Ekstraklasalove #8. Historia Bartłomieja Grzelaka.

Kariera Bartłomieja Grzelaka była pasmem wielu kontuzji oraz dziwnych wydarzeń, które dziś mogą wydawać się wręcz nieprawdopodobne. Spadki, awanse, tytuły króla strzelców oraz „Grzelak – nigdy nie będziesz Brazylijczykiem”, to tylko przystawka.

Wiosną 2001 roku Bartłomiej Grzelak zadebiutował w Ekstraklasie. Wówczas pieczę nad zespołem Orlenu Płock sprawował duet Wdowczyk – Wiśniewski, a głównym konkurentem do gry w ataku w zespole „Nafciarzy” był Marek Saganowski, o czym dziś niewiele osób może pamiętać. Wisła na początku XXI wieku słynęła z tego, że wielu dobrych piłkarzy cofało się w piłkarskim rozwoju. Nie bez powodu powstało powiedzenie „chcesz się oduczyć grać w piłkę, idź do Wisły Płock”. Łobodziński, Rogalski, Pachelski, Mila, Sobolewski. Oczywiście, każdemu nie powiodło się w Płocku z trochę innych przyczyn, ale nie zmienia to faktu, że beneficjentami talentu tych zawodników byli ich następni pracodawcy. Grzelak już wtedy zmagał się z wieloma kontuzjami, które uniemożliwiały mu przebicie się do reprezentacji młodzieżowych, a w przyszłości tylko ten problem narastał.

Grzelak zakończył swoją pierwszą rundę z dwoma bramkami w 13 występach, a drużyna z Płocka pożegnała się z Ekstraklasą. Po spadku Grzelak miał problemy z dwugłowym uda, przez co grał niewiele. W ten sposób rozpoczęła się jego tułaczka po klubach. ŁKS (słaby okres), Unia Janikowo (w jej barwach został królem strzelców trzeciej ligi) i Kujawiak Włocławek (występował tam z Marcinem Klattem, którego uważano przez długi czas za wielki talent, ale dziś niewiele osób go pamięta). Po ostatnim wypożyczeniu po Grzelaka zgłosił się Widzew, ale po zamieszaniu z transferem Sławomira Nazaruka, Zbigniew Boniek nie miał najlepszego kontaktu z prezesem Wisły Płock Krzysztof Dmoszyńskim i było jasne, że do transferu nie dojdzie, chyba że zawodnik sam się wykupi. Widzew przekazał 200 tys. złotych Grzelakowi, dzięki którym rozwiązał umowę z Wisłą i stał się wolnym zawodnikiem. Następnie związał się z Widzewem w barwach, którego Grzelak zaliczył najlepszy okres w całej karierze. W rozgrywkach dawnej drugiej ligi praktycznie każdą piłkę pakował do siatki, co przełożyło się na zdobycie korony króla strzelców z 20 bramkami na koncie. Trenerem RTS-u był Stefan Majewski, który miał do dyspozycji drużynę złożoną z wielu piłkarzy, którzy potem regularnie występowali w Ekstraklasie (Wawrzyniak, Stawarczyk, Trałka, Madera, Kuzera, Szeliga, Lato). Zdaniem wielu oprócz trenera Majewskiego ważną rolę w procesie budowania relacji w zespole pełnił trener bramkarzy Józef Młynarczyk oraz kierownik Tadeusz Gapiński.
Najkonkretniejsza w swoich działaniach okazała się Legia, oferując 600 tys. euro i tym samym przebijając ofertę Zagłębia w wysokości 1,5 mln złotych. Grzelak w Legii nigdy nie spełnił pokładanych nadziei. Piłkarza prześladowały urazy, a w napiętych relacjach z kibicami z pewnością nie pomagało jego zachowanie, ale zacznijmy od początku. Kiedy Grzelak występował w Widzewie, Michał Probierz wypowiedział się o skłonnościach do kontuzji Grzelaka w następujących słowach:

„Z powodu skłonności do urazów w Widzewie Grzelak ćwiczy inaczej niż reszta drużyny. Czasami dostaje nawet trzy dni wolnego”.

Nowego pracodawcę Grzelaka te słowa nie zraziły, a sam piłkarz, przychodząc do Legii, dał jasny sygnał, że chce z tym klubem walczyć o najwyższe cele w tym wymarzony awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Niestety dla klubu, jak i dla samego Grzelaka jego przygoda ze stołecznym klubem mogłaby stać się świetnym materiałem na YouTube pod tytułem oczekiwania vs rzeczywistość. Na początku regularnie przegrywał rywalizację z Piotrem Włodarczykiem, a w dodatku o miejsce w składzie walczyli również Janczyk oraz Korzym.
Grzelakowi ciągle brakowało regularności (jednym razem występów, a innym razem formy), ale miewał swoje przebłyski. Jego największym osiągnięciem indywidualnym w barwach Legii było zdobycie tytułu króla strzelców Pucharu Ekstraklasy 07/08, który niekiedy prześmiewczo nazywano „Pucharem Pasztetowej”, ponieważ nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem kibiców, a i trenerom zdarzało się lekceważyć te rozgrywki do tego stopnia, że oddelegowywali do poprowadzenia zespołu swoich asystentów.

Sezon 08/09 rozpoczął się dla Grzelaka najlepiej, jak tylko mógł, ponieważ zdobył bramkę przeciwko Polonii Warszawa.

Z pewnością nie można powiedzieć, że podczas swojego pobytu w Legii wysoki napastnik nie miał z kim grać. Edson, Roger, Giza, Radović, Grosicki, Vukovic w polskich warunkach te nazwiska robiły wrażenie. Momentem chwały dla Grzelaka było spotkanie Legii z Wisłą (26/10/2008). Wisła prowadziła 1:0 po bramce Brożka, ale jeszcze w pierwszej połowie strzałem z ostrego kąta wyrównał Grzelak, który w drugiej połowie dołożył asystę przy bramce Chinyamy. Inny przykładem dobrego występu Grzelaka okraszonego bramką była potyczka z Lechem. W tym czasie selekcjonerem reprezentacji Polski był świetnie mu znany Stefan Majewski, którego dziennikarze dopytywali o możliwe powołanie Grzelaka.

„Czy może liczyć na powołanie? Jeśli będzie tak grał dalej, to na pewno” –

Odpowiedział Stefan Majewski, ale na tym się skończyło.

Kontuzje Grzelaka sprawiły, że wielu zaczęło sobie z nich żartować. Na jednej z konferencji przedmeczowych Jan Urban zapytany przez jednego z dziennikarzy o zdrowie Grzelaka wypowiedział się w następujących słowach:

„Ja już się nawet boję pytać, jak zdrowie, by nie zapeszać”.

Urazy sprawiły, że wielu zaczęło podważać profesjonalizm piłkarza, a i on sam swoimi wypowiedziami dawał pole do popisu hejterom. Poniżej znajduje się fragment jednego z najbardziej kuriozalnych wywiadów 2010 roku.

Podczas porannych zajęć przeszedłeś testy szybkościowe. Czy trener Szul dał tobie ostro „w kość”?

Bartłomiej Grzelak: Od początku cykl treningowy jest męczący. Pierwszego dnia biegaliśmy dookoła Kanałku Piaseczyńskiego. Później było jeszcze trudniej. Ciężko to znoszę, ale zaciskam zęby. Wierzę, że to przyniesie efekty.

Dzisiejsze testy różniły się jednak od dotychczasowych zajęć z Ryszardem Szulem.

Bartłomiej Grzelak: Owszem, była to inna, skrócona forma, Mam nadzieję da nam pełny obraz i pozwoli dobrze przygotować się do rundy wiosennej.

Czy cieszysz się, że ominął ciebie bieg na 1500 metrów?

