Solskjaer na dobrej drodze, by przywrócić dawny blask Manchesteru United

Stołek, na którym siedzi Solskjaer stygnie z tygodnia na tydzień. Norweski menedżer udowadnia po raz kolejny, jak ważne w futbolu jest zaufanie ze strony  ludzi pociągających za sznurki i konsekwentne dążenie do celu. Menedżer Manchesteru United robi systematyczny progres, a coraz częściej pojawiają się głosy o nowym kontrakcie dla Norwega.

CIERPLIWOŚĆ KLUCZEM DO SUKCESU

Ole Gunnar Solskjaer, jak każdy menedżer klubu z ambicjami, przez media zwalniany był już jakieś 150 razy. Ed Woodward, mimo kryzysów i wpadek, pozostawał powściągliwy i nie podejmował żadnych nerwowych ruchów. Czytając brytyjską prasę, szczególnie tę śniadaniową, wyczytać mogliśmy coraz to nowsze nazwiska osób, które lada moment miały zająć gabinet menedżera w klubie z Old Trafford. W międzyczasie pojawiały się opinie, że postawienie na Ole jako stałego menedżera odbije się w klubie czkawką. Tymczasem Solskjaer, nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuje pracę w angielskim klubie, a rezultaty są coraz bardziej widoczne. 

WZLOTY, UPADKI I CUD NA PARC DES PRINCES

Początek przygody Norwega w zespole 20-krotnego mistrza Anglii był co najmniej bardzo udany. Rozbita mentalnie grupa ludzi, którą pozostawił na Old Trafford Jose Mourinho, nagle zaczęła seryjnie wygrywać, strzelając przy tym sporo bramek. W okresie od 22 grudnia do 9 lutego 2018 roku United nie przegrał jedenastu meczów z rzędu, jednocześnie triumfując w pierwszych ośmiu. Już wtedy kibice z czerwonej części Manchesteru dostali jasny sygnał, że w ich ulubieńcach drzemie olbrzymi potencjał. Pierwsza porażka przyszła dopiero w meczu Ligii Mistrzów z PSG. Piłkarze Tuchela wracali do Paryża z zaliczką dwóch bramek strzelonych na wyjeździe, co, jak wiadomo, stawiało ich w roli murowanego faworyta. W rewanżu Solskjaer nie mógł skorzystać z kilku czołowych piłkarzy, w tym Paula Pogby. Żaden z ekspertów nie dawał piłkarzom United większych szans na korzystny rezultat. A jednak bramka Marcusa Rashforda, zdobyta w doliczonym czasie gry, dająca awans Czerwonym Diabłom do ćwierćfinału, oznaczała jeden z najbardziej spektakularnych comeback’ów w historii Ligii Mistrzów. Wydawać by się mogło, że tak znaczący triumf powinien napompować piłkarzy United pozytywną energią. Tymczasem po zwycięstwie w Paryżu podopieczni Solskjaera popadli w poważny kryzys. W pozostałych dwunastu meczach tamtej kampanii wygrali zaledwie dwa razy, odpadając w międzyczasie z rozgrywek Champions League. Forma zespołu była daleka od ideału, a bolesna porażka 0-4 na Goodison Park była tego najlepszym odzwierciedleniem. W tamtym okresie, pomiędzy marcem a majem, bilans United był wprost fatalny. Dwa zwycięstwa, dwa remisy i aż osiem porażek jasno wskazywały, że z zespołem dzieje się coś złego, a niektórym piłkarzom zwyczajnie nie zależy na dobrych wynikach. Winą za ten stan rzeczy obarczony został Norweg, a w mediach coraz głośniej zastanawiano się, czy zaoferowanie mu stałej umowy było najlepszym pomysłem. 

PRZEMYŚLANE I TRAFIONE TRANSFERY

Wskutek niezakwalifikowania się do następnej edycji Ligii Mistrzów, na Old Trafford z początkiem nowego sezonu musiały zapaść odważne decyzje. Pierwszy skład potrzebował wzmocnień, a duża liczba traconych goli zmotywowała działaczy i samego Solskjaera do aktywności na rynku transferowym. Po sprowadzeniu skrzydłowego Swansea – Daniela Jamesa, do czerwonej części Manchesteru trafił Harry Maguire. Była to jedna z najlepszych decyzji menedżera United, odkąd zaczął pracę przy Sir Matt Busby Way. Mimo kilku słabszych meczów i zawalonych bramek, rosły angielski obrońca wywierał coraz większy wpływ na poczynania defensywne United. Do tej pory, grając przez blisko dwa sezony, nie opuścił ani jednego spotkania ligowego. Dziś, ustalając skład na następny mecz, Solskjaer zaczyna właśnie od Maguire’a. Prawdziwy lider, który w pewnym momencie dostał nawet opaskę kapitańską. Transfer Anglika to jednak nic w porównaniu do tego, co wydarzyło się pół roku później. Odkąd Bruno Fernandes zdecydował się podpisać kontrakt z United, zespół przeszedł totalną metamorfozę. Właściwie od samego początku Portugalczyk odgrywa olbrzymią rolę w układance norweskiego menedżera. Jego liczby są fenomenalne, a Solskjaer może pochwalić się tym, że doprowadził do jednego z najlepszych transferów Manchesteru United na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Skupiając się na ruchach kadrowych, nie można zapomnieć o przewietrzeniu szatni i odmłodzeniu kadry, jakich dokonał w ciągu nieco ponad dwóch lat Norweg. To za jego kadencji klub opuścili piłkarze, którzy pobierali ogromne tygodniówki, a na boisku mieli niewiele do zaoferowania. Mowa przede wszystkim o Alexisie Sanchezie. Blisko 500 tysięcy funtów, zasilające co tydzień jego konto nijak się miało do formy, jaką prezentował podczas pobytu na Old Trafford Chilijczyk. Oprócz niego, klub opuścili Antonio Valenica, Marouane Fellaini, Matteo Darmian, Ashley Young, Chris Smalling, Marcos Rojo i Romelu Lukaku, który w czerwonej koszulce z diabłem na piersi nigdy nie wykorzystał pełni swojego potencjału. Przed tym sezonem, do Lazio wypożyczony został również Andreas Perreira. 

INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ, KONTUNUOWANIE TRADYCJI I DOBRE WYBORY PERSONALNE

Ole Gunnar Solskjaer, podpisując kontrakt z Manchesterem United, doskonale wiedział, jak ważna jest inwestycja młodych, głodnych sukcesów piłkarzy. Ściągnięcie Aarona Wan-Bissaki, Amada Diallo czy Facundo Pellestriego wyraźnie pokazuje, że wizja rozwoju i długofalowych korzyści są dla niego sprawą pierwszoplanową. Oczywiście, marka taka jak Manchester United, gdzie presja jest ogromna a kibice pragną sukcesów tu i teraz, nie może pozwolić sobie na granie „dzieciakami”. Stąd tez decyzja o sprowadzeniu na Old Trafford Edinsona Cavaniego. Czerwonym Diabłom od dwóch lat brakowało w szatni prawdziwego snajpera, który w pojedynkę móglby wygrać im mecz. Odion Ighalo, jak wszyscy wiemy, był tylko opcją tymczasową. Nigeryjczyk zostawił kawał zdrowia grając dla Manchesteru United, ale jego możliwości były jednak ograniczone. Co innego Cavani. Jego wpływ na grę zespołu mogliśmy zobaczyć już w pierwszych kilku meczach. Urugwajczyk wniósł wiele doświadczenia i spokoju w szeregi ofensywy United. Skorzystać na obecności w drużynie Cavaniego powinien Mason Greenwood, który od momentu wejścia do pierwszej drużyny, robi systematyczny progres. Młody Anglik debiutował właśnie u Solskjaera. To pod jego batutą Greenwood stał się pierwszym od 2003 roku nastolatkiem, który wchodząc z ławki w meczu United zanotował bramkę i asystę. Ostatnim, który tego dokonał był sam Cristiano Ronaldo. Młody Anglik jest też na najlepszej drodze, by dogonić Wayne’a Rooneya. Co prawda do rekordu strzeleckiego trochę mu jeszcze brakuje, ale Greenwood może go przeskoczyć pod względem bramek dla United, będąc nastolatkiem. Rooney miał 15 takich trafień, Greenwoodowi brakuje w tym momencie tylko dwóch, by zrównać się z legendarnym napastnikiem. Oprócz wspomnianego wyżej Greenwooda, w pierwszej drużynie Manchesteru United pod wodzą Solskjaera debiutowało jeszcze 12 zawodników akademii: Tahith Chong, James Garner, Brandon Williams, Di’Shon Bernard, Ethan Laird, Dylan Levitt, D’Mani Mellor, Largie Ramazani, Ethan Galbraith, Teden Mengi, Shola Shoretire i Dean Henderson. 

