Wykop z piątki #7. Wygrał mecz w pojedynkę! Wielkie indywidualne występy.

„Piłka nożna to gra zespołowa!”. Brzmi oklepany frazes. „Sam meczu nie wygrasz!”. Niejednokrotnie słyszeliśmy z trybun. I to wszystko prawda. Na ogół. Są jednak momenty, gdy zawodnik bierze sprawy w swoje ręce i niemal samodzielnie wygrywa spotkanie. Poniżej pięć przypadków, podczas których piłkarz, przeszedł samego siebie i doprowadził zespół do triumfu, praktycznie w pojedynkę.

Steven Gerrard vs West Ham, finał FA Cup, 2006

Liverpool Rafy Beniteza, to zespół, który darzę pewnym sentymentem, ale też mam co do niego mieszane uczucia. Rozgrywki ligowe nie były mocną stroną Hiszpana, który bliski sięgnięcia tytułu był tylko raz, w kampanii 08/09. Pozostałe sezony to raczej negatywne wspomnienia. To, co jednak trzeba oddać Rafie, to fakt, że potrafił przygotowywać zespół pod poszczególnych rywali i świetnie czuł się w systemie pucharowym. Nie będziemy tu poruszać oklepanego tematu stambulskiej nocy. Przenieśmy się jednak na Millenium Stadium, w Cardiff.

Był 13 maja, roku 2006. Liverpool dotarł do finału rozgrywek FA Cup, gdzie miał mierzyć się z West Hamem. Chyba żaden kraj nie respektuje tak mocno lokalnego pucharu jak Anglicy. To w końcu kawał historii! Ówczesna Drużyna z Londynu był całkiem fajną ekipą. Shaka Hislop, Lionel Scaloni, Yossi Benayoun czy Nigel Reo-Coker, prowadzeni przez Alana Pardew, nie byli mimo wszystko faworytami.

Mecz jednak układał się dla nich zaskakująco dobrze. Po pierwsza, samobój Carraghera, już w 21 minucie meczu. Po drugie, zła interwencja Reiny, która pomogła Asthtonowi na podwyższenie. 2:0, zaledwie 6 minut później. W stolicy Walii zapachniało sensacją.

Wtedy do roboty wziął się Gerrard. Początkowo nieśmiało, bo zaczął „tylko” od asysty do Cisse. Świetne podanie z głębi pola, ekwilibrystyczny strzał Francuza i mamy 2:1, na niespełna kwadrans przed końcem pierwszej odsłony.

W drugiej połowie kapitan Liverpoolu kontynuował swój świetny występny, który -jak się później okazało- miał przerodzić się w prawdziwe show. Małe zamieszanie w polu karnym Młotów i potężny strzał z woleja dał Liverpoolowi remis. Wszystko więc zdawało się wracać do normy.

Ale to nie był dzień Reiny, przynajmniej do 65 minuty. Hiszpan dał wówczas zaskoczyć się po raz trzeci. Tym razem  nieudanym dośrodkowaniem Konchesky’ego. To był klasyczny „centrostrzał”, który wpadł za plecy goalkeepera. W oczy kibiców Liverpoolu zajrzało widmo porażki. Paraliżujące uczucie trwało aż do 91 minuty spotkania. The Reds wydawali się być bezradni. Poza jednym z nich. Kapitan Czerwonych zadziałał pod wpływem impulsu i zdecydował się na strzał z około 35 metrów od bramki Hislopa. Gol! To było niewiarygodne uderzenie. I to w takim momencie! Sam Gerro wspomina w swej biografii:

„Byłem zbyt zmęczony, by przyjmować piłkę, a potem ruszyć z nią przed siebie. Podjąłem instynktowną decyzję, żeby uderzyć z pierwszej piłki. Trafiłem ją w momencie gdy się wznosiła. Cała energia zgromadzona w mojej prawej nodze została przekazana przez but piłce. Trafiłem idealnie, a potem patrzyłem, jak futbolówka rozmywa się w powietrzu. Trafiłem tak perfekcyjnie, że aż trudno było śledzić lot piłki. Ona tymczasem leciała i leciała- sekundy strasznie mi się dłużyły- a potem…bum!”

Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. O tytule miały zadecydować rzuty karne. Gerro podszedł do piłki jako drugi. I cóż, trafił. Tak więc kapitan Liverpoolu miał na swoim koncie asystę, dwie bramki i pewnie wykonany rzut karny. Z pomocą przyszedł mu wcześniejszy antybohater spotkania w postaci Pepe Reiny, który obronił aż trzy rzuty karne.

Nie zmieniało to faktu, że MVP meczu był jeden. Spotkanie z Cardiff dziś wspominane jest zresztą jako „The Gerrard Final”. Bez niego ten sukces byłby niemożliwy. Kapitan Liverpoolu mógłby tak naprawdę wziąć puchar pod pachę i zabrać go ze sobą do domu. Nikt nie miałby prawa mieć do niego pretensji.

191EBA6D-9319-41B9-905A-56B4F898D61B-62376-00000E8380517CAE

Rivaldo vs Valencia, 38 kolejka Primiera Division, 2001

Dzisiejsza Barcelona to absolutny dominator rozgrywek La Liga. Jeśli spojrzymy na ostatnie 10 lat ligowej rywalizacji, to ujrzymy aż 7 triumfów piłkarzy Blaugrany. Jednak nie zawsze tak było.

Pod koniec kampanii 2000/2001 Katalończycy nie mieli prawa śnić o mistrzowstwie. Mało tego! Na kolejkę przed zakończeniem rozgrywek zajmowali dopiero 5 miejsce, a ich udział w kolejnej Lidze Mistrzów był mocno wątpliwy. By osiągnąć cel i znaleźć się wśród elity należało wskoczyć w tabeli oczko wyżej.

Los chciał, że w ostatnim meczu sezonu, Barcelona miała zmierzyć się ze swoim bezpośrednim rywalem w walce o 4 lokatę, Valencią. Zadanie było arcytrudne. By przeskoczyć piłkarzy z Estadio Mestalla, należało wygrać domowe spotkanie. Każdy inny rezultat dawał awans zawodnikom Nietoperzy, w których składzie grali tacy piłkarze jak choćby Santiago Canizares, Roberto Ayala, Ruben Baraja, Kily Gonzalez czy wreszcie Pablo Aimar.

Dziś wiemy, że cel byłby niemożliwy do osiągnięcia, gdyby Barcelona nie miała po swojej stronie Rivaldo. Laureat Złotej Piłki ad 1999, zaczął swój popis już w 3 minucie spotkania, kiedy to pokonał Canizaresa, perfekcyjnym strzałem z rzutu wolnego. Odległość była spora, ale zawodnik miał swój dzień.

Zupełnie jak Baraja, który zamierzał skraść show Brazylijczykowi. Hiszpan wyrównał w 25 minucie i Barca znów była w tarapatach. Rivaldo odpowiedział w końcówce pierwszej odsłony. Krótki zwód i firmowy strzał „spod kolana” dał kolejne prowadzenie jego zespołowi. Piłkarz Nietoperzy jednak nie odpuszczał. 47 minuta spotkania przyniosła jego kolejną bramkę, która przybliżała Valencię do piłkarskiego nieba.

Wynik 2:2 utrzymywał się bardzo długo. Rivaldo dwoił się i troił, jednak Barcelona za nic nie mogła sforsować defensywy rywali. Wtedy wybiła 87 minuta spotkania. Doświadczony defensor Frank De Boer, zagrał rozpaczliwą piłkę w okolice pola karnego. Był tam Rivaldo. Około 18 metrów od bramki Canizaresa, Brazylijczyk przyjmuje piłkę klatą piersiową, stojąc tyłem do świątyni hiszpańskiego goalkeepera i…uderza z przewrotki. To był perfekcyjny strzał. Piłka wpadła tuż przy lewym słupku blondwłosego bramkarza. Camp Nou eksplodowało!

Wynik już się nie zmienił. Czy to był najwspanialszy hat-trick w historii piłki? Chyba tak. Rzut wolny, strzał z dystansu i przewrotka w końcowych minutach meczu. Czego chcieć więcej? Rivaldo wspomina (zeszłoroczny wywiad dla Four Four Two):

„To było 18 lat temu, ale wciąż pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj, ponieważ każdego dnia lub tygodnia ktoś mi o tym przypomina. (…) Zagrałem mnóstwo świetnych spotkań i strzeliłem wiele ważnych goli, na przykład w Mistrzostwach Świata. Ale to był specjalny mecz. Nie tylko z powodu przewrotki, ale też z powodu echa, jakim to spotkanie odbiło się na świecie.”

To prawda. Stawka meczu, dramatyczne okoliczności oraz uroda tych bramek sprawia, że występ w wykonaniu Rivaldo to mecz absolutnie legendarny.

76A060B9-A6D3-4F1A-BBED-21797CC1DBF6-62376-00000E83F8A8F4F7

Lionel Messi vs Bayern, półfinał Ligi Mistrzów, 2015

Wskazanie najlepszego meczu w wykonaniu Leo Messiego to zadanie karkołomne. Piłkarz ten zagrał mnóstwo spotkań na niebotycznym poziomie. Strzelecka kanonada z Bayerem Leverkusen, finał Ligi Mistrzów z Manchesterem, czy też zeszłoroczna potyczka z Liverpoolem na Camp Nou, to tylko kilka z nich.

Cofnijmy się jednak do 6 maja, roku 2015, kiedy to los skojarzył Barcelonę i Bayern w półfinale Ligi Mistrzów. Przed starciem aż kipiało od emocji. Guardiola wracał na stare śmieci, tym razem w roli szkoleniowca Bawarczyków. To miało być wielkie widowisko i mecz, który wyłoni przyszłego triumfatora rozgrywek. Katalończyk, wraz ze swoim zespołem, zdążył już zdominować krajowe rozgrywki. Teraz przyszedł czas na Europę. Szkoleniowiec zdawał się jednak czuć pismo nosem, mówiąc przed meczem:

„Nie ma sposobu, ani systemu, by powstrzymać Messiego. Jeśli będzie grał na tym poziomie co w ostatnich 4-5 miesiącach, to nie ma szans, by pokrzyżować mu plany.”

Cóż, Pep i Leo znają się jak łyse konie. Guardiola się nie mylił.

Samo spotkanie było wyrównane. Owszem, to Barca – jak na gospodarza przystało – spędzała więcej czasu pod bramką rywali, ale klarowne sytuacje z obu stron można by policzyć na palcach jednej ręki. Zarówno Neuer jak i Ter Stegen spisywali się świetnie i długo mogłoby wydawać się, że spotkanie zakończy się remisem. W 77 minucie nastąpił jednak przełom. Messi przyjął piłkę na ok 20 metrze od bramki, ściął do lewej nogi, po czym huknął z dystansu. Firmowy gol Argentyńczyka, 1:0.

Najlepsze było jednak przed nim. Zaledwie 3 minuty później piłkarz zdecydował się na solową akcję. Dynamiczne wejście w pole karne, balans ciałem, który zrobił z Boatenga najbardziej memicznego piłkarza roku, plus bezczelna podcinka nad bezradnym Neuerem. I tak Messi w ciągu zaledwie 180 sekund sprawił, że Bayern został rozbity. Kwintesencja wielkości. Niemiłosiernie ośmieszony obrońca Bawarczyków mówił:

„To mnie jakoś specjalnie nie rusza. Tak naprawdę to śmiałem się w duchu. Kiedy upadasz, bądź poślizgniesz się i ktoś strzeli bramkę, to jest to rzecz normalna. Takie coś się zdarza. (…) Dla mnie to najlepszy piłkarz świata. Taka jest piłka”.

Barcelona ostatecznie wygrała 3:0. Mecz zamknął Neymar. Awans zespołu Luisa Enrique wydawał się przesądzony. Tak też się stało. Bayern co prawda odgryzł się, wygrywając 3:2 w rewanżu, na Allianz Arena, ale nie było ich stać na nic więcej.

I tak Messi po raz kolejny stał się tym, który w pojedynkę przesądza o losach rywalizacji. W tym przypadku potrzebował do tego zaledwie trzech magicznych minut. Fenomen!

C08162FB-DD4A-4ED9-BC5D-8A9BCA0E134D-62376-00000E82BC2C7E78

Robert Lewandowski vs Real Madryt, półfinał Ligi Mistrzów, 2013

W dzisiejszym „Wykopie” nie może zabraknąć polskiego wątku. Lewy ma na swoim koncie co najmniej dwa legendarne spotkania, które już przeszły do piłkarskiego kanonu. Pięć bramek z Wolfsburgiem, a także cztery trafienia z Realem, w półfinale Ligi Mistrzów. Dziś chciałbym przypomnieć wydarzenia z tego drugiego, bardziej prestiżowego starcia.

