czego rzekomo postawił nawet ultimatum – albo Norweg wyleci, albo pomocnik sam spakuje walizki i zimą bądź latem zmieni klub w poszukiwaniu regularnej gry. Ptaszki ćwierkają, że Paul Pogba ma podobne zdanie o Solskjaerze, ale co do plotek na temat Francuza zawsze trzeba podchodzić z dystansem. W końcu już kilkukrotnie był on podobno jedną nogą za progiem Manchesteru, a jednak dalej pozostaje jego zawodnikiem.

Bohater finału Ligi Mistrzów z 1999 roku to na pewno osoba bardzo zasłużona w historii klubu, ale chyba wszyscy lepiej będą go wspominać jako zawodnika, aniżeli trenera. Czasem trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny, a wydaje się, że Solskjaer nie ma już żadnego asa w rękawie, by zaciekawić czymś publiczność. Dostał w tym sezonie pozornie genialne warunki do pracy, z kadrą teoretycznie pozbawioną słabych punktów. W przedbiegach Diabły typowano do walki na każdym możliwym froncie. Teraz wydaje się, że wypadało ugryźć się w język, bo Norweg nie wiedział, z której strony zabrać się za temat i mocno skomplikował robotę na najbliższe kilka miesięcy. Moim zdaniem więc Solskjaer powinien odejść – United potrzebuje powiewu świeżości, a w tym momencie z sezonu trzeba ratować tyle ile tylko można. Jeszcze nie jest tragicznie, ale jadąc obecnymi torami, nie dojedzie się do żadnego happy endu.

Przed Manchesterem United stresująca końcówka roku. Klub powoli pakuje się w głębokie bagno i trzeba postawić zasadnicze pytanie – jak z niego wyjść i KTO weźmie to na swoje barki? Bez względu na to czy będzie to Solskjaer, Rodgers, a może nawet i Zidane, o którym coś tam się przebąkuje, nie będzie to łatwe zadanie. Nie ma co jednak odwracać wzroku, bo ten rok miał być przełomowym dla Diabłów, a tymczasem idealnym komentarzem do ostatnich wydarzeń jest zdjęcie przygnębionego Sir Alexa Fergusona, oglądającego mecz z Liverpoolem. Więcej miejsca na wstyd już nie ma. Pora na zmiany.

Maciej Jędrzejak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: