Gdzie się podziali boiskowi chuligani?

Po niedawnym meczu Arsenalu Londyn z Leicester City Alexis Sanchez wrzucił do sieci fotkę, na której pokazywał z miną zbitego psa, wewnętrzną stronę swojej wargi. Na wardze widać było małe zaczerwienienie, spowodowane zapewne piłką, ciśniętą w stronę Chilijczyka przez Roberta Hutha. Niemiec  za swoje zachowanie otrzymał w tamtym meczu czerwoną kartkę a Alexis mógł się pochwalić za to na swoich mediach społecznościowych swoimi ranami odniesionymi w bitwie. Internet na widok owego zdjęcia oszalał rozpoczynając znów serię utyskiwań i westchnień pod tytułem:  „Kiedyś we futbolu mieliśmy prawdziwych facetów a teraz to same pizdeczki grają”. Łukasz „Juras” Jurkowski wrzucił na swój fanpage fotkę na której obok siebie byli zestawieni Alexis Sanchez i jego zadrapanie oraz zawodnik MMA Diego Sanchez z całą twarzą zalaną krwią po walce. Wszystko to skwitowane komentarzem: „Alexis Sanchez vs Diego Sanchez… Football vs MMA… Dziewczyny vs Mężczyźni..”. Jakiś czas później dodał jednak do tego kolaż zdjęć z zestawieniem „pięciu jego ulubionych boiskowych twardzieli”. W tym zestawieniu TOP 5 znaleźli się: Marcin Wasilewski, Michał Pazdan, Arek Głowacki, Vinnie Jones i Roy Keane. A mnie naszła chwila zadumy. Cóż zmieniło się w tym futbolu, że kiedyś piłką rządzili twardziele a teraz wyżelowane pizdeczki z markowymi torebkami „Luj Witą” i w koszulkach wyciętych w serek?

 

Po pierwsze. Czy naprawdę tak wiele się zmieniło? Czy faktycznie piłka nożna tak zniewieściała? Wszak uwielbiamy przecież z rozrzewnieniem wspominać  dawne czasy i mitologizować oraz wynosić na piedestał każdy aspekt naszego życia, który miał miejsce 10, 15, 20 lat temu.  „Kiedyś to robili porządne filmy”, „Kiedyś to powstawała dobra muzyka a nie to gówno co teraz”, „kiedyś dziewczyny się bardziej szanowały”, „Kiedyś samochody się nie psuły” kiedyś, kiedyś, kiedyś …. Jakby tak się wsłuchać w te wspominki to wychodzi na to, że świat cofa się w rozwoju bo im więcej czasu upływa tym wszystko jest coraz gorsze.  Pokolenie lat 50tych i 60tych ma nawet inklinacje do opowiadania z nutką rozrzewnienia w głosie jak to „za komuny było lepiej”. Cóż… może na tej samej podstawie idealizujemy futbol sprzed 10,15,20 lat. Zapewne za kolejną dekadę będziemy płakać że skończyła się era piłkarskich bogów pokroju Messiego i Ronaldo. Czasy się zmieniają, każda dekada miała w sobie coś co warto wspominać, upamiętniać. Szczególnie kiedy było się dzieckiem wszystko wydawało się wspaniałe i magiczne. Moje pokolenie ma w zwyczaju upamiętniać lata 90te i wszystko co z nimi związane, w szczególności całą popkulturę. Gumy „Turbo”, anime na Polonii 1 czy muzyka Eurodance. Są to rzeczy, które towarzyszyły nam przez cały okres dorastania. Dla wielu osób były to najwspanialsze lata życia. Wszystko było prostsze, beztroskie. Nic dziwnego że te czasy zajmują w naszym życiu tak ważne miejsce.  Tak samo pokolenie lat 70tych z tęsknotą wspominać będzie karbid, korkowce z odpustu czy oranżadę w proszku. Na tej samej podstawie każdy fan piłki wynosi na ołtarze ten kawałek historii futbolu, który był mu najbliższy. W zależności na kim się wychowałeś. Ja na Zidane i brazylijskim Ronaldo. Starszy brat na Linekerze i Maradonie a jego dzieciak ma właśnie Messiego i CR7.   Każdy ma coś dla siebie, każdy ma co wspominać.

 

Po drugie. Przywołałem na wstępie TOP5 boiskowych twardzieli, które opublikował na swoim „fejsie” Juras. Nie bez powodu.  Znalazło się tam miejsce dla Vinnie Jonesa. Postać to z całą pewnością kultowa. Lider tzw. „Szalonego gangu”, czyli drużyny AFC Wimbledon z przełomu lat 80tych i 90tych. Drużyny która zasłynęła niezwykle ostrą grą.  Mającą w swoim składzie rzeźników pokroju Denisa Wise’a, Johna Fashnau czy wspomnianego Jonesa. Czym wyróżniał się ten gracz? Jak już wspomniałem, niezwykle brutalną grą. Był królem gry faul w lidze rzeźników. Piłkarzem był przeciętnym.  Umiejętnościami się nie wyróżniał. Nigdy nie zagrał w reprezentacji Anglii (zagrał za to w kadrze Walii, mimo że był Anglikiem). Miał jednak również talent do występowania przed kamerą, umiał się sprzedać. Wydał kasetę VHS z poradnikiem jak faulować. Trafił potem do świata showbiznesu. Gra m.in. w filmach Guy’a Ritchie’go. Umiał się dobrze sprzedać. Dziś wspomina się go  jako „boiskowego rozrabiakę”. A na boisku potrafił robić takie rzeczy:  https://www.youtube.com/watch?v=nLhO2i4cTco&t=7s. A weźmy np. ten faul Jonesa na Ericu Cantonie: https://www.youtube.com/watch?v=P4T2pXeE6YQ. Czysta postać boiskowego bandytyzmu. Wejście z powietrza dwoma wyprostowanymi nogami, pewnie centymetry dzieliły Jonesa od tego aby wymazać z historii Manchasteru United jego legendę, jaką był Cantona. Kolejna postać przywołana przez Jurasa. Roy Keane. Pamiętacie jego odwet na Alfie-Inge Haalandzie? https://www.youtube.com/watch?v=p_st29mlQwU. Ten faul złamał Norwegowi karierę. A Irlandczyk zemścił się za to, że Haaland 3,5 roku wcześniej miał do niego pretensje o próbę wymuszenia rzutu karnego. Hmm. Jakbyśmy to teraz nazwali? „Boiskowy rozrabiaka” czy po prostu przejaw boiskowego bandytyzmu? Czym to się różni od brutalnej gry Jakuba Tosika czy Abdula Aziza Tetteha w polskiej lidze? Tym że Keane był klasowym piłkarzem a Jones miał pomysł na swoje życie? Czym różnią się przytoczone przeze mnie faule od boiskowej bandyterki zafundowanej nam przez np. Łukasza Tymińskiego czy Miroslava Bożoka w obecnej kampanii Ekstraklasy? Może to po prostu znów robienie z niektórych piłkarzy postaci kultowych, przez co na ich występki przymyka się po czasie oko? W każdym bądź razie brutalna boiskowa gra zdarzała się zawsze i zdarzać się będzie dopóki istnieje futbol.

 

Po trzecie. Świat poszedł do przodu. Może po prostu futbol rozwinął się na tyle, że obecnie gra jest bardziej fair play? Może piłka poszła w stronę czystej, finezyjnej gry a nie rąbanki i taktyki „kick & rush” czego najlepszym dowodem jest rozwój ligi angielskiej? No tak. Ilość symulek i boiskowych „nurków” momentami przeraża. Ale czy kiedyś pod tym względem było o wiele lepiej? W obecnych czasach jesteśmy bombardowani taką ilością spotkań, że ciężko by co tydzień gdzieś nie zdarzyły się próby wymuszenia faulu, płakanie w ramię sędziego itp.  W weekend na tapet możemy wziąć zarówno Premier League, Ligue 1, La Ligę, Ekstraklasę a nawet ligę chińską. Wystarczy kablówka i możemy cały dzień skakać po kanałach pomiędzy kolejnymi spotkaniami. A na stream’ach w internecie można oglądać najbardziej egzotyczne rozgrywki.  Kiedyś oglądać mogliśmy Ligę Mistrzów i co dwa lata Euro lub Mundial. W szczególności gdy nie posiadało się Canal Plus. Wyniki śledziliśmy za pomocą telegazety i czasopism. Ciężko mi się więc odnieść do tego jak wyglądały proporcje pomiędzy takimi chorymi zagrywkami kiedyś a dziś. Ale nie dam sobie wmówić, że kiedyś biegali po boiskach sami gladiatorzy a teraz tylko metroseksualne lale. W naszej reprezentacji mamy chociażby Pazdana i Glika. Grzesiu Krychowiak pomimo swojego specyficznego image’u jest dla mnie też boiskowym wojownikiem. Bonucci, Chiellini, Ramos, Kante… można wymieniać długo. Zresztą co jest wyznacznikiem bycia twardzielem?  Zbigniew Kruszynski, Polak grający w Wimbledonie w czasach „Crazy gang” wspominał w jednym z  wywiadów jak przed meczem z Liverpoolem Vinnie Jones rozbił piłkarzom „The Reds” drzwi od szatni wielkim młotem.  Gdyby obecnie na podobny pomysł wpadł Mario Balotelli z miejsca zostałby okrzyknięty mianem idioty. Może po prostu punkt widzenia zależny jest od punktu siedzenia?  Futbol stał się bardziej profesjonalny. Angielscy twardziele pokroju Paula Mersona czy Paula Gascoigne’a skończyli marnie. Dziś jeśli piłkarz nie prowadzi się wg. wzorców na bycie profesjonalistą jak Robert Lewandowski, nie ma czego szukać w zawodowej piłce. Są oczywiście wyjątki jak Jamie Vardy, no ale potwierdzają one tylko regułę. Rozwój futbolu, profesjonalizacja klubów, zdrowy i  higieniczny tryb życia. Tutaj też można szukać przyczyn tego, że piłce przycięto pazury. Nawet wywiady z piłkarzami odbywają się zazwyczaj wg. podobnych schematów, bo powiedzenie czegoś kontrowersyjnego może się wiązać z sankcjami zapisanymi w kontrakcie zawodnika.

 

Gdy kilkanaście dni temu Kamil Glik przebiegł się po nodze Gonzalo Higuaina w rewanżowym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów internet znów oszalał. Jego profil facebook’owy zalała fala negatywnych komentarzy, pisanych w głównej mierze przez Polaków. Zapewne przez polskich fanów Juve, ale mniejsza o to. Oj, odcięło Gliksonowi w tamtej sytuacji prąd i nie ma z czym dyskutować. Ale skąd to się wzięło? Boiskowy bandyta? Kamil z pewnością jest jednym z ostrzej grających polskich obrońców. Ale w skali światowej? Nie wyróżnia się jakoś szczególnie.  Dla mnie osobiście budzi chyba największą sympatię z grona wszystkich naszych reprezentantów. Bardziej kojarzę go z nieustępliwością i twardą walką niż z przejawami chamstwa na murawie. Po meczu Juventus vs. Monaco udzielił dla Canal Plus dość emocjonalnego wywiadu. Dla mnie przekaz jego słów był jasny. W jego żyłach nadal płynie bordowa krew Torino. Jego dusza jest nadal rogata jak byk w herbie największych rywali Juventusu.  Jego korzenie tak głęboko wrosły w glebę stolicy Piemontu, że gdzieś tam pod skórą, w każdym meczu nadal znajduje się trykot klubu, którego był kapitanem. W jego słowach nadal można było wyczuć nienawiść do „Starej Damy”. Oczywiście to nie usprawiedliwia tego co zrobił Higuainowi na boisku, ale zapewne dla sporej rzeszy kibiców Torino po raz kolejny stał się bohaterem.  I zapewne sympatia tych kilkuset jest dla niego ważniejsza niż nienawiść milionów. To jak? Boiskowy bandyta czy piłkarski twardziel? Wszystko znów zależy od perspektywy z jakiej się na to spojrzy. Koniec końców faulowanemu Argentyńczykowi nic się nie stało … tak jak Cantonie. Haaland szczęścia miał mniej … czy Wasilewski (Witsela nienawidzę).

 

Suma summarum. Nie wydaje wam się, że nie tylko piłka stała się bardziej miękka? Popatrzmy na świat dookoła, na image obecnych facetów. Spodnie rurki, obcisłe koszulki, lekki makijaż zrobiony do szkoły „by czuć się bardziej świeżo”. Wszechobecna, przesadzona, bezmyślna hipertolerancja (może akurat nie w Polsce 😉 ). Nie macie wrażenia, że całe społeczeństwo stało się bardziej zniewieściałe? Tak więc może futbol dostosowuje się do tempa i standardów jakie dyktuje świat? Skoro on produkuje metroseksualnych chłopców to siłą rzeczy oni trafiają również do piłki nożnej w przewadze względem „bad boy’ów”.

 

Tak więc ciężko będzie nam się już doczekać zdjęć takich jak to legendarne Terry’ego Butcher’a, zabryzganego krwią, po meczu ze Szwecją w ramach eliminacji do Mundialu w 1990 roku. W zamian dostajemy coraz bardziej dynamiczną i widowiskową grę. Więcej finezji mniej trzeszczących kości. Więcej nurkowania mniej walki do upadłego. Niewiele możemy na to poradzić. Zresztą jak już mówiłem, piłkarscy gladiatorzy zdarzają się nadal, tylko są przykryci większą warstwą płaczących panienek. A może to my zmiękliśmy i ci którzy kiedyś byli dla nas twardzielami, dziś stali się bandytami?

butcher

Happy Birthday Freddie Ljungberg !