Borussia Kloppa był niekwestionowaną rewelacją Ligi Mistrzów, w sezonie 12/13. Kiedy jednak niemiecki zespół trafił w półfinale na Real Madryt, raczej nietrudno było wskazać faworyta. Oczywiście, cała Polska – poza fanami Los Blancos – trzymała kciuki za trio Piszczek, Błaczykowski, Lewandowski. Wiadome jednak było, że naszych rodaków czeka arcytrudne zadanie.

Gdy zasiadaliśmy przed telewizorami, z zimnym piwem w ręku, nikt z nas nie miał prawa przeczuwać, że za chwilę obejrzymy historyczny mecz polskiego napastnika.

A zaczęło się szybko. 8 minuta spotkania i Lewandowski trafia po raz pierwszy. Polak wykorzystał dośrodkowanie Goetze. Gol zdobyty w półfinałowym starciu z Realem? Duża sprawa.

Niestety dla Kloppa i spółki, przed przerwą wyrównał Cristiano Ronaldo i wszystko zdawało się wracać do normy.

Ale to nie był zwyczajny mecz!

Druga połowa to prawdziwy koncert polskiego snajpera i coś, o czym piłkarski świat nie zapomni nigdy. Napastnik BVB błysnął ponownie zaledwie 5 minut po przerwie. Chytre przyjęcie kierunkowe i strzał przy bliższym słupku, dały prowadzenie zespołowi z Dortmundu. To jednak nie koniec. W 55 minucie Polak skompletował hat-trick, strzelając najładniejszą bramkę w tym meczu. To była trudna sytuacja. Świetne wyszkolenie techniczne i instynkt strzelecki Polaka pozwoliły mu jednak na przepuszczenie piłki pod podeszwą, ogranie Ramosa i huknięcie pod poprzeczkę. Zachwycony Klopp mówił po meczu:

„Ten gol jest wart każdego centa, jakie telewizje płacą za prawa do transmisji Ligi Mistrzów.”

Lewandowskiemu jednak nie było dość. Kiedy Bjorn Kuijpers podyktował rzut karny dla Borussi w 65 minucie, było jasne, że Polak skończy mecz z co najmniej czterema trafieniami. Tak też się stało. Snajper huknął jak z armaty a stadion Signal Iduna oszalał.

Napastnik BVB stał się wówczas dopiero trzecim piłkarzem w historii Ligi Mistrzów, który zdołał zdobyć cztery gole w jednym meczu fazy play-off (wcześniej zrobił to Mario Gomez i dwukrotnie Messi). Nic dziwnego, że jego trener zachwycał się słowami:

„W muzeum Borussi od lat wyświetlany jest ten sam film. Mam nadzieję, że w przyszłości zostanie on zastąpiony nagraniem z czterema bramkami Roberta.”

W ten sposób Lewandowski przedstawił się światu na dobre. Napastnik przyćmił samego Cristiano Ronaldo, a także dał prawdziwą lekcję takim defensorom jak Pepe czy Ramos. Po spotkaniu na Signal Iduna nikt nie miał już wątpliwości, że mamy do czynienia z napastnikiem z absolutnego topu, na którym to Lewy utrzymuje się do dziś.

uid_f5860c7304618e5ec1d43982d9b5cb5c1587710151419_width_960_play_0_pos_0_gs_0_height_540_robert-lewandowski-praktycznie-w-pojedynke-zapewnil-borussii-dortmund-zwyciestwo-z-realem-fot-getty

Ronaldo vs Manchester, ćwierćfinał Ligi Mistrzów, 2003

Kiedy odrodzony Ronaldo trafiał do Realu w roku 2002, jasnym było, że to wielki transfer. Świeżo upieczony Król Strzelców Mundialu i laureat Złotej Piłki dołączył do ekipy Galacticos po to by robić show z takimi piłkarzami jak: Roberto Carlos, Zidane, Figo czy Raul. Na papierze najbardziej spektakularny zespół w historii.