W przypadku młodego bramkarza, który poprzedni sezon spędził na udanym wypożyczeniu do Sheffield United, Solskjaer po raz kolejny udowadnia, że nie boi się podjąć trudnych i nieoczywistych decyzji. Posadzenie De Gei na ławce i postawienie na dużo mniej doświadczonego Hendersona było dość ryzykowne, ale póki co ta decyzja się broni. Henderson wprowadził dużo spokoju w szyki obronne United. Wydaje się, że pod względem komunikacji jest już o półkę wyżej od hiszpańskiego golkipera. Solskjaera pochwalić trzeba także za dobrą ocenę sytuacji z Paulem Pogbą. Jeszcze tak niedawno wydawało się, że dni Francuza na Old Trafford są policzone. Wypowiedzi Mino Raioli, agenta piłkarza, tylko potwierdziły plotki o rychłym odejściu Pogby. Tymczasem Norweg, jak zwykle z klasą, ale  stanowczo dał do zrozumienia, że to on rządzi na Old trafford. Odkąd francuski Mistrz Świata wyleczył kontuzję, gra na naprawdę wysokim poziomie, a wszelkie pogłoski na jego temat nie mają przełożenia na boiskowe poczynania. Wracając jeszcze na moment do transferów, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że świetnym ruchem było sprowadzenie do angielskiego klubu Alexa Tellesa z FC Porto. Nawet, jeśli Brazylijczyk nie ma aż tak bezpośredniego wpływu na grę United, to sama jego obecność w drużynie świetnie podziałała na Luke’a Shawa. Lewy obrońca jest jednym z najlepszych piłkarzy United w tym sezonie, a jego wysoka forma ma kluczowe znaczenie dla obrazu gry Czerwonych Diabłów. 

WUEFISTA Z NIEZŁYM BILANSEM

Pamiętacie „run” Liverpoolu po tytuł mistrzowski w poprzednim sezonie i taranowanie każdego, kto stanął na ich drodze? Mało kto pamięta dzisiaj, ale to Solskjaer właśnie jako pierwszy przeciwstawił się maszynie Kloppa, remisując 1-1 na Old Trafford. I to dosyć pechowo, bo Liverpool wyrównał w ostatnich pięciu minutach po golu Adama Lallany. Ogólnie rzecz ujmując, łatka wuefisty, przyczepiona Norwegowi przez grupy jego adwersarzy, ma mniej więcej tyle samo sensu jak stwierdzenie, że w Anglii gra się tylko lagę do przodu. No może poza Stoke City i Burnley, ale o nich kiedy indziej. Ole Gunnar Solskjaer, podczas niespełna dwuipółletniego pobytu na Old Trafford czterokrotnie wygrywał z Guardiolą, trzykrotnie z Lampardem (którego nie ma dziś już w Chelsea), po dwa razy z Tuchelem i Mourinho. Raz górą był w starciach z Nagelsmanem, Sarrim, Kloppem i Bielsą. Przynajmniej połowa z nich jest powszechnie lansowana na fachowców dużo lepszych od Norwega. Oprócz tego, to właśnie Solskjaer, jako pierwszy w historii menedżer Manchesteru United, wygrał swoje trzy pierwsze spotkania w derbach na terenie City. Od początku zeszłego sezonu, Czerwone Diabły pod wodzą Ole przegrały 12 ligowych meczów. Dokładnie tyle samo, co Liverpool i o jeden mecz mniej od ekipy Guardioli. Jeśli chodzi o rywalizację z drużynami z TOP6, jak do tej pory, też nie wygląda to najgorzej. W tym sezonie bilans to 2 zwycięstwa, 5 remisów i jedna porażka, aczkolwiek bardzo bolesna. W meczach przeciwko City piłkarze United zdobyli cztery punkty, w obu meczach ligowych zachowując czyste konto. Podobnie jak w meczach z Chelsea, jednak tam dwukrotnie padał bezbramkowy remis. Jak na kogoś, kto nie ma pojęcia na czym polega ten biznes, norweski menedżer radzi sobie całkiem dobrze. 

NIE ZAWSZE TAK KOLOROWO

Oczywiście, nie wszystko w drużynie United zawsze działa perfekcyjnie. Kamyczkiem do ogródka Solskjaera należy uznać przede wszystkim trzy przegrane półfinały: dwumecz Carabao Cup z City, porażki z Chelsea w FA Cup i Sevillą w Lidze Europy. W najważniejszych momentach sezonu nadal coś się blokuje, a marzenia o upragnionym trofeum trzeba odkładać na następny rok. Do tego dochodzi absolutna kompromitacja na Old Trafford w meczu ze Spurs. Co prawda United grał w osłabieniu przez ponad 60 minut, po czerwonej kartce dla Martiala, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie tak wysokiej porażki. Tottenham obnażył tego dnia wszystkie słabości United, bezwzględnie wykorzystując błędy popełnione przez gospodarzy. Plamą na honorze Solskjaera jest także odpadnięcie z Ligii Mistrzów obecnego sezonu jeszcze w fazie grupowej. United nie trafił na najłatwiejszych rywali, ale mając komplet punktów po dwóch pierwszych meczach z PSG i Lipskiem, po prostu nie mógł odpaść. Niestety stało się inaczej, a Solskjaer musiał wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za niekorzystny rezultat. Norweski menedżer był krytykowany głównie za brak reakcji i zostawienie Freda na boisku w domowym meczu z PSG. Brazylijczyk zobaczył drugą żółtą kartkę, a United ostatecznie przegrał 1-3. Jedynym faktem, mogącym choć trochę usprawiedliwić piłkarzy Ole jest to, że jest to młody zespół, któremu często brakuje konsekwencji. W kilku przypadkach zdarzało się, że mając teoretycznie mecz pod kontrolą i prowadząc na 10-15 minut przed końcem, ostatecznie tracili punkty. W kluczowych momentach czasem wychodzi brak doświadczenia czy nawet wyrachowania. Z drugiej strony, na Old Trafford mają na czym budować, a młodzi zawodnicy coraz częściej stanowią o sile zespołu. United, zaraz po Brighton, ma najmłodszy zespół w całej Premier League. 23-letni Marcus Rashford, który z kilku powodów nie jest w najwyższej formie od dłuższego czasu, a mimo wszystko zdobył w tym sezonie już 20 bramek i 12 asyst, już teraz jest liderem zespołu. 

DNA I KONTYNUACJA TRADYCJI

Odkąd Ole Gunnar Solskjaer pojawił się w Manchesterze, konsekwentnie stara się wpoić swoim piłkarzom słynne już „DNA”. I nie jest to tylko gra pod publiczkę. Zawodnicy United mają dawać z siebie wszystko niezależnie od okoliczności, wciąż podnosząc sobie poprzeczkę. Norweg stara się wprowadzić do drużyny mentalność zwycięzców i prawdziwego ducha Czerwonych Diabłów. Podczas gry dla United pod wodzą Sir Alexa Fergusona, Solskjaer doskonale rozumiał jak ważny jest upór, wiarę we własne umiejętności i gra do ostatniego gwizdka. Sam okrzyknięty został mianem super rezerwowego, a jego gol w finałowym meczu Champions League z Bayernem przeszedł do historii tych europejskich rozgrywek. Takiej samej determinacji i zaangażowania oczekuje od swoich podopiecznych norweski menedżer. To właśnie w tym elemencie widać największy progres i rękę Ole Gunnara Solskjaera. Czerwone Diabły są najlepszą drużyną w TOP5, która w tym sezonie zdobyła najwięcej punktów z pozycji przegrywającego.

Piłkarze Solskjaera zdobyli 28 takich oczek. Jeśli chodzi o powroty, piłkarze United potrafili aż dziewięciokrotnie zwyciężać w meczach, w których musieli odrabiać straty. Mowa tylko o obecnym sezonie Premier League. Najlepszy pod tym względem w historii jest Newcastle United – 10 comebacków w kampanii 01/02. Ogromne znaczenie w filozofii Manchesteru United ma też szkolenie młodych zawodników i sukcesywne wprowadzanie ich do pierwszego zespołu. Solskjaer kontynuuje na Old Trafford piękną tradycję, która rozpoczęła się ponad 80 lat temu. Przez cały ten okres, w ponad 4000 meczach z rzędu, w składzie meczowym United pojawia się przynajmniej jeden piłkarz, który jest wychowankiem klubu z czerwonej części Manchesteru! Marcus Rashford jest jednym z nich. Mimo kilku kontuzji i wahań formy stał się jednym z najlepszych piłkarzy United na przestrzeni ostatnich 3 lat. Podobnie Scott McTominay, którego charakter i determinacja w pełni odzwierciedlają cechy, jakie musi posiadać piłkarz Manchesteru United. Jeśli chodzi o poczynania ofensywne, to tutaj również uznanie należy się Solskjaerowi. W dwóch ostatnich sezonach ligowych piłkarze United strzelali kolejno 65 i 66 goli. W tym momencie udało im się pokonać bramkarzy rywali 61-krotnie, ale do zakończenia rozgrywek pozostało jeszcze 7 kolejek. Można więc śmiało założyć, że i pod tym względem Czerwone Diabły dokonają progresu. W obecnej kampanii tylko czterem piłkarzom na poziomie Premier League udało się strzelić 20 lub więcej goli we wszystkich rozgrywkach. Dwóch z nich to piłkarze United: Bruno Fernandes (23 gole) i Marcus Rashford (20). Dobra forma strzelecka obu piłkarzy znacznie przyczyniła się do kolejnego osiągnięcia, jakie w CV może zapisać sobie Solskjaer. Manchester United kontynuuje imponującą passę 23 wyjazdowych meczów z rzędu bez porażki w lidze. Tylko Arsenal może pochwalić się lepszym rekordem (27). 

