Piłkarscy Robin Hoodzi, czyli jak zabierać punkty gigantom

Mówi się, że o sile ligi stanowi środek tabeli. To właśnie dzięki ligowym średniakom (takim jak Wolverhampton, czy Leeds) Premier League stało się najlepszą ligą świata i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta uległa zmianie. Tym bardziej że znaczenie ligowych rzemieślników w dobie pandemii znacząco wzrosło. Rozgrywki są dużo bardziej nieprzewidywalne, a drużyny ze środka stawki stały się postrachem gigantów.

UNION BERLIN

Jak najprościej scharakteryzować grę drużyny Ursa Fischera? Wystarczy użyć trzech słów – intensywność, intensywność i jeszcze raz intensywność. Taktyka szwajcarskiego szkoleniowca jest prosta, ale i niezwykle skuteczna. Union potrafi dosłownie „zabiegać” rywala, co potwierdzają liczby. Gracze Unionu na boiskach Bundesligi przebiegli do tej pory 2290 kilometrów, co w zaokrągleniu daje zawrotną liczbę 120 kilometrów na mecz.

Na każde kolejne spotkanie wybiegają z pianą na pysku, żerując na najmniejszych błędach przeciwnika. Nie jest to więc gra przyjemna dla oka, ale za to piekielnie skuteczna. Połączenie to sprawia, że każda bramka drużyny z czerwonej części Berlina sprawia ogromną przyjemność. Bramki te padają bowiem głównie po kontrach oraz stałych fragmentach gry (które znakomicie wykonuje Christopher Trimmel). Trudno znaleźć w Bundesidze drużynę lepiej wykorzystującą swój potencjał. W tym sezonie udało im się zdobyć punkty przeciwko takim markom jak Borussia Dortmund, Borussia Mönchengladbach, Bayer Leverkusen, czy Bayern Monachium.

RC LENS

„Moim aktualnym celem jest awans z Lens do europejskich pucharów. Fajnie byłoby zakończyć tutaj karierę” – mówi Gaël Kakuta, jedna z rewelacji tegorocznego sezonu Ligue 1. 29-latek przeżywa w barwach Lens drugą młodość. Jest najlepszym strzelcem oraz asystentem zespołu, który napsuł krwi Marsylii, PSG, Monaco, czy Montpellier. Przez połowę obecnego sezonu uzbierał dokładnie tyle samo bramek co w sezonach 17/18, 18/19 i 19/20 razem wziętych, a przecież mowa o zawodniku wypożyczonym ze spadkowicza. Patrząc na formę Lens w tym sezonie odnoszę wrażenie, że trener Franck Haise ma ogromną łatwość zarówno w tworzeniu nowych gwiazd, jak i renowacji tych starych.

30-letni Florian Sotoca przed przyjściem do Lens rozegrał tylko jeden mecz w Ligue 1. Większość kariery spędził grając w niższych ligach, a gdy już trafił do takiego Montpellier, to był postacią marginalną. Dopiero wspomniany Haise znalazł dla niego odpowiednią rolę. Doświadczonego napastnika ustawił obok kilku utalentowanych dzieciaków. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w pierwszej kolejce Lens pokonało osłabione PSG Thomasa Tuchela. Aktualnie zajmuje 7 miejsce w tabeli. Od europejskich pucharów dzielą ich zaledwie dwa punkty.

HELLAS VERONA

Zespół, który jest dla wielkich drużyn równie nieznośny, co wioska Galów dla Rzymian w znanej i lubianej serii filmów. Statystyki wskazują, że ekipa Ivana Juricia jest drużyną, która zdobywa zdecydowanie najwięcej punktów w starciach z ligową czołówką. Wygrane z Napoli, Atalantą, Lazio, czy Romą (po walkowerze) są tego najlepszym przykładem. Dodajmy do tego remisy z Juventusem, czy Milanem, a otrzymamy obraz naprawdę solidnej drużyny, która nie boi się starć z drużynami walczącymi o Scudetto. Powiem więcej, wygląda na to, że Hellas preferuje starcia z czołówką od tych z dołem tabeli. Gialloblu potrafili się przecież potknąć na Torino, Bologni, a nawet Parmie Fabio Liveraniego. Pod tym względem przypominają trochę Arka Milika, który nie raz strzelał bramki z bardzo trudnych pozycji (często spoza pola karnego), jednocześnie nie potrafiąc wykończyć najprostszych sytuacji.

Sekretem Hellasu jest styl gry. Nie bez powodu drużyna Juricia nazywana jest „małą Atalantą”. Ich gra opiera się bowiem na bardzo podobnych aspektach, czyli nieustępliwym pressingu, ciągłej wymianie pozycji i ograniczeniu przestrzeni dla drużyny przeciwnej do minimum. Hellas potrafi być nieznośny, umie wygrywać mecze ze znacznie mniejszym posiadaniem piłki, mając dużo mniej sytuacji bramkowych od przeciwnika. Nie lubią przejmować inicjatywy, co odbija się w meczach ze słabszymi rywalami. W gruncie rzeczy są jednak jedną z najciekawszych drużyn Serie A, której strasznym nie jest ani drugi sezon w lidze (który często weryfikuje zeszłorocznych beniaminków), ani utrata gwiazd takich jak Kumbulla, Rrahmani, czy Amrabat.

CADIZ

Gdy zespół wraca do najwyższej klasy rozgrywkowej po 14 latach przerwy, zazwyczaj nie oczekuje się od niego zbyt wiele. Szczególnie że La Liga jest ligą dość hermetyczną, w której większość beniaminków nie potrafi zagrzać miejsca na dłużej niż dwa, trzy sezony. W Serie A mówi się o złotej granicy 40 punktów, której przekroczenie w większości przypadków zapewnia spokojne utrzymanie. Granica ta każdego roku staje się celem co najmniej kilku drużyn, które chcą zapewnić sobie spokojny ligowy byt. W La Liga ta zasada też ma swoje zastosowanie, choć nie zawsze się sprawdza. Nie zmienia to jednak faktu, że Cadiz jest na dobrej drodze, aby tę granicę przekroczyć i przytulić miano rewelacji rozgrywek.

Po 12 kolejkach byli 5 drużyną ligi hiszpańskiej. Potrafili pokonać Athletic Bilbao, Real, czy Barcelonę. Drużyna o twarzy Alvaro Negredo zaczęła siać postrach w lidze hiszpańskiej, co brzmi jak zdanie wypowiedziane w roku 2010, a nie 2021. Wiek jest tylko liczbą, co doświadczony napastnik potwierdza na każdym kroku, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem i asystentem zespołu z Andaluzji. Najważniejszą postacią tej niepozornej ekipy jest jednak inny Alvaro. Alvaro Cervera, czyli szkoleniowiec, który prowadzi Kadyks już od ponad czterech lat. Urodził się w Santa Isabel – stolicy Gwinei Równikowej, grał między innymi dla Valencii, a kilkadziesiąt lat później wprowadził Cadiz z 3 ligi aż do Primera Division. Styl gry jego drużyny łudząco przypomina grę Atletico Madryt pod wodzą Diego Simeone. Sam Cervera nigdy tego specjalnie nie ukrywał. Na konferencji prasowej powiedział nawet kiedyś, że bardzo lubi oglądać drużynę argentyńskiego szkoleniowca. Cadiz jest drużyną na wskroś defensywną. Ich średnie posiadanie piłki wynosi zaledwie 34%. Ponadto są najgorszą drużyną w lidze pod względem celnych podań na mecz i jedną z najgorszych pod względem średniej celnych strzałów na spotkanie. Żołnieże Cervery kierują się prostą maksymą wypowiedzianą niegdyś przez Jose Mourinho – „niech przeciwnik weźmie piłkę do domu, ja zabieram ze sobą punkty”. Jak widać, do tej pory stanowczo wyszło im to na dobre, o czym świadczą 24 punkty, dające 13 miejsce w lidze.

MACIEJ SZEŁĘGA

PODSUMOWANIE ZIMOWEGO OKIENKA SERIE A

Wczoraj zakończyło się styczniowe okno transferowe na półwyspie Apenińskim. Ponad 170 transakcji za łączną kwotę około 140 milionów euro sprawia, że z pięciu czołowych lig to właśnie we Włoszech doszło do największego ruchu na rynku. Sensacyjnych i opiewających na wielkie kwoty transferów nie było, ale kilka klubów dokonało bardzo ciekawych wzmocnień.

RADJA NAINGGOLAN – CAGLIARI

Przygodę „Ninjy” w Mediolanie zdecydowanie można uznać za nieudaną. Pierwszy sezon w barwach Nerazzurich pod wodzą Spallettiego miał całkiem niezły, jednak wraz z przyjściem Antonio Conte w 2019 roku jego rola w drużynie mocno spadła. W międzyczasie żona zawodnika zachorowała na białaczkę i poleciała do kliniki na Sardynie w celach leczenia. Belg chcąc być bliżej schorowanej kobiety, dogadał z Cagliari wypożyczenie do końca sezonu. Obecnie było podobnie – ze względu na słabą pozycje w klubie i rozegranie zaledwie 45 minut w Serie A, Belg postanowił przejść na pół roku do Rossoblu.

Ogólnie jest to już trzecia przygoda Radjy w Cagliari. Pierwsza miała miejsce w latach 2009 – 2014, kiedy to debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech. Na Sardynii pokazywał się na tyle z dobrej strony, że sięgnęła po niego AS Roma, w której rozgrywał swoje najlepsze lata w karierze. W 2018 roku Inter zdecydował się na wymianę Zaniolo – Nainggolan, co z perspektywy czasu można uznać za sporą wpadkę Nerazzurich.

Powrót do barw Rossoblu był aktualnie najlepszym z możliwych wyborów Belga. Na Sardynii czuję się wyśmienicie, a drużyna z nim w składzie wygląda zdecydowanie lepiej. Do transakcji blisko było już w lecie, ale ostatecznie doszło do niej w zimę. Włodarze oraz kibice Cagliari mogą czuć lekki rozgoryczenie, że nie udało się ściągnąć piłkarza przed sezonem, ponieważ obecnie przychodzi jedynie z misją wyciągnięcia zespołu z kryzysu. Mimo to nikt na przybycie Ninjy narzekać nie będzie.

STEPHAN EL SHAARAWY – AS ROMA

Osobiście jeden z moich faworytów do tytułu „Transfer okienka”. Włoch Egipskiego pochodzenia po wyjeździe w sprawach finansowych do Chin, wraca do Rzymu, aby ponownie ubrać barwy Giallorossich. Na początku swojej przygody w Milanie był uznawany za jeden z największych talentów na świecie, lecz w jak wielu przypadkach, jego kariera nie potoczyła się tak, jak mu wróżono. W Romie w pewnym stopniu odbudował się, zostając jednym z lepszych skrzydłowych ligi. Na to samo liczą dzisiaj, bo jakby nie patrzeć ma dopiero 28 lat.

Sięgnięcie po Stephana przez Rome jest jasnym sygnałem, że zamierzają mocno walczyć o miejsce w czołowej czwórce ligi. Jest to ich jedyne wzmocnienie w tym okienku, lecz bardzo solidne. Były już piłkarz SH Shenhua co sezon był gwarancją ponadprzeciętnych liczb i nieuniknione, że do końca rozgrywek również kilka razy dopisze swoje nazwisko przy trafieniach. Jednak przede wszystkim ma za zadanie wprowadzić sporo świeżości oraz wznieść na jeszcze wyższy poziom ofensywę Romy, która w niektórych spotkaniach niespodziewanie zawodzi.

O podobnej dyspozycji co niegdyś, bo mimo wszystko od 2 lat nie grał na wysokim poziomie, jednak pewne jest, że w Rzymie poczynili bardzo przemyślany ruch. Nie zapłacili kompletnie nic, a zyskali solidnego skrzydłowego znanego już wszystkim kibicom.

MEITE, TOMORI I MANDZUKIĆ – AC MILAN

Rossoneri ze wszystkich drużyn przeprowadzili najwięcej głośnych transferów, jednak żaden nie jest „do pierwszego składu”. Cała trójka piłkarzy została ściągnięta bardziej w celu uzupełnieniem kadry w kontekście reszty sezonu. W zasadzie jedynie Mandzukić podpisał kontrakt, na mocy którego został pełnoprawnym piłkarzem aktualnego lidera Serie A, ale jest to prawdopodobnie jedynie opcja do czasu znalezienia nowego napastnika. Pozostała dwójka jak na razie jest jedynie wypożyczona, lecz nieuniknione, że po dobrych występach zostaną ściągnięci na stałe.

Wszystkie transfery można uznać za bardzo przemyślane. Meite w bardzo słabym Torino dość mocno się wyróżniał i wydaje się, że jest solidnym uzupełnieniem środka pola. Tomori uchodzi za jednego z lepszych środkowych obrońców młodego pokolenia, więc nawet w Mediolanie może się wyróżniać. Ogólnie rzecz biorąc, choć obaj są jak na razie tylko na wypożyczeniu, to w wypadku niezłej formy są bardzo istotnymi transferami w kwestii przyszłość. Ponieważ jak podają niektóre źródła – Milan ma opcje definitywnego zakupu.

Mandzukić, który ma za sobą 4-letnią przygodę w barwach Juventusu został sprowadzony jako zmiennik dla Zlatana Ibrahimovicia. Fenomenalny Szwed, który przeżywa aktualnie drugą młodość, mimo wszystko nie jest w stanie co mecz wytrzymywać pełnych 90 minut i naturalnie potrzebuje kogoś do rotacji. Chorwat profilem jest dość zbliżonym piłkarzem do Ibry, więc Pioli po przeprowadzeniu zmiany nie będzie musiał jakoś znacząco zmieniać założeń taktycznych. Szczerze współczuję obrońcom, którzy w jednym meczu będą musieli grać najpierw na Zlatana, a potem na Mario.

JOAKIM MAEHLE I PAPU GOMEZ ORAZ AMAD DIALLO – ATALANTA

Po nieudanej przygodzie Johana Mojicy w Bergamo, Gasperini postanowił ściągnąć kolejnego zawodnika na wahadło. Tym razem padło na 23-letniego Joakima Maehle z belgijskiego Genku. W byłym klubie często grywał na pozycji lewego wahadłowego, więc w systemie La Dei powinien się odnaleźć. Dodatkowo bardzo dobrze spisuje się jako boczny obrońca po obu stronach, dzięki czemu Gian Piero będzie mógł wykorzystywać go w różnych wariantach. Oczekiwania wobec piłkarza są dość spore, ponieważ Atalanta zapłaciła za niego około 11 milinów euro, co jak na drużynę z Bergamo jest sporą kwotą.

O rewelacji zeszłego sezonu Serie A w tym okienku było jednak głośno z innego powodu. Klub ze względu na konflikt z trenerem opuścił jeden z lepszych piłkarzy w historii drużyny. Argentyńczyk Alejandro Gomez przeniósł się za zaledwie 5,5 miliona do hiszpańskiej Sevilli. Zespół z Lombardii na pewno mocno odczuję odejście takiego piłkarza, ponieważ był on centralną postacią projektu, ale już nie raz pokazali, że potrafią sobie poradzić również bez niego. Mimo to odejście Papu jest bez wątpienia największą stratą w tym okienku ligi Włoskiej.

Jednak jak na Gomezie zarobili zdecydowanie mniej, niż jest on wart, to no Amadzie Diallo zbili całkiem niezły interes. La Dea jest znana ze skutecznego prowadzenia negocjacji i nie inaczej było w tym wypadku. Iworyjczyk rozegrał zaledwie 5 spotkań w seniorskiej piłce (4 w lidze, 1 w Lidze Mistrzów), a mimo to Manchester United zapłacił za napastnika aż 21 milinów euro. Według wielu osób jest on wart tej ceny, ale w tym momencie trzeba sobie przyznać, że Atalanta zarobiła świetne pieniądze, jak na 18-letniego zawodnika.

NICOLO ROVELLA I KEVIN STROOTMAN – JUVENTUS ORAZ GENOA

Bianconeri przeprowadzili w tym okienku zaledwie jeden transfer, ale bardzo solidny. Wychowanek Genoi uchodzi za jednego z najlepszych nastolatków na półwyspie Apenińskim i starało się o niego o wiele więcej drużyn niż tylko Stara Dama. Dotychczas rozegrał zaledwie 11 spotkań w Serie A, ale udowodnił w nich swoją wartość. Ostatecznie to właśnie Juventusowi udało się wygrać wyścig, oferując Rossoblu w zamian Elie Petrelliego i Manolo Portanove. Dodatkowo na umowie znalazł się zapis, który wypożycza Rovelle do końca sezonu z powrotem do drużyny z Ligurii.

Interes był bardzo na rękę Genoi, gdyż 9-krotny mistrz Włoch jest obecnie w obliczu walki o utrzymanie. Nie były to jednak jedyne wzmocnienie Rossblu w zimowym mercato, ponieważ przede wszystkim wypożyczyli Kevin Strootmana z Olympique Marsyllia. Holender jest dobrze znany kibicom pamiętających go z czasów gry w AS Romie, w której nie licząc częstych kontuzji – miewał całkiem niezłe momenty. Na to samo mają nadzieje dzisiaj tifosi Genoi, bo jak taki piłkarz przychodzi do takiego klubu, to wszyscy mają nadzieje, że z miejsca stanie się centralną postacią drużyny.

POZOSTAŁE TRANSFERY

Oprócz wyżej wymienionych transakcji doszło rzecz jasna także do innych ciekawych wzmocnień. Alfred Duncan po kiepskiej przygodzie w Fiorentinie został wypożyczony do Cagliari, w celu odbudowania solidnej formy z czasów Sassuolo. Na Sardynie do końca sezonu przybył także Daniele Rugani z Juventusu, który nie poradził sobie w Rennes. Natomiast do drużyny z Florencji przyszedł 48-krotny reprezentant Rosji ze Spartaku Moskwa, Aleksandr Kokorin, który ma naprawić skuteczność ekipy Prandelliego. W celach defensywnych były szkoleniowiec reprezentacji Azzurich sięgnął po Kevin Malcuit z Napoli. Hellas Verona zasilił w formie wypożyczenia Stefano Sturaro oraz Kevin Lasagna z Udinese, na którego miejsce do Udine przybył Fernando Llorente. Do zespołu Bianconerich na stałe przeszedł także Gerard Deulofeu. Benevento wzmocniło się, wypożyczając Gaicha z CSKA Moskwa, oraz Depaoliego z Sampdorii. Skoro jesteśmy przy beniaminku, to warto wspomnieć o Crotone, które w celu walki o utrzymanie dogadało wypożyczenie Di Carminego z Hellasu i Adama Ounasa z Napoli.