Każdy kibic futbolu pamięta początki swojej miłości do piłki kopanej. Zazwyczaj jest wtedy małym brzdącem. Na piłkę patrzy przez pryzmat pięknych bramek, kosmicznych trików. Chłonie z niej to, co w tym futbolu najważniejsze i najpiękniejsze. Nie zastanawia się głębiej nad jego sensem, nie rozkminia taktyki, nie bawi się w „menadżera sprzed telewizora”. Nie stara się zastanawiać co trener zrobił w danym meczu źle. Gdzie popełnił błąd w ustawieniu zespołu. Kogo powinien usadzić na ławę bo jest bez formy a kogo desygnował by na zieloną murawę. Kocha piłkę miłością najczystszą, bezwarunkową. Jak każdy młody człowiek szuka sobie wówczas autorytetów. Ludzi, których podziwia.  Tak samo jest w piłce. Praktycznie każdy miał w latach dziecięcych swoich idoli. Piłkarzy, których grę oglądał z największym zapałem i z nieskrywaną przyjemnością. Którymi chciał być w czasie meczu na podwórku przed blokiem lub na betonowym boisku przed szkołą, krzycząc przed rozpoczęciem gry: „Ja jestem Ronaldo/Del Piero/Beckham/Raul”. Gdy strzelał gola, uderzając piłką o ścianę, na której był narysowany prostokąt, mający imitować futbolową bramkę w myślach wyobrażał sobie, że jest właśnie jednym z tych piłkarskich gladiatorów a osiedlowe boisko to tak naprawdę Camp Nou. Sąsiadka w oknie, która zastanawiała się czy dzwonić już po straż miejską, bo to małoletnie tałatajstwo powybija zaraz okna w piwnicy imitowała wraz z koleżankami siedzącymi na ławeczce i podśmiechującymi się i szepczącymi do siebie 60 tysięczną publiczność. A potem widziałeś w tv przepiękną przewrotkę Rivaldo, zabójczego „rogala” Roberto Carlosa czy też atomowe okienko Figo i starałeś się nieporadnie odtworzyć tą sytuację. Nad łóżkiem codziennie rano witał cię wraz z pamiątką z pierwszej komunii poster z „Bravo Sport” z podobizną twojego bożyszcza. Też tak mieliście? Tak miałem i ja. Ja również miałem swojego idola. Idola innego niż wszyscy. Nie porywał mnie strzelecki instynkt Del Piero czy Inzaghiego ani młotek w nodze Roberto Carlosa. Nie jarały mnie dośrodkowania i rzuty wolne Beckhama ani „ruleta” Zidane. Moim klubem był Arsenal. Moją gwiazdą … nie, wcale nie genialny Thierry Henry … nie, nie, Bergkamp i jego mordercza intuicja też nie. Mi imponowała gwiazda reprezentacji Szwecji. Zlatan? Bitch please. „Ibra” chuliganił wtedy jeszcze w Rosengard, szemranej dzielnicy Malmoe. A na murawie „Highbury” zachwycał Fredrik Ljungberg. Dziś Szwed kończy 40 lat!

Od zawsze imponowali mi gracze niekonwencjonalni. Ale ta niekonwencjonalność nie objawiała się zawsze na boisku. W piłkarzu potrafiły przykuć moją uwagę szczegóły. Lubiłem graczy o kontrowersyjnym wyglądzie. Na przełomie wieków takich piłkarzy było naprawdę sporo. Zresztą w tamtych czasach było łatwiej przykuć uwagę swoim imagem niż obecnie. Taribo West i jego kolorowe warkoczyki. Utlenione włosy i broda Portugalczyka Abela Xaviera. Pomarańczowe okulary „Pit Bulla” Davidsa. Był też on. Miał pstrokatą, pofarbowaną na czerwono fryzurę. Ale przede wszystkim zdobywał gole dla „The Gunners”. Najcudowniejszego klubu pod słońcem.

Szczerze? W dzisiejszych czasach prawdopodobnie bym go nie polubił. Bo w gruncie rzeczy jego stylówa trącała troszeczkę metroseksualnością. Miał dużo z Beckhama. Tylko kariery aż takiej nie zrobił. Występował jako model, reklamował bieliznę Calvina Kleina. Potem panowie razem nawet zastąpili swoje modne irokezy fryzurą „na rekruta”. Obaj czarowali na boisku bajeczną techniką. Postawię nawet śmiałą tezę, że Ljungberg wcale nie był od Becksa piłkarsko gorszy. Bo Becks był grajkiem przereklamowanym, tylko marketingowo był królem. A Freddie? Umiał przykuć uwagę skillami. Są gracze na których czasem patrzę, patrzę na ich życiorysy i sobie myślę: „Kurwa, gdybym miał być piłkarzem, właśnie nim chciałbym być”. Piłkarze magnetyzujący swoim jestestwem, stylem bycia. Nawet jeśli w piłce przez swój trudny charakter wiele stracili. Z obecnych zawodników? Na pewno Zlatan, na pewno Quaresma… Kiedyś? Właśnie Fredrik. Chociaż on akurat w porównaniu do wymienionej dwójki był aniołkiem. Dla mnie wystarczyło, że miał czerwone kłaki i świetnie grał :). Zresztą profesjonalistą być musiał. W końcu grał dla Arsenalu w początkowych czasach ery Wengera. Był członkiem „The Invincibles”. Trzy razy był z „Kanonierami” Mistrzem Anglii. Trzy razy zdobywał Puchar tego kraju.  Przez 9 lat gry z armatką na piersi zagrał 313 razy i 71 razy wpisywał się do protokołu sędziowskiego jako strzelec bramki. Dla mnie jego odejście to takie symboliczne zakończenie pewnej epoki w Arsenalu. Od tamtego momentu zespół powoli pikował w dół. Tracił też jakość. On był jednym z ostatnich graczy, którzy byli „Kanonierami” z krwi i kości. Wizytówka lepszych czasów…

Lubiłem go mimo tego, że grał w znienawidzonej przeze mnie reprezentacji Szwecji. Strzelał nam gola w meczu na Stadionie Śląskim w 1999 roku, posyłając piłkę między nogami Kazimierza Sidorczuka. Był jedną z głównych postaci ich kadry gdy w 2003 roku wyrzucali nas z barażu do ME 2004, przegrywając mecz z Łotwą. Przesadziłem troszkę pisząc, że gdy szalał na boisku to Zlatan był jeszcze „noł-nejmem”. „Ibra” jest młodszy od niego zaledwie o 4 lata. Zresztą pojawił się na kartach autobiografii „Ja, Ibra” jako… główny antagonista Ibrahimovicia. „Ibra-Cadabra” kilkukrotnie dawał znać, że żadnego piłkarza nie nienawidził w życiu tak mocno jak Fredrika. Cóż, nie mi te waśnie oceniać. W kadrze „Trzech koron” zagrał 75 razy i zdobył 14 bramek.

Gdy w 2007 roku odchodził z Arsenalu pograł jeszcze rok w Premier League w barwach West Ham. Reszta kariery to już czysta egzotyka. USA, Japonia i Indie. Gdzieś pomiędzy jeszcze epizod w katolickiej części Glasgow. Dziś zasiada na ławce trenerskiej VFL Wolfsburg w roli asystenta Andriesa Jonkera. A dla mnie na zawsze pozostanie ikoną Arsenalu i mojego uwielbienia dla klubu oraz dawnego stylu ekipy z „Highbury” z logo JVC i Dreamcasta na koszulkach. Sto lat Freddie !!! Może to właśnie ty kiedyś zastąpisz „Bossa” na ławce trenerskiej.

zp_Ljungberg-trophy4-020512AFC_3953

Panu już dziękujemy, panie Wenger.

Arsene Wenger. Nie będzie chyba przesadą jeżeli napiszę, że w dużej mierze to właśnie jemu zawdzięczam swoją fascynację zespołem Arsenalu. Fascynację, która rozpoczęła się w okolicach 2002 roku.  „Kanonierzy” byli już wówczas  od 6 lat sterowani przez francuskiego menadżera. Zdążył on już wtedy odcisnąć silną pieczęć na klubie z północnego Londynu. Grupę piłkarskich rzemieślników, grających typową w owych latach angielską rąbankę zdołał przemienić w futbolowych maestrów, których gra była nektarem dla duszy fanów futbolu, kochających piękną grę.  Oddzielił grubą kreską czasy kiedy piłkarze po treningu lądowali w pubie, wcześniej pochłaniając na kolację porcję śmieciowego żarcia i zainicjował czasy gdy piłkarze po treningu chodzili do dietetyka, a o 22 leżeli już w łóżkach.  To dzięki Francuzowi mogłem oglądać jedną z najwspanialszych drużyn w dziejach futbolu – „The Invincibles”, którzy w sezonie 2003/04 wygrali ligę angielska nie notując żadnej porażki. Fenomenalny zespół z Bergkampem, Henrym , Vieirą czy Ljungbergiem w składzie. Kochałem patrzeć wówczas na to co ten zespół potrafił robić na boisku. Z drużyny, w kierunku której kibice rywali wykrzykiwali złośliwie: „Boring, boring Arsenal”, śmiejąc się z usypiającego stylu gry, stali się klubem serwującym fanom piłki techniczne fajerwerki.  Kochałem też w latach późniejszych,  już po zdobyciu trzech tytułów mistrzowskich i czterech FA Cup. Luty 2011 roku. W 1/16 finału Ligi Mistrzów spotyka się właśnie Arsenal i wielka FC Barcelona. Mecz zostaje okrzyknięty starciem dwóch ekip grających w Europie najefektowniejszy futbol. „Kanonierzy” w pierwszym meczu wygrywają na Emirates 2:1. W ich bramce stojący u progu dorosłej kariery Wojtek Szczęsny. Pomimo przegranego rewanżu na Camp Nou (po niesłusznej czerwonej kartce dla Robina Van Persie’go) to był wspaniały dwumecz. Arsenal mimo tego, że był skazywany na porażkę grał dzielnie i walczył do końca przez całe 180 minut tej batalii. Sześć lat później w tej samej fazie rozgrywek ten sam klub zostaje rozbity przez Bayern Monachium 1:5 na własnym boisku. W całym dwumecz 2:10. To był cień Arsenalu sprzed tych  pięciu lat. Nie wspominam już nawet o „The Invincibles”, bo aktualny Arsenal w porównaniu z tamtą drużyną to mało śmieszny żart. Nie było ambicji, nie było polotu. Nie było żadnych przesłanek dających światełko nadziei na nawiązanie walki. Wrażenie troszeczkę lepsze niż Legia w dwumeczu z BVB w fazie grupowej.  To sporo powinno mówić o tym ile dzieli obecnie podopiecznych Wengera od europejskiego, ścisłego topu. Panie Weneger! Może formuła prowadzenie tego zespołu się wyczerpała? Może to najwyższy czas zejść ze sceny? Może tak jak w 1996 roku odnawiał pan ten klub i wywindował go pod względem profesjonalizmu o lata świetlne do góry, tak teraz jest pan hamulcowym  na drodze do tego by Londyńczycy wskoczyli na kolejny pułap? To co było skuteczne 20 lat temu, obecnie może być nic nie warte.  Arsenal traci uznanie, traci renomę w oczach fanów piłki. Arsenal zaczyna być pośmiewiskiem w europejskiej elicie. Stagnacja na poziomie Top 4 w Premier League i wyjścia z grupy LM przestaje zaspokajać ambicje fanów. Zwłaszcza że powoli ulatuje też ta magia i ten styl, którym „The Gunners” urzekali przez tak liczne sezony.