ZDOBYCIE TROFEUM PRZEŁOMOWYM MOMENTEM

Podsumowując, Ole Gunnar Solskjaer, mimo wielu głosów krytyki i kilku wpadek, wykonuje na Old Trafford kawał dobrej roboty. Norweg doskonale wie, w którym kierunku chce doprowadzić klub, którego dobro ewidentnie leży mu na sercu. Jego kultura osobista i spokój często powodują, że staje się łatwym celem mediów i środowiska piłkarskiego na Wyspach. Punktem zwrotnym w jego karierze byłoby zdobycie tak długo wyczekiwanego przecież trofeum. Wzniesienie pucharu z pewnością zdjęłoby presję z piłkarzy United i podniosło wiarę we własne umiejętności. Już w czwartek Manchester United zmierzy się na na Old Trafford z Granadą w rewanżowym meczu ćwierćfinałów Ligii Europy. Zaliczka z pierwszego spotkania pozwala wierzyć, że United po raz kolejny staną przed szansą awansu do finału tych rozgrywek. Droga nie będzie prosta, ale jeśli Czerwone Diabły chcą znów aspirować do miana jednej z najlepszych drużyn Starego Kontynentu, muszą zrobić wszystko, by 26-go maja w Gdańsku móc podnieść ręce w geście triumfu.

KAROL KOCZTA

Sunderland coraz bliżej upragnionego awansu do Championship. Wszystko wskazuje na to, że limit pecha na Stadium of Light został wyczerpany

SPADEK Z PREMIER LEAGUE I POCZĄTEK PROBLEMÓW

Sunderland pożegnał się z rozgrywkami Premier League w sezonie 2016/17, zajmując ostatnie miejsce w tabeli. Mimo pełnego goryczy i rozczarowań sezonu nikt nie spodziewał się wówczas, jak nisko upadnie klub, który przez 10 lat z rzędu występował na pierwszoligowych angielskich boiskach. Simon Grayson, nowy menedżer zespołu ze Stadium of Light został postawiony przed bardzo trudnym zadaniem, jakim miał być powrót do angielskiej elity. Jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu z klubu odeszło kilku kluczowych graczy, jak Jordan Pickford, Jeremain Lens, Sebastian Larsson czy Jermain Defoe. O sile zespołu miała stanowić mieszanka weteranów takich jak John O’Shea, Darron Gibson czy Lee Cattermole w połączeniu z głodną sukcesów młodzieżą. Rzeczywistość okazała się brutalna. Zawirowania związane ze zmianą właściciela, nietrafione transfery, koszty utrzymania niechcianych piłkarzy, ogromny pech w poszczególnych meczach – wszystko to sprawiło, że zamiast walki o awans, Sunderland desperacko musiał walczyć o pozostanie w Championship. 

Po zwolnieniu Graysona, nowym menedżerem został Chris Coleman. Były selekcjoner reprezentacji Walii, z którą dotarł aż do półfinału Mistrzostw Europy, witany był w klubie jako gwiazda i nadzieja na lepszą przyszłość. W momencie podpisania kontraktu przez Colemana, Sunderland okupował ostatnią – 24. pozycję z ligowej tabeli. Walijczyk podjął się ekstremalnie trudnego zadania. Forma prezentowana przez jego nowych piłkarzy była po prostu fatalna, do tego dochodziły braki kadrowe. Oliwy do ognia dolewały plotki o rychłej sprzedaży klubu. Na domiar złego, Darron Gibson, jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w drużynie, będąc pod wpływem alkoholu spowodował kolizję drogową. Reakcja klubu mogła być tylko jedna. Kontrakt Gibsona został rozwiązany. Atmosfera w zespole była daleka od ideału. Najlepiej opłacanym piłkarzem w klubie był Jack Rodwell, który co tydzień inkasował 40 tysięcy funtów, a częściej niż na boisku widywany był na trybunach i w gabinecie lekarza. Swojej frustracji nie kryli kibice Sunderlandu, którzy coraz częściej domagali się odejścia Ellisa Shorta – właściciela klubu. Reputacja pogarszała się z miesiąca na miesiąc, idąc w parze z mizernymi wynikami, jakie osiągali na boiskach Championship piłkarze Czarnych Kotów. Coleman, od którego oczekiwano o wiele więcej, zdołał wygrać zaledwie 5 z 28 meczów ligowych. Po pechowej porażce na własnym stadionie z Burton Albion dla Sunderlandu nie było już ratunku. Klub musiał się pogodzić z kolejną wizją spadku. Coleman został zwolniony, a Sunderland wkrótce miał trafić w nowe ręce. 

ERA DONALDA, METHVENA I ROSSA

Jeszcze w kwietniu 2018 roku Ellis Short po spłaceniu dlugów, zdecydował się na sprzedaż Sunderlandu. Klub trafił w ręce konsorcjum, którego głównymi udziałowcami byli Stewart Donald i Charlie Methven. Pierwszy z nich miał już pewne doświadczenie w prowadzeniu klubu piłkarskiego, inwestując wcześniej swój majątek w Eastleigh FC i Oxford United. Drugi, ekscentryk traktujący wszystkich z góry, skupiający się wyłącznie na finansach, starał sie wprowadzić w klubie model korporacyjny. Ich pierwszą decyzją było zatrudnienie na stanowisku menedżera Jacka Rossa, który pracował do tej pory w St.Mirren. Przed Szkotem postawiony został jasno określony cel – bezpośredni awans do Championship. Klub spadając z roku na rok na trzeci poziom rozgrywek notował olbrzymie straty finansowe, na które dłużej nie mógł sobie pozwolić. Zatrudnienie Rossa spotkało się z ogólną aprobatą zarówno wśród fanów, jak i środowiska piłkarskiego w Anglii. Szkocki menedżer zaczął naprawdę dobrze, zwyciężając w czterech z pięciu meczów League One. Pierwsza porażka przyszła dopiero w ósmej kolejce. Lepszy okazał się być ponownie Burton Albion. Co prawda w pucharach Sunderland odpadał dosyć szybko, ale awansował jednocześnie do finału EFL Trophy, w którym musiał uznać wyższość Portsmouth FC. Po zaciętym meczu i wyrównującym golu McGeady’ego w ostatniej minucie dogrywki, Sunderland ostatecznie przegrał 6-7 w rzutach karnych. Na londyńskim Wembley zebrało się tego dnia ponad 85 tysięcy widzów.

Fani Czarnych Kotów znani są w Anglii ze swojego fanatycznego podejścia i wspierania piłkarzy nawet w najgorszych momentach. Region, z którego pochodzą nie jest najbogatszym w kraju, a piłka nożna pomaga choć na chwilę zapomnieć o problemach dnia codziennego. Przekonać się o tym mogliśmy, oglądając wyprodukowaną przez Netflix serię, zatytułowaną „Sunderland ‘till I die”. Mimo porażki w finale, do końca sezonu pozostało jeszcze kilka ważnych gier, a Sunderland oscylował wokół 4-5 miejsca w tabeli. Niestety, mimo dobrej gry i postawy zespołu, klub ze Stadium of Light zakończył zmagania ligowe na piątym miejscu, umożliwiającym grę w play offach o awans do Championship. W półfinałach podopieczni Jacka Rossa trafili właśnie na Portsmouth. Mieli więc idealną okazję, by zrewanżować się za niedawną porażkę na Wembley. W pierwszym meczu, po bramce Chrisa Maguire’a gospodarze wygrali 1-0. W rewanżu na Fratton Park, mimo nerwowej końcówki i emocji do ostatniego gwizdka, mecz zakończył się bezbramkowym remisem, oznaczającym dla Sunderlandu awans do finału baraży. W najważniejszym meczu sezonu Sunderlandowi przyszło sie mierzyć z Charlton Athletic. Lepiej w to spotkanie weszli piłkarze z północy Anglii, obejmując prowadzenie już po pięciu minutach po kuriozalnym nieporozumieniu z bramkarzem i samobójczym trafieniu Naby Sarra. Jeszcze w pierwszej połowie piłkarze z Londynu doprowadzili do remisu. Defensywa Sunderlandu rozstała „rozklepana” przez Joe Aribo i Lee Taylora, a po wstrzeleniu piłki ze skraju pola karnego Ben Purrington z najbliższej odległości wyrównał na 1-1. I kiedy wydawało się, że nic już się nie wydarzy w tym meczu, w czwartej minucie doliczonego czasu gry po serii błędów w defensywie Sunderland stracił bramkę, która zaważyła o losach awansu. De ja vu. Już w poprzednim sezonie ich zmorą były głupio tracone gole w końcowej fazie spotkania. Nie inaczej było tym razem. Po długiej, ciężkiej batalii, walki do samego końca i ostatecznie dwóch przegranych finałach, Sunderland po raz kolejny zawiódł swoich kibiców, a cel postawiony przez zarząd przed rozpoczęciem sezonu nie został zrealizowany. Mimo tego, tym razem włodarze ze Stadium of Light nie dokonali żadnych nerwowych ruchów, a Jack Ross zachował posadę menedżera zespołu.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI, INDOLENCJA ZARZĄDU I PRESJA ZE STRONY KIBICÓW