Brazylijczyk spędził na Santiago Bernabeu 5 lat, łącznie zdobywając dla klubu 83 gole, w 127 meczach. Ronaldo ma za sobą mnóstwo świetnych spotkań w barwach Los Blancos, jednak zapytany o to jedno, najlepsze, bez wahania odpowiada (Sports Bible):

„Moim najlepszym meczem jest ten z Manchesterem United na Old Trafford. (…) Co ciekawe, najbardziej ekscytującym momentem było moje zejście z boiska. Wówczas dostałem owację na stojąco od całego stadionu. Zrobili ją moi rywale.”

Jak do tego doszło?

Kiedy Real trafił na Manchester w ćwierćfinale Ligi Mistrzów jasnym było, że piłkarskich kibiców, czeka wielkie starcie. Z jednej strony Los Blancos, złożone z wyżej wymienionych gwiazd. Z drugiej Czerwone Diabły z Ferdinandem, Giggsem, Beckhamem czy Van Nistelrooyem w składzie.

W pierwszym meczu Real wygrał u siebie 3:1, jednak prawdziwe emocje czekały nas w rewanżu. Strzelecką kanonadę rozpoczął nie kto inny jak Ronaldo, który zaskoczył Bartheza już w 12 minucie spotkania. Podopieczni Fergusona nie składali jednak broni i Van Nistelrooy wyrównał tuż przed przerwą.

Druga połowa to już istne show Ronaldo. Popularny Il Fenomeno przyćmił wszystkich. 6 minut po przerwie miał na swoim koncie dublet, a na pół godziny przed końcem meczu skompletował hat-tricka. W międzyczasie Ivan Helguera zaliczył „samobója”, ale to nie miało już większego znaczenia. Wynik 3:2 dla Realu raczej nie dawał już żadnych nadziei kibicom MU. Snajper Królewskich był nie do zatrzymania. Szczególnie jego trzeci gol to trafienie wielkiej urody. Znany ze świetnego dryblingu i doskonałego zachowania w polu karnym rywala Brazylijczyk, tym razem zdecydował się na precyzyjny i mocny strzał z 35 metrów. Barthez wyjął wówczas piłkę z siatki po raz trzeci.

Ronaldo został zmieniony w 67 minucie – przy wyniku 2:3 – i to był właśnie ten moment, w którym zebrał on potężną porcję braw od miejscowych kibiców. Co ciekawe, bez niego na boisku Real nie strzelił już nic, a wręcz przeciwnie, stracił dwie bramki, zdobyte przez Beckhama. Wynik 4:3 dla Manchesteru premiował jednak piłkarzy z Madrytu, którym awans załatwił nie kto inny jak fenomenalny Brazylijczyk. Becks mówił po meczu:

„Ronaldo nas unicestwił. Raul nie mógł zagrać z powodu zapalenia wyrostka więc wielki piłkarz wziął sprawy w swoje ręce. Całe trybuny mogły obserwować go w akcji, więc dostał od nich owację, którą zwykle otrzymują piłkarze Manchesteru. Nasi kibice po prostu wiedzieli, że móc oglądać go w takiej dyspozycji to wielki przywilej.”

Ferguson wtórował podopiecznemu:

„Co to był za mecz. Ronaldo był cudowny. Jego trzecia bramka to niesamowity gol. Trudno jakkolwiek zapobiec komuś kto ma zdolność do tworzenia chwil jak te.”

Brazylijczyk oczarował wszystkich. Owszem, jego zespół nie wygrał tego spotkania, przez co jego przykład nieco odbiega od przyjętej tu formy. Nie zmienia to jednak faktu, że napastnik Królewskich był tym, który zrobił różnicę na Old Trafford i swoim hat-trickiem zapewnił awans sobie i swoim kolegom. Po prostu Il Fenomeno.

56F2B104-FC44-48AF-BC5D-020DFE9B1778-62376-00000E832BC9761D

 

Tak więc dotarliśmy do końca. Niestety, „Wykop z piątki” nie jest z gumy, przez co stanąłem przed ogromnym dylematem. Bo gdzie występ Ronaldinho z Realem? Co z choćby jednym z wielu wybitnych występów CR7? A Zizou z Brazylią? A Cannavarro z Holandią?

I tak bez końca.

Michał Bakanowicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s