Bartłomiej Grzelak: Każdy z nas odczuł ulgę, że uniknęliśmy biegu na 1500 metrów. Jednak w zamian musieliśmy się zmierzyć z dystansem 600 metrów. Dostaliśmy „w kość”, bo daliśmy z siebie wszystko.

Wcześniej biegaliście na przemian truchtem oraz sprintem. Również to mogło was zmęczyć.

Bartłomiej Grzelak: Owszem, to ćwiczenie było męczące, ale nie aż tak jak osławione 600 metrów. Starty, czyli sześć biegów na dystansie 30 metrów były ekstremalne dla zakwaszonych mięśni. Każdy odczuwa bóle. ale nikomu nic się nie stało.

Na temat Grzelaka narosło mnóstwo opinii, a jedną z ciekawszych wygłosił Stefan Majewski:

„Bartek uważa, że jak w tygodniu będzie trenował ciężko, to w czasie meczu nie będzie w stanie dobrze zagrać. To bardzo specyficzny zawodnik do prowadzenia”

Trzeba również pamiętać, że w latach 2007-2010 Legia Warszawa była skonfliktowana ze swoimi kibicami, a postawa Grzelaka nie pomagała w zjednaniu się stron. Grzelak z pewnością nie był bohaterem trybun. Pewnego razu doszło do incydentu związanego z transparentem kibiców Jagiellonii „Roger – nigdy nie będziesz Polakiem”. Kibice Legii odpowiedzieli w podobnym tonie, ale Bartłomiejowi Grzelakowi – „Grzelak – nigdy nie będziesz Brazylijczykiem”.

Grzelak również potrafił wykazać się złośliwością. Jego zachowanie po strzelonej bramce z Ruchem Chorzów podgrzało atmosferę do czerwoności. Podbiegł do jednej z trybun, przy której postanowił manifestować swoją radość. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że okazał radość przy pustej trybunie. Oliwy do ognia dolał również Maciej Iwański, który „gestem Kozakiewicza” postanowił pozdrowić część stadionu, na której zasiadali kibice. Grupa fanów Legii w ramach rewanżu za jego zachowanie wytoczyła przeciwko Iwańskiemu proces. Wracając do Grzelaka, zaczął tłumaczyć swoje w taki oto sposób:

„Chciałem dać impuls ludziom, którzy przychodzą na ten stadion. Niech przypomną sobie, że potrzebujemy ich pomocy i przychodzą tu by wspierać drużynę”

Takiej interpretacji nie kupił nawet Stefan Białas, który prowadził wówczas drużynę z Łazienkowskiej.

”Nie widziałem tej sytuacji, ale zobaczę ją i będę rozmawiał z zawodnikiem. Nie może być tak, że piłkarze wypowiadają kibicom jakieś wojny”.

Podsumowanie występów Grzelaka w koszulce Legii (spotkania/bramki):
06/07 – Ekstraklasa 10/2, Puchar Ekstraklasy 5/0,
07/08 – Ekstraklasa 20/3, Puchar Ekstraklasy 10/5, Puchar Polski
5/1, Puchar Intertoto 1/0
08/09 – Ekstraklasa 9/2, Puchar Ekstraklasy 3/1, Puchar Polski 2/0
09/10 – Ekstraklasa 20/6, Puchar Polski 1/1,

Kilka miesięcy po tym zdarzeniu kontrakt Grzelaka dobiegł końca i nadeszła pora na jedyny w jego karierze zagraniczny transfer.

„Całe to wyśmiewanie się ze mnie było mocno wyolbrzymione przez niektóre media. Non stop krytykowano mnie za kontuzje, za to, że zarabiam tyle i tyle, a tak po prawdzie w porównaniu z innymi legionistami nie zarabiałem aż tak dużo. Wszystko urosło do tego stopnia, iż zacząłem być traktowany przez media i kibiców ze straszną nienawiścią. Również przez kontuzje, które były pokłosiem jednej poważnej i była ona prowadzona z pewnymi błędami. Ten temat chciałbym jak najszybciej zamknąć i żeby była jasność – do nikogo z Legii nie mam pretensji. Co więcej, z doktorem Stanisławem Machowskim oraz Ryszardem Szulem jesteśmy w dobrych relacjach.

