Ronaldo w Juventusie, czyli kroczenie od ściany do ściany

Trzy lata temu wydawało się, że Juventus dokonał niemożliwego. Na Allianz Stadium trafił Cristiano Ronaldo – piłkarz, który miał dać Turynowi upragniony triumf w Lidze Mistrzów. Wówczas wydawało się, że Bianconeri są bardzo blisko swego celu, a Portugalczyk to brakujący element układanki, która z roku na rok wydawała się przybliżać klub do wymarzonego od wielu lat celu.

Ronaldo przychodził do klubu, który wówczas w ciągu ostatnich czterech sezonów dwukrotnie dochodził do finału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza okazała się być FC Barcelona, a następnie Real Madryt. Dwukrotnie też w tym czasie zmorą włoskiego zespołu był właśnie Portugalczyk. Andrea Agnelli postanowił więc ściągnąć do siebie gwiazdora, który wówczas niemalże uchodził za gwarancję sukcesu w Lidze Mistrzów.

Transfer Cristiano Ronaldo był również pokazaniem światu, że Juventus aspiruje do wielkich rzeczy nie tylko sportowo, ale również finansowo i marketingowo. Agnelli wysłał wszystkim sygnał, że pod kątem finansowym Starą Damę stać na wielkich piłkarzy. Owszem, mogło się wydawać, że Portugalczyk nie do końca pasuje do filozofii gry preferowanej przez Massimiliano Allegriego, ale czas pokazał, że sprowadzenie do stolicy Piemontu piłkarza tego kalibru, to dopiero początek budowy nowego Juve.

Trzy lata spędzone przez Cristiano Ronaldo w Juventusie pokazały, że słowem kluczowym okazało się słowo budowa, ale do tego tematu jeszcze wrócimy. CR7 swoją charyzmą, chęcią ciągłego udoskonalania miał dać Bianconerim Ligę Mistrzów. Tego trzeba oczekiwać od piłkarza, który w wieku 33 lat przychodzi do nowego klubu za tak ogromne pieniądze.

Swoje cele miał również Portugalczyk. Chciał zwojować kolejną ligę, ale mobilizowała go również możliwość ponownego wygrania Ligi Mistrzów. Wybór wydawał się sensowny, bo Stara Dama była od lat czołowym zespołem na Starym Kontynencie. Pierwszy cel udało się osiągnąć, lecz to miało być jedynie dodatkiem, czymś oczywistym. Indywidualnie Cristiano znów utrzymywał swój poziom, zdobywając dla Juventusu 101 goli w 134 meczach. Do tej pory nikt w historii włoskiego klubu nie mógł pochwalić się ustrzeleniem tylu bramek w tak krótkim czasie.

CR7 robił swoje

To jednak tylko pozory, bowiem upragnionej Ligi Mistrzów jak nie było, tak nie ma. Juventus z Ronaldo w składzie z roku na rok coraz bardziej się od niej oddalał. To oczywiście kamyczek do ogródka Portugalczyka, ale nie tylko. Zawiódł w tym okresie również klub. Ściągając 33-latka, który ma pomóc zrobić krok naprzód, trzeba liczyć się z tym, że będzie on potrzebował wsparcia. Realnego wsparcia, które miał w Madrycie w postaci takich piłkarzy jak Marcelo, Dani Carvajal, Luka Modrić, Toni Kroos czy Karim Benzema. Zamiast tego w pierwszym roku za plecami Portugalczyka biegali piłkarze pokroju Emre Cana, Samiego Khediry, Miralema Pjanicia czy Blaise’a Matuidiego. Mowa tutaj tylko o pierwszym sezonie, czyli tym, w którym Juve z Cristiano w składzie było zdecydowanie najsilniejsze. Trzeba przyznać, że nie można myśleć o triumfie w Lidze Mistrzów z takim zestawieniem środka pola.

Wówczas zaporą nie do przejścia okazał się ćwierćfinał, a konkretnie Ajax Amsterdam. Ćwierćfinał, do którego Bianconerich za uszy wciągnął właśnie Cristiano Ronaldo. Po porażce w pierwszym meczu z Atletico Madryt w rewanżu dał to, czego od niego oczekiwano, strzelając hattricka. Oczywiste jest, że nie zrobił tego w pojedynkę. Świetnie zagrała wówczas cała drużyna, ale w kolejnej fazie zawiódł właśnie cały zespół, a nie jednostka w postaci Portugalczyka. Ten spisał się wybornie, dając Juventusowi na Amsterdam Arena remis 1:1, a następnie strzelając ważną, pierwszą bramkę w Turynie. To okazało się za mało na rewelacyjnych w tamtym sezonie Holendrów.

Za tę porażkę głową zapłacił Allegri, ale zaczęło się również majstrowanie przy samym Juventusie. Ten miał się nagle stać drużyną grającą ładnie dla oka, długo utrzymującą się przy piłce. Jednym słowem na Allianz Stadium miało zapanować Sarrismo, bo tak należy wytłumaczyć zatrudnienie Maurizio Sarriego.  Pomóc w tym miało sprowadzenie takich piłkarzy jak Aaron Ramsey, Adrien Rabiot czy powrót z mediolańsko-londyńskiej tułaczki wypychanego do ostatniego dnia okna transferowego Gonzalo Higuaina. Defensywę wzmocniono obiecującym, ale już doświadczonym Matthijsem De Ligtem.

