Loża rebelianckich szyderców #5

Dwie. Dwie kolejki. Tyle wystarczyło, by większość fanów Ekstraklasy poczuła niestrawność niczym po zjedzeniu kotleta mielonego w dworcowym barze w Koluszkach. Sęk w tym, że za niejadalną strawę posłużyła nam Ekstraklasa. Zapraszam was do wspólnego poniedziałkowego wtorkowego narzekania na naszą ukochaną ligę. Co poza tym? Premier League, Krzysztof Piątek i o tym, że jesteśmy pokoleniem wiecznych malkontentów.

Cztery niestrzelone rzuty karne. Nieudana ‚panenka’ Bartla, dośrodkowania lądujące w krzakach agrestu i Exposito posyłający piłkę gdzieś na granicę pomiędzy Narnią a Śródziemiem. To za tym tęskniliśmy tak bardzo przez pół zimy. Nasza kochana liga postanowiła przy drugim tegorocznym spotkaniu przywitać nas z całym swoim inwentarzem. Z wszystkimi swoimi najgorszymi wadami. Ale my dalej ją kochamy. To trochę tak jak z tymi zastraszonymi żonami, które nie potrafią odejść od tych skurwieli stosujących wobec nich przemoc domową. Czujecie dyskomfort, czujecie się zdewastowani psychicznie, ale nie potraficie odejść. Nie potraficie powiedzieć dość. Oglądacie jak ci goście z Korony czy Arki kalają dobre imię futbolu. Może to fetysz? Może jesteśmy pieprzonymi zbokami? Jedni lubią podduszanie, inni pejcze a my Ekstraklasę? No ludzie! Dajmy na to, taka Jagiellonia… w dwóch pierwszych meczach oddała 31 strzałów. Nie zdobyła żadnej bramki. Z tej ligi za jakieś dwa lata wyjadą praktycznie wszyscy, którzy potrafili zdobywać gole. Już w tej kolejce ponad połowa zespołów nie potrafiła trafić do siatki rywala. Wkrótce jedyną szansą na gola będzie obcierka, samobój lub jak komuś zejdzie strzał. Ale nic to. Ja póki co jeszcze się Ekstraklasą nie przejadłem, bo w całości obejrzałem w tej kolejce jedynie stracie Rakowa z Legią, a to było akurat całkiem sympatyczne spotkanie. Może to jest lekiem na całe zło? Dozować sobie tę ligę? Tak chyba trzeba robić, jeśli całą żółć wylejemy teraz, to nie starczy nam jej na przełom lipca i sierpnia, czyli wtedy, kiedy będzie nam najbardziej potrzebna. Zresztą co ja gadam… przecież trener Probierz znalazł lek na całe zło… Nie pokazujmy powtórek złych zagrań! Ja dodam jeszcze coś od siebie. Te dziewięć drużyn, które w tej kolejce nie zdołały umieścić piłki w siatce, nie traktujmy jako porażki. Ogłośmy, że jesteśmy potęgą jeśli chodzi o umiejętność gry w obronie! Polska liga – wizytówka współczesnego catenaccio, styl kopiowany od Simeone. Trochę propagandy nigdy nie zawadzi. Uczmy się od najlepszych, czyli od… Wy już dobrze wiecie od kogo :).

Krzysiu Piątek znów bez gola w Bundeslidze. Ale ja nie o tym. Jeszcze jest za wcześnie, żeby ferować jakiekolwiek sądy w sprawie jego przygody za naszą zachodnią granicą. Zastanawiam się nad czymś innym. Odkąd Piona pojawił się w Berlinie, w internecie często można napotkać memy z tzw. ‚nosaczem’, który już chyba kompletnie nikogo nie śmieszy. I ten oto ‚nosacz’ przyodziany jest w barwy berlińskiej Herthy, co ma obśmiewać ludzi kibicujących teraz zespołowi ze stolicy Niemiec. Ja się tylko zapytam – dlaczego? Co złego jest w trzymaniu kciuków za rodaka? W życzeniu mu powodzenia? We wspieraniu go w drodze do sukcesu? Moim zdaniem to akurat zachowanie godne pochwały. Przecież tyle mówi się o tym, że Polacy na emigracji potrafią być dla siebie najgorszymi wrogami. Więc chociaż na polu sportowym bądźmy razem. Nie wyśmiewajmy takich postaw. Może w przyszłości to zaowocuje i będziemy umieć cieszyć się swoimi wzajemnymi sukcesami również w innych dziedzinach życia?

Póki co mamy w kraju dwie szkoły. Media, które do znudzenia wypytują zagranicznych trenerów/ekspertów o polskich graczy, co tydzień robią przegląd prasy zagranicznej w poszukiwaniu wzmianek o polskich sportowcach i szukają jakichkolwiek nawiązań do naszego kraju, by sprzedać to jako clickbaitowy artykuł. Ten trend idealnie podsumował nie dawno Jurgen Klopp, którego zirytował norweski dziennikarz wypytujący go ciągle o Haalanda przed starciem z Salzburgiem w LM:

Jesteś z Norwegii, zgadza się? Miałem czas, gdy w moim zespole grał Robert Lewandowski. Zawsze polscy dziennikarze skupiali się tylko na nim, nie słuchając innych pytań. Wyglądało to tak, że zostali wysłani tylko po to, by spytać o Roberta lub ewentualnie Błaszczykowskiego. Życzę Ci, byś poznał także innych zawodników, gdyż warto także o nich rozmawiać.