Klub z największego miasta Syberii być może nie był spełnieniem marzeń z dzieciństwa, ale przynajmniej na jakiś czas gwarantował azyl i możliwość występów w zdecydowanie mocniejszej lidze. Dla Sybiru Nowosybirsk Grzelak zdobył trzy bramki w ośmiu spotkaniach, a jego ekipa spadła do niższej klasy rozgrywkowej. Co ciekawe na rozkładzie Grzelaka znalazły się uznane marki takie jak Dynamo Moskwa (gol na 0:1 ostatecznie Sibir uległ 4:1), Zenit (bramka na 2:0, Sibir uległ 2:5) i FK Rostov (jedyna bramka w spotkaniu). Kontrakt Grzelaka nie obowiązywał na drugim szczeblu w Rosji w związku z czym nadeszła pora na kolejną przeprowadzkę.

Podobno na stole pojawiły się oferty z kilku klubów rosyjskiej Premier Ligi, ale przedstawione Grzelakowi warunki były mało przekonujące. Dzięki temu zrodził się transfer do Jagiellonii, który miał swoje podstawy. Trenerem ekipy z Białegostoku był wówczas Michał Probierz, który prowadził Grzelaka w Widzewie po tym, jak Stefan Majewski opuścił Widzew na rzecz Cracovii. Półtoraroczna umowa i bojowe nastawienie miały być gwarancją sukcesu obu stron. Po raz kolejny okazało się, że wysoki napastnik nie spełnił oczekiwań, ponieważ przez poważny uraz nie zagrał w choćby jednym oficjalnym spotkaniu. W marcu 2012 roku stał się wolnym zawodnikiem. Cracovii, która słynęła z kiepskich transferów, nie przeszkadzało, że Grzelak od 20 listopada 2010 nie zagrał choćby minuty w oficjalnym spotkaniu. Jak można było przewidzieć, transfer okazał się niewypałem, a przy okazji „Pasy” musiały rozpocząć kolejny sezon na boiskach pierwszoligowych.

Po spadku z Cracovią Grzelak rozpoczął poszukiwania nowego klubu. Trafiło na Górnika Zabrze i po podpisaniu umowy doszło do niecodziennej sytuacji, choć mając na uwadze jego skłonność do kontuzji była do przewidzenia. Grzelak wraz z zespołem udał się na zgrupowanie do Zakopanego. I trach. Po raz kolejny przytrafiła mu się kontuzja. W porozumieniu z władzami klubu kontrakt został rozwiązany, a tym samym kilkudniowa kariera Grzelaka w Górniku Zabrze dobiegła końca.

Były reprezentant Polski nie powiedział jednak ostatniego słowa. Podjął próbę odbudowania się na zapleczu Ekstraklasy. Padło na dobrze mu znaną Wisłę Płock. Runda jesienna sezonu 13/14 okazała się po raz kolejny rozczarowaniem. Pięciokrotnie wszedł z ławki, ale nie zaliczył choćby asysty. Trener Marcin Kaczmarek postanowił zrezygnować z usług doświadczonego napastnika i wiosną 2014 Grzelak był już bez klubu. Właśnie w ten sposób Grzelak zakończył karierę, z której można było wyciągnąć zdecydowanie więcej. Na boiskach Ekstraklasy rozegrał łącznie 88 spotkań, w których strzelił 20 bramek, czyli mniej więcej tyle ile dawało w tym czasie koronę, króla strzelców.

PS. Pamiętam ciekawą plotkę transferową. W 2006 roku do Legii mógł trafić Lucas Barrios (wówczas Tiro Federal). Legia stwierdziła, że milion dolarów przewyższa ich możliwości finansowe. Kilka miesięcy później zakontraktowano Grzelaka, a resztę historii już znacie.

Paweł Ożóg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s