Jak donoszą europejskie media, Weneger podobno pożegnał się już z piłkarzami i wiele wskazuje na to, że faktycznie po sezonie nastąpi w końcu zmiana na ławce trenerskiej Arsenalu. Tak jak dałem do zrozumienia we wstępie tego wpisu – Do Wengera będę miał olbrzymi szacunek już na zawsze. Śmiem wątpić czy w historii „The Gunners” pojawi się jeszcze mendżer, który zrobi tak wiele dla tej drużyny. Wszystko ma jednak swój początek i koniec. To jest według mnie ostatni dzwonek by usunąć się w cień i nie rozmieniać się na drobne.  Dla dobra swojego i dla dobra klubu. Piłka cały czas się rozwija i tak jak Wenger 20 lat temu był trenerem innowacyjnym, nowoczesnym, rozwojowym tak obecnie jego warsztat zaczyna lekko rdzewieć. Królem taktyki Francuz nigdy nie był, co wytykali mu nawet jego zwolennicy, chociażby w książce: „Arsenal: Jak powstawał nowoczesny superklub” Alexa Fynn’a i Kevina Whitchera. W erze w której taktyka odgrywa rolę kluczową, gdzie taktykę wpaja się adeptom futbolowych akademii już od najmłodszych lat a przy linii bocznej królują tacy maniacy jak Diego Simeone czy Antonio Conte, potrafiący szachować ustawieniem swoich zespołów na murawie niczym Garri Kasparov gońcem po czarno-białej planszy, szef „Kanonierów” zdaje się zostawać troszeczkę z tyłu w tym pędzie. Kolejnym, bardzo częstym zarzutem wysuwanym przez kibiców 13 krotnych Mistrzów Anglii na przestrzeni ostatnich sezonów było skąpstwo „Bossa” i niechęć do wydawania większych sum na transfery. Co prawda w ostatnich latach do zespołu dołączyli Mesut Oezil czy Alexis Sanchez, gracze uważani za piłkarzy reprezentujących poziom światowy ale jednak znakiem rozpoznawczym polityki transferowej Arsenalu była opieszałość w trakcie okienek transferowych i ściąganie na ostatnią chwilę graczy prezentujących przeciętne umiejętności. Alex Santos, Gervinho, Sebastian Squillaci … długo tak można wymieniać. Do tego transfery „młodych talentów” z których zawsze słynął klub, ale jednak to za mało. Mnie swego czasu uderzyło wypożyczenie szwedzkiego pomocnika Kima Kallstroma. Nie dość że gracza o umiejętnościach … hmm … średnich, to w momencie wypożyczenia kontuzjowanego. Posunięcie bez jakiegokolwiek logicznego podłoża. Zdania są jednak w tym temacie podzielone. Nie wiadomo na ile to wina menadżera a na ile właściciela i zarządu. Odnoszę zresztą wrażenie że z roku na rok te transfery, poza nielicznymi wyjątkami miały coraz mniejszą jakość i wpływały na coraz gorszą dyspozycję zespołu. Przeciętniactwo. To słowo dobrze opisujące obecna drużynę Arsenalu. Iwobi, Coquelin czy Granit Xhaka, który poza brutalną grą i faktem że czasami odcina mu prąd, moim zdaniem niewiele wnosi do gry drużyny. To zawodnicy, którzy nie powinni stanowić trzonu ekipy mającej aspiracje do walki o najwyższe trofea w Anglii. Tym przeciętniactwem zaraził się w ostatnim czasie nawet Mesut Oezil. Brak tu ikry, brak lidera.

Szczerze? Nie dziwię się zachowaniu Alexisa. Sanchez jest jedynym piłkarzem starającym się ciągnąć ten wózek do przodu w ostatnich meczach. W moim odczuciu jego frustracja wynika z braku akceptacji na taki stan rzeczy. Jest graczem z genem zwycięstwa i chce walczyć do końca w każdej sytuacji. Tego genu brakuje innym. Ramsey, Walcott, Oxlade-Chamberlain. Piłkarze biegający z armatką na piersi od wielu sezonów. Ale chęci umierania za ten klub w nich nie dostrzegam. Dojrzewali w tym zespole w czasie gdy ten już nie zdobywał trofeów. Gdy każdego zadowalało miejsce w Top 4 i awans do Ligi Mistrzów. Może ciężko teraz opuścić strefę komfortu? Sanchez się z tym nie godzi, być może pokazuje swoją frustrację w zbyt ekspresyjny sposób, ale piłkarska ambicja nie pozwala mu na bycie tylko dobrym. On chce odnosić sukcesy, zdobywać trofea. Bardzo ciężko będzie po sezonie zatrzymać Chillijczyka w drużynie. Prawdę mówiąc, nie będę mu jednak miał tego za złe. Za chwilę Arsenal być może stanie się synonimem klubu bez ambicji.

Ostatnimi czasy przeczytałem gdzieś w internecie tezę pewnego z obrońców Wengera, mówiącą o tym, że winę za beznadziejną politykę transferową ponosi właściciel drużyny Stan Kroenke i reszta zarządu, której nie zależy na dalszym rozwoju klubu. Jeżeli tak by było naprawdę, to tym bardziej nie rozumiem co Wenger jeszcze robi w zespole, w którym ogranicza mu się pole działania i doprowadza do sytuacji wpędzającej drużynę w marazm. Wenger ma w tym klubie na tyle silną pozycję, że ma chyba realny wpływ na formowanie kształtu klubu. Chyba, że potulnie przystaje na wszystkie odgórne decyzje. Ale ciężko w to wierzyć.

Era Wnegera dzieliła się na dwie fazy. Granicą pierwszej, tej bardziej udanej był finał Ligi Mistrzów, w którym klub zagrał w 2006 roku. Do tego czasu Arsenal można było zaliczać do klubów ze światowej czołówki. Po tej dacie zaczęło się powolne zakopywanie w jednym miejscu. Stagnacja na poziomie miejsca w pierwszej czwórce i udziału w Lidze Mistrzów. Wczoraj „The Gunners” odpadli na poziomie 1/16 finału po raz siódmy z rzędu. Nie pamiętam już kiedy ostatnio liczyli się do samego końca w walce o tytuł mistrza Anglii. Nawet roku temu, gdy fatalny sezon zanotowała Chelsea, słabszy był Machester City a Manchester United nadal nie może otrząsnąć się po erze Fergusona. W dwumeczu z Bayernem obejrzałem najgorszy Arsenal, jaki widziałem od kiedy kibicuję tej drużynie. Nie wiem co było bardziej żenujące – gra „Kanonierów” czy flaga LGBT i podobizna Che Guevary na sektorze fanów z Bawarii. Nie wierzę w to, że pod batutą Wengera może nastąpić jeszcze jakiś przełom. To jest czas na rewolucję. Trenerze, dzięki za wszystko ale jeśli chcesz ostatni raz zrobić coś dobrego dla tego klubu to ustąp! Chyba że twoim marzeniem jest trenować zespół do, za przeproszeniem, usranej śmierci … a nawet wtedy kierować zespołem za pomocą planszy Ouija.

 

wenger-out

 

#GermanDeathCamps

#GermanDeathCamps. Od kilkunastu dni na portalach społecznościowych można się natknąć na powyższy hashtag. Jest on odpowiedzią polskich internautów, na coraz częściej pojawiające się w zagranicznych mediach określenie: „polish death camps”. Czara goryczy przelała się w momencie gdy pan Karol Tendera, były więzień obozu Auschwitz-Birkenau zaskarżył największą niemiecką stację telewizyjną ZDF, domagając się przeprosin za użycie sformułowania „polskie obozy zagłady”. ZDF sprawę przegrał i został zobowiązany do zamieszczenia przeprosin na swojej stronie internetowej. Nie ukazały się one jednak na głównej stronie. Tam umieszczony został jedynie niezbyt rzucający się w oczy odnośnik, przekierowujący do przeprosin. Krótko mówiąc, Niemcy potraktowali całą sprawę po macoszemu. Takiego obrotu sprawy nie wytrzymała jednak polska społeczność internetowa. Wszak nie był to pierwszy raz, gdy obcojęzyczne media szerzyły to niefortunne hasło. I tak jak na siłę potrafię sobie jeszcze wytłumaczyć, że użycie zwrotu o „polskich obozach koncentracyjnych” padające z ust Amerykanów wiąże się z ich ignorancją i nikłą wiedzą historyczną (zwrotu użył nawet swego czasu Barrack Obama), tak nie wierzę w żadną przypadkowość, gdy robią to Niemcy. „Der Spiegel”, „Bild”, „Die Zeit, „Die Welt”, „Focus”. To tylko niektóre niemieckie gazety, mające na sumieniu powielanie tego błędu. Ciężko więc się dziwić, że w Polakach coś w końcu pękło.

Wg. oficjalnych źródeł, w czasie II Wojny Światowej w obozach zagłady śmierć poniosło około 3,5 mln obywateli polskich. W obozach budowanych z inicjatywy Niemców. Niemców, którzy w coraz mniej dyskretny sposób, próbują obarczać winą również nasz kraj. Przez wiele lat „nasz” rząd zachowywał się biernie wobec tego typu zachowań.  W końcu społeczeństwo połączyło siły, przeszło do kontrofensywy i zaczęło przeciwstawiać się spluwaniu na honor naszej ojczyzny oraz odkłamywać te oszczerstwa. A i obecny rząd w akurat tej kwestii wydaje się odważniej zwracać uwagę na to że problem faktycznie istnieje.

Skąd w ogóle wzięło się określenie „polish death camps”? Wg. profesora Grzegorza Kucharczyka, geneza tego określenia sięga końca lat 50-tych ubiegłego wieku i zostało z premedytacją wprowadzone do publicznej dyskusji przez wywiad RFN. Również osoby z nazistowską przeszłością. Tak profesor, zajmujący się badaniem historii Niemiec mówił w wywiadzie dla wPolityce.pl:

„Kłamliwy termin +polskie obozy koncentracyjne+ stworzyli pod koniec lat pięćdziesiątych funkcjonariusze wywiadu Republiki Federalnej Niemiec, którzy w czasie wojny pracowali dla III Rzeszy. To byli ludzie, którzy po kapitulacji Niemiec znaleźli się w strefach okupowanych przez aliantów zachodnich, częściowo zostali przejęci przez Amerykanów, a potem zaczęli robić swoje na polu tak pojętej polityki historycznej. Był to wynik nierozliczenia się państwa niemieckiego ze zbrodniami popełnionymi przez Niemców w czasach II wojny światowej”

Tak więc jak widać, owo określenie może być sposobem naszych zachodnich sąsiadów na leczenie swoich kompleksów, związanych z własną, nieodległą historią. Być może Niemcy, kosztem naszego kraju chcą podleczyć swoje ego. Nasze pokolenie, być może jako już ostatnie ma szansę usłyszeć świadectwo tamtych dni od osób, które przeżyły piekło II WŚ. Niemcy mają nadal widoczne, dość wyraźne plamy na płaszczu swojej historii. Jeżeli jednak ich propaganda będzie działać w ten sposób, a my pozostaniemy bierni na ich działania, to za kilkadziesiąt-kilkaset lat świat będzie się uczył o tym, jak w połowie XX wieku mordowano Żydów w „Polskich obozach zagłady”. Oczywiście pod bacznym okiem polskich strażników. A Niemcy we wrześniu 1939 roku napadli na Polskę by tych Żydów wyzwolić…Gotowy scenariusz na „Nazi matki, nazi ojcowie II”. Science fiction? Na razie tak, ale coraz łatwiej mi uwierzyć w taką możliwość.

Theodore N. Kaufmann, bliski doradca prezydenta F.D. Roosvelta, miał dość brutalną wizję pozbycia się narodu niemieckiego. Chciał doprowadzić do wysterylizowania wszystkich osób narodowości niemieckiej i w ten sposób pozwolić wymrzeć „rasie panów” śmiercią naturalną. Tak pisał o tym w swojej książce „Germany Must Perish”, wydanej w 1940 roku, która robiła furorę na rynku amerykańskim:

„Ta wojna nie jest wojną przeciw Hitlerowi. Nie jest też prowadzona przeciwko nazistom(…) Dla Niemiec istnieje tylko jedna kara: Niemcy trzeba zniszczyć raz na zawsze ! Muszą umrzeć ! I to w rzeczywistości! Nie tylko w wyobraźni ! (…) Nie istnieje żadna droga pośrednia, żaden kompromis, żadne wyrównanie: Niemcy muszą umrzeć, i na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi! Ludność Niemiec wynosi 80 milionów, która rozkłada się równo na obie płcie. Żeby wyniszczyć Niemców trzeba około 48 milionów z nich wysterylizować (…) Sterylizacja mężczyzn w oddziałach wojskowych jest stosunkowo łatwa i szybko do przeprowadzenia. Przyjmując że przeznaczymy do tego 20.000 lekarzy i każdy z nich dokona 25 operacji dziennie, będzie to trwać najwyżej jeden miesiąc aby ta sterylizacja w wojsku została zakończona(…) Ponieważ więcej lekarzy stoi do dyspozycji, potrzeba będzie nawet mniej czasu. W ten sposób całą męską populacje cywilów można wysterylizować w trzy miesiące. Sterylizacja kobiet i dzieci zajmie więcej czasu, trzeba przyjąć że wysterylizowanie wszystkich kobiet i dzieci zakończy się w trzech latach. Ponieważ już jedna kropla niemieckiej krwi robi Niemca, jest ta sterylizacja obojga płci konieczna. Przy całkowitej sterylizacji przestanie wzrastać rata urodzeń. Przy normalnej śmiertelności wynoszącej 2% rocznie, zmniejszy się liczba Niemców rocznie o 1,5 miliona. W ten sposób przez dwa pokolenia sprawa się zakończy, co w innym wypadku kosztowało by życie milionów i setki lat pracy : mianowicie wymazanie niemieckości i jego
nosicieli.”

(Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/2640/germany-must-perish-zapomniany-plan-kaufmana)

Troszkę delikatniej, chociaż nadal dość radykalnie, chciał postąpić z III Rzeszą Henry Morgenthau – amerykański sekretarz skarbu. „Plan Morgenthaua” miał na celu stworzyć z kraju naszych zachodnich sąsiadów państwo pastersko-rolnicze, całkowicie ich zdemilitaryzować oraz zlikwidować im przemysł ciężki: (https://pl.wikipedia.org/wiki/Plan_Morgenthaua). Owy plan był nawet początkowo akceptowany przez Roosvelta i Churchilla, jednakże ostatecznie przepadł. W zamian Niemcom pozwolono znów dość szybko stanąć na nogi i rozwinąć się gospodarczo i ekonomicznie do tego poziomu, że znów w krótkim czasie byli liczącym się państwem na arenie europejskiej. Taka kara za wywołanie kolejnej wojny w przeciągu ćwierćwiecza. Nas za to oddano w prezencie Stalinowi. Taka nagroda za bycie pierwszą ofiarą Drugiej Wojny i walkę po stronie Aliantów. Z perspektywy czasu możemy jedynie żałować, że w życie nie wszedł plan Morgenthaua. Przynajmniej jeden, brużdżący nam od wieków, wrogi kraj zostałby zneutralizowany.  Brutalne ale prawdziwe. Mam wrażenie że największą karą dla Niemców pozostał wstyd historyczny. Wstyd, którego konsekwencje ponoszą tak naprawdę po dziś dzień. Piętno narodu, który chciał eksterminować inne nacje, dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Teraz to tak na nich ciąży, że chcą być do tego stopnia tolerancyjni iż bezrefleksyjnie ściągają do siebie tabunami imigrantów różnej maści. Doprowadzają do rozkładu własnego społeczeństwa i destabilizacji nastrojów. To w konsekwencji może doprowadzić powtórnie do narastania popularności skrajnych ideologii i koło się zamknie. Ewentualnie, porównując wzrost demograficzny Niemców a napływających do nich przybyszy z krajów islamskich, zmarginalizują się etnicznie we własnym państwie. I nie będzie potrzeba żadnych planów Kaufmana ani Morgenthaua. Science fiction? Jeszcze tak. Ale to akurat nie nasza sprawa.

Naszym problemem jest fakt, że Niemcy próbują z siebie robić w tym wszystkim centralnych moralizatorów Europy, narzucając innym krajom swój tok myślenia. Hmm … 70 lat od wstrząsających wydarzeń II WŚ to jak dla mnie zbyt mały bufor. Dlatego denerwuje mnie robienie z Niemców wzoru cnót i moralnych przywódców Europy. Przepraszam, ale ja nie mam zamiaru podążać drogą wytyczoną mi przez potomków ludzi, którzy przez 1000 lat historii mojej ojczyzny, praktycznie zawsze byli jej antagonistami. Dlaczego tym razem miało by być inaczej?

Odnoszę wrażenie, że jeśli chcę być pełnoprawnym Europejczykiem XXI wieku muszę odrzucić kultywowanie historii. To przecież przeżytek. Może to także wymysł Niemców? Kto by chciał kultywować historię taką jak ich… A tak na serio. W Polsce mamy próbę wprowadzenia „(.N)owoczesności”. Ta próba rodzi osoby pokroju pani posłanki Scheuring-Wielgus. Posłanki twierdzącej, że Polska jest zbyt „malutka” na arenie międzynarodowej i winna się podporządkować woli Niemiec. Jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro że ktoś taki decyduje o losach mojego kraju, dzierżąc mandat poselski. Polityka spolegliwości. Polityka ukierunkowana na to, by podporządkować się woli zachodu. Polityka marionetek. A moze to jest przykład ofiary propagandy w stylu „polish death camps”? Osoba z wszczepionym pierwiastkiem wstydu? Wypracowywanym i formowanym w niej przez lata, przez osoby chcące mieć wpływ na bieg historii. Mentalność niewolnika i sługusa, przysłonięta poczuciem bycia „oświeconym członkiem społeczeństwa XXI wieku”. Najgorsze to dać sobie wmówić, że nic nie znaczymy. Pozwolić zmieniać własną tożsamość i dać się wykastrować z własnych ideałów. W imię czego? Bycia akceptowanym przez świat? Przez system? Za cenę tego by podporządkować się tym, którzy sobie tego życzą? Stać się bezkształtną masą? Nie. Działajmy zgodnie zgodnie z własnym sumieniem i zgodnie z prawdą. Próbujmy chociaż częściowo odkłamać ten świat. W imię tego w co wierzymy. Mówmy jak jest. #GermanDeathCamps !

 

Preparations For The 70th Anniversary Of The Liberation Of Auschwitz-Birkenau
OSWIECIM, POLAND – NOVEMBER 15: The infamous German inscription that reads ‚Work Makes Free’ at the main gate of the Auschwitz I extermination camp on November 15, 2014 in Oswiecim, Poland. Ceremonies marking the 70th anniversary of the liberation of the camp by Soviet soldiers are due to take place on January 27, 2015. Auschwitz was a network of concentration camps built and operated in occupied Poland by Nazi Germany during the Second World War. Auschwitz I and nearby Auschwitz II-Birkenau was the extermination camp where an estimated 1.1 million people, mostly Jews from across Europe, were killed in gas chambers or from systematic starvation, forced labour, disease and medical experiments. (Photo by Christopher Furlong/Getty Images)

Witam was w 2017 !

Nowy rok, nowe możliwości jak to się zwykło mawiać na przełomie grudnia i stycznia.  Football Patriot wita was w pierwszym wpisie w roku 2017. 366 dni starego roku za nami.  Każdy zapewne głowę ma pełną noworocznych postanowień i liczy na „nowe otwarcie”. Większość pewnie w połowie stycznia, najdalej na początku lutego odpuści sobie: regularne bieganie, dietę czy siłownię. Chwyci za kieliszek, zapali fajkę lub skonsumuje szamę z Mac’a. No ale po to też jest ta niepowtarzalna, jedyna noc w roku w czasie której zmienia się ostatnia cyferka w kalendarzu, żebyśmy mogli startować w dalszą podróż, zwaną życiem odpowiednio umotywowani.  Po to jest abyśmy mogli zrobić sobie rachunek sumienia. A jaki to był rok jeśli chodzi o futbol? Pod kątem polskiej piłki najlepszy jaki pamiętam. Zresztą podsumowałem już go w dużej mierze po ostatnim meczu naszej kadry w listopadzie. Jak ktoś nie czytał to:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/11/23/2016-czyli-najlepszy-rok-polskiego-futbolu-w-xxi-wieku/

A pod względem piłki światowej? Futbol jest tak rozległym tematem że każdy rok jest magiczny. Każdy rok kryje w sobie tysiące super treści. Magiczne mecze, wzruszające momenty, wielkie transfery, smaczki okołofutbolowe. Co jednak mi utkwiło najbardziej w głowie przez te ostatnie 12 miesięcy?

Największym wydarzeniem z pewnością był w 2016 roku francuski czempionat. Że był on dla mnie i chyba większości polskich kibiców: wspaniały, historyczny, niezapomniany i w ogóle „och i ach” to logiczne. Ćwierćfinał wielkiej imprez. Polska kadra wygrywająca po rzutach karnych, nie przegrywająca żadnego meczu w regulaminowych 90 minutach gry. W styczniu 2016 bralibyśmy to w ciemno. Ale wyłączając świetną grę podopiecznych Nawałki? Był to pierwszy turniej na którym wystąpiły 24 drużyny. Dzięki temu we Francji było na tyle „egzotycznie” że obejrzeliśmy w akcji chociażby kadry Islandii i Albanii. Nikt jakoś szczególnie nie odstawał. Poziomu nie zaniżał, ale może to dlatego że… szczerze? Było to chyba najgorsze Euro jakie pamiętam. Większość meczy pasywna. Bardzo defensywnie ustawione drużyny, nastawione na kontratak. Słaby był już Mundial w Brazylii dwa lata temu a Francuski turniej zdecydowanie go przebił in minus. O żadnej z drużyn nie mogę powiedzieć z czystym serduchem by zasługiwała na wzniesienie pucharu Henri Delanuay’a. Portugalia? Bez wygranego meczu w grupie. Wymęczone awanse w 1/8 i ćwierćfinale. Jedynie półfinał poszedł im dość sprawnie. Mega nudny finał  z Francją był stemplem dla tego wątpliwej jakości turnieju. Grecy ze swoim „murowaniem bramki” w 2004 roku zrobili na mnie lepsze wrażenie niż podopieczni Santosa. Przecież gdyby nadal obowiązywała dotychczasowa 16 drużynowa formuła to CR7 i spółka nawet by nie wyszli z grupy…

Bardziej niż z powodów czysto piłkarskich zapamiętam czerwcowy czempionat z wydarzeń okołofutbolowych. Istna wojna rozgrywała się na ulicach francuskich miast. Głównie za sprawą rosyjskich chuliganów, których agresja skupiła się w największej mierze na fanach z Anglii. Oj, zawiało szalonymi latami 90tymi a nasłuchując kolejnych relacji z ulic chociażby Marsylii miałem wrażenie jakbym czytał wspomnienia Cass’a Pennant’a z książki „Historia armii angielskich chuliganów”. Chociaż akurat w tym wypadku „Dumni synowie Albionu” występowali głównie w roli chłopców do bicia:

https://www.youtube.com/watch?v=5Hi-Dv57d4E

Piosenka tego Euro? Bardziej niż „This one’s for you” Davida Guetty i Zary Larsson utkwi mi w pamięci „Will Grigg’s on fire” w wykonaniu fanów z Irlandii Północnej ;).

https://www.youtube.com/watch?v=Y3YuvPGQ0Cc

Aczkolwiek i oficjalna piosenka imprezy dawała radę i zapadnie w pamięć gdzieś tam obok „Carnival de Paris” Dario G czy „Waka, waka” Shakiry. Tutaj w wersji zrobionej specjalnie dla fanów z Polski:

https://www.youtube.com/watch?v=_S5Ps7dMlw8

Co poza tym? Joachim Loew wkładający paluchy w różne zakamarki swojego ciała, Simone Zaza i jego skip A przy wykonywaniu rzutu karnego, niesamowita ekipa kibicowska Węgrów, Islandczycy czyli „czarny koń” turnieju oraz ich legendarna przyśpiewka:

https://www.youtube.com/watch?v=EnB4MkmA-5Y

To tyle jeśli chodzi o największe wydarzenie 2016 roku.

Najlepszy mecz ostatnich 12 miesięcy? Liverpool vs. Dortmund na Anfield w Lidze Europy, po którym powstał ten tekst:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/04/15/wpis-ktorego-mialo-nie-byc-ale-jest-bo-futbol-to-magia/

Copa America? Przyćmione przez odbywające się w tym samym czasie Euro. Zapamiętam ten turniej najbardziej przez pryzmat sfochowanego Messiego, któremu chwilowo odechciało się grać w barwach „Albicelestes” po kolejnym przegranym finale wielkiej imprezy.

Liga Mistrzów? Druga już w ciągu trzech lat wewnętrzna rozgrywka klubów z Madrytu z której zwycięską ręką wyszła ponownie ekipa prowadzona przez Zinedine Zidane. Zresztą europejskie puchary to w ostatnim czasie totalna dominacja hiszpańskich drużyn. Tak było również w ubiegłym roku. Liga Europy to poletko na którym równych nie ma sobie Sevilla. Ekipa z Andaluzji po raz trzeci z rzędu sięgnęła po to trofeum a w przeciągu ostatniej dekady wznosili ten puchar aż pięć razy. Dziś już bez Unai’a Emery’ego na ławie trenerskiej, którego skusiły paryskie petrodolary i perspektywa prowadzenia klubu, no co by nie było bogatszego i mocniejszego kadrowo niż Sevilla, piłkarze Palanganas nie wywalczą zwycięstwa w Lidze Europy po raz czwarty z rzędu. A to dlatego, że Sevilla wyszła ze swojej grupy w Champion’s League i powalczy w roku 2017 o jej wygranie. Liga Mistrzów zapadnie jednak nam w pamięci z innego powodu. Po raz pierwszy od 20 lat zagrała w niej polska drużyna. Legia Warszawa w najlepszych klubowych rozgrywkach zaliczyła istną huśtawkę nastrojów. Od solidnego lania 0:6 od BVB przez 3:3 z madryckim Realem przy pustych trybunach na Łazienkowskiej, szalonego i rekordowego w liczbie bramek w jednym meczu LM 4:8 na Signal Iduna Park aż po zwycięstwo 1:0 po bardzo dobrym spotkaniu w Warszawie ze Sportingiem, który ostatecznie dał stołecznemu klubowi przepustkę do gry w Lidze Europy na wiosnę tego roku. Tam Legioniści zmierzą się z Ajaxem Amsterdam. Będzie to rewanż za wyeliminowanie ich z gry przez Holendrów 2 lata temu. Wówczas sporą cegiełkę do tego awansu dorzucił Arek Milik, którego w ekipie Ajaxu już nie ma. Warszawianie przystąpią za to do meczu z Miro Radoviciem, którego z kolei w kontrowersyjnych okolicznościach zabrakło w dwumeczu z 2015 roku. Teraz po 2 letniej bezproduktywnej tułaczce wrócił do klubu, którego barwy reprezentował w karierze najdłużej i jest jednym z jego najjaśniejszych punktów. Przy temacie Legii Warszawa warto wymienić jeszcze dwa nazwiska: Magiera i Odjidja-Ofoe. Pierwszy przejął schedę na ławce trenerskiej po jednym z największych parodystów w historii polskiej piłki – Besniku Hasim, który tylko dzięki boskiej opatrzności nie spierdolił CWKS-owi awansu do LM na 100 lecie klubu. Magiera pozbierał kawałki rozbitej Legii i posklejał je w całkiem sensowną całość. Stołeczny klub znów zaczął dominować naszą rodzimą ligę i pokazał lwi pazur w europucharach. Drugi z piłkarzy jest moim zdaniem najlepszym obcokrajowcem w historii ekstraklasy. Technika użytkowa, prostopadłe piłki, jakość podań to ile widzi na boisku… jakim cudem ten piłkarz gra w naszej e-klapie? Co w jego życiu poszło nie tak, że z takim talentem musi grać w kraju nad Wisłą? Nie mam pojęcia. Przypomnę jeszcze tylko że dublet na 100-lecie klubu Legioniści wywalczyli pod wodzą Stanislava Czerczesowa, który po spełnieniu swojej misji przy Łazienkowskiej dostał angaż jako selekcjoner reprezentacji Rosji. Niestety europejskie puchary to tradycyjnie nie jest sam miód w wykonaniu polskich drużyn:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/07/08/eurowpierdol/

Ligi europejskie? W Niemczech bez zmian – Bayern, w Italii też – Juve, Francja to PSG i długo, długo nikt (chociaż po odejściu Ibry sporo się w tej kwestii zmieniło), w Hiszpanii w tamtym roku Barca czyli też nudy. Z rutyny wyrwała nas na szczęście Anglia w której Leicester City napisało w ubiegłej kampanii na nowo bajkę o Kopciuszku. Tak pisałem o tym po końcu sezonu:

„Kojarzycie taki schemat filmu? Mamy drużynę złożoną z nieudaczników, taką z której każdy się śmieje. Każdy z jej członków to fajtłapa mający jakiś defekt. Nagle pojawia się gość, najczęściej też z jakąś niechlubną przeszłością, który bierze tę zgrają pod skrzydła i po jakimś czasie wydobywa z nich ukryty potencjał, robi z nich świetnie współpracujący kolektyw. Takie ckliwe kino familijne puszczane w świąteczne przedpołudnie na jakimś Polsacie. Na pewno taki film kiedyś oglądaliście. „Potężne kaczory,” „Reagge na lodzie”, „Ich własna liga”. Sporo było takich produkcji. W tym sezonie życie napisało identyczny scenariusz w Leicester.  W sezonie 2013/14 „Lisy” wróciły po pięcioletniej banicji do najwyższej klasy rozgrywkowej. W składzie drużyny m.in. reprezentant Polski Marcin Wasilewski. W sezonie 2014/15 drużyna zajmuje 14 miejsce w tabeli. Przed sezonem 2015/16 bukmacherzy są skłonni bardziej uwierzyć w to że Elvis nadal żyje a nawet w fakt, że Kim Kardashian zostanie prezydentem USA aniżeli w wygraną „Lisów” na koniec sezonu.  Dodatkowo z zespołu zostają wyrzuceni: Tom Hooper, Adam Smith i James Pearson, którzy podczas wypadu do Bangkoku nagrali sobie seks-taśmę, na której w dość niewybredny sposób młodzi zawodnicy wyrażali się o trójce młodych Tajek, które ich „obsługiwały”. W taki oto niebanalny sposób zespół rozpoczął przygotowania do nowego sezonu. Należy również nadmienić że James Pearson to syn ówczesnego trenera Leicester – Nigela. W tej sytuacji opiekunowi „The Foxes” nie zostało nic innego jak podać się do dymisji. W jego miejsce pojawia się Claudio Ranieri, włoski trener, który kilka miesięcy wcześniej wsławił się tym, że jako selekcjoner reprezentacji Grecji, przejebał dwukrotnie w eliminacjach do Euro 2016 z Wyspami Owczymi! Nie no, gdyby spojrzeć w jego CV, to trzeba przyznać że kluby, które prowadził w swojej karierze robią wrażenie! Chelsea, Inter Mediolan czy Juventus! Gorzej tylko, że przez prawie 20 lat pracy na stanowisku trenera, jego największe sukcesy to – Puchar Hiszpanii z Valencią, Puchar Włoch z Fiorentiną i Superpuchar Europy również z Valencią. Trzeba przyznać że jak na menadżera, przez tyle lat siedzącego no, było nie było w klubach z piłkarskiego topu, nie jest to dorobek zbyt imponujący. W dodatku gość pod swoimi skrzydłami ma – Kaspera Schmeichela, bramkarza najbardziej znanego z tego że jest synem Petera. Roberta Hutha, gościa znanego z tego że sto lat temu grał, a raczej przewinął się przez Chelsea. Dopóki Ranieri nie wyciągnął go z kapelusza to zapomniałem że gość żyje, równie dobrze mógł sprowadzić Owena Hargreaves’a. Riyada Mahreza, gościa, który jeszcze trzy lat temu, w wieku 22 lat grał w rezerwach francuskiego Le Havre. Kapitanem zespołu jest Wes Morgan – gość gra w reprezentacji Jamajki. Muszę dodawać coś więcej? No i Jamie Vardy, ten to w ogóle jest gagatek. Gość, który pracował przy produkcji szyn medycznych a swego czasu biegał po boiskach w angielskich pipidówach z policyjną obrączką na nodze i musiał być w domu przed 18stą, bo tak orzekł sąd po tym gdy Vardy miał sprawę za bójkę w barze. Poza tym? Kante, Albrighton, Drinkwater, Fuchs. No nie są to nazwiska, które w wakacje 2015 wywoływałyby ciarki na plecach fanów futbolu. Właśnie taka filmowa zbieranina osobliwości pod wodzą gościa z też nie najlepiej zapisaną kartą. I nagle zdarza się cud. Mahrez to najlepszy reżyser gry w lidze, Vardy bije rekord Van Niestelrooya w ilości kolejnych spotkań w których zdobył bramkę a na koniec sezonu zdobywa koronę króla strzelców. Huth to ściana nie do przejścia. Kante wykonuje mrówczą robotę, porusza się po boisku jakby miał teleporter. Kasper Schmeichel to już nie syn Petera, to … Kasper Schmeichel, jeden z najlepszych bramkarzy Premier League. Reszta też gra swój sezon życia, razem tworzą mieszankę wybuchową. Przyznam szczerze, cały sezon czekałem aż się wykoleją, wpadną w kryzys, nie wierzyłem że wytrzymają tempo, że dadzą rade uciekać przed wielkim. Arsenalem, ManC nawet Tottenhamem. A jednak! Zrobili to. Pieprzone Leicester zostało mistrzem Anglii ! Kto nie kocha takich baśniowych historii w futbolu? Ja jako piłkarski romantyk, uwielbiam. Jedyną łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest dla mnie fakt, że tylko symboliczną rolę w tym sukcesie odegrał Marcin Wasilewski. Szkoda, bo „Wasyl” to piłkarz, który jak żaden inny Polak zasługiwał na bycie częścia tej niesamowitej historii.”

Najpiękniejsza bramka zeszłego roku? Wybieram trafienie zapomnianego Kevina Prince Boatenga:

https://www.youtube.com/watch?v=ssoxmXoBll8

Numer dwa? Mesut Oezil z Ludogortsem Razgrad:

https://www.youtube.com/watch?v=Kk1NorxiuaI

Trzy? Shaquiri przeciwko nam na Euro…

https://www.youtube.com/watch?v=qsVODIka6pQ

Ok. Starczy już tych wspominek. Jak napisałem na wstępie – mamy nowy rok i nowe możliwości. Także ja mam pewne postanowienia odnośnie prowadzonego przeze mnie bloga i profilu Football Patriot na FB. Chciałbym zacząć pisać na blogu systematycznie. W związku z tym postaram się wrzucać tutaj coś przynajmniej raz w tygodniu. Takie podsumowanie piłkarskiego tygodnia lub coś w tym stylu. Chciałbym również wprowadzić kilka stałych rubryk na wspomnianym fb -à https://www.facebook.com/FootballPatriot/?fref=ts. M.in. przypominać sylwetki dawnych gwiazd futbolu. Nie zabraknie na pewno też wpisów traktujących o tematyce społecznej oraz kolejnych recenzji książek w rubryczce „Biblioteczka Football Patriot”. Tym razem częściej niż raz na pół roku ;). Dobra. Koniec pisania o postanowieniach a czas brać się do roboty. Chciałbym by grono czytelników tego bloga stale się również powiększało, więc jeśli uważasz że warto poświęcić kilka chwil życia na przejrzenie zawartych w nim treści to poleć go znajomym lub chociaż „polajkuj” treść na FB.

Wszystkim odwiedzającym tą stronkę chciałbym zaś życzyć w Nowym Roku masy motywacji do spełniania swoich wszelakich marzeń. Sky is the limit ! Pamiętajcie. Dopinguję was w dążeniu do wyznaczonych sobie celów! Powodzenia!

Na koniec jak dla mnie najlepsza fotka (no może nie w 100% piłkarska) minionego roku 😉 – autorstwa Piotra Kuczy.

love

Biblioteczka Football Patriot: E. Cherezińska „Legion”.

„Kompania braci”. Jeden z najlepszych seriali jakie było mi w życiu dane oglądać. Oparta na książce Stephena E. Ambrose’a  historia amerykańskiej kompanii E 506 Pułku 101 Dywizji Powietrznodesantowej. Kompanii która walczyła w czasie II Wojny Światowej zaczynając od lądowania na plażach Normandii, poprzez operację „Market Garden”, ofensywę w Ardenach, kończąc na zdobyciu „Orlego Gniazda Hitlera”. Następnie Tom Hanks i Steven Spielberg wzięli się za sfilmowanie tej historii z czego wyszedł istny majstersztyk. Wspominam o tym serialu dlatego że zawsze marzyłem o tym by Polacy mogli stworzyć podobny obraz. A w historii II WŚ na ziemiach polskich znajdowała się również formacja, która napisała tak epicką opowieść, że na jej kanwie można by stworzyć równie pasjonujący serial. Piszę tutaj oczywiście o „Brygadzie Świętokrzyskiej” Narodowych Sił Zbrojnych. I tak jak Ambrose stworzył podkładkę pod „Band of Brothers” tak i w Polsce powstała już przed trzema laty książka, która jest wręcz gotowym scenariuszem dla ewentualnych, przyszłych twórców  rodzimej produkcji.

Czytaj dalej „Biblioteczka Football Patriot: E. Cherezińska „Legion”.”

2016 czyli najlepszy rok polskiego futbolu w XXI wieku.

Rok 2016 pomału dobiega końca. A jak wiadomo, koniec roku to czas wszelkich podsumowań.  O takowe można pokusić się już w kontekście kadry Adama Nawałki. Ta bowiem zremisowanym meczem ze Słowenią we Wrocławiu zakończyła już tegoroczne zmagania.

Zeszły rok kończyliśmy uradowani, bowiem nasza kadra wywalczyła awans na czerwcowy czempionat we Francji. Zarazem większość Polski głęboko wierzyła że oto mamy wreszcie kadrę, która nie skompromituje się na wielkim turnieju. Niektórzy szli w swoich osądach jeszcze dalej wieszcząc naszym reprezentantom wielkie sukcesy.  Balonik rósł i rósł osiągając przed samym turniejem niebotyczne rozmiary. Ale może po kolei…

Pierwsze mecze kadrowicze rozegrali w marcu. Na szczęście Zbigniew Boniek zakończył erę rozgrywania spotkań towarzyskich poza terminami FIFA dzięki czemu unikamy nie wnoszących nic sparingów rozgrywanych w styczniu gdzieś na Cyprze czy innej Malcie. Zmniejsza to też szansę na to by przeciętniacy z polskiej ekstraklasy  mieli okazję do zakładania trykotu w narodowych barwach. Ta bezcelowa praktyka rozgrywania meczów zimą doprowadziła do tego, że byłymi reprezentantami kraju nazywać siebie mogą chociażby Bartosz Rymaniak czy Piotr Kuklis… Jak dla mnie był to brak szacunku dla koszulki z orzełkiem na piersi. No ale powróćmy do tematu. Zaczęliśmy rok 2016 meczami towarzyskimi z Serbią i Finlandią. Obydwa zakończyliśmy zwycięsko i tak jak mecz z ekipą z Bałkanów, mimo że zakończony wygraną 1-0 mógł być odbierany z pewnymi obawami, gdyż wygrana była sumą również dużej dozy szczęścia tak mecz z ekipą ze Skandynawii to był pokaz możliwości tej kadry w pełnej krasie. Finlandia została rozbita aż 5-0 z dobrej strony pokazali się w tym meczu również piłkarze, którzy mieli stanowić nasze odwody na Euro. Dwie bramki strzelił Wszołek, jedną dołożył Starzyński z dobrej strony pokazał się Salamon a Grosicki silnie zaakcentował fakt, że należy już go rozpatrywać jako jeden z głównych elementów reprezentacyjnej układanki. Ze spokojem mogliśmy więc czekać na ostatnie szlify przed francuską przygodą. A Football Patriot pisał na blogu po tych meczach tak:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/04/09/o-zdjetej-klatwie-internetowych-napinaczach-i-wrozeniu-z-fusow/

Niestety wspomniane ostatnie szlify nie wypadły już tak okazale. Przegraliśmy w Gdańsku z pogrążoną w marazmie reprezentacją Holandii 1-2. No cóż, Holandia mimo wszystko nadal pozostaje Holandią i cały czas należy się z nią liczyć. Jednakże Litwinów nigdy nie można było rozpatrywać zbyt serio w kontekście piłki nożnej. Ci jednak w meczu, który był ostatecznym sprawdzianem przed inaugurującym Mistrzostwa Europy starciem z Irlandią Północną odważyli się zremisować z nami 1-1 po beznadziejnym meczu, który ranił oczy polskich kibiców. Nam pozostało zastanawiać się tylko czy jest to zasłona dymna przed turniejem, wypadkowa ciężkich przygotowań kadry w Arłamowie czy może zwiastun kolejnego beznadziejnego turnieju w wykonaniu „Biało-czerwonych”?