Mam nadzieję, że kilku polskim pismakom zrobiło się po tamtej wypowiedzi głupio. Mamy też drugą stronę barykady, o której pisałem w kontekście Piątka, a którą zaobserwować można było, gdy kilka dni temu karierę zakończył Marcin Gortat. W internecie posypało się mnóstwo głosów krytycznych i pojawiła się powszechna dyskredytacja Marcina jako osoby publicznej. Dlaczego? Przez kilka niefortunnych wypowiedzi byłego koszykarza w mediach? Fakt, Marcin kilka razy mógł trzymać język za zębami. Ale, do cholery, w momencie gdy facet kończy swoją przygodę z basketem, warto przypomnieć, że w pewnym momencie poczynał sobie w lidze NBA całkiem solidnie, zawsze starał się być jak najlepszym ambasadorem naszego kraju i robił mnóstwo dobrego jak: koszykarskie campy dla młodzieży czy akcje charytatywne. Nikt tyle, co on nie angażował się w pomoc dla polskich żołnierzy-weteranów. Ale nie k**wa, najważniejsze w tamtym momencie było, że po śmierci Bryanta wspomniał o butach, które od niego dostał i że ich wartość w tamtym momencie wzrosła. Wstyd, siara, kompromitacja, hańba – Marcin nie wracaj do kraju.

Najgłupszych zawsze słychać najgłośniej. Niestety. Wiem, że normalnych ludzi jest najwięcej. Kibiców, którzy potrafią zachować chłodną głowę i myślą racjonalnie, a nie dyskredytują innych polskich sportowców przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ani tych świrów z drugiej strony lustra, którzy ślą pogróżki w stronę Borka Sedlaka, bo zapalił w złym momencie jebane zielone światełko na skoczni narciarskiej. Nie wyzywają też na Twitterze Andrzej Strejlaua tylko dlatego, że ten nie nadąża za najnowszymi trendami taktycznymi. Social Media dają anonimowość, a co za tym idzie, stanowią doskonałą zasłonę dymną, która pozwala skracać dystans. Nie mamy autorytetów. Nie szanujemy się nawzajem. A przynajmniej takie można odnieść wrażenie. Więc jeśli Czesław Niemen miał rację i ludzi dobrej woli jest więcej, to starajmy się to czasem pokazać, by trochę rozmyć ten brud wylewany przez tych świrów. Doceniajmy sukcesy innych, wyciągajmy pomocną dłoń do słabszych i zwiększajmy kulturę wypowiedzi. Taki regulamin skauta dzisiaj ode mnie. I dużo malkontenctwa, wiem,  ale cóż, czasem trzeba to z siebie wylać. Po to założyliśmy bloga…

W Anglii rozwleczona 26 kolejka powoli chyli się ku końcowi. Został nam już tylko przełożony mecz City z West Hamem. Ostatnio po raz pierwszy obejrzałem oryginalną trylogię „Gwiezdnych Wojen”. Obejrzałem też kolejny mecz LFC w tym sezonie. Doszedłem do takiej konkluzji, że Klopp jest pieprzonym mistrzem Jedi, a jego piłkarze są padawanami. Ale takimi, którzy już wkrótce będą uchodzić za mistrzów, bo pojęli wszystkie detale tajemnej wiedzy. Przecież oni te bramki zdobywają siłą umysłów. To jakieś pieprzone ‚jedi mind tricks’. Wychodzą zwycięsko niemal z każdej stykowej sytuacji. Normalni ludzie tak nie robią. Moc jest z nimi.

Tymczasem Mistrz Sithów – Guardiola – i jego armia zostali zneutralizowani przez inne imperium zła w postaci UEFA i drugiego z Sithów – Lorda Ceferina. A tak poważnie, nie uwierzę w dyskwalifikację City, póki nie ujrzę tego na własne oczy. Ten klub znaczy obecnie zbyt wiele w świecie piłki, by zostać wyrzuconym z tych elitarnych rozgrywek. Szejk Mansour sięgnie do tylnej kieszeni spodni, wyciągnie drobne i „przekona” misie z UEFA swoim miodkiem do zmiany decyzji. Można robić screeny. Tak, też bardzo bym chciał, żeby Sheffield United zagrało w Lidze Mistrzów, ale w to nie wierzę.

Przy okazji Walentynek przypomniał mi się kapitalny wierszyk, który został stworzony przez jednego z użytkowników Twittera. Z góry przepraszam kibiców klubu z Etihad :).

„Roses are red,

Manchester is blue,

Without Sheikh Mansour,

you’d be in League 2″

W innych spotkaniach? Mou i Tottenham bez błysku, ale znów regularnie punktują. Czyli klasyczny ‚The Special One’. W starciu dwóch klubów z aspiracjami – bezbramkowo. Czyli Ani Jimenez, ani Vardy nie zostali bohaterami w starciu Lisów z Wilkami. Arsenal w końcu zaczął przypominać siebie. Pepe zaczął w końcu przypominać pomocnika wartego grube miliony. Miejmy nadzieję, że ten trend się utrzyma. Sheffield i Wilder ku uciesze postronnych fanów robią swoje. Hasenhuttl mam nadzieję, że zrozumiał, iż Southampton nie może funkcjonować bez Bednarka w obronie ;). Święci padli ofiarą Burnley, które zaczyna się rozkręcać w środkowej fazie sezonu.

That’s all folks! A jeśli chcecie poczytać więcej ciekawych treści, a nie płacz gości, którym się wydaje, że są najmądrzejsi i trochę zabawni (To my, wasi Rebelianci) to zapraszam do śledzenia Social Mediów naszego kolegi Football Info.

Facebook oraz Twitter

Zasypcie go lajkami, komentami i followami. A przy okazji również nas ;).

RG

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s