Football Culture – Ultras (2020)

Czasy kwarantanny to ciężki okres. Światowa scena rozrywkowa jest mocno ograniczona w swoich działaniach, jednakże twórcy wszelacy i tak starają nam się umilić walkę z pandemią. Wychodzi różnie. Ostatnio pisałem wam o wyrobie filmopodobnym Patryka Vegi, który kolorowy ptak polskiej reżyserki postanowił stworzyć, podpierając się mocno przerysowanymi wydarzeniami, zaczerpniętymi z życia polskiej sceny kibicowskiej. Bad Boy jest kaszaną. Ale, żeby nie było, że tylko Polacy robią kaszaniaste filmy o kibicach, kilka dni wcześniej na Netflix wjechał inny konkurent do miana najgłupszego filmu o fanach piłki. Włoski obraz pod tytułem „Ultras”.

Tak więc, mamy sobie gościa o ksywie „Mohikanin” i ten oto „Mohikanin” należy do grupy kibicowskie o nazwie… „Apacze”. Ale dobra, czepiam się. „Mohikanin” ma na imię Sandro. Zbliża się na oko do pięćdziesiątki, a jego serce bije dla Napoli. Na mecze co prawda nie chodzi, bo ma zakaz stadionowy, ale wraz z resztą „starych” wspólnie melanżuje, obija mordy oponentom, ogląda mecze w telewizji i jeździ motocyklem.

Jednakże pomiędzy „starymi” i główną bandą, która dowodzi trzonem chuliganki neapolitańskich ultrasów, coraz częściej dochodzi do tarć spowodowanych różnicą poglądów. Wiadomo, każde pokolenie ma własny czas. Starzy są dla młodych „boomerami”, a młodzi dla starych bandą w gorącej wodzie kąpanych idiotów, których toku myślenia za cholerę nie rozumieją. Jak w prawdziwym życiu…

Od początku filmu jesteśmy świadomi, że apogeum wydarzeń, będzie wyjazd tiffosich Napoli do Rzymu, gdzie chcą pokazać stołecznym kibolom, że są hardą bandą, która nie pieprzy się w tańcu. 3/4 filmu to przygotowania do ostatniej kolejki SerieA, kiedy to ma nastąpić najazd „Apaczów” na „Wieczne Miasto”. Kibicowscy weterani są sceptyczni co do tego pomysłu. Liderzy grupy i główna banda nie mają jednak zamiaru zmieniać planów. Na wyjazd do Rzymu ostrzą sobie zęby również nastoletni fani, aspirujący, by dołączyć do głównej bandy. Wśród nich jest Angelo, nad którym pewną opiekę roztacza Sandro, poczuwający się do bycia kimś w rodzaju męskiego autorytetu, którego brakuje w życiu młodego chłopaka, a który zdecydowanie by mu się przydał.

Problem w tym, że Angelo imponują przemoc, twardy charakter, poczucie przynależności do grupy i bycie samcem alfa. W sumie to mocno prawdziwe, bo często tego właśnie się szuka, chcąc zbliżyć się do grup pseudokibicowskich. Natomiast Sandro powoli zaczyna rozumieć, że czasy biegania po trybunach czy ulicach i kopanie innych makaroniarskich tyłków to nie jest najlepszy sposób na życie. Warto w pewnym momencie się ustatkować i odpuścić lawirowanie na krawędzi prawa. Właśnie przed tym „Mohikanin” chce uchronić swojego dużo młodszego kolegę.

Wyjazd do Rzymu ostatecznie dochodzi do skutku. Udają się na niego także Angelo i jego rówieśnicy, którzy przekonują liderów, by ci pozwolili im jechać. Niestety wycieczka do stolicy nie dla wszystkich skończy się dobrze…

I co? Mało oryginalna fabuła jak na film kibicowski, ale da się z tego zrobić przyjemny seans. Takie typowe męskie kino o przynależności do grupy, chęci udowodnienia sobie czegoś w życiu, honorze i szacunku. Bla, bla, bla… No tak właśnie by było, gdyby cały film nie przypominał kolejnego odcinka „Trudnych spraw”…

Jeśli sądzicie, że dialogi w Bad Boyu były głupie i pozbawione sensu, to obejrzyjcie sobie Ultrasa i uznacie, że Vega pisze konwersacje na poziomie Tarantino i rozmowy pułkownika Hansa Landy z francuskim wieśniakiem z początku „Bękartów wojny”.

Inna sprawa – ten film jest przede wszystkim nudny. 3/4 czasu to sceny, w których kompletnie nic się nie dzieje. Ktoś wpierdala makaron, jeździ skuterem lub podpisuje listę obecności na komisariacie. Całe to oczekiwanie na wyjazd do Rzymu ciągnie się jak flaki z olejem. Czasem ktoś się jeszcze kłóci z kimś innym z byle powodu… jak to Włosi, taki stereotyp, który chyba stereotypem nie jest.

Ciekawiej robi się dopiero w dwóch scenach, gdy przez nieszczęśliwy splot wydarzeń przelewa się czara goryczy w konflikcie pomiędzy starszyzną i główną bojówką, co kończy się grubą awanturą oraz w czasie wyjazdu do Rzymu, którego finał nieco mnie zaskoczył.

Inna sprawa, że 40 chuliganów Napoli siejących popłoch wśród oddziałów rzymskiej policji, wyglądało co najmniej dziwnie. To nie historia o trzystu Spartanach…

Film pochwalić mogę za fajne ujęcia. Zdjęcia Neapolu wyglądają bardzo fajnie. Ultrasi co prawda prezentują się dość dziwnie, ale w sumie nie wiem, czy wśród włoskich tifossi panuje moda na jeansowe katany, wąsy i fryzury rodem z boysbandów z lat 90. Trochę jak wygląd kibiców w „Skrzydlatych świniach”… Nadrabiają za to pięknym śpiewem. Przyśpiewka wykonana na ślubie z początkowych fragmentów filmu brzmi kapitalnie.

Nie wiem. Jak wam się mocno nudzi w domach i obejrzeliście już wszystkie wartościowe treści, to możecie sobie odpalić ten film, ale myślę, że jesteście w stanie poszukać coś ciekawszego. Chyba że lubicie filmy z polotem paradokumentów i absurdalnymi dialogami.

Ocena Futbolowej Rebelii: 4/10

RG

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s