Rosnące ambicje w Szczecinie. Czy Portowców stać na walkę o najwyższe cele?



Drużyna z Pomorza Zachodniego kolejny sezon z rzędu robi znaczący progres w każdym aspekcie piłkarskim. Podobnie jak w zeszłym roku, na półmetku rozgrywek są w gronie faworytów do gry w europejskich pucharach, a nawet w kontekście mistrzostwa. Wnioski z wiosny 2020 zostały jednak wyciągnięte i w Szczecinie szykują się na przełomową względem ostatnich lat pozycję w tabeli.

DŁUGOTERMINOWY PROJEKT PRZYNOSI efekty

Niemiecki szkoleniowiec Kosta Runjaic rozpoczął swój staż na północnym zachodzie kraju w listopadzie 2017 roku. Początkowo była to decyzja niezrozumiała z jego perspektywy, ponieważ jeszcze kilka lat temu dwukrotnie otarł się z Kaiserslautern o niemiecką Bundesligę. Do Pogoni przyszedł w momencie, kiedy Portowcy okupowali dolne strefy tabeli, a kryzys coraz bardziej się pogłębiał. „Ja byłem bez klubu, oni potrzebowali trenera. Lubię wyzwania, tak nasze drogi się zeszły” – takimi słowami tłumaczył Runjaic swój wybór po objęciu wówczas ostatniej drużyny Ekstraklasy. Cel na sezon był jeden – utrzymać się w lidze, a potem pomyślimy, co dalej. Ostatecznie udało się uniknąć spadku i to w dość dobrym stylu. Grupę spadkową zakończyli na 3 pozycji z przewagą 9 punktów nad strefą degradacji. W tym momencie można było zacząć kłaść fundamenty pod większy projekt.

Przed sezonem 2018/19 Portowcy dokonali wzmocnień jasno sugerujących, że mają zamiar aspirować o górną ósemkę ligi. Radosław Majewski, Mariusz Malec, czy wypożyczony z Wolverhampton Michał Żyro robili dobre wrażenie, a do tego doszli jeszcze niezbyt znani polskiej piłce Zvonimir Kozulj, Tomas Podstawski, Iker Guarrotxena, David Stec i Soufian Benyamina. Z całego tego grona jedynie były piłkarz Legii Warszawa i Niemiec nie spełnili postawionych przed nimi oczekiwań, natomiast Majewski, Kozulj oraz Podstawski idealnie wpasowali się w styl gry Kosty. Przedsezonowe założenia udało się wypełnić, ponieważ Szczecinianie zajęli 7 pozycję, prezentując się ze świetnej strony w grupie mistrzowskiej. W międzyczasie oficjalnie rozpoczęła się budowa nowego stadionu oraz kompleksu boisk treningowych. Wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku, a końcówka rozgrywek pokazała, że po doszlifowaniu kilku aspektów są w stanie rywalizować z czołówką tabeli.

Największym problem drużyny Runjaicia była defensywa. Obrońcy popełniali wiele błędów, a bramkarze często zawodzili. Z siedmiu wzmocnień, jakie przeprowadzili w lecie 2019 roku, aż pięć było do strefy obronnej. Golkiper Dante Stipica, środkowi defensorzy Benedikt Zech, Igor Łasicki i Kostas Triantafyllopoulos, oraz Damian Dąbrowski grający na pozycji defensywnego pomocnika. Pierwsze efekty było widać już po połowie sezonu, bo Austriak wraz z Grekiem zbierali liczne brawa za solidną grę, a Chorwat przez wielu został okrzyknięty najlepszym bramkarzem ligi. Na półmetku sezonu Portowcy okupowali górną część tabeli, a myśli o grze w eliminacjach do europejskich pucharów były jak najbardziej uzasadnione. Wiosna jednak okazała się tragiczna dla Pogoni, ponieważ po odejściu Zvonimira Kozulja, oraz Srdjana Spiridonovicia stracili siłę w ofensywie, a kolektyw spoza boiska przestał się przekładać na murawę. Jak runda mistrzowska w sezonie 18/19 była bardzo udana w ich wykonaniu, tak ta z 2020 roku była sporym rozczarowaniem.

Chociaż przed ubiegłymi rozgrywkami wycofał się główny sponsor klubu – grupa Azoty, to rozwój nie zahamował, a wręcz przeciwnie. Jarosław Mroczek nie obawiał się sięgnąć do kieszeni i sprowadził Michała Kucharczyka, Alexandra Gorgona, Luke Zahovicia oraz Luisa Mate. Co najważniejsze – oprócz Marcina Listkowskiego nikt istotny z klubu nie odszedł. Mimo kiepskiego startu w rozgrywkach i ciągnących się problemów z formą aż do grudnia, Portowcom udało się zakończyć rundę jesienną na pozycji lidera.

WYRACHOWANIE I DETERMINACJA

Pogoń nie gra atrakcyjnej dla oka piłki. Nie ma sensu nikogo przekonywać, że jest inaczej. Portowcy grają przede wszystkim mądrze, z myślą o końcowym wyniku, a nie o zrobieniu jak najlepszego widowiska. Po objęciu nawet jednobramkowego prowadzenia nie szukają na siłę podwyższenia rezultatu, tylko starają się go nie stracić. Dla niektórych taki styl może być bardzo nudny, a nawet niemożliwy do oglądania, ale takie nastawienie doprowadziło ich do miejsca, w którym aktualnie są. Nie jest to jednak typowo defensywna gra, w której w ośmiu, bądź więcej bronią swojego pola karnego, tylko stawiają na kontrolę i posiadanie piłki.

Akcje bramkowe często są budowane od obrony, z dużą liczbą podań, a czasami przy wykryciu błędu w ustawieniu rywala pójdzie szybkie wyprowadzenie akcji, jak chociażby przy bramce Sebastiana Kowalczyka w meczu z Lechem Poznań. Długa wymienność podań dekoncentruje rywala, dzięki czemu jest większa szansa, że popełni błąd. Posiadanie futbolówki i mądre ustawienie sprawia także, że rzadko nadziewają się na kontry. Ogólnie rzecz biorąc, defensywa Runjaicia działa jak jedna wielka maszyna. Jeśli ktoś popełni indywidualny błąd w okolicach własnego pola karnego, to praktycznie cała formacja obronna się sypie, i trzeba liczyć na samodzielny odbiór któregoś z obrońców, bądź w ostateczności na Dante Stipice. Często Chorwat ratuje sytuacje fenomenalnymi interwencjami, ale czasami kończy się to stratą bramki.

Najważniejszą rolę w preferowanym przez Niemieckiego trenera stylu odgrywa defensywny pomocnik. Aktualnie tę funkcję wykonuję Damian Dąbrowski, który w mojej opinii jest najlepszym piłkarzem Szczecinian w tym sezonie, uwzględniając tylko zawodników z pola. Łączy formację defensywną z atakiem i niemal wszystkie wyprowadzane akcje przechodzą przez byłego piłkarza Cracovii. Ma on za zadanie rozrzucać piłki ze środkowej części boiska na skrzydła lub czasami samemu podprowadzić futbolówkę wyżej. Przede wszystkim musi unikać błędu, ponieważ w przeciwnym razie obrońcy będą musieli interweniować. Głównie właśnie z tego względu wygrał rywalizacje o miejsce w wyjściowym składzie z Tomasem Podstawskim, ponieważ w porównaniu do Portugalczyka popełnia o wiele mniej pomyłek.

Portowcy są niesamowicie zdeterminowani do wygrywania, przez co starają się jak najbardziej zwężać ryzyko popełnienia błędu. Stanowią jeden wielki kolektyw, który na pierwszym miejscu ma dobro drużyny. Indywidualne akcje nie są karane, ale każdy stara się szukać jak najlepszego rozwiązania, a nie poklasków za efektowne zagrania. W Pogoni widać wielkie wyrachowanie, które prowadzi ich do sukcesu.

SPOKOJNI O PRZYSZŁOŚĆ

Stadion na 20 tysięcy miejsc, centrum szkolenia dzieci i młodzieży, trzy boiska pełnowymiarowe. Tak wyglądają najważniejsze punkty w ramach projektu dotyczącego rozbudowę klubu, opiewającego na ponad 362 miliony złotych. Pogoń w końcu będzie mogła pochwalić się nowoczesnym stadionem, o którym bardzo długo marzyli, oraz jakościowo poprawić szkolenie młodzieży. Akademia wejdzie na jeszcze wyższy poziom, bo przecież mowa tu o jednej z lepszych szkółek w Polsce. Inwestycja da nowe rozwiązania i większą swobodę trenerom, którzy już teraz robią świetną robotę. Widok rozbudowanej bazy treningowej w dużym stopniu zachęci także młodych piłkarzy, którym została złożona oferta dołączenia do jednej z grup młodzieżowych. Projekt ten niesamowicie przyśpieszy rozwój klubu, a być może okaże się nawet najważniejszym posunięciem w historii Pogonii.

Cała machina związana z nową infrastrukturą ruszy rzecz jasna dopiero po ukończeniu jej budowy, jednak w pierwszej drużynie Portowców już teraz jest wielu młodych zawodników, na których Kosta Runjaic nie obawia się stawiać. Sebastian Kowalczyk, choć rozgrywa już 5. sezon w Ekstraklasie, to ciągle ma dopiero 22-lata. Mimo młodego wieku już teraz jest jednym z liderów szatni oraz niejednokrotnie wychodził na boisko z opaską kapitańską. Takiej postaci potrzebuje każda drużyna, a Szczecin – zakładając, że nigdzie nie odejdzie – już teraz ma zapewnionego lidera na lata. Adrian Benedyczak zadebiutował w sezonie 17/18, ale dopiero teraz przebił się na stałe do pierwszej drużyny Portowców. Poprzedni rok spędził na wypożyczeniu w Głogowie, gdzie poprzez regularną grę zbierał doświadczenie grając zbierał doświadczenie. Po czasie jak widać – wyjazd się opłacił, ponieważ w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej pokazuje się ze świetnej strony, co przełożyło się także na dwa trafienia.

Chociaż jest jednym z najmniej doświadczonych piłkarzy Pogoni, to według niektórych w obecnym sezonie należy do grona jednych z lepszych zawodników występujących w granatowo-bordowych barwach. Mowa tu oczywiście o Kacprze Kozłowskim, któremu wielką karierę wróży się już od debiutu w wieku niespełna 16 lat (dokładnie 15 lat, 7 miesięcy). Jednak dopiero teraz zachwyty nad młodzieżowym reprezentantem Polski osiągnęły apogeum, ponieważ pod koniec ubiegłego roku kalendarzowego robił prawdziwą furorę na boiskach Ekstraklasy. Drugim z młodych pomocników zbierającym już pochwały jest Kacper Smoliński. Rok temu otrzymał trzy razy szansę występu, jednak obecnie już na stałe zawitał w seniorskiej kadrze.

Nie wolno także zapominać o Hubercie Turskim, który, choć w tym sezonie został chwilowo odsunięty na bok, to ma niesamowite warunki jak na swój wiek (18 lat). Obecnie pod względem fizycznym wygląda lepiej niż duża część rosłych zawodników ligi. Na wypożyczeniu w Warcie Poznań przebywa aktualnie Maciej Żurawski, który także wiele razy zaprezentował swój potencjał w pierwszym zespole. Mateusz Łęgowski, chociaż nie zaliczył jeszcze debiutu w profesjonalnym futbolu, to w ubiegłym sezonie przebywał w hiszpańskiej Valencii, gdzie trenerzy doceniali jego umiejętności. Jest jeszcze dochodzący do pełnej sprawności po kontuzji Marcel Wędrychowski, który również ma ogromne możliwości. Mariusz Fornalczyk i Bartłomiej Mruk nie są wychowankami klubu, ale o ich podpis walczyło kilka innych drużyn Ekstraklasy. Pierwszy z nich, choć w ostatnich tygodniach rozegrał tylko 21 minut, to udowodnił w nich swoją wartość. Były zawodnik Garbarni Kraków otrzymał, póki co zaledwie minutę, co poskutkowało wypożyczeniem do Błękitnych Stargard z trzeciego poziomu rozgrywkowego.

Młodzież w Szczecinie rozkwita w ekspresowym tempie, a proces ten ma usprawnić nowy kompleks nowych boisk i budowa akademii z prawdziwego zdarzenia. Pogoń w najbliższych latach stanie się sporym producentem piłkarzy z potencjałem, nie tylko na skale krajową. W głowach kibiców, jak i zapewne osób w klubie największym celem jest jednak wygranie jakiegoś trofeum. W końcu, bo Portowcy w całej swojej historii ani razu nie sięgnęli po oficjalny puchar. Jak pokazuje aktualna dyspozycja Szczecinian – pragnienie w najbliższej przyszłości zostać zrealizowane.

MATEUSZ PEREK

W Lechii sezon przejściowy w pełni.

Lechia Gdańsk w tym sezonie delikatnie rzecz ujmując, nie zachwyca. Jeżeli ktoś spodziewał się postępów, to mógł się zawieść niczym pracownik oczekujący znacznej podwyżki, który zamiast niej otrzymał bakaliowe środy i owocowe czwartki. Należy zadać sobie pytanie, w którą stronę zmierza ten zespół, w czym tkwi problem i gdzie upatrywać szans.

PODSTAWOWA GARŚĆ STATYSTYK


Lechia zazwyczaj jako pierwsza traci bramkę. W 10 z 16 rozegranych spotkań traciła gola jako pierwsza, co pokazuje, że zespół Stokowca lubi sobie utrudniać zadanie. Jeżeli chodzi o dorobek bramkowy, Lechia strzeliła dokładnie tyle samo bramek co czwarty w tabeli Śląsk Wrocław. Lechia podobnie jak Pogoń większość bramek strzela po stałych fragmentach gry. W ten sposób Lechia zdobyła 13 spośród 21 bramek (najwyższy udział procentowy bramek po SFG w całej lidze).


TYLKO JEDEN ZESPÓŁ SPADA Z LIGI

Najprostszym wytłumaczeniem przeciętnej oraz słabej gry w większość spotkań jest fakt, że tylko jeden zespół po sezonie opuści ligę. Regulamin rozgrywek 20/21 sprzyja zespołom, które postanowiły urządzić sobie tzw. sezon przejściowy. Jeśli dany klub ma kadrę na miejsca powiedzmy 6-10, może sobie przebimbać sezon, a i tak prawdopodobnie nie skończy na ostatnim miejscu, o ile spręży się w spotkaniach ze słabeuszami. Zespół Stokowca działa jak bystry uczeń, któremu nie zależy na stypendium, ale wie, że musi zdać do następnej klasy i robi to bez zbędnego wysiłku. Lechia na ogół nie zachwyca, ale potrafi wypunktować drużyny, które dopiero co awansowały do Ekstraklasy:
– wygrali na wyjeździe z Wartą 0:1,
– wygrali u siebie ze Stalą Mielec 4:2,
– wygrali u siebie z Podbeskidziem 4:0,
– zremisowali w Grodzisku z Wartą Poznań 1:1.


Dziesięć punktów w czterech spotkaniach z beniaminkami, to połowa dorobku punktowego Lechii w tym sezonie. Pozostałe punkty zawodnicy Piotra Stokowca wywalczyli w spotkaniach z Cracovią, Wisłą Kraków, Zagłębiem oraz Śląskiem.

TYLKO UZUPEŁNIENIA

Transfery letnie:
Bartosz Kopacz z Zagłębia Lubin,
Kristers Tobers z Lipawy (sprowadzono na stałe),
Kenny Saief wyp. z Anderlechtu (a właściwie przedłużono jego wypożyczenie).


Transfery zimowe:
Mykola Musolitin z Valmiery,
Jan Biegański z GKS-u Tychy,
Joseph Ceesay z Helsingborgsa.

O ile na ocenę zimowych transferów jeszcze przyjdzie czas, o tyle letnie ruchy można już rzetelnie podsumować. Tobers i Saief już w poprzednim sezonie grali dla biało-zielonych, więc ciężko ich rozpatrywać w kontekście wzmocnień. Docenić należy transfer Bartosza Kopacza, który gra bardzo solidnie i tworzy dobry, jak na warunki Ekstraklasy duet stoperów.

Letnim pomysłem na uzupełnienie kadry było postawienie na młodych zawodników, którzy ostatnio przebywali na wypożyczeniach, czyli Mateusza Żukowskiego i Mateusza Sopoćko. Pierwszy zagrał tylko raz w podstawowym w składzie, ale na tle Wisły Płock prezentował się na tyle słabo, że otrzymał w przerwie wędkę od trenera Stokowca. Jak dotąd uzbierał 98 minut w 6 spotkaniach ligowych. Sopoćko już zdążył pożegnać się z Lechią. Uzbierał nieco więcej minut, ale również nie zachwycał. Raczej nikt nie spodziewał się, że Sopoćko podbije ekstraklasowe boiska, ponieważ w poprzednim sezonie będąc na wypożyczeniu w Podbeskidziu, nie był nawet podstawowym młodzieżowcem.

MARAZM, MARAZM I MARAZM

Lechia potrafi ciułać punkty, ale niestety na tym poprzestaje. Ciężko doszukać się w tym zespole większych pokładów kreatywności, bo nawet jak któryś z zawodników wybija się ponad przeciętność, to za moment reszta ściąga go w dół. Na pierwszy plan wysuwa się środek pola, który bez względu na personalia prezentuje się zazwyczaj przeciętnie bądź słabo. Od Kubickiego raczej nikt nigdy nie wymagał stania się nowym Tonim Krossem, ale jego rozwój w pewnym momencie stanął i Stokowiec, który pracował z nim jeszcze w czasach Zagłębia, nie sprawił, że były młodzieżowy reprezentant Polski podniósł swój poziom sportowy. Tomasz Makowski w zasadzie nie ma atutów poza byciem młodzieżowcem. Ostatnio przynajmniej podejmuje próby strzałów z dystansu, ale wciąż śrubuje statystykę spotkań bez strzelonej bramki na poziomie Ekstraklasy.

Maciej Gajos to już wyższy poziom ligowego dżemiku. Kiedy przechodził do Lechii, wielu kibiców Lecha żartowało, że duet Klimczak&Rutkowski podrzucił do Gdańska konia trojańskiego. Niewiele dziś zostało z piłkarza, który kilka lat temu nieźle się zapowiadał, a dziś nie jest w stanie wziąć na siebie gry cieniującej Lechii w większości spotkań Lechii. Egzon Kreyzu zagrał tylko dwa spotkania i niczym szczególnym się nie wyróżnił. Młody Kałuziński zdążył już wylecieć z boiska w meczu z Jagiellonią i – co gorsza – potem Lechia zaczęła grać nawet lepiej. Nadal musi ciężko pracować, ale daleki jestem od skreślenia 18-letniego zawodnika.

Z oceną Kennego Saiefa można mieć problem. Widać u tego zawodnika jakość czysto piłkarską, ale nie ma liczb. Trzynaście spotkań i aż biją po oczach zera po stronie bramek i asyst. Faktem jest, że w wielu spotkaniach koledzy z zespołu „okradali” go z asyst, ale już przyzwoite 2+3 wyglądałoby zdecydowanie lepiej. Wydaje się, że mógłby z powodzeniem grać na tzw. „kierownicy”, ale ostatnio trener Lechii postanowił wrócić do ustawienia z Saiefem na boku.

Na skrzydłach sytuacja też nie wygląda kolorowo. Conrado zdarzają się przebłyski, ale brakuje mu regularności. Brazylijczyk potrafi zrobić coś z niczego, ponieważ nie kalkuluję. Podejmuje ryzyko i to może podobać się kibicom Lechii. Haydary w ostatnich spotkaniach wygląda tragicznie. Wspomniany wcześniej Sopoćko oraz Mihalik zdążyli już pożegnać się z klubem. Swoją drogą samo sprowadzenie Mihalika było tematem dość kontrowersyjnym, ponieważ w Cracovii zaliczył mnóstwo żenujących spotkań i ktoś, kto postawił na niego, był człowiekiem wielkiej wiary. Kilka dni temu do Lechii dołączył Joseph Ceesay, który w 2020 spadł z ligi szwedzkiej. Bazuje przede wszystkim na szybkości i w dzisiejszym spotkaniu z Puszczą zdobył bramkę już w trzeciej minucie spotkania. Pod koniec pierwszej połowy miał jeszcze jedną doskonałą okazję, ale jej nie wykorzystał. W zimowym oknie dołączył również Ukrainiec Musolitin, ale wciąż czeka na debiut w spotkaniu ligowym.

GŁOWNE ATUTY

O ile można wytykać Lechii braki na wielu pozycjach, o tyle duet środkowych obrońców Kopacz – Nalepa prezentuje się bardzo solidnie i śmiało można powiedzieć, że należą do ligowej czołówki. Co ciekawe Michał Nalepa z trzema bramkami na koncie jest drugim strzelcem w zespole, co powinno uwierać graczy ofensywnych. Dziś nie miał najlepszego dnia – zdobył bramkę samobójczą i miał kilka niepewnych interwencji – ale zazwyczaj gra dobrze.

Promykiem nadziei na lepsze czasy dla Lechii jest Rafał Pietrzak. Zaliczył w tym sezonie już 6 asyst, co prawda aż trzy w meczu z Podbeskidziem, ale w Lechii brakuje piłkarzy, którzy potrafią regularnie asystować i trafiać do bramki. Jeżeli już mowa o asystach, to warto przedstawić również statystykę kluczowych podań:
– Pietrzak 33,
– Kubicki 15,
– Conrado 13,
– Saief 12,
– Paixao 11,
– Fila 10,

Haydary 10,
– Gajos 8,
– Makowski 5.


W Ekstraklasie tylko Bartosz Nowak uzbierał więcej kluczowych podań niż Rafał Pietrzak, co pokazuje potencjał, który drzemie w lewym obrońcy Lechii. Gdyby większa liczba piłkarzy Lechii potrafiłaby wziąć grę na siebie, to ich sytuacja wyglądałaby zdecydowanie lepiej. Grają tak, jak grają, ale czwarte miejsce jest nadal na wyciągnięcie ręki. Przez długi czas dość zachowawcza gra Lechii przynosiła dobre rezultaty. Niestety pragmatyzm przełożył się na znaczący regres, który nie oddaje tabela. Złośliwi mogą powiedzieć, że Lechia, kiedy strzela bramkę cofa się, ale kiedy traci, również się cofa. Nawet spotkanie z Puszczą to pokazało. Lechia szybko strzeliła bramkę na 1:0 i nie zdecydowała się pójść za ciosem, a końcówka meczu wyglądała, jak typowy pomysł Cracovii na spotkanie, czyli wrzutki bez ładu i składu.

Lechia jeszcze nie tak dawno grała w finale Pucharu Polski, a rok wcześniej wywalczyła Puchar i Superpuchar, a dziś stała się drużyną, której głównym celem jest gra na poziomie Ekstraklasy, ale nic więcej. Czy zwolnienie Stokowca mogłoby pomóc? Być może. Trzeba jednak pamiętać, że od jakiegoś czasu Lechia działa na określonych zasadach, które nie każdemu trenerowi mogą odpowiadać, a trener Stokowiec, co by nie mówić, zna już ten klub od podszewki, zdobył zaufanie kibiców zasilając klubową gablotę i zapewne wie najlepiej jakie potencjalne trupy mogą po raz kolejny wyskoczyć z szafy.

PAWEŁ OŻÓG

Znów się spotykamy panie Hyballa

Jest lipiec 2019 roku. Michał Probierz ma po raz pierwszy poprowadzić Cracovię w
europejskich pucharach. Los w pierwszej rundzie eliminacji przydzielił Pasom
wicemistrzów Słowacji DAC Dunajską Stredę. Trenerem gości jest niemiecki
szkoleniowiec Peter Hyballa. Półtora roku później panowie znowu staną naprzeciwko siebie.
Tym razem stawką będzie zwycięstwo w „Świętej Wojnie”, czyli jubileuszowych
200. Derbach Krakowa.

Ze względu na podobieństwo do katalońskiego trenera, nazywany polskim Guardiolą Probierz wielokrotnie dał się poznać kibicom nie tylko jako świetny trener, ale także jedna z najbarwniejszych postaci w naszej lidze. Pochodzący z Bytomia szkoleniowiec wyraźnie daje do zrozumienia, że jest przeciwnikiem zatrudniania w Ekstraklasie zagranicznych trenerów. Uważa, że w ten sposób zamyka się drogę wielu młodym zdolnym szkoleniowcom z krajowego podwórka, a daje się szansę znacznie od nich gorszym. Kwestią dyskusyjną jest to czy ma rację, ale to już sprawa na oddzielny temat.

Pierwszą „ofiarą” obecnego trenera Cracovii był Henning Berg. Norweg w jednym z
wywiadów skrytykował Probierza, że ten jako trener Lechii Gdańsk nie dawał szans na grę
wypożyczonemu w tym czasie z Legii Aleksandrowi Jagiełło. Były piłkarz m. in.
Manchesteru Unite ostrzegł również gdańszczan, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, to żaden
zawodnik z Łazienkowskiej nie dostanie zgody na transfer do Lechii. Michał Probierz nie
pozostał dłużny i na te słowa odpowiedział na łamach Przeglądu Sportowego:

„Dziwię się, że ktoś, kto w ogóle nie stawia na młodzież, wypowiada się w ten sposób.
Proponuję panu Bergowi zająć się swoją drużyną, a nie Lechią. To, że był dobrym
piłkarzem i mówi płynnie po angielsku, nie znaczy, że musi być lepszym trenerem od
Polaków.”

Na tej wymianie uprzejmości się nie skończyło. Przed kolejnym ligowym starciem oliwy do ognia dolał Berg. Na konferencji prasowej przed meczem z Jagiellonią powiedział:

„Być może Michał Probierz odczuwa presję przed tym meczem? On cały czas mówi o
Legii i o mnie. Musi być moim największym fanem.”

Ówczesny szkoleniowiec Jagiellonii odpowiedział w dowcipny sposób. Tym razem nie słowem, a czynem. Podczas przywitania trenerów przed meczem sprezentował Bergowi rozmówki Polsko-Norweskie. Norweg niedługo później został z Legii zwolniony, co zakończyło starcie obu panów.
Dlaczego ta historia ma znaczenie? A no dlatego, że po wyeliminowaniu Cracovii Peter
Hyballa nazwał pasy drużyną… koszykarzy. Krytykował w ten sposób styl gry Cracovii
oparty na dośrodkowaniach w pole karne, gdzie czekali wysocy zawodnicy. Na pytania o
wspomnienia meczu z Cracovią, podczas swojej pierwszej konferencji w roli trenera Wisły
Hyballa odpowiedział krótko:

„Michał Probierz to trener z wielkim doświadczeniem, dużo znaczy w Polsce. Natomiast
jeśli chodzi o styl Cracovii, to opinie na ten temat przed meczem zachowam dla siebie.”

Z drugiej strony krakowskich Błoni w odpowiedzi na pytania czy piątkowy mecz jest
okazją do udowodnienia, że polscy trenerzy są lepsi niż niemieccy oraz znajomość z
Peterem Hyballa słyszymy:

„Ja też jestem niemieckim trenerem, bo mam niemieckie papiery. Na ławce spotka się więc
dwóch Niemców. Znajomość? Whisky z nim nie piłem… Nie znam go, nie wiem, jaką pije, nie wiem, jakie pije wino. Mówię: nie róbmy wrogów! Nie wywołuję wojny. Hyballa przyjechał do Polski i ja mu życzę powodzenia.”

Rzuca się w oczy analogia do jednej z najsłynniejszych wypowiedzi Michała Probierza,
który po porażce z Legią Berga i wątpliwym karnym w 98. minucie rzucił sławetnym tekstem o szklaneczce Whisky.

Brzmi to jak trailer drugiej części filmu, na którą widzowie czekają z utęsknieniem.
Piątkowe starcie możemy śmiało nazywać meczem wielkiej wagi. Jubileuszowe derby,
walka o „rządy” w mieście, debiut nowego trenera. To, że mimo zimowej aury temperatura
będzie wysoka, nie ulega wątpliwości. W poszukiwaniu emocji warto będzie spojrzeć nie
tylko na to co dzieje się na boisku, ale także przy liniach bocznych. Tam pojedynek może
być jeszcze ciekawszy. A jak będą wyglądały dalsze perypetie obu panów? Trzeba życzy
sobie, aby mieli okazję spotkać się jeszcze kilkukrotnie. Na nudę nie będziemy narzekać.

Przemysław Olszewik

Mocne plecy. Felieton Football Info.

Nieodłącznym elementem futbolu są rozgrywki ligowe, zaś nieodłącznym elementem rozgrywek ligowych są awanse i spadki. W Ekstraklasie poznaliśmy już tych, którzy się z nią pożegnali. Ciężko nie zgodzić się, że spadły zespoły, które na przestrzeni sezonu najbardziej na to zasłużyły. Można im współczuć, można się z nich śmiać, można nawet szukać przyczyn porażki. Ale warto również zastanowić się, co tak naprawdę ten spadek dla nich oznacza. Bo jak spadać, to najlepiej tak, żeby nie bolało. 

Czytaj dalej „Mocne plecy. Felieton Football Info.”

EkstraklasaLOVE #7. Edson – król​, któremu Korona nie była potrzebna

W przeciągu ostatnich lat przez polskie kluby przewinęło się mnóstwo
obcokrajowców drugiej klasy i tylko nieliczni przemieszczali się po boiskach klasą
biznes. Dla wielu dużym osiągnięciem była już sama możliwość uzupełniania CV o
nazwy klubów takich jak Polonia Bytom lub Arka Gdynia. Kto z was pamięta choćby
Vladimira Karalića? Nie tracąc czasu na przeciętniaków, powspominajmy
prawdziwego kozaka. Od pracy w sklepie, grę w Marsylii, aż po zostanie gwiazdą
Ekstraklasy. Panie i Panowie oto historia Edsona.
.

Czytaj dalej „EkstraklasaLOVE #7. Edson – król​, któremu Korona nie była potrzebna”

Wspólny wróg. Felieton Football Info.

Ponoć nic tak nie łączy jak wspólny wróg. Nieco z przekąsem można powiedzieć, że w ostatnim czasie przekonali się o tym kibice Lecha, organizując na Twitterze akcje #BiletDlaMuhara. W meczu z Pogonią trener Żuraw w końcu spełnił ich prośbę i odsunął od składu Karlo Muhara, a do gry desygnował Jakuba Modera, utalentowanego młodzieżowca poznańskiej akademii. Kolejorz zagrał rewelacyjne zawody, rozbił przyjezdnych 4:0, a sam Moder otworzył wynik spotkania. Czy kibice od początku widzieli więcej od szkoleniowca Lecha i wystarczyło zrobić jedną zmianę, aby piłkarze Lecha wręcz unosili się nad murawą? A może problem tkwi gdzie indziej? Nad tym spróbuje się dziś zastanowić.

Czytaj dalej „Wspólny wróg. Felieton Football Info.”

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