Bologna ściągnęła po czterech zawodników, z czego jednego Polaka. Oprócz Adama Soumaoro, Paolo Farago i Valentina Antonov z CSKA Sofia, do klubu z regionu Emillia-Romania przybył 16-letni Kacper Urbański, który jest wychowankiem Lechii Gdańsk. Jeśli mowa o talentach, to trzeba wspomnieć o Dennisie Manie, który będąc rewelacją ligi, rumuńskiej przeszedł do Parmy za 13 milionów euro. Dodatkowo Gialloblu zasilił na zasadzie wypożyczenia Mattia Bani z Genoi oraz Zirkzee z Bayernu Monachium. Lazio mimo dość wąskiej kadry sięgnął jedynie po Matteo Mussacchcio z Milanu, a drugi Rzymski klub – Roma, wraz z El Shaarawym powitała Bryana Reynoldsa z FC Dallas. Do Torino trafił znany z zeszłego sezonu w barwach Genoi Antonio Sanabria, który ma być partnerem w ataku Andrei Belottiego, jak i do końca przyszłego sezonu Rolando Mandragora z Juve. Wracając na sam koniec do Ligurii – Spezia wypożyczyła Riccardo Saponare z Fiorentiny, a Sampdoria Ernesto Torregrosse z Bresci.

Tak jak uprzedzałem na początku, wielkich transferów nie było, jednak nie można stwierdzić, że w minionym okienku zbyt wiele się nie działo. Sporo drużyn poczyniło ciekawe transfery, które będą istotne w kontekście reszty sezonu.

MATEUSZ PEREK

Panie Sousa…zacznijmy grać w piłkę.

Jesteśmy kilka dni po pierwszej konferencji naszego nowego selekcjonera, Paulo Sousy. Szczerze mówiąc, wiele się z niej nie dowiedzieliśmy. No chyba, że ktoś wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że Portugalczyk to osoba kulturalna, inteligentna i wiedząca kim był Jan Paweł II. Zawsze coś. Niemniej, nie było to spotkanie w stylu – weganie nerwowo wiercą się na krzesłach. Piłkarskiego mięsa było tutaj niewiele. Jeśli chodzi o taktyczną wylewność, to naszemu nowemu przywódcy póki co do Bielsy daleko. Bliżej do Nawałki. Ale to być może zmieni się z czasem.

To co jednak wiedzieliśmy już przed konferencją to fakt, że Sousa  był dobrym piłkarzem i że jego trenerska historia to póki co raczej Rysy niż K2. Wszystko jednak przed nim. To co jednak będzie dla mnie w dalszej części najbardziej istotne, to fakt, że Portugalczyk jest kimś, kto chce „grać piłką”, a jego ulubiona koncepcja, to taka, w której wykorzystujemy trzech środkowych obrońców i wyłącznie kreatywnych pomocników.

I chwała mu za to! Szczególnie jeśli chodzi o pierwszą część. Jako wieloletni kibic Reprezentacji mam serdecznie dość słuchania tego, że gra defensywna to nasze DNA, że musimy skupić się na kontrze i stałych fragmentach, a szybkie (i w zasadzie tylko szybkie) skrzydła to coś, co ma prowadzić nas do kolejnych zwycięstw. Takie rzeczy można było nam wmawiać, gdy w drugiej linii mieliśmy Świerczewskiego i Brzęczka, a przed nimi Trzeciaka. Wtedy gdy nasi środkowi obrońcy w postaci Hajty, czy Jopa faktycznie byli w stanie zaoferować nam głównie piłkarską rąbankę, i gdy ekscytowaliśmy się golami Niedzielana dla NEC Nijmegen. Bo to był nasz szczyt. I tu nie chodzi o brak szacunku, czy deprecjonowanie powyższych Reprezentantów. Chodzi o to, że my – w sensie piłkarskim – już dawno wyszliśmy z drewnianych chat, o których mówił Beenhakker. Tylko chyba niechcący nam to umknęło…

UDANE DRYBLINGI,SERIE A 
KLUCZOWE PODANIA LEEDS

Nasze obecne pokolenie to zdecydowanie najlepszy sort piłkarzy jakim dysponowaliśmy w XXI. Dlaczego mamy wciąż słuchać, że jedyne co mogą zaoferować nam nasi zawodnicy to przeszkadzanie rywalom? I to w momencie, w którym Klich gra klepką przed oczami Van Dijka, ładując w międzyczasie bramę Alissonowi, wtedy kiedy Zieliński pyka sobie piłką w polu karnym rywala, po czym zdobywa gola w stylu Bergkampa, czy w momencie, w którym Bednarek, gra od deski do deski na poziomie Premier League, świetnie czując się w nowoczesnym systemie Hasenhuttla.

A Bielik, który pewnie za chwilę wyfrunie z Derby, bo pod względem rozegrania przerasta resztę klubowych pomocników? A czekający na weryfikację w dużej piłce, ale już teraz zaawansowani technicznie Moder i Karbownik? Mało? No to jest jeszcze Walukiewicz, Dawidowicz, Szymański, Jóźwiak czy choćby pominięci do tej pory Milik i Lewandowski. To wszystko zawodnicy, którzy są dobrzy, lub bardzo dobrzy z futbolówką przy nodze i którzy w większości stanowią o sile swoich klubów.

CELNE PODANIA DERBY
 CELNE PODANIA SOUTHAMPTON

Tak więc Panie Sousa, zacznijmy grać piłką. Niech Pan nie słucha Bońka i tych wszystkich ekspertów, którzy powiedzą Panu, że polski futbol skrzydłami stoi, że kontratak i wrzutka, i że tylko i wyłącznie 4-4-2. To już było. My chcemy czegoś więcej. 

Ba! Mamy pełne prawo sądzić, że to wypali!

Weź Pan więc chłopaków, wypróbuj z nimi swoje ulubione 1-3-4-2-1 i przede wszystkim pozwól im i nam uwierzyć, że to nie jest coś, czego nie są w stanie pojąć. 

Zresztą, skąd w ogóle ten pomysł? 

Glik spędził pół kariery grając trójką z tyłu, Bednarek zna ten system z Southampton, Walukiewicz z Cagliari, a nasi boczni obrońcy jak Rybus, Bereszyński, Karbownik, czy Kędziora, na pewno znajdą parę by zasuwać przez 90 minut. Albo i dłużej. 

A Bielik, Zieliński, Klich, Milik i Lewandowski? Przecież to czysta piłkarska inteligencja! My naprawdę mamy w kim wybierać, i mamy w czym rzeźbić.

Potrzebny nam tylko ktoś, kto to wszystko ogarnie. Kto otworzy pewne furtki. I Panie Sousa, obyś był to Pan. 

*źródło statystyk: Sofascore

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem

Moim gościem był Mark Higgins. Kibic, który od 45 lat kibicuje Kanonierom, a na pierwszym swoim meczu był w 1979 roku, gdy Arsenal grał przeciwko Stoke na Highbury. Na mecze domowe oraz wyjazdowe uczęszcza regularnie od 1983 roku. Głównym tematem naszej rozmowy był pamiętny finał Pucharu UEFA z 2000 roku, gdy Arsenal mierzył się z Galatasaray. Zapraszam!

Czytaj dalej „Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem”

Premier League. Podsumowanie rundy.

Połowa sezonu Premier League za nami! Oczywiście, wszelakie komplikacje związane z coronavirusem sprawiły, że część zespołów z ligi ma rozegranych już aż 20 spotkań, inne zaledwie 17 (sytuacja na dzień 26.01). Nie zmienia to faktu, że końcówka stycznia wydaje się odpowiednim terminem na to, by pomówić o tym co na ten moment już wiemy. Tak więc bez zbędnego przedłużania, zapraszam na podsumowanie Premier League, na półmetku sezonu 20/21. Oto XI rundy.

BRAMKARZ: EMILIANO MARTINEZ (ASTON VILLA)

Wygląda na to, że włodarze z Villa Park zrobili interes życia. 17,5 mln euro wydane na argentyńskiego bramkarza to w zasadzie drobne, jeśli wziąć pod uwagę, to co były zawodnik Arsenalu wyczynia w bramce. Jego postawa przyczyniła się do zachowania aż 9 czystych kont (2 wynik w lidze) i pozwoliła Aston Villi na zajęcie bezpiecznego 9 miejsca w tabeli, w połowie ligowego sezonu. A przecież w poprzednim nad zespołem z Birmingham unosiło się widmo spadku.

LEWY OBROŃCA: ANDREW ROBERTSON (LIVERPOOL FC)

To już nie ten sam Liverpool co kampanię temu. Zespół The Reds zmaga się w ostatnich tygodniach z wielkimi problemami. Ale to właśnie Szkot jest jedynym z nielicznych, którzy nie obniżyli lotów w stosunku do poprzednich rozgrywek. Popularny „Robbo” wciąż gra swoje. Żelazne płuca, nieustępliwość w defensywie i ciąg na bramkę, to coś co nadal możemy obserwować u defensora z Liverpoolu, który na ten moment ma na koncie 1 bramkę i 5 asyst.

ŚRODKOWY OBROŃCA: RUBEN DIAS (MANCHESTER CITY)

Guardiola miesiącami szukał kogoś kto w końcu zastąpi lidera defensywy, jakim był Vincent Kompany. I chyba w końcu się udało. Portugalczyk wszedł do Premier League razem z drzwiami, z miejsca stając się najlepszym środkowym defensorem w lidze. Siła, agresywność, gra w powietrzu, a także odpowiednie zachowanie z piłką przy nodze, to coś co wzniosło całą defensywę „The Citizens” na zupełnie inny poziom i pozwoliło jej na zachowanie 10 czystych kont, w momencie, w którym były piłkarz Benfici przebywał na boisku. Zresztą, zespół Guardioli stracił w tym sezonie zaledwie 13 goli w 19 spotkaniach, do czego w dużej mierze przyczynił się właśnie Dias.

ŚRODKOWY OBROŃCA: WESLEY FOFANA (LEICESTER CITY)

Odejście Chilwella oraz kontuzja Soyuncu miały zachwiać defensywą Leicester. Nic z tych rzeczy. I wielka w tym zasługa francuskiego obrońcy, który trafił na King Power Stadium przed obecnym sezonem. 20- latek to najbardziej wyrazista postać w bloku obronnym „Lisów”. Szybki, zdecydowany, dobrze operujący piłką. Jego gra przyczyniła się to zachowania 5 czystych kont (w momencie jego przebywania na boisku) i straty stosunkowo niewielkiej liczby 21 goli w 19 spotkaniach, przez zespół Rodgersa. Doskonały transfer włodarzy z Leicester.

PRAWY OBROŃCA: JOAO CANCELO (MANCHESTER CITY)

Portugalczyk trafiał na Etihad z etykietą jednego z najlepszych bocznych obrońców na świecie. Jego początki w Manchesterze były jednak trudne. W poprzedniej kampanii nie grał niemal wcale, a jego proces adaptacji trwał bardzo długo. Cierpliwość popłaciła. Dziś jest to zdecydowanie najlepszy prawy defensor w lidze (choć grywał również z lewej strony) i ktoś kto – zgodnie z ideą nowoczesnego futbolu – daje ofensywie City nową jakość, nie zaniedbując przy tym gry obronnej. Cancelo jest dosłownie wszędzie, a jego odwaga i otwarta gra owocuje współczynnikiem kluczowych podań na poziomie 2.1 takiego zagrania na mecz, co jest najlepszym wynikiem w lidze, jeśli brać pod uwagę obrońców.

DEFENSYWNY POMOCNIK: PIERRE-EMILE HOJBJERG (TOTTENHAM HOTSPUR)

Brakujące ogniwo w układance Mourinho. Kiedy Duńczyk trafiał na Tottenham Hotspur Stadium, kojarzyliśmy go co prawda z solidną grą, ale też raczej nie obiecywaliśmy sobie po nim aż tak wiele. Ot, ciekawe uzupełnienie. Nic bardziej mylnego. Były piłkarz Southampton to absolutnie kluczowy zawodnik w swoim nowym zespole. Niezłomna praca w defensywie (2.8 odbioru na mecz) i wysoka skuteczność podań na poziomie 88%, pomaga uporządkować grę całej drużyny, a ofensywni piłkarze mogą czuć się przy nim komfortowo i swobodnie. Taki ktoś to absolutna konieczność w drużynie prowadzonej przez The Special One’a.

ŚRODKOWY POMOCNIK: KEVIN DE BRUYNE (MANCHESTER CITY)

Najlepszy piłkarz poprzedniej kampanii Premier League nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Owszem, w ostatnich tygodniach ma on problem ze skutecznością, czym doprowadza do szału ufających mu graczy FPL, ale to wciąż ktoś kto jest w stanie strzelić 3 gole i zaliczyć 10 asyst na przestrzeni 19 spotkań. Jeśli do tego dołożyć kluczowe podania na poziomie 3.2 takiego zagrania na mecz, to wiemy, że w ofensywie The Citizens nic nie może odbyć się bez wiedzy i ingerencji Belga. 

ŚRODKOWY POMOCNIK: BRUNO FERNANDES (MANCHESTER UNITED) 

Kibice „Czerwonych Diabłów” zarzekają się, że nie samym Portugalczykiem Manchester stoi, ale umówmy się, mówimy o piłkarzu, który z miejsca podniósł poziom całego zespołu już w poprzednim sezonie, a teraz kontynuuje swą misję. Bruno Fernandes to 11 goli i 7 asyst w 19 meczach, a także liczba 2.9 kluczowego podania na mecz. Pomocnik z Old Trafford to zawodnik, który jako pierwszy w historii PL został czterokrotnie wybrany piłkarzem miesiąca, w trakcie jednego roku. Ostatnie takie wyróżnienie otrzymał za grudzień. Fenomen, zdecydowanie najlepszy piłkarz i najważniejsze ogniowo obecnego lidera Premier League.

SKRZYDŁOWY: HEUNG-MIN SON (TOTTENHAM HOTSPUR)

Koreańczyk to wicelider tabeli strzelców. Jego 12 goli to imponujący dorobek. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że piłkarz ten nie zawdzięcza żadnej z tych bramek uderzeniu z rzutu karnego. Wśród całej czołówki najlepszych obecnie snajperów Premier League jest to absolutny unikat. Jeśli dołożyć do tego 6 asyst zaliczonych przez Sona, to jawi nam się obraz zdecydowanie najlepszego skrzydłowego w Premier League. Jego współpraca z Kanem – do której zaraz przejdziemy – zachwyca nas od samego początku rozgrywek i zdecydowanie nie jest czymś, obok czego przechodzimy obojętnie.

ŚRODKOWY NAPASTNIK: PIŁKARZ RUNDY: HARRY KANE (TOTTENHAM HOTSPUR) 

Tak samo tyczy się progresu jaki pod wodzą Mourinho zalicza jego klubowy kolega. Anglik to dziś nie tyle środkowy napastnik, co rozgrywający zespołu Spurs. Oczywiście, kapitan drużyny z Londynu wciąż strzela jak na zawołanie (12 goli), ale też dorzuca do tego worek asyst. Łącznie ma ich już 11. On i Son to symbioza, której na boiskach Premier League nie widzieliśmy od 25 lat. Anglik i Koreańczyk pomogli sobie w zdobywaniu bramek już 13 razy, stając się tym samym najlepiej współpracującym duetem od czasów Shearera i Suttona. I pomyśleć, że zanim Kane na dobre trafił pod skrzydła Mourinho, Paul Merson radził mu uciekać z klubu, gdyż miał on nie pasować do stylu preferowanego przez Portugalczyka. Skończyło się to tak, że Kane jest na ten moment liderem Klasyfikacji Kanadyjskiej Premier League i znajduje się w życiowej formie. Ah, ci eksperci…

SKRZYDŁOWY: JACK GREALISH (ASTON VILLA)

Obok Bruno Fernandesa najbardziej wpływowy piłkarz Premier League. Anglik dominuje ofensywną statystykę kluczowych podań (3.6). Do tego dorzuca „duże liczby” na poziomie 5 bramek i 8 asyst. Prawdziwy lider i reżyser gry zespołu z Birmingham, bez którego ciężko wyobrazić sobie ofensywę zespołu z Villa Park. W „jedenastce rudny” z konieczności na skrzydle. Kibice „The Villans” powinni się modlić, by ich kapitan nie dał się skusić, któremuś z silniejszych klubów. A będąc w takiej dyspozycji mógłby grać w dosłownie każdym. Nie ważne czy to Anglia, Włochy, czy jeszcze inna Hiszpania.

ŁAWKA:

Alisson (Liverpool FC): dobry i solidny sezon, ale póki co czegoś tu jeszcze brakuje, podobnie jak całemu zespołowi The Reds 

Eric Dier (Tottenham Hotspur): kolejny beneficjent przybycia Mourinho na Tottenham Stadium, zdecydowany i niemal bezbłędny 

James Justin (Leicester City): próba wejścia w buty Chilwella w 100% udana, przed młodym piłkarzem „Lisów” duża przyszłość 

Ilkay Gundogan (Manchester City): o jego obecności na ławce zadecydowały kwestie taktyczne, po prostu chciałem mieć w składzie typowego defensywnego pomocnika, a do Bruno i Kevina jednak ciężko podskoczyć, nie zmienia to faktu, że 7 goli i piłkarska jakość Niemca robią ogromne wrażenie 

Mohamed Salah (Liverpool FC): obok Robertsona i Alissona najrówniejszy piłkarz The Reds, 13 goli wzbudza szacunek , ale już fakt, że aż 5 z nich padło z rzutów karnych nieco studzi emocje, rywalizację przegrał z Grealishem, ale od pierwszego składu był o krok

Jamie Vardy (Leicester City): Anglik robi to co potrafi najlepiej – strzela gole (łącznie 11), ale też asystuje (łącznie 5) i walczy za zespół, póki co pomogło to „Lisom” w zajęciu miejsca na podium 

TRENER RUNDY: BRENDAN RODGERS (LEICESTER CITY)

Poprzednia kampania w wykonaniu „Lisów” to bardzo solidny czas. Oczywiście, brak awansu do Ligi Mistrzów, który w pewnym momencie wydawał się całkiem realnym, oznacza pewien niedosyt. Mimo wszystko 5 miejsce budzi uznanie. Obecny sezon miał być trudniejszy. Takim piłkarzom jak Vardy czy Schmeichel lecą latka, z klubu odszedł Chilwell, a Soyuncu złapał kontuzję. Co z tego? Rodgers zna się na robocie jak mało kto. W miejscu nieobecnych pojawiła się świeża krew, a starsi wciąż są w gazie. Leicester to dziś zespół stabilny, odpowiednio zbalansowany i taki, który nie boi się rywalizacji z najsilniejszym, o czym świadczą choćby zwycięstwa z Manchesterem City, Tottenhamem, czy remis z Manchesterem United. Owocem świetnej pracy byłego menadżera Celticu, jest trzecie miejsce Leicester na półmetku sezonu. Może tym razem uda się na stałe zagościć w top4?

ROZCZAROWANIE RUNDY: LAMPARD I CHELSEA

Apetyty były spore. Poprzednia kampania The Blues miała stanowić okresem przejściowy, przez który mogłoby się wydawać, przebrnięto całkiem sprawnie. Lampard wraz ze swoim zespołem zakwalifikował się do Ligi Mistrzów i generalnie zostawił po sobie dobre wrażenie. Transferowy ban okazał się nie taki straszny, jakim go malowano. Teraz miało być już tylko lepiej. Niestety obecne rozgrywki to pasmo rozczarowań. Wielomilionowe transfery takich piłkarzy jak Werner, Ziyech, czy Havertz, póki co nie wyszły nikomu na dobre. Chelsea gra źle, zajmuje niską pozycję w tabeli, a co gorsza w ich poczynaniach nie widać poprawy. Efekt? Zwolnienie klubowej legendy i sięgniecie po Tuchela. A miało być tak pięknie.

ZASKOCZENIE RUNDY: WEST HAM UNITED

Zespół Davida Moyesa na 4 miejscu Premier League! I nie, wcale nie cofnęliśmy się w czasie do okresu jego pracy w Evertonie. Młoty pod wodzą doświadczonego szkoleniowca zdejmują kolejne skalpy i po cichu pną się w górę w ligowej tabeli. Oczywiście, tylko szaleniec byłby gotów postawić pieniądze na to, że zespół z Londynu zakwalifikuje się do pucharów. Ale na półmetku wygląda to bardzo dobrze i stąd gratulacje dla Fabiana, jego czeskich kolegów i pozostałych piłkarzy West Hamu.

Tym optymistycznym akcentem kończyny podsumowanie pierwszej rundy angielskiej Premier League. Obecny sezon to rozgrywki zdecydowanie bardziej wyrównane niż kampania 19/20. 

Dziś możemy się zastanawiać, czy Manchester utrzyma fotel lidera? Czy Son z Kanem nadal będą trapić obrońców? Czy ktoś wyprzedzi Salaha? Wiele pytań, mało odpowiedzi. Tutaj może wydarzyć się absolutnie wszystko. Do zobaczenia po ostatnim gwizdku.

*źródło statystyk Sofascore (na dzień 26.01.2021)

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rok Bruno Fernandesa na Old Trafford

Dokładnie rok temu Manchester United za pośrednictwem swojej strony internetowej poinformował cały świat o pozyskaniu rewelacji ligi Portugalskiej ze Sportingu. Spekulacji oraz oczekiwań wobec nowego nabytku było sporo, jednak z perspektywy czasu wiemy, że sprowadzenie Bruno do Anglii było strzałem Ole Gunnara w dziesiątkę. Piłkarz od tamtego momentu rozwinął się na niesamowity poziom, co przełożyło się także na funkcjonowanie drużyny. Po roku spędzonym na Old Trafford przez Fernandesa można jasno stwierdzić, że był to jeden z najlepszych transferów ostatnich lat w Premier League.

TRANSFER I OCZEKIWANIA


Ole Gunnar Solskjaer według doniesień, sprawę sprowadzenia Bruno Fernandesa dyskutował z zarządem już przed sezonem 2019/20. Wówczas do transakcji jednak nie doszło, ponieważ być może właściciele nie darzyli jeszcze zbyt wielkim zaufaniem Norweskiego szkoleniowca, a już wtedy byłby to spory wydatek. Jednak w zimowym okienku ubiegłego sezonu, kiedy Portugalczyk rozegrał kolejne fenomenalne pół roku w barwach Sportingu (8 bramek i 7 asyst w samej lidze), zarząd zezwolił na negocjacje z zawodnikiem. Ostatecznie 29 stycznia 2020 roku Manchester United poinformował o sprowadzeniu Bruno za około 60 milionów euro.


Kwota jak na zawodnika spoza czołowej piątki lig robi ogromne wrażenie i równie spore były oczekiwania wobec nowego piłkarza. Za sobą miał 137 występów w barwach Sportingu, w których strzelił 63 bramki i zaliczył 52 asysty. Wynik absolutnie fenomenalny. Przychodząc do Premier League, nikt raczej nie oczekiwał od niego podobnych rezultatów, bo wiadomo – wyższy poziom. Jednak każdy sądził, że płacąc taką kwotę za piłkarza, ten w dość szybkim tempie wpasuje się w drużynę i będzie pokazywał się z najlepszej strony. Spore nadzieje wobec nowego nabytku miał także, a być może nawet i przede wszystkim Solskjaer. Szkoleniowiec Czerwonych Diabłów naciskając na zarząd w kontekście tego transferu, musiał oczekiwać od piłkarza, że ten go nie zawiedzie i udowodni wszystkim swoją wartość. Jakby nie patrzeć, był to także brakujący element układanki w całej drużynie United. Wszystkie pozycje były na swój sposób już obsadzone, ale brakowało solidnego playmakera, który będzie gwarancją sporych liczb. Stawiając więc na konkretnego zawodnika do tej roli, ten musi się liczyć, że wszystkie oczy w najbliższym czasie będą zwrócone właśnie na niego, a nagła zmiana formy zespołu będzie zapewne efektem jego przyjścia.

Dzisiaj jednak już wiemy, że Portugalczyk nie tylko spełnił wszystkie oczekiwane punkty na liście, ale też dopisał własne, jeszcze bardziej wygórowane, które także wypełnił. Z perspektywy czasu nikt nie może się przyczepić do tego transferu, a co najwyżej pogratulować wszystkim osobom za niego odpowiedzialnym, że doszedł on do finalizacji.

ŻYCIOWA FORMA


W trakcie dwu i półrocznego pobytu w Sportingu Fernandes rozgrywał fenomenalne zawody, będąc prawdopodobnie najlepszym piłkarzem portugalskiej Ekstraklasy. W sezonie 2018/19 w samych rozgrywkach ligowych zdobył 20 bramek i 13 asyst, co nawet w Primeira Liga robi ogromne wrażenie. Wizja przebicia dyspozycji z rodzimego kraju piłkarza była w głowach kibiców raczej dość odległa. Na pewno nie przypadała na sam początek przygody w nowym klubie, tylko bardziej w kontekście kilku przyszłych lat. Sam piłkarz miał jednak inne plany. Bruno jest trochę zaprzeczeniem definicji i stereotypów dotyczących zawodnika grającego na pozycji „10”. Według wielu stwierdzeń rozgrywający jest typem piłkarza z definicji mało zaangażowanym w defensywę. Ma on za zadanie głównie wykreować sytuacje po otrzymanej piłce, a samemu nie za wiele o nią walczy. Fernandes, mimo że występuję na pozycji dziesiątki, to takim typem zawodnika nie jest. Włącza się do odbioru niemal zawsze, gdy jest do tego okazja. Statystyka „przechwyty na mecz” wynosi u niego średnio 0.8, a dla przykładu u Jamesa Maddisona – zaledwie 0.3.


U Bruno wielki talent idzie więc równomiernie w parze z ogromną pracowitością i wolą walki na boisku. Głównie właśnie dzięki temu bez większych problemów, a wręcz z futryną wszedł do najlepszej ligi świata. Non-stop robi progres, ciągle stara się doszlifować niedoskonałości, i to go właśnie doprowadziło do miejsca, w którym jest. Runda wiosenna w poprzednim sezonie była wręcz fenomenalna w jego wykonaniu, więc jak określić tę jesienną obecnego? Każdy kibic Manchesteru United chciałby, aby wszedł na jeszcze wyższy poziom, jednak wielkim wyczynem będzie utrzymanie obecnej przez jak najdłuższy czas.


Często mówi się, że piłkarz potrzebuje czasu, aby przyswoić się do ligi. Szczególnie takie stwierdzenia występują w najmocniejszych rozgrywkach krajowych, a już na pewno, kiedy trafi do niej piłkarz grający dotychczas w teoretycznie słabszej lidze. Bruno Fernandes jednak z miejsca obalił to przekonanie, zdobywając już w pierwszym miesiącu gry statuetkę najlepszego zawodnika lutego Premier League. Bycie najlepszym piłkarzem nawet w okresie kilku tygodni w tak mocnej lidze jest dużym wyróżnieniem, a zdobycie tego tytułu w trakcie pierwszych spotkań w tychże rozgrywkach, jest osiągnięciem na skalę historyczną. Taki też był właśnie miniony rok dla Portugalczyka, bo bez względu czy w przyszłości zaliczy jeszcze lepsze okresy – pierwsze miesiące w Manchesterze utkwią mu w pamięci do końca życia. Liczne indywidualne nagrody, masa rekordów, czy ogrom fenomenalnych występów – a to wszystko w zaledwie jeden rok.


WPŁYW NA DRUŻYNĘ

Życiowa forma najlepszego zawodnika drużyny mocno wpływa na zespół i nie inaczej było z Czerwonymi Diabłami. Być może nie był to najlepszy rok w całej historii jak w przypadku Bruno, ale już na pewno najwybitniejszy i najbardziej obiecujący w ostatnich kilku latach. Przyjście Fernandesa było uzupełnieniem brakującej części układanki, ale spowodowało także znaczny wzrost formy innych zawodników.

Bezpośredniego wpływu na to sam Bruno raczej nie miał, ale jego wybuch formy był impulsem oraz natchnieniem do cięższej pracy innych zawodników, oraz samego trenera. Mając piłkarza, wokół którego można budować wyjściowy skład, szkoleniowiec ma szanse bardziej się skupić na innych czynnikach pracy.

Portugalczyk pełni niesamowicie ważną funkcję w taktyce drużyny, ale nie można stwierdzić, że drużyna jest od niego niemal całkowicie uzależniona. Bywały momenty, tym bardziej w ostatnim czasie, kiedy Bruno w przeciwieństwie do reszty drużyny – rozegrał przeciętne spotkanie, a mimo to United zdołało zagrać zadowalające zawody. Wypadnięcie Fernandesa na pewien okres mogłoby w jakimś stopniu odcisnąć piętno na funkcjonowaniu zespołu, jednak nie stanąłby on raczej w miejscu, a w tak wielkiej machinie jest to ważny element. Nikt raczej nie chciałby przeprowadzić eksperymentu pod tytułem „Co gdyby nie Bruno?”, a już na pewno nie Ole Gunnar. Związek Bruno Fernandes – Manchester United zbiera owoce z dwóch stron i bez żadnego kryzysu potrwa to jeszcze przez długi czas. Póki jedna ze stron będzie wierna drugiej, wszystko w tej kwestii powinno funkcjonować wyśmienicie.

MATEUSZ PEREK

This Is England #11. Paolo Di Canio i jego one man show

Paolo Di Canio to jedna z najbarwniejszych postaci, która przewinęła się przez Premier League. Przez ponad dwadzieścia lat swojej kariery kontrowersyjny Włoch szokował, oburzał, ale też zapierał dech w piersi swoją efektowną grą. Przez ten czas Di Canio wykreował kilka momentów, które przeszły do historii światowego futbolu. Spotkanie z Bradford, które West Ham rozegrał w lutym 2000 roku, było chyba tym, które najlepiej zaprezentowało wszystkie cechy, sprawiające, że wychowanek Lazio był najlepszym showmanem, jaki kiedykolwiek pojawił się na Wyspach Brytyjskich.

Czytaj dalej „This Is England #11. Paolo Di Canio i jego one man show”

Idol i Mistrzostwo Szwecji – podwójne życie Kevina Walkera.

Szwecja to absolutny potentat na rynku muzyki popularnej. Niezależnie, jaki gatunek był w ostatnich latach na topie, Szwedzi zawsze tworzyli największe przeboje. ABBA, Roxette, Ace of Base, Avicii, Zara Larsson. Artyści z tego kraju wygrali już prawie wszystko: od Eurowizji, przez Grammy aż do… mistrzostwa kraju w piłce nożnej.

Ta historia rozpoczyna się już w 1983 roku. 24-letni wówczas Patrick Joseph Walker jest solidnym graczem ligi Irlandzkiej. Ma na swoim koncie ponad 50 ligowych spotkań i kilka występów w młodzieżowej reprezentacji Irlandii. Nagle, ni stąd, ni zowąd dostaje ofertę od szwedzkiego klubu BK Häcken. Nazwy tego zespołu nie potrafi nawet poprawnie wymówić, a oni chcą, żeby dla nich grał. Odruchowo odrzuca więc ofertę, ale po dłuższym zastanowieniu decyduje się na transfer. Pod wieloma względami była to najlepsza, choć najtrudniejsza decyzja w jego życiu. W Szwecji osiedla się już na stałe. Wkrótce na świat przychodzi jego syn – Kevin.

CZERWONY DIABEŁ Z ZIELONEJ WYSPY

Chłopiec był typowym marzycielem, ale przede wszystkim wielkim fanem Manchesteru United. Chciał być jak Roy Keane. Zawsze kładł się więc spać z opaską kapitana na ramieniu. Gdy komentatorzy zwracali uwagę na kolejny brutalny faul jego idola, on tylko przyklaskiwał i mówił pod nosem, że żadnego faulu nie było. Widział w nim bohatera, do dziś występuje głównie na jego pozycji. Miłość do muzyki również towarzyszyła mu od najmłodszych lat. Tym razem jednak za sprawą dziadka – rodowitego Irlandczyka, którego głęboki, niski głos potrafił hipnotyzować. To właśnie on robił na chłopcu największe wrażenie. Jeszcze większe niż Roy Keane na boisku. Początkowo Kevin zaczął realizować tylko jedną z pasji. Przy pomocy ojca zaczął kopać piłkę w lokalnych szwedzkich klubach. O swoim talencie muzycznym przypomniał sobie dopiero w wieku 20 lat, leżąc na szpitalnym łóżku.

6-STRUNOWA TERAPIA

Mamy rok 2009. Do szpitala w Sztokholmie zostaje przyjęty kolejny pacjent. Imię: Kevin, nazwisko: Walker. Jego stan jest ciężki, a sprawcą całego zamieszania okazuje się być Posocznica, paskudna choroba. Z jej powodu będzie pauzował przez następne 12 miesięcy. Czas spędzony w szpitalu nie poszedł jednak na marne. „Nie mogłem grać na konsoli, a co gorsza trenować. Postanowiłem więc kupić swoją pierwszą gitarę. Z czasem zacząłem komponować własne piosenki” – przyznał w jednym z wywiadów. Dzisiaj mówi, że gdyby w jego domu wybuchł pożar, w pierwszej kolejności ratowałby rodzinę, a potem ruszył po gitarę. To właśnie z nią spędził przecież najgorszy okres w życiu.

IDOL

Futbol w Skandynawii uczy pokory. Wydaje się, że grając za granicą w piłkę łatwo można odlecieć, stracić grunt pod nogami. Otóż nie. Szczególnie jeżeli nie starcza ci „do pierwszego” i musisz pracować w rzeźni, szkole, czy na budowie. Ostatnio norweska prasa podała informację, że solidny ligowy napastnik – Even Østensen zakończył karierę w wieku 27 lat, po czym wrócił do pracy w fabryce. Zdobywca Pucharu Norwegii pracuje przy hodowli halibuta jeszcze przed trzydziestką. Abstrakcja. W Szwecji sytuacja wygląda nieco lepiej, ale gdy grasz w niższych ligach dorabianie jest zupełnie naturalne. Nie inaczej było w tym przypadku. Wszystko zaczęło się od bowiem występu w lokalnym kasynie.

To miał być jednorazowy występ, kilka piosenek za kilkaset koron. Kevin zastępował swojego przyjaciela, który musiał zaopiekować się dzieckiem. Swoją robotę wykonał znakomicie. Jednej z osób bawiących się wówczas w kasynie tak bardzo spodobał się jego występ, że nagrała go, a film wysłała na casting do 9 edycji szwedzkiego Idola. Program powracał po dwuletniej przerwie, wcześniejsza jego formuła nie była bowiem wystarczająco interesująca. Wiadomość ze wspomnianym filmem wkrótce jednak sprawiła, że przed telewizorami zebrany był prawie cały kraj.

Kilka tygodni później piłkarz dostał maila z zaproszeniem na casting, który odbywał się w Sundsvall. Początkowo uważał to za zwykły żart, ale w sumie niedziele miał wolną. Czemu miał nie spróbować? Na przesłuchaniu zaśpiewał piosenkę „Soldier” Gavina DeGraw. Do programu dostał się bez większych problemów, a jurorzy byli nim tak zachwyceni, że proponowali mu porzucenie kariery piłkarskiej na rzecz muzyki. Szwed na szczęście nigdy tego nie zrobił.

Walker w mgnieniu oka stał się jednym z najpopularniejszych szwedzkich piłkarzy, pomimo tego, że nigdy nie zadebiutował w reprezentacji. Ludzie oszaleli na jego punkcie. Każdy z osobna chciał, aby jego sukces stał się faktem. Specjalnie dla niego loty z Sundvall do Sztokholmu zostały opóźnione. Gdy kolejne etapy Idola zbiegały się w czasie z meczami jego drużyny, specjalnie dla niego zmieniono kalendarz rozgrywek. „Pamiętam, że przed finałem Idola podeszło do mnie kilka kobiet i powiedziało, że jeśli Kevin nie wygra, już nigdy nie obejrzą tego programu” – wspomina ojciec zawodnika. Swojej obietnicy nie musiały dotrzymywać. Walker wygrał, w finale śpiewając u boku samego Robbiego Williamsa.

Ciekawsze jest jednak to, co działo się tuż przed samym finałem. Gdy piłkarz przygotowywał się do ostatniego występu, ktoś złapał go za ramię. Odwrócił się i był w szoku. Robbie Williams. Nie mówiłeś mi, że jesteś piłkarzem. Wiesz, że spełniasz moje marzenie z dzieciństwa? „Zaczęliśmy gadać o futbolu, tak jakby nigdy nic. Mało brakowało, a spóźniłbym się na swój ostatni występ. – wspomina po latach Walker w krótkim dokumencie na kanale OneFootball English. Jego historia stała się medialna, a wkrótce o istnieniu śpiewającego piłkarza usłyszano poza granicami kraju. Materiał z jego pierwszego przesłuchania zebrał do tej pory prawie dwa miliony wyświetleń na YouTubie.

MISTRZ SZWECJI

Przez pierwsze lata kariery Kevin grywał głównie w drużynach prowadzonych przez własnego ojca. To on jako trener Örebro dał mu szansę na debiut w dorosłej piłce. Wkrótce został jednak zwolniony, a jego syn zaczął być notorycznie wypożyczany do zespołów z niższych lig. Najgorsze co mogło mu się wówczas przytrafić to przerwa od futbolu, a wraz z nią feralny rok 2009.

Odżył dopiero w GIF Sundsvall, do którego trafił na stałe w roku 2012. To tam najbardziej rozwinął się zarówno sportowo, jak i muzycznie. Stał się gwiazdą, ale nie przeszkadzało mu to w regularnej grze na zapleczu szwedzkiej ekstraklasy. Co więcej, najlepiej na boisku czuł się właśnie podczas trwania programu. Między kolejnymi audycjami „Idola” Kevin rozegrał w lidze trzy spotkania, w których zdobył trzy bramki. Jego drużynie nie udało się jednak wywalczyć awansu. Na sukcesy sportowe musiał cierpliwie poczekać jeszcze kilka lat.

W 2015 roku Walker trafia do Djurgården. To właśnie tutaj osiągnął najwięcej, choć jego pozycja w zespole z roku na rok stawała się coraz słabsza. Grał w środku pola, na boku obrony, na skrzydle. Mówiąc kolokwialnie, był zapchajdziurą. Chciał łapać jak najwięcej minut, co już niebawem mu się opłaciło. W 2018 roku Djurgården wygrało Puchar Szwecji, w 2019 zostało natomiast mistrzem kraju. Pokazali, że nie są „tym gorszym klubem ze Sztokholmu”, a Kevin Walker udowodnił, że nie jest gorszym piłkarzem niż piosenkarzem. Od przyszłego sezonu Szwed będzie reprezentował barwy Örebro. Wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło.

W WIELKIM ŚWIECIE

Po wygraniu mistrzostwa Walker może wreszcie czuć się spełniony, a jego kariera muzyczna nabiera tempa. Setki tysięcy słuchaczy na Spotify, kontrakt z Universal Music i debiutancka płyta, która pokryła się platyną. Występował już z Robbiem Williamsem, współpracował z Jörgenem Elofssonem, który pisał piosenki dla Kelly Clarkson i Britney Spears. Wciąż czegoś mu jednak brakuje. Piłkarz marzy o występie na Madison Square Garden. Twierdzi, że każdy może się tam dostać. Jak powtarza, od sławy dzieli nas przecież tylko kilka prostych piosenek.

MACIEJ SZEŁĘGA

Jak odśpiewać dwa hymny. Niecodzienne historie.

Chęć gry na wielkim turnieju, to marzenie wielu młodych piłkarzy. Reprezentowanie kraju to zaszczyt i duma, ale wielu zawodników decyduje się na zmianę barw narodowych. Dlaczego? Składa się na to wiele czynników. Federacje walczą o perspektywicznego piłkarza już od wieku juniora. Gwarancja reprezentowania kraju na wielkich turniejach i sięgania po trofea to marzenie każdego piłkarza od dziecka. Mamy też wiele przypadków polegających na tym, że zawodnik wybiera „na papierze” gorszą reprezentację, żeby móc usłyszeć hymn prosto z murawy. Piłkarze często odkopują drzewo genealogiczne, żeby potwierdzić powiązanie dziadków z terytorium danej federacji. Naturalizowanie piłkarzy to temat znany już od wieków, ale czy znacie przypadki, gdzie zawodnik reprezentował dwie seniorskie reprezentacje? Nie mowa tu o przypadkach z dalekiej przeszłości tj. Michel Platini, czy Alfredo Di Stefano. Mowa tu o piłkarzach, których w dalszym ciągu możemy podziwiać w telewizji. Wolno nazwać tych zawodników wyjątkowymi, ponieważ jest to bardzo wąskie grono.

Declan Rice (3 występy dla Irlandii i 13 występów dla Anglii)


Utalentowany piłkarz West Ham United od najmłodszych lat stał przed trudnym wyborem. Declan był pesymistą i uważał, że w dalekiej przyszłości nie będzie otrzymywał powołania od selekcjonera reprezentacji Anglii. Dziadkowie Rice pochodzili z Corku, a piłkarz poważnie zastanawiał się nad reprezentowaniem Irlandii. Niepewność młodego piłkarza bardzo szybko wykorzystali trenerzy juniorskich reprezentacji „Zielonej Armii”. Piął się po szczeblach kariery, aż w końcu przełomowym rokiem okazał się 2017, kiedy zawodnik wszedł w wiek dorosłości. Rice otrzymał nagrodę dla najlepszego piłkarza młodego pokolenia w Irlandii i zadebiutował w Premier League. Wtedy zaczęli zwracać uwagę na niego Anglicy. Declan otrzymywał coraz więcej minut w seniorskiej drużynie West Hamu, aż w końcu otrzymał powołanie do dorosłej reprezentacji Irlandii. Zadebiutował 23 marca 2018 roku w spotkaniu z Turcją.

Pod wodzą Martin O’Nelia wystąpił w trzech meczach. Z uwagi na rozwój, piłkarz zaczął poważnie zastanawiać się, czy podjął słuszny wybór. Anglicy szybko rozpoczęli podchody pod młodego piłkarza. Obie reprezentacje walczyły o usługi Declana. Irlandczycy oferowali opaskę kapitana na samym wstępie i budowę reprezentacji wokół jego osoby, natomiast Anglicy oferowali udział na wielkich turniejach i sukcesy. 13 lutego 2019 roku ogłosił, że w niedalekiej przyszłości będzie reprezentantem „dumnych synów Albionu”, a już niecały miesiąc później FIFA potwierdziła jego zmianę lojalności. 13 marca otrzymał powołanie od Garetha Southgate na mecze eliminacyjne do Euro 2020. We wrześniu 2019 roku piłkarz wyjawiał, że otrzymywał internetowe groźby śmierci po zmianie narodowych barw. 18 listopada 2020 zdobył pierwszą bramkę dla Anglii, w spotkaniu Ligi Narodów przeciwko Islandii. Declan Rice był pierwszym piłkarzem, który grał dla obu tych samych krajów, od czasu Jacka Reynoldsa w 1890 roku.

Nacer Chadli (1 występ dla Maroka i 61 występów dla Belgii)


Piłkarz urodził się w Belgii, ale od małego posiadał już dwa obywatelstwa. Tato piłkarza bowiem urodził się w Maroko. Po znakomitym sezonie w belgijskim Apeldoorn zawodnik przeniósł się do Twente. Wtedy na piłkarza zwrócił uwagę Eric Gerets, ówczesny selekcjoner Maroka. Eric skontaktował się z Nacerem, który nie zastanawiając się długo, przyjął propozycję i otrzymał wkrótce powołanie. Chadli nigdy nie występował w reprezentacjach juniorskich, zawsze był odprawiany z kwitkiem przez belgijskich trenerów młodzieżowych. 17 listopada 2010 wystąpił w towarzyskim meczu między Marokiem a Irlandią Północną. Był wyróżniającą się postacią w tym spotkaniu, a kibice „lwów atlasu” zacierali ręce, że udało im się wyciągnąć perełkę. Dwa miesiące później Chadli ogłosił zamiar reprezentowania Belgii na arenie międzynarodowej. FIFA zaakceptowała apelację piłkarza, ponieważ Nacer nie wystąpił w oficjalnym meczu reprezentacji Maroka. Chadli bardzo szybko otrzymał szansę reprezentowania Belgii, ponieważ 9 lutego 2011 roku zadebiutował w spotkaniu z Finlandią. Belg od zawsze był solidnym i wszechstronnym piłkarzem, a jego bramkę na Mistrzostwach Świata w 2018 roku z Japonią w doliczonym czasie gry, Belgowie zapamiętają na długie lata.

Mario Fernandes (1 występ dla Brazylii i 25 występów dla Rosji)


O tym piłkarzu powinna w przyszłości powstać książka. Przed przeprowadzką do CSKA borykał się z alkoholizmem i nie przestrzegał diety. Sam Mario wypowiadał się, że w tamtym okresie wyglądał jak wrak człowieka i do tego zdarzało mu się przychodzić na trening pijanym. Piłkarz przeszedł trudną drogę w karierze, ale w tamtym okresie spełniły się jego marzenia. W 2011 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Brazylii na mecz towarzyski z Argentyną. Ostatecznie szkoleniowiec kadry nie mógł skorzystać z usług piłkarza, ponieważ spóźnił się na samolot, gdyż dzień wcześniej był na imprezie zakrapianej alkoholem. Za ten wybryk otrzymał zakaz powołań do reprezentacji na 3 lata. Po upływie tego czasu otrzymał drugą szansę. Po mundialu w 2014 roku trener Dunga wietrzył szatnię i sprawdzał nowych piłkarzy. Mario Fernandes rozegrał 45 minut w towarzyskim spotkaniu z Japonią. Brazylijczyk występował w CSKA Moskwa od 2012 roku i po upływie 4 lat mógł ubiegać się o obywatelstwo Rosyjskie. Na mocy dekretu prezydenckiego Władimira Putina otrzymał prawo do reprezentowania Rosji na arenie międzynarodowej. Mario z marszu otrzymywał powołania od Stanisława Czerczesowa i był jednym z pewniaków na udział w Mistrzostwach Świata 2018 organizowanych przez Rosję. W ćwierćfinałowym starciu z Chorwacją zdobył bramkę na 2:2 w dogrywce, ale przestrzelił rzut karny w serii „11”. Mario Fernandes obiecał, że jak najszybciej nauczy się języka rosyjskiego i hymnu narodowego, jednak lata mijają, a piłkarz nadal nie spełnił obietnic.