Po nieudanej próbie awansu i dwóch porażkach w najważniejszych meczach sezonu, kibice Sunderland domagali się coraz głośniej daleko idących zmian, włącznie ze sprzedażą ich ukochanego klubu. Za niepowodzenia w poprzedniej kampanii winili głównie Stewarta Donalda. Głównymi zarzutami kierowanymi wobec niego była nieumiejętność w prowadzeniu klubu piłkarskiego i nieudolność na rynku transferowym. Najlepszym podsumowaniem jego nieznajomości branży było desperackie sprowadzenie do klubu Willa Grigga w styczniowym oknie transferowym. Mimo podpowiedzi ze strony współpracowników, w tym szefa działu skautingu, Donald zdecydował się zapłacić za 27-letniego wtedy piłkarza Wigan kwotę 3 milionów funtów. Oczywiście północnoirlandzki napastnik nie był wart nawet połowy tej sumy. Życie szybko zweryfikowało jego umiejętności. W dwudziestu ligowych meczach Grigg był w stanie tylko raz pokonać bramkarzy rywali. Jednego gola dorzucił także w meczu EFL Cup przeciwko Grimsby Town. Szybko zdano sobie sprawę, że jego transfer to jedno wielkie nieporozumienie. Mimo to, piłkarz został w Sunderlandzie na kolejny sezon. I tu bez większych niespodzianek. W rozgrywkach League One przebywał na boisku zaledwie 374 minuty. W styczniu, bez żalu wypożyczono go do MK Dons, gdzie w debiucie strzelił dwa gole w meczu z Rochdale. Przez cztery miesiące rozegrał tam łącznie 13 spotkań, zdobywając tylko 3 bramki. Kontrakt z Sunderlandem wiąże go do maja 2022 roku. Jeśli nagle nie zacznie seryjnie zdobywać bramek, ciężko będzie na nim zarobić jakiekolwiek poważne pieniądze. 

Sympatycy drużyny ze Stadium of Light od początku krytykowali aspekt finansowy towarzyszący transferowi Grigga. Stewart Donald przed rozpoczęciem sezonu 19/20 był zdecydowanie bardziej ostrożny i nie podejmował już desperackich kroków podczas letniego okna transferowego. Jednocześnie nie ukrywał, że jeśli tylko pojawi się zadowalająca oferta, odda klub w ręce nowego inwestora. Presję na nim coraz częściej wywierały grupy stowarzyszenia kibiców. Menedżer Jack Ross pogodził się z faktem, że ewentualne wzmocnienia pierwszej drużyny muszą się zmieścić w ściśle określonym budżecie. Do klubu trafiali więc głównie piłkarze dostępni z wolnego transferu, tacy jak Conor McLaughlin, Joel Lynch, Lee Burge i Kyle Lafferty

Mimo ograniczonych możliwości sezon 19/20 zaczął się całkiem udanie. Sunderland w pierwszych pięciu meczach ligowych zdobył 11 punktów. Co prawda zajmował w tamtym momencie dopiero szóste miejsce, ale w tabeli ligowej panował ogromny ścisk a różnice między pierwszym a dziesiątym miejscem były minimalne. Potem przyszły dwie niespodziewane porażki z Peterborough i Burton Albion. Nic nie wskazywało wtedy, że przygoda Jacka Rossa z klubem może się wkrótce zakończyć. Tymczasem po meczu jedenastej kolejki z Lincoln City, przegranym przez Sunderland 0-2, Szkot został zwolniony. Szokująca decyzja, tym bardziej zważywszy na to, że była to dopiero trzecia ligowa porażka, a Czarne Koty zajmowały piątą pozycję w tabeli League One. Jack Ross podczas pobytu na Stadium of Light wykonał kawał dobrej roboty, a w wielu przypadkach mógł mówić o zwyczajnym braku szczęścia. Nie uchroniło go to jednak przed utratą posady, którą sprawował przez okres 501 dni. Ross poprowadził Sunderland łącznie w 76 meczach, a jego bilans to 40 zwycięstw, 25 remisów i 11 porażek. Średnia punktów wynosząca 1.91 na mecz również robi wrażenie. 

PRZEJĘCIE STERÓW PRZEZ PHILA PARKINSONA I PRZEDWCZEŚNIE ZAKOŃCZONE ROZGRYWKI

W miejsce Jacka Rossa zatrudniony został były opiekun Bolton Wanderers – Phil Parkinson. Początek miał co najwyżej średni, ale zespół nadal zajmował miejsce w tabeli dające awans do fazy play off. Jak się później okazało, szalejąca pandemia Covid-19 spowodowała anulowanie dalszych gier i przedwczesne zakończenie sezonu. Sunderland uplasował się finalnie na dopiero ósmym miejscu, co oznaczało pozostanie w League One na kolejny rok. Decyzje władz EFL spotkały się z ogólną krytyką i niezadowoleniem, jednak protestujące kluby niewiele wskórały i ostateczny układ tabeli pozostał niezmieniony. 

Przed rozpoczęciem obecnego sezonu Sunderland, jak większość klubów League One musiał się liczyć z olbrzymią dziurą w budżecie, co jednocześnie ograniczało ich możliwości na rynku transferowym. Podobnie jak rok wcześniej, osoby odpowiedzialne w klubie za sektor finansowy sprzeciwiały się sprowadzaniu drogich w utrzymaniu piłkarzy, a zespół wzmocnili głównie zawodnicy dostępni z wolnego transferu, jak Aiden O’Brien, Remi Matthews, Bailey Wright czy Danny Graham. Ten ostatni, z powodu ciągłych problemów zdrowotnych już w styczniu bieżącego roku zdecydował się na zakończenie profesjonalnej kariery. Jedynym piłkarzem, za którego Sunderland gotów był wyłożyć jakiekolwiek pieniądze, był sprowadzony ze szkockiej Premiership Ross Stewart. Jego transfer zamknął się w granicach 400 tysięcy funtów. Dużym plusem było zatrzymanie w klubie Aidena McGeady’ego, który poprzedni sezon spędził na niezbyt udanym wypożyczeniu w Charlton Athletic. Zmiana otoczenia dobrze zrobiła jednak 33-letniemu szkockiemu skrzydłowemu, po powrocie do klubu znów jest wiodącą postacią w drużynie Czarnych Kotów.

W meczu otwarcia Sunderland tylko zremisował z Bristol Rovers na własnym stadionie, ale gra zespołu mogła napawać optymizmem. Pierwsza porażka przyszła dopiero w siódmej serii spotkań. Lepsi okazali się piłkarze Portsmouth, wywożąc cenne trzy punkty ze Stadium of Lights. Historia znów zatoczyła koło i piłkarze prowadzeni przez Parkinsona mieli niedużą stratę do pierwszych dwóch lokat premiowanych bezpośrednim awansem. Po 13 kolejkach i serii trzech meczów bez zwycięstwa, Sunderland spadł na ósme miejsce w tabeli. Mimo, że był to pierwszy, niewielki z resztą kryzys, na dywanik wezwany został Phil Parkinson. Na drugi dzień mógł powoli zabierać swoje rzeczy z gabinetu menedżera. Stuart Donald po raz kolejny udowodnił, że kierowanie klubem piłkarskim zwyczajnie go przerasta. W ciągu trzech lat Sunderland zwolnił piątego menedżera! W jego miejsce zatrudniony został dosyć nieoczekiwanie Lee Johnson. 5 grudnia zaprezentowany został oficjalnie jako nowy opiekun zespołu. W debiucie na ławce trenerskiej jego Sunderland przegrał na własnym stadionie 0-1 z Wigan. W następnych trzech meczach udało się zdobyć pięć punktów, co pozwoliło przesunąć się o dwie lokaty w górę tabeli. 19 stycznia na Stadium of Light przyjechał Plymouth. Goście okazali sie lepsi, wygrywając 2-1. O dziwo, nikt nie myślał wtedy o zwalnianiu kolejnego trenera, a przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. Jak się później okazało, była to jedna z nielicznych dobrych decyzji działaczy Sunderland w ostatnich latach.

PIERWSZE OD LAT TROFEUM I ŚWIETNA PASSA TRWAJĄCA DO DZIŚ

Od momentu wspomnianej wyżej porażki z Plymouth, piłkarze prowadzeni przez Lee Johnsona przeżywają prawdziwy renesans formy. W lidze niepokonani są od 16 spotkań, co pozwoliło awansować na trzecie miejsce w tabeli. W Sunderlandzie znów uwierzono, że po latach upokorzeń i zawodów, w końcu uda się zrealizować cel i awansować do Championship. Nadzieje kibiców na lepsze jutro wzbudziła  też długo wyczekiwana zmiana warty w zarządzie. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po długich i skomplikowanych negocjacjach, Stewart Donald zdecydował się w końcu sprzedać klub. Sunderland trafił w ręce francuskiego multimilionera Kyrila Louisa-Dreyfusa. W lutym bieżącego roku, po spełnieniu wszelkich warunków i zatwierdzeniu przez władze EFL, Dreyfus stał się prezesem i głównym udziałowcem angielskiego klubu. Charlie Methven, Juan Sartori oraz Stewart Donald pozostali w klubie jako mniejszościowi akcjonariusze. 