W Turynie nie zorientowano się, że Ramsey to piłkarz wątłego zdrowia, oraz że Rabiot to zawodnik, który od lat nie potrafi wejść na poziom, do którego aspiruje. Niegdyś mistrzowie w kontraktowaniu piłkarzy z kartą w ręku wpadli w pułapkę, oferując tym piłkarzom wysokie kontrakty. Problemy z przystosowaniem się do stylu gry preferowanego przez Sarriego wszyscy doskonale znamy. To nie był Juventus, którego oczekiwano. To z kolei doprowadziło do kolejnego fiaska na europejskiej arenie. Tym razem zbyt trudnym rywalem już na etapie 1/8 finału okazał się Olympique Lyon.

W pierwszym meczu Juventus straszył tylko nazwiskami na papierze. Z kolei w rewanżu znów jedyne dwie bramki dla Starej Damy zdobył Cristiano Ronaldo – pierwszą z karnego, a drugą strzałem z dystansu po sytuacji, którą sam sobie wypracował. Portugalczyk zmarnował świetne dogranie z rzutu różnego Paulo Dybali. Umówmy się jednak, że jest to nic przy tym co zrobił Federico Bernardeschi, gdy mając pustą bramkę, dał się w ostatniej chwili zablokować Marcelo.

Tutaj należy się zatrzymać i grubą kreską oddzielić to co miało miejsce w minionym sezonie. Do tej pory po transferze Portugalczyka Juventus w fazie pucharowej rozegrał sześć spotkań, w których strzelił 7 bramek. Autorem każdej z nich był Cristiano Ronaldo. Gdy przeanalizujemy teraz występy Portugalczyka w ostatnich dwóch sezonach w barwach Realu Madryt, wyjdzie nam, że na 33 bramki zdobyte przez Królewskich w fazie pucharowej CR7 aż 16 razy trafiał do siatki rywali. Świadczy to o tym, że Portugalczyk swój poziom w najważniejszym etapie sezonu utrzymywał, ale zabrakło wsparcia zespołu.

Kolejne niepowodzenie pchnęło Juventus do następnej zmiany szkoleniowca. Tym został kompletny żółtodziób Andrea Pirlo. Pozbyto się dotychczasowego lidera drugiej linii Miralema Pjanicia i sprowadzono – zawodzącego od dwóch sezonów w FC Barcelonie – Arthura oraz Westona McKenniego. Nie był to ani trener, ani transfery na zwojowanie Ligi Mistrzów, ale też nie były one na tyle słabe, by po raz kolejny żegnać się z najbardziej prestiżowymi rozgrywkami już w 1/8 finału po dwumeczu z FC Porto.

Tu można wiele zarzucić już samemu Cristiano Ronaldo, ponieważ paradoksalnie w momencie, gdy grał on w najsłabszym Juventusie od lat, otrzymał wsparcie od drużyny. To Portugalczyk w tym dwumeczu okazał się jednym z najsłabszych o ile nie najsłabszym ogniwem w zespole. Celowo piszę zespole, bo Bianconeri coraz rzadziej przypominali drużynę.

Zawiódł przede wszystkim klub

Portugalczyk z pewnością odszedł ze słabszego Juve niż to, do którego przychodził. Sam Ronaldo odchodzi również jako słabszy piłkarz. Trudno oczekiwać, by utrzymywał taki sam poziom, mając 36 lat na karku. W Turynie jednak liczono, że nie ważne jak słabą drużynę otrzyma Cristiano, to ta nadal będzie walczyć o najwyższe cele w Europie. Nie ważne kto będzie prowadził zespół, to ten nadal będzie w grze o Ligę Mistrzów. Tak się jednak nie stało, ponieważ Cristiano Ronaldo był coraz starszym, a co za tym idzie coraz bardziej ograniczonym zawodnikiem.

Portugalczyk otrzymał od klubu swoje podstawowe wymagania, czyli dwukrotne mistrzostwo Włoch, a także krajowy puchar. Nie dał jednak tego czego oczekiwali Bianconeri, czyli tak długo wyczekiwanego triumfu w Lidze Mistrzów. Temu zadaniu nie sprostał sam zawodnik, ale chyba więcej winy leży po stronie klubu. Ronaldo utrzymał swą skuteczność, ale to Juventus nie potrafił stworzyć konkurencyjnej drużyny wokół swej największej gwiazdy.

Transfer Ronaldo przypadł na moment, w którym Juventus przestał przypominać samego siebie, chcąc się wyzbyć swego DNA. Mówiąc wprost – Bianconeri w ostatnich latach mocno się pogubili i zmarnowali trzy lata nie tylko sobie, ale również zawodnikowi, który nie miał czasu na budowę kolejnej drużyny. On miał być dodatkowym elementem do tej, która nie potrafiła postawić kropki nad „i”. Zamiast tego okazało się, że ma być fundamentem czegoś nowego. Czego to nie wiedział pewnie sam Juventus. W dodatku tworzonego przez żółtodziobów na europejskiej arenie w postaci Rodrigo Bentancura, Federico Chiesy, Federico Bernardeschiego, DejanaKuluseskiego czy Westona McKenniego.

Wydaje się więc, że przybycie Ronaldo do Turynu nastąpiło zbyt wcześnie. Nie da się ukryć, że to m.in. koszty utrzymania Portugalczyka sprawiły, że klubu nie było stać na poważne wzmocnienia. Symbolem tego, że w tym związku w dużej mierze zawiódł klub jest powrót na ławkę trenerską Allegriego. To nie był odpowiedni czas na odmładzanie drużyny oraz próbę zmiany filozofii gry. Kupując takiego zawodnika, trzeba maksymalnie wykorzystać jego potencjał nie tylko w kwestiach marketingowych, ale przede wszystkim sportowych, bo na koniec tylko one mają znaczenie. Projekt pt. CR7 okazał się w Turynie kompletną klapą.

Damian Głodzik

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: