Kompromitacja? Nie! Prawdziwy obraz naszej ligi.

Chciałbym napisać o kolejnej kompromitacji polskich klubów w europejskich pucharach… Ale czy można nazwać kompromitacją coś, co zdarza się już cyklicznie? Tak naprawdę mamy do czynienia z tradycją, która od kilku sezonów wpisała się w obraz letnich spotkań polskich drużyn w rozgrywkach europejskich. I, mimo że ciężko przełknąć kolejne wtopy z drużynami z krajów kilkukrotnie mniej ludnych od Polski, z których drenujemy szrot do naszej ligi, to chyba czas zacząć to traktować w sposób naturalny i przestać się na ten fakt obrażać. Przecież lepiej i tak nie będzie, bo nikt nie wie co zrobić, by to zmienić, prawda? Jak w piosence Elektrycznych Gitar: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal, tak jak jest.”

Pamiętam taki mecz, gdy Widzew Łódź w 1997 roku grał w wakacje z Neftczi Baku. Chyba pierwsza runda eliminacji do Ligi Mistrzów. Sezon po tym, jak Widzewiacy grali w fazie grupowej. Azerowie zostali pojechani w Łodzi 8:0. Jak w końcówce sędzia podyktował karnego dla polskiej drużyny, to kibice skandowali na trybunach „Arek Onyszko”. Chcieli, żeby bramkarz też sobie strzelił gola. Inną przyśpiewką w ich repertuarze było „Osiem do zera, Widzew żegna frajera.” Dziś za tych frajerów robimy my.  Tego nikt się chyba nie spodziewał. Jak hiszpańskiej inkwizycji ze skeczów Monty Pythona. Źle wspominam lata 90. w polskim futbolu. To był chyba najbardziej beznadziejny okres w naszym futbolu reprezentacyjnym. Ale klubowo? Wydaje mi się, że gdyby wówczas europejskie puchary były tak rozrośnięte jak te obecne, to mielibyśmy dwie drużyny w fazie grupowej Ligi Europy co rok. Wisełka Cupiała w latach 1999-2004? Pewnie co sezon grałaby jeszcze na wiosnę. Nie wiem. Może idealizuję. Ale to były czasy, gdy Wiślacy minimalnie odpadali  po meczach z Barceloną czy Interem Mediolan. Później było trochę gorzej. Odpadki z Valarengą czy Dinamo Tbilisi. Ale wtedy to był naprawdę wstyd i chyba można powiedzieć, że wypadek przy pracy. To były pojedyncze wtopy. Pamiętam, jak ukrzyżowany został GKS Katowice (wtedy Dospel) gdy odpadał z macedońską Cementarnicą w 2003 roku. Ale to był naprawdę przypadek. Macedończycy oddali w tamtym dwumeczu chyba tylko jeden celny strzał. A teraz? Ryga, Kuopio czy cała plejada słowackich drużyn potrafi z nami prowadzić grę. Eliminują nas i to nie są przypadki. My po prostu nie umiemy grać w piłkę. Pewnym paradoksem jest to, że potem ci słowaccy piłkarze chcą przejść do naszej ligi, bo opłaca im się to finansowo. Ryga wyeliminowała Piasta przy pomocy Rakelsa, Bilińskiego i Visniakovsa, którzy zostali już przez Ekstraklasę wypluci. Więc gdzie jest problem? Czy nasi trenerzy to naprawdę tacy parodyści? Bo słabi działacze, którzy nie znają się na zdrowym prowadzeniu klubu to tajemnica poliszynela.  Przepłacani piłkarze? Jasne. Ale oni biorą to, co im się daje. Nie sądze by grali tak dziadowsko, bo im się nie chce czy są mało ambitni (no, może niektórzy tak). Wiecie, dlaczego polski piłkarz prezentuje poziom kreta na Żuławach? Wyjaśnia trener Cecherz:

Zwyczajnie. Bo tylko tyle nauczyła go polska myśl szkoleniowa w czasach, gdy był plasteliną, którą trzeba było ukształtować w posąg piłkarskiego Adonisa. Bo trener krzyczał do niego, gdy ten grał na środku obrony w zespole juniorskim: „Wypierdol to jak najdalej!” I gość sobie zakodował. „Leci do mnie piłka? Laga, kurwa !” Wyprowadzenie piłki z linii obrony to dla niego czarna magia. Tony Adams wspominał w swojej biografii, że gdy grał w taki sposób, to kibice śmiali się z niego, naśladując odgłosy osła. Zarzucali mu, że potrafi tylko kopać jak kłapouch. W naszej lidze roi się od gości, którzy po swoim sztandarowym zagraniu powinni robić „I-ooo, I-oooo !!” i doklejać sobie spiczaste uszka. Ale przecież polski junior ma być duży, silny i głupi  nie bawić się piłką. Broń Boże wdawać się w drybling, bo suszara od trenera gwarantowana jak straci. Ciekawe czy w Hiszpanii wychodzą z tego samego założenia? Do pewnego momentu to może przynosić skutek, ale w pewnym momencie warunki fizyczne się w miarę wyrównają, przewaga siły i przygotowania fizycznego zniknie. No cóż, hiszpański junior zostaje wtedy z niezłą techniką jak Himilsbach z angielskim, a nasi drwale? Nie są Adonisami, są bardziej entami z „Władcy Pierścieni”, którym futbolówka odbija się od sęków. Aha, a gdy wyjdziemy na prowadzenie, to koniecznie trzeba się cofnąć jak najgłębiej pod własne pole karne !

Więc tak, staję dziś w obronie polskiego piłkarza. To nie jego wina, że jest patałachem. To wina tego, że nikt nie potrafi z niego zrobić solidnego zawodnika.  Nikt nie potrafi go przygotować na tyle, by umiał sobie poradzić z reprezentantami krajów, w których kamerzyści telewizyjni są tak nieporadni i mało doświadczeni w realizowaniu przekazu, że momentami człowiek ma wrażenie, że zderzą się ze sobą głowami. Nikt nie potrafi go przygotować na tyle, by radził sobie z drużynami, których stadion znajduje się na lotnisku, lub przy innym wysypisku śmieci.  To wina środowiska, które ich otacza. Wina ludzi, którzy ich psują jak nadopiekuńczy rodzice rozpieszczone dzieciaki, wychowywane bezstresowo. Rodzice, którzy za dziesięć lat wykupią swojemu dzieciakowi miejsce na uniwersytecie i będą go pchali w kierunku medycznym lub prawniczym. Tak polscy piłkarze będą rozpieszczani przez działaczy, część dziennikarzy, menadżerów, telewizje, która daje złudzenie profesjonalnej ligi i nas kibiców. Bo my kurwa nadal z braku laku będziemy ich oglądać i się tym podniecać. Bo ta liga niby taka słaba, ale jednak nasza, kochana i przaśna…jak uroczystość weselna w filmie Smarzowskiego. A wiecie czemu, te transmisje z Łotwy i Finlandii są na tak miernym poziomie? Bo wszyscy mają tam piłkarzy w dupie. A oni leją nasze gwiazdeczki, którymi czasem jaramy się jak nagimi fotami Megan Fox. I kto jest naiwniakiem? Niby wszyscy o tym wiemy, niby wszyscy na ten temat rozmawiamy, a z roku na rok jesteśmy w coraz bardziej czarnej dupie i się w niej zaczynamy urządzać. To już nie kompromitacje, to prawdziwy obraz polskiej piłki klubowej. Ja już marzę tylko o tym, żeby ci piłkarze zaczęli otwarcie mówić o tym, że są dziadami. Prawdziwie. Jak Grzesiu Skwara. Bo są. Bo tylko dziady przegrywają z Łotyszami i męczą się na Gibraltarze. Przeszkodą nie do przejścia mieniło nam się Broendby. Klub, który nigdy (!!!) nie zagrał w fazie grupowej Ligi Europy. Zgadza się, jesteśmy dziadami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s