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/06/07/sflaczaly-balonik-czyli-podsumowanie-ostatnich-sparingow-kadry/

Aż wreszcie nadeszło długo wyczekiwane Euro. Pełne nadziei ale również pełne obaw. Media zwariowały. Momentami miałem wrażenie że najchętniej ktoś zrobiłby reality show śledząc naszą kadrę za pomocą dziesiątek kamer porozmieszczanych kolejno w Arłamowie a potem w La Baule, które było bazą wypadową nasze Repry we Francji.  Szał i namaszczenie tych transmisji niczym za czasów pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Balon z oczekiwaniami w rozmiarze tych, które przykrywają korty tenisowe.  Balon rozpięty nad reprezentacją Nawałki i wystarczy jedna mała szpileczka wbita przez Irlandczyków by zawarte w nim ekskrementy wylały im się na głowę. Strasznie obawiałem się meczu z wyspiarzami. Strasznie dłużyły się dni, godziny, minuty do meczu. Jednak z biegiem czasu jakoś dziwnie się uspokajałem. Szczególnie gdy dowiedziałem się że Michael O’Neill ma zamiar schować się przed naszą kadrą za podwójną gardą wstawiając do składu 10 graczy usposobionych defensywnie. W końcu w czym groźny może być taki zespół? I poniekąd była to prawda bo Irlandczycy nie zagrozili naszej bramce praktycznie ani razu. My jednak też bardzo długo męczyliśmy się z rozbiciem zielonego muru.  Dokonał jednak tego … o przewrotny losie … Arek Milik, który koniec końców i tak był antybohaterem Mistrzostw. Wygranym tamtego spotkania był bez wątpienia Bartek Kapustka, który bez kompleksów biegał po boisku Allianz Riviera jeszcze jako pomocnik Cracovii.  Faza grupowa minęła jak z bicza strzelił i jak burza przeszli ją Polacy (Ciężkim to zadaniem nie było bo z 24 zespołów fazę grupową przechodziły aż 2/3).  Mecz z Niemcami, czyli kolejny w którym z Mistrzami Świata zagraliśmy zupełnie bez kompleksów. Po tym meczu Michał Pazdan z szarego przecinaka, nawet nie do końca pasującego do tego świata futbolu na najwyższym poziomie przeistoczył się jedną z największych gwiazd tej reprezentacji.  Mecz w którym zagrał niczym Fabio Cannavaro na Mundialu w Niemczech. Antybohaterem Milik nie trafiający w piłkę w dogodnych sytuacjach.  Mecz z Ukraińcami przypominał ten z marca z Serbami. Przeciwnik niby miał przewagę, niby nam częściej zagrażał ale ostatecznie dostał bramkę i już się nie podniósł. Domena zespołu Nawałki, czyli sporo szczęścia… a wiadomo komu sprzyja szczęście. Bohaterem Błaszczykowski wbijający Ukraińcom gwoździa łudząco podobnego do tego, którego 4 lata wcześniej zaaplikował Rosjanom. 7 punktów, dwie wygrane i remis, brak straconej bramki po fazie grupowej. W świetnym stylu zrobiliśmy już w tym momencie swoje we Francji. Los przydzielił nam Szwajcarów jako przeciwników w 1/8. Przeciwnik o podobnych skills’ach do naszych. Kolejny mecz, który przejdzie do historii naszej piłki. Najpierw prowadzenie za sprawą Kuby, stającego się symbolem i wzorem piłkarza, który powinien reprezentować barwy narodowe.  Gdy minuty dzieliły nas od wygranej Shaqiri pięknymi nożycami pakuje nam gola, moim zdaniem najładniejszego w całym turnieju. Opadamy z sił. W dogrywce dominują Helweci. Cuda w bramce w tym meczu wyprawia Fabiański, który do Francji przyjechał jako numer dwa i skorzystał na kontuzji Szczęsnego, który mógł mieć deja vu z Euro 2012. Doczłapaliśmy do karnych. Tam pięć wykorzystanych po profesorsku „jedenastek”. Z drugiej strony myli się Xhaka i świętujemy awans do ósemki najlepszych zespołów Starego Kontynentu. Piękny sen trwa. W ćwierćfinale Portugalczycy, którzy przez Euro ślizgają się strasznie. Nie wygrali jeszcze meczu w 90 minut. Z Polakami jak się okazało też nie potrafili. Bramkę ukłuliśmy już po trzech minutach. W końcu przełamuje się Lewy. Nasza kadra miała wielu bohaterów na tym turnieju, ale akurat on był raczej w drugim szeregu (brzmi to w tym momencie absurdalnie, wiem). Niestety pół godziny później Renato Sanches po rykoszecie doprowadza do wyrównania. Mecz walki. Mało sytuacji. Zresztą całe francuskie Euro nie robiło jakiegoś wielkiego wrażenia pod względem prezentowanego na nim poziomu piłkarskiego.  Postronny kibic raczej starciem Polska-Portugalia się wynudził. Ale nas to nie obchodzi. Dla nas ten mecz był niesamowity. Znów gramy jak równy z równym z tymi wielkimi. Znów doprowadzamy do rzutów karnych. Niestety Kuba Błaszczykowski marnuje swoją próbę, Portugalczycy wykorzystują wszystko. Żal, smutek. Nie, nie dlatego że odpadliśmy. Żal tych chłopaków, tak po ludzku, po prostu. Są naszymi bohaterami. Kapustka grający bez kompleksów, Pazdan nie do przejścia dla rywali, Fabian, który popłakał się przed kamerami po karnych z Portugalią czy Kuba, który marnując swój strzał wręcz przysporzył sobie dodatkowej sympatii. Zresztą słusznie bo był na tym Euro najlepszy z naszych. Wytrzymali, już wtedy ten rok mogliśmy obwieścić udanym. Doszli do ćwierćfinału a i tak czuliśmy niedosyt. To mówi wszystko. W półfinale czekała Walia, która była spokojnie do ogrania. Zresztą zrobili to Portugalczycy, a potem ograli Francję i sięgnęli po tytuł.  Ale balon nie pękł. Jechali z olbrzymim bagażem oczekiwań. Myślę że nasycili wszystkich a nawet rozbudzili apetyty na więcej.

Tutaj garść wpisów, które zamieszczałem w czasie trwania turnieju:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/06/12/polska-irlandia-polnocna-odprawa-przedmeczowa/

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/06/21/witajcie-w-nowej-rzeczywistosci-jestesmy-polska-sila/

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/06/22/o-sukcesie-30lecia-pilkarskiej-tozsamosci-i-o-tym-kto-ma-w-kadrze-cojones/

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/06/30/fuck-calm-die-in-battle/

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/07/01/dumni-po-zwyciestwie-wierni-po-porazce-zasluzyliscie-na-valhalle/

I nadeszła jesień. Czyli historia najnowsza. Kampania eliminacyjna do ruskiego Mundialu. Do grupy byliśmy losowani dopiero z trzeciego koszyka ale z biegiem czasu zostaliśmy koronowani na faworytów tej grupy. Duńczyków we Francji nie było wcale, Rumuni byli ale nawet nie wyszli z grupy. Z drugiej jednak strony za przeciwników mamy jeszcze solidną Czarnogórę i niby outsiderów, ale z terenów na których gra się zawsze piekielnie ciężko czyli Kazachów i Ormian. I już pierwszy mecz pokazał że faktycznie, taryfy ulgowej nie będzie.  Co prawda nic tego nie zapowiadało. Na boisku w Astanie po pierwszej połowie pewnie prowadziliśmy 2:0 ale druga połowa skończyła się trzęsieniem ziemi. Już w pierwszym kwadransie drugiej połowy dwukrotnie ukłuł nas odpalony swego czasu z Korony Kielce Siergiej Chiżniczenko. Potem na boisku było więcej zapasów niż futbolu, Kazachowie prowokowali, nasi dawali się wciągać w głupie gry. Kamil Glik leczył rywali niczym Zbyszek Nowak – https://www.youtube.com/watch?v=nYa79Kd-DDQ. Nikt nie myślał już o strzelaniu bramek. W pierwszym meczu po jakże udanym Euro sensacyjne 2:2 na końcu Europy (jakiej k**wa Europy?!).

Przyszedł październik. Dwumecz na narodowym. Najpierw miało być starcie z najgroźniejszymi obok nas w grupie Duńczykami a potem spacerek z Armenią. Plany się jednak trochę popieprzyły. Najpierw było 45 minut spacerku z Duńczykami. Po 50 minutach golimy ich 3:0 a potem powtórka z rozrywki. Dajemy sobie wbić dwa gole. To znaczy jednego sobie sami wbijamy a konkretniej Glik. Następnie Duńczyk o tradycyjnym duńskim imieniu Youssuf i równie tradycyjnej dla tego regionu ciemnej karnacji doprowadza do 3:2. Na szczęście w porównaniu ze spotkaniem w Astanie mamy gola zapasu i dowozimy 3 punkty do mety. Potem następuje mecz jakiego nie pamiętam od czasów Fornalika. No ok, wczesny Nawałka też nie wyglądał najlepiej. Takiego męczenia buły w wykonaniu naszej repry nie widziałem dawno. Oczy po meczu wręcz mi krwawiły. Bicie głową w ścianę, drapanie paznokciami we wieko zasypanej trumny. Gramy 2/3 meczu w przewadze ale Ormianie bronią się jakby od wyniku tej gry zależało ich życie a Polacy są jak dzieci we mgle. Gdy w końcu zdobywamy gola to Armenia natychmiastowo kontruje nas i strzela na 1:1. I gdy już się wydawało że stracimy punkty z kolejnym słabeuszem i to na własnym stadionie do gry znów wszedł on. Święty Robert z Monachium czuwał nad nami swoją opatrznością pozwalając nam w ostatniej minucie wyłuskać trzy punkty. Wcześniej Hat-trick z Duńczykami, teraz zaniesienie nas na własnym garbie w kierunku wygranej. Po słabszym Euro ten facet znowu stanowi dla nas 50% wartości zespołu (a może i więcej?). Jednak prasa nie zostawia na kadrze po tym meczu suchej nitki, a dodatkowo wybucha afera. Teodorczyk zarzygał hotel w czasie zgrupowania, co może tłumaczyć jego beznadziejną dyspozycję w spotkaniu z Ormianami. Kompanem do butelki Boruc. A to tylko dwa nazwiska z ponoć długiej listy piłkarzy melanżujących przed starciem z Ormianami. Tąpnięcie. Do tej pory drużyna, która przez długi czas wydawała się nieskazitelna, nieskalanie czysta, była naszą dumą i chlubą okazuje się niczym nie różnić od poprzednich wcieleń kadry narodowej. Nawałka załatwił to jednak na chłodno, dał wszystkim ostatnie ostrzeżenie i kazał zapomnieć o sprawie, nie było wyciągania winnych za uszy. Jednakże zaufanie u kibiców mogła odbudować tylko na powrót dobra gra piłkarzy z orłem na piersi. I piłkarze zrobili to najlepiej jak tylko mogli. Przekonywujące zwycięstwo nad Rumunami w Bukareszcie, zespół Christopha Dauma kompletnie zdominowany. Jedyne zagrożenie w Rumunii powstawało tylko wtedy gdy z trybun leciały na murawę petardy. Jednak RL9 gra jak natchniony w każdych warunkach i nawet stan wojenny na trybunach i lecące w jego stronę „achtungi” nie wyprowadziły go z równowagi. Do jego dwóch trafień, przepiękny rajd dorzucił Grosicki, który w stylu Maradony minął rumuńską defensywę niczym narciarskie tyczki. Wielka Kadra wróciła w najlepszym stylu i nawet kopanina rodem z polskiej ekstraklasy w meczu towarzyskim ze Słowenią tego nie zmieniła.

Ćwierćfinał Euro. Tylko jedna porażka w 14 meczach w tym roku. Fotel lidera grupy eliminacyjnej po 4 meczach z 10 punktami na koncie. Taki jest obraz polskiej kadry na koniec 2016 roku. Obraz na który możemy patrzeć z optymizmem, być może jeszcze większym niż rok temu. Do tego Lewy kolejny raz nominowany do „Złotej piłki”, „moda” na polskich piłkarzy w czasie okienka transferowego owocująca rekordowymi kwotami płaconymi za Krychowiaka, Milika czy Zielińskiego. Awans polskiego zespołu po 20 latach do Ligi Mistrzów. Coraz pewniejsze pozycje polskich piłkarzy w swoich klubach na zachodzie. Tak, zdarzają się cały czas błędy. Mecze tak beznadziejne jak ten z Armenią … ale klasową drużynę poznaje się po tym że nawet gdy gra kompletny piach to potrafi ostatecznie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. A Polacy udowodnili niejednokrotnie że tak potrafią. Mówiąc pół żartem, pół serio – Polacy chyba właśnie odebrali moc naszej reprezentacji piłkarzy ręcznych. Cechują ich te same atuty, które były przez wiele lat domeną polskich szczypiornistów. Ci zaś zostali chyba zarażeni wirusem Fornalika i Smudy co niestety pokazują ostatnie wyniki.  Interesuję się piłką od dobrych 20 lat i tak udanego roku polskiej piłki nie pamiętam jak żyję ! Oby było tylko lepiej.

jedza-on-fire

God bless America czyli Trump, Trump, Trump.