Zmiana właściciela, oczyszczona atmosfera i jasno sprecyzowana sytuacja prawna klubu wydaje się mieć znaczący wpływ na boiskowe poczynia piłkarzy Sunderlandu. Oprócz świetnej postawy w lidze i długiej serii bez porażki, do klubowej gabloty w końcu trafił długo wyczekiwany puchar. 14 marca, w rozegranym na Wembley finale Czarne Koty pokonały 1-0 Tranmere Rovers po bramce Lyndena Goocha. Dla klubu z północno-wschodniej części Anglii jest to pierwsze trofeum od 48 lat! Sunderland, który przez pięć ostatnich sezonów musiał się liczyć z upokorzeniami, w końcu może powiedzieć o sobie, że jest najlepszy. Nawet, jeśli jest to tylko EFL Trophy, przez wielu uważane w Anglii za puchar gorszego sortu.

Pierwsze od blisko pięciu dekad trofeum powinno zmotywować piłkarzy i sztab do jeszcze cięższej pracy i przyczynić się do długo wyczekiwanego awansu. Po 38 kolejkach Sunderland zajmuje trzecie miejsce w tabeli, ze stratą pięciu punktów do lidera z Hull. Piłkarze Lee Johnsona mają jednak o dwa mecze rozegrane mniej. Czołowymi graczami Sunderland FC są Max Power, Grant Leadbitter, Josh Scowen, Chris Maguire, Aiden McGeady i przede wszystkim Charlie Wyke. Anglik znajduje się w wyśmienitej formie strzeleckiej. W tym sezonie, w 36 meczach ligowych zdobył aż 22 gole. Przed piłkarzami Johnsona stoi ogromna szansa, którą powinni wykorzystać. Już dziś podejmować u siebie będą siódmy w tabeli Charlton. Trzy punkty w tym meczu mogą mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o bezpośredni awans do Championship.

KAROL KOCZTA

Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem

Moim gościem był Mark Higgins. Kibic, który od 45 lat kibicuje Kanonierom, a na pierwszym swoim meczu był w 1979 roku, gdy Arsenal grał przeciwko Stoke na Highbury. Na mecze domowe oraz wyjazdowe uczęszcza regularnie od 1983 roku. Głównym tematem naszej rozmowy był pamiętny finał Pucharu UEFA z 2000 roku, gdy Arsenal mierzył się z Galatasaray. Zapraszam!

Czytaj dalej „Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem” →

Premier League. Podsumowanie rundy.

Połowa sezonu Premier League za nami! Oczywiście, wszelakie komplikacje związane z coronavirusem sprawiły, że część zespołów z ligi ma rozegranych już aż 20 spotkań, inne zaledwie 17 (sytuacja na dzień 26.01). Nie zmienia to faktu, że końcówka stycznia wydaje się odpowiednim terminem na to, by pomówić o tym co na ten moment już wiemy. Tak więc bez zbędnego przedłużania, zapraszam na podsumowanie Premier League, na półmetku sezonu 20/21. Oto XI rundy.

BRAMKARZ: EMILIANO MARTINEZ (ASTON VILLA)

Wygląda na to, że włodarze z Villa Park zrobili interes życia. 17,5 mln euro wydane na argentyńskiego bramkarza to w zasadzie drobne, jeśli wziąć pod uwagę, to co były zawodnik Arsenalu wyczynia w bramce. Jego postawa przyczyniła się do zachowania aż 9 czystych kont (2 wynik w lidze) i pozwoliła Aston Villi na zajęcie bezpiecznego 9 miejsca w tabeli, w połowie ligowego sezonu. A przecież w poprzednim nad zespołem z Birmingham unosiło się widmo spadku.

LEWY OBROŃCA: ANDREW ROBERTSON (LIVERPOOL FC)

To już nie ten sam Liverpool co kampanię temu. Zespół The Reds zmaga się w ostatnich tygodniach z wielkimi problemami. Ale to właśnie Szkot jest jedynym z nielicznych, którzy nie obniżyli lotów w stosunku do poprzednich rozgrywek. Popularny „Robbo” wciąż gra swoje. Żelazne płuca, nieustępliwość w defensywie i ciąg na bramkę, to coś co nadal możemy obserwować u defensora z Liverpoolu, który na ten moment ma na koncie 1 bramkę i 5 asyst.

ŚRODKOWY OBROŃCA: RUBEN DIAS (MANCHESTER CITY)

Guardiola miesiącami szukał kogoś kto w końcu zastąpi lidera defensywy, jakim był Vincent Kompany. I chyba w końcu się udało. Portugalczyk wszedł do Premier League razem z drzwiami, z miejsca stając się najlepszym środkowym defensorem w lidze. Siła, agresywność, gra w powietrzu, a także odpowiednie zachowanie z piłką przy nodze, to coś co wzniosło całą defensywę „The Citizens” na zupełnie inny poziom i pozwoliło jej na zachowanie 10 czystych kont, w momencie, w którym były piłkarz Benfici przebywał na boisku. Zresztą, zespół Guardioli stracił w tym sezonie zaledwie 13 goli w 19 spotkaniach, do czego w dużej mierze przyczynił się właśnie Dias.

ŚRODKOWY OBROŃCA: WESLEY FOFANA (LEICESTER CITY)

Odejście Chilwella oraz kontuzja Soyuncu miały zachwiać defensywą Leicester. Nic z tych rzeczy. I wielka w tym zasługa francuskiego obrońcy, który trafił na King Power Stadium przed obecnym sezonem. 20- latek to najbardziej wyrazista postać w bloku obronnym „Lisów”. Szybki, zdecydowany, dobrze operujący piłką. Jego gra przyczyniła się to zachowania 5 czystych kont (w momencie jego przebywania na boisku) i straty stosunkowo niewielkiej liczby 21 goli w 19 spotkaniach, przez zespół Rodgersa. Doskonały transfer włodarzy z Leicester.

PRAWY OBROŃCA: JOAO CANCELO (MANCHESTER CITY)

Portugalczyk trafiał na Etihad z etykietą jednego z najlepszych bocznych obrońców na świecie. Jego początki w Manchesterze były jednak trudne. W poprzedniej kampanii nie grał niemal wcale, a jego proces adaptacji trwał bardzo długo. Cierpliwość popłaciła. Dziś jest to zdecydowanie najlepszy prawy defensor w lidze (choć grywał również z lewej strony) i ktoś kto – zgodnie z ideą nowoczesnego futbolu – daje ofensywie City nową jakość, nie zaniedbując przy tym gry obronnej. Cancelo jest dosłownie wszędzie, a jego odwaga i otwarta gra owocuje współczynnikiem kluczowych podań na poziomie 2.1 takiego zagrania na mecz, co jest najlepszym wynikiem w lidze, jeśli brać pod uwagę obrońców.

DEFENSYWNY POMOCNIK: PIERRE-EMILE HOJBJERG (TOTTENHAM HOTSPUR)

Brakujące ogniwo w układance Mourinho. Kiedy Duńczyk trafiał na Tottenham Hotspur Stadium, kojarzyliśmy go co prawda z solidną grą, ale też raczej nie obiecywaliśmy sobie po nim aż tak wiele. Ot, ciekawe uzupełnienie. Nic bardziej mylnego. Były piłkarz Southampton to absolutnie kluczowy zawodnik w swoim nowym zespole. Niezłomna praca w defensywie (2.8 odbioru na mecz) i wysoka skuteczność podań na poziomie 88%, pomaga uporządkować grę całej drużyny, a ofensywni piłkarze mogą czuć się przy nim komfortowo i swobodnie. Taki ktoś to absolutna konieczność w drużynie prowadzonej przez The Special One’a.

ŚRODKOWY POMOCNIK: KEVIN DE BRUYNE (MANCHESTER CITY)

Najlepszy piłkarz poprzedniej kampanii Premier League nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Owszem, w ostatnich tygodniach ma on problem ze skutecznością, czym doprowadza do szału ufających mu graczy FPL, ale to wciąż ktoś kto jest w stanie strzelić 3 gole i zaliczyć 10 asyst na przestrzeni 19 spotkań. Jeśli do tego dołożyć kluczowe podania na poziomie 3.2 takiego zagrania na mecz, to wiemy, że w ofensywie The Citizens nic nie może odbyć się bez wiedzy i ingerencji Belga. 

ŚRODKOWY POMOCNIK: BRUNO FERNANDES (MANCHESTER UNITED) 

Kibice „Czerwonych Diabłów” zarzekają się, że nie samym Portugalczykiem Manchester stoi, ale umówmy się, mówimy o piłkarzu, który z miejsca podniósł poziom całego zespołu już w poprzednim sezonie, a teraz kontynuuje swą misję. Bruno Fernandes to 11 goli i 7 asyst w 19 meczach, a także liczba 2.9 kluczowego podania na mecz. Pomocnik z Old Trafford to zawodnik, który jako pierwszy w historii PL został czterokrotnie wybrany piłkarzem miesiąca, w trakcie jednego roku. Ostatnie takie wyróżnienie otrzymał za grudzień. Fenomen, zdecydowanie najlepszy piłkarz i najważniejsze ogniowo obecnego lidera Premier League.

SKRZYDŁOWY: HEUNG-MIN SON (TOTTENHAM HOTSPUR)

Koreańczyk to wicelider tabeli strzelców. Jego 12 goli to imponujący dorobek. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że piłkarz ten nie zawdzięcza żadnej z tych bramek uderzeniu z rzutu karnego. Wśród całej czołówki najlepszych obecnie snajperów Premier League jest to absolutny unikat. Jeśli dołożyć do tego 6 asyst zaliczonych przez Sona, to jawi nam się obraz zdecydowanie najlepszego skrzydłowego w Premier League. Jego współpraca z Kanem – do której zaraz przejdziemy – zachwyca nas od samego początku rozgrywek i zdecydowanie nie jest czymś, obok czego przechodzimy obojętnie.

ŚRODKOWY NAPASTNIK: PIŁKARZ RUNDY: HARRY KANE (TOTTENHAM HOTSPUR) 

Tak samo tyczy się progresu jaki pod wodzą Mourinho zalicza jego klubowy kolega. Anglik to dziś nie tyle środkowy napastnik, co rozgrywający zespołu Spurs. Oczywiście, kapitan drużyny z Londynu wciąż strzela jak na zawołanie (12 goli), ale też dorzuca do tego worek asyst. Łącznie ma ich już 11. On i Son to symbioza, której na boiskach Premier League nie widzieliśmy od 25 lat. Anglik i Koreańczyk pomogli sobie w zdobywaniu bramek już 13 razy, stając się tym samym najlepiej współpracującym duetem od czasów Shearera i Suttona. I pomyśleć, że zanim Kane na dobre trafił pod skrzydła Mourinho, Paul Merson radził mu uciekać z klubu, gdyż miał on nie pasować do stylu preferowanego przez Portugalczyka. Skończyło się to tak, że Kane jest na ten moment liderem Klasyfikacji Kanadyjskiej Premier League i znajduje się w życiowej formie. Ah, ci eksperci…

SKRZYDŁOWY: JACK GREALISH (ASTON VILLA)

Obok Bruno Fernandesa najbardziej wpływowy piłkarz Premier League. Anglik dominuje ofensywną statystykę kluczowych podań (3.6). Do tego dorzuca „duże liczby” na poziomie 5 bramek i 8 asyst. Prawdziwy lider i reżyser gry zespołu z Birmingham, bez którego ciężko wyobrazić sobie ofensywę zespołu z Villa Park. W „jedenastce rudny” z konieczności na skrzydle. Kibice „The Villans” powinni się modlić, by ich kapitan nie dał się skusić, któremuś z silniejszych klubów. A będąc w takiej dyspozycji mógłby grać w dosłownie każdym. Nie ważne czy to Anglia, Włochy, czy jeszcze inna Hiszpania.

ŁAWKA:

Alisson (Liverpool FC): dobry i solidny sezon, ale póki co czegoś tu jeszcze brakuje, podobnie jak całemu zespołowi The Reds 

Eric Dier (Tottenham Hotspur): kolejny beneficjent przybycia Mourinho na Tottenham Stadium, zdecydowany i niemal bezbłędny 

James Justin (Leicester City): próba wejścia w buty Chilwella w 100% udana, przed młodym piłkarzem „Lisów” duża przyszłość 

Ilkay Gundogan (Manchester City): o jego obecności na ławce zadecydowały kwestie taktyczne, po prostu chciałem mieć w składzie typowego defensywnego pomocnika, a do Bruno i Kevina jednak ciężko podskoczyć, nie zmienia to faktu, że 7 goli i piłkarska jakość Niemca robią ogromne wrażenie 

Mohamed Salah (Liverpool FC): obok Robertsona i Alissona najrówniejszy piłkarz The Reds, 13 goli wzbudza szacunek , ale już fakt, że aż 5 z nich padło z rzutów karnych nieco studzi emocje, rywalizację przegrał z Grealishem, ale od pierwszego składu był o krok

Jamie Vardy (Leicester City): Anglik robi to co potrafi najlepiej – strzela gole (łącznie 11), ale też asystuje (łącznie 5) i walczy za zespół, póki co pomogło to „Lisom” w zajęciu miejsca na podium 

TRENER RUNDY: BRENDAN RODGERS (LEICESTER CITY)

Poprzednia kampania w wykonaniu „Lisów” to bardzo solidny czas. Oczywiście, brak awansu do Ligi Mistrzów, który w pewnym momencie wydawał się całkiem realnym, oznacza pewien niedosyt. Mimo wszystko 5 miejsce budzi uznanie. Obecny sezon miał być trudniejszy. Takim piłkarzom jak Vardy czy Schmeichel lecą latka, z klubu odszedł Chilwell, a Soyuncu złapał kontuzję. Co z tego? Rodgers zna się na robocie jak mało kto. W miejscu nieobecnych pojawiła się świeża krew, a starsi wciąż są w gazie. Leicester to dziś zespół stabilny, odpowiednio zbalansowany i taki, który nie boi się rywalizacji z najsilniejszym, o czym świadczą choćby zwycięstwa z Manchesterem City, Tottenhamem, czy remis z Manchesterem United. Owocem świetnej pracy byłego menadżera Celticu, jest trzecie miejsce Leicester na półmetku sezonu. Może tym razem uda się na stałe zagościć w top4?

ROZCZAROWANIE RUNDY: LAMPARD I CHELSEA

Apetyty były spore. Poprzednia kampania The Blues miała stanowić okresem przejściowy, przez który mogłoby się wydawać, przebrnięto całkiem sprawnie. Lampard wraz ze swoim zespołem zakwalifikował się do Ligi Mistrzów i generalnie zostawił po sobie dobre wrażenie. Transferowy ban okazał się nie taki straszny, jakim go malowano. Teraz miało być już tylko lepiej. Niestety obecne rozgrywki to pasmo rozczarowań. Wielomilionowe transfery takich piłkarzy jak Werner, Ziyech, czy Havertz, póki co nie wyszły nikomu na dobre. Chelsea gra źle, zajmuje niską pozycję w tabeli, a co gorsza w ich poczynaniach nie widać poprawy. Efekt? Zwolnienie klubowej legendy i sięgniecie po Tuchela. A miało być tak pięknie.

ZASKOCZENIE RUNDY: WEST HAM UNITED

Zespół Davida Moyesa na 4 miejscu Premier League! I nie, wcale nie cofnęliśmy się w czasie do okresu jego pracy w Evertonie. Młoty pod wodzą doświadczonego szkoleniowca zdejmują kolejne skalpy i po cichu pną się w górę w ligowej tabeli. Oczywiście, tylko szaleniec byłby gotów postawić pieniądze na to, że zespół z Londynu zakwalifikuje się do pucharów. Ale na półmetku wygląda to bardzo dobrze i stąd gratulacje dla Fabiana, jego czeskich kolegów i pozostałych piłkarzy West Hamu.

Tym optymistycznym akcentem kończyny podsumowanie pierwszej rundy angielskiej Premier League. Obecny sezon to rozgrywki zdecydowanie bardziej wyrównane niż kampania 19/20. 

Dziś możemy się zastanawiać, czy Manchester utrzyma fotel lidera? Czy Son z Kanem nadal będą trapić obrońców? Czy ktoś wyprzedzi Salaha? Wiele pytań, mało odpowiedzi. Tutaj może wydarzyć się absolutnie wszystko. Do zobaczenia po ostatnim gwizdku.

*źródło statystyk Sofascore (na dzień 26.01.2021)

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rok Bruno Fernandesa na Old Trafford

Dokładnie rok temu Manchester United za pośrednictwem swojej strony internetowej poinformował cały świat o pozyskaniu rewelacji ligi Portugalskiej ze Sportingu. Spekulacji oraz oczekiwań wobec nowego nabytku było sporo, jednak z perspektywy czasu wiemy, że sprowadzenie Bruno do Anglii było strzałem Ole Gunnara w dziesiątkę. Piłkarz od tamtego momentu rozwinął się na niesamowity poziom, co przełożyło się także na funkcjonowanie drużyny. Po roku spędzonym na Old Trafford przez Fernandesa można jasno stwierdzić, że był to jeden z najlepszych transferów ostatnich lat w Premier League.

TRANSFER I OCZEKIWANIA


Ole Gunnar Solskjaer według doniesień, sprawę sprowadzenia Bruno Fernandesa dyskutował z zarządem już przed sezonem 2019/20. Wówczas do transakcji jednak nie doszło, ponieważ być może właściciele nie darzyli jeszcze zbyt wielkim zaufaniem Norweskiego szkoleniowca, a już wtedy byłby to spory wydatek. Jednak w zimowym okienku ubiegłego sezonu, kiedy Portugalczyk rozegrał kolejne fenomenalne pół roku w barwach Sportingu (8 bramek i 7 asyst w samej lidze), zarząd zezwolił na negocjacje z zawodnikiem. Ostatecznie 29 stycznia 2020 roku Manchester United poinformował o sprowadzeniu Bruno za około 60 milionów euro.


Kwota jak na zawodnika spoza czołowej piątki lig robi ogromne wrażenie i równie spore były oczekiwania wobec nowego piłkarza. Za sobą miał 137 występów w barwach Sportingu, w których strzelił 63 bramki i zaliczył 52 asysty. Wynik absolutnie fenomenalny. Przychodząc do Premier League, nikt raczej nie oczekiwał od niego podobnych rezultatów, bo wiadomo – wyższy poziom. Jednak każdy sądził, że płacąc taką kwotę za piłkarza, ten w dość szybkim tempie wpasuje się w drużynę i będzie pokazywał się z najlepszej strony. Spore nadzieje wobec nowego nabytku miał także, a być może nawet i przede wszystkim Solskjaer. Szkoleniowiec Czerwonych Diabłów naciskając na zarząd w kontekście tego transferu, musiał oczekiwać od piłkarza, że ten go nie zawiedzie i udowodni wszystkim swoją wartość. Jakby nie patrzeć, był to także brakujący element układanki w całej drużynie United. Wszystkie pozycje były na swój sposób już obsadzone, ale brakowało solidnego playmakera, który będzie gwarancją sporych liczb. Stawiając więc na konkretnego zawodnika do tej roli, ten musi się liczyć, że wszystkie oczy w najbliższym czasie będą zwrócone właśnie na niego, a nagła zmiana formy zespołu będzie zapewne efektem jego przyjścia.

Dzisiaj jednak już wiemy, że Portugalczyk nie tylko spełnił wszystkie oczekiwane punkty na liście, ale też dopisał własne, jeszcze bardziej wygórowane, które także wypełnił. Z perspektywy czasu nikt nie może się przyczepić do tego transferu, a co najwyżej pogratulować wszystkim osobom za niego odpowiedzialnym, że doszedł on do finalizacji.

ŻYCIOWA FORMA


W trakcie dwu i półrocznego pobytu w Sportingu Fernandes rozgrywał fenomenalne zawody, będąc prawdopodobnie najlepszym piłkarzem portugalskiej Ekstraklasy. W sezonie 2018/19 w samych rozgrywkach ligowych zdobył 20 bramek i 13 asyst, co nawet w Primeira Liga robi ogromne wrażenie. Wizja przebicia dyspozycji z rodzimego kraju piłkarza była w głowach kibiców raczej dość odległa. Na pewno nie przypadała na sam początek przygody w nowym klubie, tylko bardziej w kontekście kilku przyszłych lat. Sam piłkarz miał jednak inne plany. Bruno jest trochę zaprzeczeniem definicji i stereotypów dotyczących zawodnika grającego na pozycji „10”. Według wielu stwierdzeń rozgrywający jest typem piłkarza z definicji mało zaangażowanym w defensywę. Ma on za zadanie głównie wykreować sytuacje po otrzymanej piłce, a samemu nie za wiele o nią walczy. Fernandes, mimo że występuję na pozycji dziesiątki, to takim typem zawodnika nie jest. Włącza się do odbioru niemal zawsze, gdy jest do tego okazja. Statystyka „przechwyty na mecz” wynosi u niego średnio 0.8, a dla przykładu u Jamesa Maddisona – zaledwie 0.3.


U Bruno wielki talent idzie więc równomiernie w parze z ogromną pracowitością i wolą walki na boisku. Głównie właśnie dzięki temu bez większych problemów, a wręcz z futryną wszedł do najlepszej ligi świata. Non-stop robi progres, ciągle stara się doszlifować niedoskonałości, i to go właśnie doprowadziło do miejsca, w którym jest. Runda wiosenna w poprzednim sezonie była wręcz fenomenalna w jego wykonaniu, więc jak określić tę jesienną obecnego? Każdy kibic Manchesteru United chciałby, aby wszedł na jeszcze wyższy poziom, jednak wielkim wyczynem będzie utrzymanie obecnej przez jak najdłuższy czas.


Często mówi się, że piłkarz potrzebuje czasu, aby przyswoić się do ligi. Szczególnie takie stwierdzenia występują w najmocniejszych rozgrywkach krajowych, a już na pewno, kiedy trafi do niej piłkarz grający dotychczas w teoretycznie słabszej lidze. Bruno Fernandes jednak z miejsca obalił to przekonanie, zdobywając już w pierwszym miesiącu gry statuetkę najlepszego zawodnika lutego Premier League. Bycie najlepszym piłkarzem nawet w okresie kilku tygodni w tak mocnej lidze jest dużym wyróżnieniem, a zdobycie tego tytułu w trakcie pierwszych spotkań w tychże rozgrywkach, jest osiągnięciem na skalę historyczną. Taki też był właśnie miniony rok dla Portugalczyka, bo bez względu czy w przyszłości zaliczy jeszcze lepsze okresy – pierwsze miesiące w Manchesterze utkwią mu w pamięci do końca życia. Liczne indywidualne nagrody, masa rekordów, czy ogrom fenomenalnych występów – a to wszystko w zaledwie jeden rok.


WPŁYW NA DRUŻYNĘ

Życiowa forma najlepszego zawodnika drużyny mocno wpływa na zespół i nie inaczej było z Czerwonymi Diabłami. Być może nie był to najlepszy rok w całej historii jak w przypadku Bruno, ale już na pewno najwybitniejszy i najbardziej obiecujący w ostatnich kilku latach. Przyjście Fernandesa było uzupełnieniem brakującej części układanki, ale spowodowało także znaczny wzrost formy innych zawodników.

Bezpośredniego wpływu na to sam Bruno raczej nie miał, ale jego wybuch formy był impulsem oraz natchnieniem do cięższej pracy innych zawodników, oraz samego trenera. Mając piłkarza, wokół którego można budować wyjściowy skład, szkoleniowiec ma szanse bardziej się skupić na innych czynnikach pracy.

Portugalczyk pełni niesamowicie ważną funkcję w taktyce drużyny, ale nie można stwierdzić, że drużyna jest od niego niemal całkowicie uzależniona. Bywały momenty, tym bardziej w ostatnim czasie, kiedy Bruno w przeciwieństwie do reszty drużyny – rozegrał przeciętne spotkanie, a mimo to United zdołało zagrać zadowalające zawody. Wypadnięcie Fernandesa na pewien okres mogłoby w jakimś stopniu odcisnąć piętno na funkcjonowaniu zespołu, jednak nie stanąłby on raczej w miejscu, a w tak wielkiej machinie jest to ważny element. Nikt raczej nie chciałby przeprowadzić eksperymentu pod tytułem „Co gdyby nie Bruno?”, a już na pewno nie Ole Gunnar. Związek Bruno Fernandes – Manchester United zbiera owoce z dwóch stron i bez żadnego kryzysu potrwa to jeszcze przez długi czas. Póki jedna ze stron będzie wierna drugiej, wszystko w tej kwestii powinno funkcjonować wyśmienicie.

MATEUSZ PEREK

This Is England #11. Paolo Di Canio i jego one man show

Paolo Di Canio to jedna z najbarwniejszych postaci, która przewinęła się przez Premier League. Przez ponad dwadzieścia lat swojej kariery kontrowersyjny Włoch szokował, oburzał, ale też zapierał dech w piersi swoją efektowną grą. Przez ten czas Di Canio wykreował kilka momentów, które przeszły do historii światowego futbolu. Spotkanie z Bradford, które West Ham rozegrał w lutym 2000 roku, było chyba tym, które najlepiej zaprezentowało wszystkie cechy, sprawiające, że wychowanek Lazio był najlepszym showmanem, jaki kiedykolwiek pojawił się na Wyspach Brytyjskich.

Czytaj dalej „This Is England #11. Paolo Di Canio i jego one man show” →

Jakub Moder. Niech przygoda się zacznie!


Eksport naszych młodych piłkarzy do lig zagranicznych to zjawisko nagminne. Niegdyś wyjeżdżali najlepsi, dziś złośliwi mogą twierdzić, że wystarczy kopnąć kilka razy piłkę na boiskach naszej Ekstraklasy, by zapracować na zagraniczny transfer. Patrząc na masowość przeprowadzek trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Na polskim podwórku nikogo już nie dziwią zagraniczne transakcje opiewające na kwoty 2 czy 3 mln euro. Zwykła codzienność.

Kilka miesięcy temu doszło jednak do dużego wydarzenia. Lech wygrał korespondencyjny pojedynkę z Legią i sprzedał swojego piłkarza za kwotę wyższą niż 10 mln euro (dokładnie 11). Bohater transferu, Jakub Moder, za chwilę zacznie przygodę w angielskiej Premier League. Chłopak już jakiś czas temu dołączył do nowych kolegów z Brighton, a jego debiut zdaje się być na wyciągnięcie ręki. I wiecie co? To będzie piękna kariera. Jestem o tym niemal przekonany.

Oczywiście, sceptycyzm w tym wypadku zdaje się bardziej uzasadniony niż moje optymistyczne stwierdzenie. Anglię miał już przecież podbić Kapustka, we Włoszech liczyliśmy na dobre występy Żurkowskiego, a Pawłowski miał robić furorę w Hiszpanii. Przypadki można mnożyć. Mimo wszystko mam nieodparte wrażenie, że żaden z powyższych – ani też pozostałych przykładów – nie do końca można zestawić z obecną sytuacją Modera. Tutaj wszystko wydaje się mieć ręce i nogi.

PO PIERWSZE: KONKURENCJA W ZESPOLE

Pod tym względem były zawodnik Lecha nie rzucił się na głęboką wodę. Oczywiście, trafił do prawdopodobnie najsilniejszej ligi na świecie, ale jeśli chodzi o klub, to jest to raczej średniak. I to z problemami. Jeśli spojrzymy na środek pola Brighton to mamy tu takich piłkarzy jak: Bissouma, Propper, Gross, Alzate, Mac Alisster, Tau i Lallana.

Nazwiska nie powalają, prawda? Jedynym piłkarzem z tego grona, któremu już teraz wróżę dużą karierę, jest pierwszy z nich, ostatni brzmi fajnie, ale najlepsze lata ma za sobą. A reszta? Co najwyżej solidni ligowcy. Dodatkowym plusem jest fakt, że zespół Grahama Pottera preferuje system 3-5-2, co tworzy trzy miejsca dla nominalnych środkowych pomocników o rozmaitej specyfice. Ten aspekt połączony ze wspomnianą wcześniej niezbyt wymagającą konkurencją daje Polakowi olbrzymie szanse na regularną grę. A przecież od tego właśnie trzeba zacząć.

PO DRUGIE: KWOTA TRANSFERU

11 mln euro to w dzisiejszym futbolu żadna fortuna. Ale trochę wacików za to by było. Umówmy się, Brighton to nie jest klub, który szasta pieniędzmi. Największy transfer w ich dziejach opiewa na kwotę 22 mln euro, a Moder ze „swoją” przeszło dyszką to numer 9 w jego historii. Takiego piłkarza kupuje się po to, by grał i nie robi się tego bez odpowiedniego researchu (no, chyba że pracujesz na Camp Nou). Można spokojnie założyć, że zanim Polak trafił na AMEX, to skauci tego klubu dowiedzieli się o nim absolutnie wszystkiego. Biorąc pod uwagę to całe rozpoznanie i sumę, jaką musiały wyłożyć „Mewy”, to Moder może liczyć na konsekwentne stawianie na jego osobę. Nikt nie skreśli go za jedno czy drugie niepowodzenie. On ma być przyszłością klubu.

PO TRZECIE: MENTALNOŚĆ

Ale w zasadzie czemu w ogóle mielibyśmy zakładać jakieś problemy? Bo nie udźwignie presji? Wojtek Szczęsny w jednym z ostatnich odcinkach Foot Trucka mówi o Moderze:


„To top! Mam o nim lepszą opinię niż ktokolwiek inny w polskiej piłce (…) Ma przede wszystkim jaja. Jest oczywiście bardzo dobrze wyszkolony technicznie i bardzo dobry fizycznie, ale ma też niesamowity charakter. (…) Pierwszy moment, w którym go zauważyłem – bo nie ukrywam, że wcześniej nie wiedziałem kto to w ogóle jest – był podczas gierki na treningu Reprezentacji. Mam piłkę przy nodze, szukam gry i nagle słyszę >>Wojtek!!!<<, pomyślałem sobie >>Kim jest ten młody? ?<< Ale spodobało mi się to. Podałem mu piłkę, a on sobie jeszcze oczywiście z nią poradził”.

I o to właśnie chodzi! Zresztą, czytając i oglądając wywiady z byłym piłkarzem Lecha, maluje nam się obraz pewnego siebie, ale twardo stąpającego po ziemi chłopaka. Poza tym udane występy Polaka w spotkaniach może nie najwyższego, ale sporego ciężaru pokazały, że Moder nie pęka na robocie. W reprezentacyjnym meczu z Włochami był jednym z najlepszych na boisku, grał swoje w spotkaniach eliminacyjnych do Ligi Europy, a i pierwszy, najbardziej prestiżowy mecz z Benficą – już w samych rozgrywkach – może zapisać sobie na plus. Nikt przecież nie mówi, że musi on od razu ciągnąć swój nowy zespół w meczach z Liverpoolem czy City. Ale dlaczego miałby nie domagać się piłki w starciach z Newcastle czy Crystal Palace?

PO CZWARTE: STYL GRY

A grając w Brighton, możesz mieć pewność, że będziesz miał ją przy nodze częściej niż w wypadku gry w WBA czy Burnley. Mało tego! Ponad połowa ligi ma niższy procent posiadania futbolówki niż Brighton. I świetnie. Lechowi jako klubowi można sporo zarzucić, ale należy też przyznać, że zespół z Poznania to taki, który lubi „grać piłką”. Młodzi chłopcy wywodzący się z akademii Kolejorza to zawodnicy, którzy swobodnie nią operują, a zamiast patrzeć pod nogi, umiejętnie skanują przestrzeń w poszukiwaniu partnerów. Graham Potter lubi takich piłkarzy. Zresztą, szkoleniowiec ten trafił do Brighton właśnie po to, by poprawić styl zespołu, gdyż właściciel klubu stawia na efektowny futbol i jest on dla niego ważny niemal tam samo jak wyniki. To naturalne środowiska dla Modera…

ŻRÓDŁO: WHOSCORED.COM

PO PIĄTE: UMIEJĘTNOŚCI

…który ma to wszystko, o czym pisałem powyżej. Luz w prowadzeniu piłki, świetny przegląd pola, doskonały cross, a także stałe fragmenty gry. Polak ma jeszcze coś i jest to cecha unikatowa. Strzał z dystansu, zarówno lewą, jak i prawą nogą. Czasem są to uderzenia techniczne, innym razem bomby rozrywające siatkę. Repertuar jest naprawdę szeroki. Oprócz walorów ofensywnych pomocnik dokłada do tego również grę w defensywie. To wszystko sprawia, że nie powinniśmy obawiać się, że Moder będzie odstawał piłkarsko. Taktycznie też na pewno nie, bo jednak akademia Lecha to stempel pewnej jakości.

ALE…

Bo przecież bez wątpliwości się nie obędzie.
Czy to na pewno dobry wybór? Brighton jest obecnie na dopiero 16 miejscu w tabeli Premier League, a od grupy spadkowej dzieli ich zaledwie kilka punktów. A przecież wolelibyśmy, by Moder do Championship nie spadał. Tu byłbym jednak spokojny. Jeśli spojrzeć na takie statystyki jak posiadanie piłki, wykreowane sytuacje, czy strzały na bramkę, to „Mewy” w każdym z tych parametrów znajdują się mniej więcej w środku stawki. Fani Łony być może powiedzą, że „to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”, ale ja mam przekonanie, że posiadanie stylu i określona jakość obroni się w dłuższej perspektywie. W Anglii jest co najmniej kilka zespołów słabszych niż Brighton.

Czy końcówka roku w wykonaniu Modera, nie powinna nas nie zaniepokoić? Oczywiście, w ostatnich miesiącach zawodnik Lecha był cieniem tego, który zachwycał nas w okresie, o którym wspominam wcześniej. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że mówimy tu o 19-letnim chłopaku, który w krótkim czasie zaliczył przeskok z rezerw Lecha do jego pierwszego składu, zadebiutował w Reprezentacji Polski, zagrał z Benficą czy Rangersami, a także podpisał kontrakt z klubem topowej ligi świata. Sporo jak na nastolatka, który jeszcze nie dawno łapał szlify w pierwszoligowej Odrze Opole. Jeśli do tego dodamy nieprzyzwoicie dużą liczbę minut, jakie rozegrał Moder w sezonie 20/21 (dokładnie 2303 minuty), to mamy obraz chłopaka wyeksploatowanego do granic możliwości. Jeśli chodzi o polskich piłkarzy z pola, którzy grali od niego częściej, to są to tylko Kędziora, Jóźwiak, Puchacz, Helik i Rybus. I zanim zjawi się ktoś, kto stwierdzi „ale jak to, przecież on idzie do ligi gdzie gra się najwięcej i najciężej” to uspokajam, że takie postawienie sprawy to czysty populizm. Żaden piłkarz Brighton nie nastukał w kampanii 20/21 tyle minut co Moder. Najbardziej zapracowanym zawodnikiem „Mew” jest na ten moment Webster, który ma na liczniku zaledwie 1740 minut. Tak więc różnica jest spora.

Podsumowując, Moder ma wszystko by pokazać się z dobrej strony w Premier League, a argumenty przeciw temu wydają mi się mniej solidne, niż te popierające tę tezę. Oczywiście, piłka nożna to sport nieprzewidywalny. Nigdy nie możemy mieć 100% przekonania, że dane założenie jest trafne. Mimo wszystko Polak daje spore nadzieje na to, że na naszym podwórku pojawił się kolejny nasz rodak, który pokaże światu, że w Polsce też potrafią grać w piłkę. Trzymamy kciuki!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