Krótko jeszcze na temat wyników wyborów prezydenckich w USA. Przede wszystkim cieszę się że społeczeństwo w kolejnym miejscu na świecie pokazuje, że wbrew temu, co próbują im nakłaść do głowy establishmentowe media, wbrew wszelkim manipulacjom i pokazującym jedyną słuszną drogę „autorytetom moralnym”, potrafi ono dokonać własnego wyboru, popartego samodzielnym myśleniem. Mimo iż głosując przeciwko jedynej, słusznej kandydatce – Hillary Clinton Amerykanie narażali się na to, że zostaną „białymi, rozwścieczonymi wieśniakami” jak sugerował ekonomista Paul Krugman. Mimo iż jak przestrzegał dziennikarz CNN (mocno związany z Newsweek) Fareed Zakaria, Stany po tych wyborach mogą stać się jak: Rosja, Turcja i … Polska (trzeba być kłamcą lub idiotą by równać demokrację w tych trzech krajach). Takie sytuacje napawają nadzieją, że nowe pokolenia są mniej podatne na „pranie mózgów” fundowane przez tych, którzy chcą na świecie trzymać władzę. Naprawdę nie trzeba godzić się na wszystko co nakazują nam demoliberalni rządzący. Jeśli nie będziemy akceptować agresywnego promowania środowisk LGBT, bezdyskusyjnego nakazu brania pod swój dach uchodźców, nie będziemy godzić się z opluwaniem tego w co wierzymy i co wyznajemy to naprawdę nie oznacza że jesteśmy ludźmi gorszego sortu. Bo właśnie takie wypowiedzi jak te Krugsmana czy Zakarii, próbują już nawet nie podświadomie a wręcz bezpośrednio wmówić nam że nie pasujemy do ich wymarzonej wizji świata. Zresztą podobnie działo się w Polsce przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w zeszłym roku. Piewcy demokracji stają się jej ofiarami. A gdy demokracja ich zawodzi to starają nam się wmówić, że Ci, którzy dzięki niej są u władzy, próbują ją niszczyć. Czyli: „Demokracja demokracją, ale racja musi być po naszej stronie.” W myśl tej zasady działa w Polsce KOD a i pod Białym Domem zbierają się już „oszukani” Amerykanie.

Czy Trump będzie dobrym prezydentem? Nie wiem. Na dobrą sprawę nie powinno nas obchodzić co dzieje się w kraju oddalonym o kilkanaście tysięcy kilometrów od nas.Ale z racji tego co napisałem powyżej … jakoś mnie obchodzi. Trump to miliarder, celebryta postać ze świata bardziej show-biznesu aniżeli polityki. Czy to co mówił na wiecach było tylko populistyczną gadaniną czy będzie cały czas reprezentantem świata konserwatywnego … takim nowym Ronaldem Reagan’em? Czas zweryfikuje. Narazie cieszą mnie skonsternowane twarze, które mogłem ujrzeć dziś rano w telewizjach śniadaniowych.

P.S.

Swoją drogą najbardziej zadowolona z wyników wyborów powinna być Madonna. Chociaż czy aby na pewno? 😉

http://wyszlo.com/jezeli-wygra-clinton-madonne-czeka-dosyc-ciekawa-emerytura/

 

trump2

Ręce precz od Milika !Czyli historia absurdalnego hejtu.

A wszystko zaczęło się na niefortunnych Mistrzostwach Europy we Francji…  To znaczy ogólnie dla Reprezentacji Polski jak wiadomo Euro było jak najbardziej fortunne.  Ale z perspektywy Arka Milika? Z jednej strony to po nim nastąpił warty około 30 baniek euro transfer do wicemistrza Włoch. Status najdroższego polskiego piłkarza w historii. Na ile jednak wpływ na ten transfer miała postawa Milika na czerwcowym czempionacie? Tam obraz gry w wykonaniu naszego piłkarza był dość, hmm … powiedzmy sobie dyskusyjny.  Szczególnie z perspektywy kibiców, którzy status znawców futbolu przyjmują raz na dwa lata przy okazji większych turniejów. Szczególnie tych, na których pokazuje się nasza kadra. Znawcy, których wygłaszane mądrości ograniczają się do formułek typu:  „Pewnie znowu przepierdolą”, „Ale ten Milik cienki, ja bym już go nie wystawiał w ogóle” lub „ale że Dudka na mundial nie wzięli?”. W czerwcu mój ulubiony komentarz nazywał się: „Dlaczego Nawałka nie zmienił Fabiana na Boruca przed karnymi?”. To chyba ci co w życiu oglądali jedynie mecz Kostaryka-Holandia na Mistrzostwach Świata w Brazylii, albo fani szczypiorniaka gdzie normalnym manewrem jest zmiana bramkarza na rzut karny. Na Euro rozpoczęła się też inna krucjata internetowych napinaczy, gimbazy i innej maści selekcjonerów sprzed telewizora. Operacja o pseudonimie: „Kto bardziej pojedzie po Miliku”.

Start operacji nastąpił bezpośrednio po meczu z Irlandią Północną. Co prawda Milik strzelił bramkę, która dała nam wygraną z wyspiarzami, ale przy okazji zmarnował dwie stuprocentowe sytuacje. No spoko, więcej batów za ten mecz zebrało się Michałowi Pazdanowi, który na koniec imprezy … co ja właściwie gadam … który już po następnym meczu obwołany został bohaterem narodowym. Cała sytuacja fajnie obrazuje fakt jak szybko kibice przechodzą ze skrajności w skrajność. Po meczu z Irlandią nawet Sylwester Wardęga apelował do internautów o przystopowanie fali hejtu lejącej się w stronę „Pazdka” a 4 dni później szlagierem w internetach stał się utwór „Pazdan Boy” będący peanem pochwalnym na cześć stopera Legii.  I tak jak notowania „Piranii” wystrzeliły w górę po meczu z Niemcami, tak fala krytyki spływającej na ówczesnego snajpera Ajaxu rosła z prędkością zadłużenia narodowego.  Tak, przyznaję się, ja też czułem wściekłość i frustrację oglądając Arka marnującego kolejne „setki”. Facet po tych dwóch meczach mógł zapewnić sobie przedwcześnie tytuł króla strzelców francuskiej imprezy.  W meczu ze Szwajcarami również w pierwszych minutach miał okazję usadzić Helwetów na tyłkach, ale przestrzelił w sytuacji w której przed sobą miał tylko pustą bramkę.  Czempionat dobiegł końca a internauci nadal wylewali swoje uszczypliwości czy to na profilu facebook’owym Milika  czy też w innych miejscach sieci. Wysyp memów, wysyp żenujących żartów pokroju: „Polska reprezentacja wyląduje spóźniona na Okęciu bo Milik na odprawie nie trafił do bramki”. Karol Strasburger lubi to. Na domiar złego przyszedł jeszcze pechowy mecz eliminacyjny z Kazachami, w którym Milik znów mając przed sobą pustą bramkę obił poprzeczkę. No i nagonka nabrała rozpędu na nowo … To nic że w międzyczasie Milik rozgościł się w Neapolu niczym król. Skarcił dwoma golami wielki AC Milan … a przynajmniej to co zostało z wielkiego Milanu. Strzelił dwa gole Dynamo Kijów w Lidze Mistrzów, wchodząc z ławki znów ustrzelił dublet przeciwko Bolonii zapewniając  wygraną Napoli. W ostatnią środę też strzelił w Lidze Mistrzów z karnego Benfice. Neapol oszalał na jego punkcie a Polska hejtuje.  W Neapolu prawie zapomnieli o sprzedanym latem Higuainie a w Polsce zastanawiają się czy w październikowym meczu z Danią nie wystawić lepiej do ataku Glika, który ostatnio strzelał na potęgę.

Do napisania tego tekstu nakłonił mnie wpis, który ujrzałem ostatnio na facebook’owym koncie Kuby Błaszczykowskiego.  „Każde powołanie do reprezentowania kraju to wielkie wyróżnienie, motywacja i duma!” Taka była treść wpisu Błaszczykowskiego lub najpewniej ghostwritera zajmującego się jego profilem. Tak zaś brzmiał jeden z najpopularniejszych komentarzy pod owym wpisem, uwaga , cytuję: „weź to Milikowi powiedz”. To poruszyło już mnie na maksa.  Wpis wywołał ogólną wesołość i komentarze zwrotno-pochwalne dla jego autora w stylu „och, ach jaki jesteś zabawny, ten Milik to przecież taka oferma, w Napoli strzela a Polskę ma w dupie”. Teraz pozwolę sobie zakląć ….Nosz kurwa jego mać !!! Debilizm bijący z treści tego komentarza jest porażający. Rozumiem że jego autor miał zapewne 13 lat, chciał błysnąć a kluczem do uzbierania góry „okejek” jest komentarz uderzający w coś co teraz jest w modzie … w tym wypadku – „dopierdol się do Milika” i bez znaczenia jest to czy komentarz będzie miał jakikolwiek sens. Czyli co? Nieskuteczność Milika nie wynika z pecha czy blokady. Nie, ona wynika z tego że Milik ma w dupie grę z orzełkiem na piersi. Eureka! No genialne! Tego się nie spodziewałem…  Internet w niektórych przypadkach naprawdę powinien być dostępny dopiero po ukończeniu 18 lat. Chociaż czasami i to by nie pomogło.

Wspominałem wcześniej o wpisie Wardęgi, który po meczu z Irlandią apelował by dać spokój Michałowi Pazdanowi. Nie wiem czy obaj panowie znają się osobiście. Być może. Być może nasz jutuber wiedział o tym że „Pazdek” swój profil śledzi i ciąży mu ilość negatywnych komentarzy. Mamy XXI wiek. Żyjemy w globalnej wiosce. Kontakt z drugą osobą jest o wiele prostszy niż kiedyś. Nawet jeśli jest ona gwiazdą piłki nożnej.  Kontakt z fanami jest o wiele prostszy. A to nie zawsze jest dobre. To że Milik śledzi swoje media społecznościowe można było wywnioskować w czasie Euro. Treść wpisów zamieszczanych przez niego w czasie rozgrywania turnieju  niby miała świadczyć o jego wyluzowaniu i dystansie ale mam wrażenie że działało to odwrotnie. Czuć w nich było raczej spięcie, luz był na siłę. Nawet wtedy gdy Russell Crowe wbił Arkowi szpilkę na twitterze. Każdy jest tylko człowiekiem. Jedni mają wszystko w dupie jakby mieli wyjęty układ nerwowy, inni przejmują się każdą drobnostką. Mało kto z nas może sobie wyobrazić jaka presja ciąży na piłkarzu grającym na wielkim turnieju. Zresztą, jak wy czulibyście się, gdybyście pewnego dnia weszli na swojego „fejsa” a w skrzynce znaleźlibyście 1500 wiadomości z krytyką skierowaną pod waszym adresem? Pod każdą fotką 1500 komentarzy w których nieznajomi obrażaliby was na 1500 różnych sposobów? Udźwignęlibyście? Są piłkarzami i taki jest ich zawód i część ryzyka, która z tym się wiąże. Kiedyś zjechać mógł cię co najwyżej dziennikarz w gazecie i to w sposób kulturalny. Teraz może po Tobie pojechać Seba z 3b z gimnazjum w Siemiatyczach. Seba, który cię nie lubi bo kolega Karol strzelił mu tobą hat-tricka w Fifa 16.

Lubimy znajdować sobie kozła ofiarnego. Za czasów Fornalika i Smudy był to Robert Lewandowski. „W Bayernie chuju strzelasz a dla kadry nie chcesz”.  Za Nawałki „Lewy” się odblokował i uzyskał status świętego. „Och jak on cudownie ściąga na siebie uwagę obrońców robiąc miejsce innym kolegom z ataku”. Tak brzmiało usprawiedliwienie słabego meczu RL9 gdy dostawał podwójne krycie i chuja mógł zrobić w czasie gry. Taaa, zawsze musi być ktoś kogo ubóstwiamy i kozioł ofiarny. Tymi dwoma rolami podzielili się teraz nasi napastnicy. Do statusu świętego awansował ostatnio też Kuba Błaszczykowski. Był naszym najlepszym graczem na Euro, zgadzam się z tym. Co było jednak stemplem pieczętującym nietykalność Kuby? Spieprzony karny z Portugalią, który wyrzucił nas poza turniej. Przypomnę tylko że Milik wykorzystał obydwa „wapna” we Francji.  Kuba był pocieszany z każdej strony. Gdyby strzelił a ostatniego karnego spudłowałby Krychowiak, to strzelam w ciemno że to „Krycha” zostałby najbardziej komplementowanym graczem. Jak czasami człowiek na chłodno pomyśli o tym jak działa „serce kibica”, to nie ma w tym momentami żadnego racjonalizmu.

Tak swoją drogą, chyba najbardziej legendarnym kozłem ofiarnym polskich kibiców był Grzegorz Rasiak. Grzegorz Rasiak, który był swego czasu synonimem słowa oferma. Gość, który na boiskach w lidze angielskiej strzelił ponad 60 goli. Głównie w Championship, która zżuła i wypluła już wielu polskich graczy. Rasiak w jednym sezonie potrafił tam załadować 18 bramek. W kadrze zagrał 37 razy, 8 razy wpisując się na listę strzelców. W dziesiątkach jak nie setkach mogę liczyć polskich graczy, którzy takiej kariery Rasiakowi mogą tylko pozazdrościć a którzy z pewnością mają od niego lepszą reputację w kraju. Przypomnę tylko że zagranica zweryfikowała takich graczy jak choćby Tomek Frankowski czy Paweł Brożek. Kozaków, ale tylko na własnym podwórku. Mam wrażenie że jeszcze chwila a Milik może doczekać się statusu nowego Rasiaka.

A tak na koniec tym wszystkim psycholom, którzy odsądzają Milika od czci i wiary i tego że ma grę w kadrze w dupie (chociaż wierzę że takich kretynów jest niewielu) tylko przypomnę. 22 lata, najdroższy piłkarz w historii polskiego futbolu, 32 gry w pierwszej reprezentacji i 11 bramek dla niej zdobytych (nie wspomnę o bilansie w reprezentacjach juniorskich). W tym: gol napoczynający Niemców w historycznym meczu wygranym 2:0 na Narodowym, gol wyrównujący w meczu ze Szkotami na Narodowym, gol napoczynający Gruzinów w meczu na Narodowym. To wszystko w kampanii eliminacyjnej do francuskiego Euro. Bramka dająca historyczne, pierwsze zwycięstwo na Mistrzostwach Europy w meczu z Irlandią Północną, przepuszczenie piłki dzięki któremu Błaszczykowski w meczu ze Szwajcarią znalazł się sam na sam z Sommerem i mógł go zapytać w który róg mu strzelić. Dwa wykorzystane karne w konkursach jedenastek.  To na Euro za które był opluwany.  Większe brawa zebrał za Euro Kapustka, który popisał się ładnym, ale ostatecznie obronionym przez McGoverna strzałem w pierwszym meczu. I to właściwie był jego największy przebłysk na tym turnieju. To tylko tak by jeszcze raz pokazać jak nieracjonalnie się czasami kierujemy w swoich osądach… Jeśli następnym razem będziesz mieć ochotę zjechać kogoś anonimowo w internecie, to naprawdę pomyśl dwa razy!

 

arkadiusz-milik_25830964

Cała Polska niech usłyszy, Liga Mistrzów dla stolicy ! (?)

Rok 2016 może się okazać przełomowym w najnowszej historii polskiej piłki kopanej. Najpierw nasza Reprezentacja dotarła na francuskim Euro do ćwierćfinału tej imprezy a teraz jesteśmy o krok od przełomu w rodzimym futbolu w wydaniu klubowym. Po 20 latach przerwy do fazy grupowej Ligi Mistrzów awansuje Mistrz Polski. Bo tego już się schrzanić nie da, prawda?

Przed dwoma dniami piłkarze warszawskiej Legii ograli na Aviva Stadium w Dublinie zespół Dundalk wynikiem 0:2. Żeby wyeliminować „Wojskowych” sympatyczni Irlandczycy musieliby we wtorkowy wieczór zlać podopiecznych Hasiego różnicą trzech bramek. Jesteśmy narodem piłkarskich pesymistów, szczególnie jeżeli chodzi o rozgrywki klubowe. Fakt faktem, nasze zespoły dawały nam wielokrotnie mocne argumenty do tego by ten pesymizm w sobie trzymać. 20 lat posuchy w czasie której do bram najbardziej prestiżowych rozgrywek zdarzyło nam się zbliżyć dwukrotnie. W roku 2006 gdy Wisła Kraków po dogrywce musiała w dwumeczu rundy play-off uznać wyższość Panathinaikosu (A gdyby nie błąd sędziego, który nie uznał prawidłowo zdobytej bramki Penksy Wiślacy w LM by zagrali) oraz w roku 2011 kiedy to również Wiślacy decydującą o awansie bramkę stracili dopiero 3 minuty przed końcem meczu. Chociaż, nie oszukujmy się, w rewanżowym meczu APOEL podopiecznych Maaskanta dosłownie miażdżył. Reszta batalii kończyła się bardziej lub mnie spektakularnymi wpierdolami, w czasie których przeciwnicy nie dawali polskim zespołom cienia nadzieji. Zrozumiałe było to jeszcze do czasu reformy Platiniego, kiedy to na drodze Mistrza Polski stawały zazwyczaj zespoły pokroju Realu czy Barcelony. Od czasu do czasu los zsyłał kogoś kto jeszcze w momencie losowania dawał nadzieję na to że w jakiś sposób uda nam się prześlizgnąć do elity, ale w ostatecznym rozrachunku nawet Szachtar czy Anderlecht okazywały się dla Polaków progami zdecydowanie zbyt wysokimi. Przełomem miała być wspomniana reforma, która w sytuacji uprzywilejowanej stawiała kluby piłkarsko słabsze, stwarzając im łatwiejszą ścieżkę awansu do fazy grupowej. Mimo to, przez ostatnie 7 sezonów Mistrz Polski nie potrafił skutecznie powalczyć o to by móc wysłuchać z perspektywy murawy hymnu Champions League. Eliminowały nas kolejno: Levadia Tallin, Sparta Praga, wspomniany APOEL, Helsingborg, Steaua, Marta Ostrowska do spółki z Bereszyńskim i FC Basel. Nastał jednak rok pański 2016 i okazał się dla polskiej piłki niezmiernie szczęśliwy. Ułożył Legionistom ścieżkę awansu tak prostą że naprawdę do awansu potrzebne było minimum przyzwoitości. Nie jestem fanem Legii. Zdarzało mi się lżyć Legionistów z wysokości trybun tak jak to robi większość Polski. Jestem jednak zdania że CWKS jest jedynym zespołem, który był w stanie ten awans wywalczyć. Myślę że mimo tej śmiesznej ścieżki: Zrinskij, Trencin, Dundalk wyłożyłoby się na niej 15 pozostałych zespołów naszej ekstraklasy. Zresztą czy wiele większy potencjał od tej trójki posiada Shkendija Tetovo lub SonderjyskE, które eliminowały Craxę i Zagłębie? Może wyższy poziom ma IFK Goeteborg ale akurat Szwedzi nie dali Piastunkom nawet podskoczyć. Wiele zespołów naszej ligi wyłożyło by się już na Mostarze a Zagłębie, Lech w takiej formie jak teraz czy Lechia, możecie mnie zlinczować, ale dostałyby w pysk od Trencina, który pod względem umiejętności czysto piłkarskich prezentował się bardzo fajnie. Legia Hasiego jest słaba. Legia Hasiego nie ma stylu. Widać że ten zespół jest w przebudowie aczkolwiek mam wątpliwości co do tego czy Warszawiacy pod wodzą Albańczyka w ogóle odpalą. Obym się mylił bo jednak miło by było gdyby CWKS w tej Lidze Mistrzów nie stanowił zupełnego tła. Zresztą co do sceptycznego podejścia do legijnej wizji Hasiego jeszcze wrócę. Na czym skończyłem? Legia Hasiego nie ma stylu. Los zechciał jednak że w momencie kiedy Legia wchodzi w ligę tak słabo a dodatkowo wykłada się w Pucharze Polski już na pierwszej przeszkodzie, to paradoksalnie w tej samej chwili może awansować do tej wymarzonej Ligi Mistrzów, która przez ostatnie dwie dekady była tylko mokrym snem polskich kibiców. Uważam że jest to efekt doświadczenia Legii, która już 4 sezon z rzędu zagra w europejskich pucharach całą jesień. Czwarty sezon z rzędu pogra w fazie grupowej europejskich rozgrywek. Na ten poziom nie udało się wskoczyć ani Lechowi, ani żadnemu innemu klubowi z Polski. Dzięki temu również że „Wojskowi” notorycznie grają w Europie los przyznał im w momencie kiedy nie są w najwyższej dyspozycji szczęśliwą kartę. To dzięki temu uzyskali taki współczynnik, który zapewnił im rozstawienie w ostatniej rundzie eliminacji. Nie jest tak że Legia ma fuksa, jak chcieliby powiedzieć wszyscy jej przeciwnicy, Legia na tego fuksa zapracowała w taki sposób, że nie kompromitowała rokrocznie swojego kraju w europejskich rozgrywkach a zapracowała na status przeciętnego, europejskiego klubu – status, który dla reszty peletonu polskich drużyn jest w tym momencie poza zasięgiem. Śmiać mi się chce też gdy ktoś wysuwa argument pod tytułem „gdyby mój klub dysponował takim budżetem jak Legia to już dawno by awansował do LM”. A czyją winą jest że poszczególne kluby nie potrafią wspiąć się na taki poziom finansowy jaki prezentuje Legia? Kto zabrania Jagielloni, Cracovii czy innej Pogoni tak zarządzać klubem, by osiągnąć wyższy poziom wizerunkowo-marketingowy? Tak, Legia z racji wielkości i statusu miasta być może ma łatwiej ale czy mają za to przepraszać? Lech był już na ostatniej prostej by Warszawiaków doścignąć ale jak widać spaprał sprawę. Bogusława Leśnodorskiego można lubić lub nie, ale uważam że żaden klub w naszym kraju od dawna nie miał tak efektywnego, reprezentatywnego i dobrze spełniającego swoją rolę prezesa. Nie przemawia również do mnie argument, mówiący o tym że zastrzyk gotówki, który spłynie do Legii w nagrodę za awans może zabić rywalizację w lidze. Legia będzie miała monopol na wygrywanie ekstraklasy? Nie wiem, być może. Ale jeżeli ta kasa sprawi że Legia jeszcze podniesie swój poziom a to zaowocuje jeszcze lepszą grą w pucharach i równaniem do takich klubów jak np. Basel czy Ajax to mnie to absolutnie nie martwi. Legia ma być słabsza i biedniejsza w imię tego by rywalizacja na rodzimym podwórku była ciekawsza? Bezsensu. Staram się patrzeć na to przez pryzmat kibica polskiej piłki, odstawić na bok dylematy sympatii klubowych. Jeśli polski klub ma szansę zaistnieć w Europie to będę mu kibicował bez względu czy to Pogoń, Zagłębie, Lech czy Legia. Na europejskim podwórku wychodzę z założenia że w pierwszej kolejności klub reprezentuje swój kraj. Gdy Astana wchodziła rok temu do LM to zazdrościłem Kazachstanowi drużyny, gdy wchodził APOEL to Cypryjczykom. Skoro kibic piłki w europie może zobaczyć że Legia jest w Lidze Mistrzów i pomyśleć: „Ooo, zagrali w ćwierćfinale Euro, teraz mają klub w Champions League, może tam faktycznie po boiskach nie biegają białe niedźwiedzie?” to dla mnie ekstra. 

Jak wspomniałem wcześniej, awans będzie efektem: po pierwsze łutu szczęścia, po drugie doświadczenia Legii w grze w europejskich pucharach. Po prostu, Legioniści zarówno z Mostarem jak i Trencinem wygrywali obyciem i umiejętnością planowania i rozkładania sił w poszczególnych meczach, poszczególnych ich fragmentach. Można się z tego śmiać, ale porównajmy doświadczenie Michała Kucharczyka przez pryzmat pucharów a porównajmy np. Cetnarskiego czy Arka Woźniaka, którzy odpadli ze swoimi teamami wcześniej. Niby jakiejś super różnicy pod względem piłkarskim nie ma ale w tej kwestii? Właśnie. Czysto piłkarsko? Miałem wrażenie że zarówno Bośniacy jak i Słowacy górowali pod względem technicznym. Kultura gry to zresztą to co w polskiej piłce kuleje moim zdaniem najbardziej. Niestety to co starczyło na zespół z Bałkanów, naszych południowych sąsiadów i wyspiarzy to jak wiemy na fazę grupową już zdecydowanie za mało. Nie ma wątpliwości że jeśli Legia chce się pokazać w klubowej elicie od dobrej strony to pomysł Hasiego na tą ekipę musi w końcu zacząć być zauważalny. Jak narazie widzimy jakieś pojedyncze, udane fragmenty gry w wykonaniu zespołu ze stolicy. W przeważającej jednak większości gra Legii przyprawia o ból zębów. Odnoszę jednak wrażenie że Hasi chciałby wprowadzić w Legii właśnie większą kulturę, grać piłkę techniczną. W tym celu sprowadził zawodników, których kojarzył z czasów pracy w Belgii (Jak takie ściąganie znajomków skończyło się w Wiśle za czasów Maaskanta to już osobna kwestia). Nie dam sobie ręki uciąć że próba zaadaptowania takiego stylu gry w Legii przyniesie w końcu pożądany skutek. Byłbym skłonny bardziej przychylić się do opinii że optymalnym sposobem gry Legionistów było takie wybieganie, wysoki pressing, dobre przygotowanie motoryczne i mówiąc wprost – jeżdżenie na dupach jakie miało miejsce za czasów Czerczesowa. Materiał którym dysponuje Hasi jest zbyt toporny by zacząć grać piłkę efektowną dla oka a te pojedyncze jednostki, sprowadzone przez albańskiego trenera i predysponowane do takiej gry mogą zginąć w zderzeniu z drwalską i przaśną ekstraklasą. 

Jeżeli potwierdzą się też pogłoski mówiące o tym, że Legię po awansie opuści Nikolić i Pazdan, to zespół będzie trzeba dodatkowo wzmocnić. Właśnie przeczytałem że bułgarskie media spekulują iż zaawansowane rozmowy ze stołecznym zespołem prowadzi Dimitar Berbatov. Marketingowo i na warunki gry w lidze polskiej – strzał w 10tkę. Ale ile w tym prawdy? Narazie traktuję to jako plotkę. Wszak Berbatov ostatnimi czasy obniżył loty, ale nie jest piłkarzem wypalonym jak Krasić trafiający do Lechii a i od Daniela Ljuboji Bułgar jest o klasę lepszy. Legioniści musieliby sięgnąć głębiej do portfela. 

No cóż. Jak na razie trzeba zadowolić się tym że będzie nam dane po 20 latach oglądać polski zespół w europucharach a następnie trzeba się „martwić” co dalej. Bo spytam raz jeszcze … tego nie da się spieprzyć, prawda Legio?

 

legia

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