Diego Costa (2 występy dla Brazylii i 24 występy dla Hiszpanii)


Najbardziej znany przykład w ostatnich latach. Diego Costa urodził się w Brazylii i tam stawiał pierwsze kroki w karierze piłkarskiej. Do Hiszpanii trafił w 2007 roku, kiedy Atletico postanowiło ściągnąć utalentowanego młodego piłkarza. Diego nie miał łatwych początków, tułał się po wypożyczeniach, żeby po kilku latach być podstawowym piłkarzem klubu z Madrytu i królem strzelców ligi. 5 marca 2013 roku otrzymał powołanie na towarzyskie mecze reprezentacji Brazylii z Włochami i Rosją. Diego wystąpił w obu spotkaniach, ale nie otrzymał satysfakcjonującej liczby minut. We wrześniu 2013 roku piłkarska federacja Hiszpanii wystosowała oficjalną prośbę do FIFY o pozwolenie na zmianę barw i reprezentowaniu Hiszpanii przez Diego Coste.

Apelacja została zaakceptowana, ponieważ piłkarz zagrał tylko w meczach towarzyskich. 29 października 2013 roku piłkarz zadeklarował, że będzie nosił dumnie koszulkę La Roji, wysyłając pismo do Brazylijskiej federacji piłkarskiej. Kibice tamtejszej reprezentacji byli wściekli, a Luiz Felipe Scolari powiedział, że „Brazylijczyk, który odmawia noszenia koszulki reprezentacji Brazylii i wzięcia udziału w Mistrzostwach Świata w Twoim kraju, zostaje automatycznie wycofany. Odwraca się od marzeń milionów piłkarzy, by reprezentować naszą reprezentację, pięciokrotnych mistrzów świata w Brazylii”. W zbliżających się Mistrzostwach Świata w Brazylii ich były reprezentant i wielka nadzieja na problemy ofensywne, będzie grać dla Hiszpanii. 28 lutego 2014 roku Vincente del Bosque dał szansę zadebiutować Diego w nowej reprezentacji. Costa został powołany na mundial, ale nie może wspominać tego turnieju udanie, gdyż Hiszpanie jako obrońcy tytułu nie wyszli z grupy, a Brazylijscy kibice uprzykrzali życie na każdym kroku piłkarzowi. Ten przykład potwierdza, że Diego piłkarzem był nie tylko kontrowersyjny na boisku, ale także poza nim. Costa nie potrafił udanie zastąpić w reprezentacji Davida Villi, ale zarzeka się, że nie żałuje podjętej decyzji kilka lat temu.

Wilfried Zaha (2 występy dla Anglii i 18 występów dla Wybrzeża Kości Słoniowej)


Piłkarz miał podwójne obywatelstwo. Jego rodzice byli Iworyjczykami, ale na co dzień mieszkali w Anglii. Wychowanek Crystal Palace od najmłodszych lat wyróżniał się szybkością, dryblingiem i nieprzewidywalnymi zagraniami. W lutym 2011 roku wystąpił w spotkaniu z Niemcami do lat 19. Zaha już rok później był podstawowym piłkarzem i zarazem najlepszym w kadrze do lat 21, co zaowocowało powołaniem przez Roya Hodgsona do seniorskiej reprezentacji Anglii w listopadzie 2012 roku. Zadebiutował w meczu towarzyskim ze Szwecją, kiedy pod koniec spotkania zmienił Raheema Sterlinga. Chwilę później o transfer Wilfrieda mocno zabiegał Sir Alex Ferguson, który widział w nim następcę Cristiano Ronaldo. Po przejściu do „Czerwonych Diabłów” Zaha nie przypominał siebie.

Do dziś kibice MU uważają, że był jednym z większych niewypałów. Po kilku wypożyczeniach w 2015 roku wrócił do Crystal Palace, gdzie znów zaczął czarować, jak za dawnych czasów. W dniu 27 listopada 2016 roku Federacja Piłki Nożnej Wybrzeża Kości Słoniowej potwierdziła, że sam piłkarz jest zainteresowany reprezentowaniem kraju. FIFA zaakceptowała prośbę piłkarza. Anglicy walczyli do samego końca, żeby przekonać Zahe, ale w styczniu 2017 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Wybrzeża na Puchar Narodów Afryki. Debiut w nowej reprezentacji zaliczył przeciwko Szwecji, na dzień dobry częstując Giovanniego Sio asystą. Trzy dni później w meczu z Ugandą strzelił pierwszą bramkę. Piłkarz rozkochał w sobie kraj, a do dziś Roy Hodgson pluje sobie w brodę, że nie dał zagrać Wilfriedowi w oficjalnym spotkaniu reprezentacji Anglii, wypuszczając talent z rąk. Aktualnie razem z trenerem pracują w Crystal Palace.

Franco Vazquez (2 występy dla Włochów i 3 występy dla Argentyny)


Piłkarz posiadał dwa paszporty, ponieważ jego ojciec pochodził z Argentyny, a matka była Włoszką. W przeszłości wielu piłkarzy zmieniało kraj z Ameryki Południowej na Italię, ale tutaj ruch poszedł w odwrotną stronę. W młodości nie wyróżniał się na tyle, żeby otrzymywać powołania do młodzieżowych reprezentacji Argentyny, ale zapracował sobie, żeby w 2012 roku trafić do Palermo. Ciężka praca i dobre występy w Serie A zwróciły uwagę Antonio Conte, który był selekcjonerem reprezentacji Włoch. Vazquez oświadczył, że nie jest pewny czy przyjąć ewentualne powołanie. W styczniu 2015 roku jednak wyraził chęć gry dla reprezentacji Italii, otwarcie mówiąc, że w kadrze „Albiceleste” jest zbyt wielka rywalizacja na jego pozycji. 21 marca 2015 roku przyjął powołanie od Antonio Conte, który został skrytykowany przez kibiców, że daje szansę naturalizowanym Włochom tj. Franco Vazquez oraz Eder.

Za Franco wstawił się sam Mauro Camoransesi, piłkarz urodzony w Argentynie, który borykał się z identyczną krytyką. Conte walczył do samego końca z negatywną opinią publiczną w Italii, który sprzeciwiała się jego powołaniom. Vazquez zadebiutował w reprezentacji 31 marca 2015 roku w meczu towarzyskim z Anglią zmieniając Edera, co było kontrowersyjnym ruchem, ale jak sam ówczesny selekcjoner twierdzi – przypadkowym. 16 czerwca wystąpił jeszcze w spotkaniu towarzyskim z Portugalią. Przed sezonem 2015/16 Franco Vazquez trafił do Sevilli. Krótko po tym zadeklarował chęć reprezentowania swojego kraju urodzenia – Argentyny. FIFA znów zaakceptowała prośbę piłkarza, gdyż nie wystąpił w oficjalnym spotkaniu dla reprezentacji Włoch. 7 września 2018 roku Franco zadebiutował w kadrze „Albiceleste” w towarzyskim spotkaniu z Gwatemalą. Vazquez wywołał niemałą burzę swoimi decyzjami i słowami. Był niemiło traktowany kiedy reprezentował Włochy, jak i Argentynę. Piłkarz na co dzień nadal reprezentuje Seville, ale mówi się o przejściu do Parmy. Kibice crociatich nie są zadowoleni z takich plotek transferowych.

Thiago Motta (2 występy dla Brazylii i 30 występów dla Włochów)


Jedyny w tym zestawieniu zawodnik na emeryturze. Piłkarz urodził się w Brazylii. Już w wieku 17 lat przeniósł się do Barcelony. Pierwsze kroki stawiał w drugiej drużynie „Blaugrany”, ale już w 2001 roku zadebiutował w seniorskim zespole. Motta otrzymał powołanie do reprezentacji Brazylii na turniej COCNCACAF 2003. Thiago zagrał w dwóch spotkaniach, wchodząc z ławki. Więcej nie otrzymywał powołania do reprezentacji Canarinhos, ponieważ w 2004 roku wyraził chęć gry w zespole Italii. Było to możliwe, gdyż dziadek ze strony ojca był Włochem.

FIFA dopiero po kilku latach zaakceptowała apel piłkarza. W dniu 6 lutego 2011 roku założył koszulkę azzurich i zadebiutował w towarzyskim meczu z Niemcami zmieniając w 63 minucie Alberto Aquilanego. Motta znalazł się w kadrze na Euro 2012. Wystąpił we wszystkich spotkaniach, ale w finałowym starciu z Hiszpanią musiał opuścić boisko z powodu kontuzji, przez co Włosi grali w osłabieniu, gdyż wykorzystali limit zmian. Dwa lata później pojechał na mundial do Brazylii i w wieku 32 lat zadebiutował na Mistrzostwach Świata w kraju, gdzie się wychował. Spełnił swoje marzenia. Piłkarz wywołał niemałą aferę w mediach przed Euro 2016. Kiedy kibice dowiedzieli się, że Motta będzie występował z numerem „10” wylała się fala hejtu i braku poszanowania wyjątkowemu numerowi. Za piłkarzem wstawił się Daniele De Rossi, twierdząc, że: „ci, którzy żartowali z tego, po prostu niewiele wiedzą o piłce nożnej. Może nie jest typową 10, jak Baggio czy Totti, ale technicznie rzecz biorąc, jest mistrzem”. Thiago po zakończeniu kariery wziął się za „trenerką”. W październiku 2019 roku został trenerem Genoi, nie kończąc nawet kursu trenerskiego. Motta wywołał kolejną burzę swoimi pomysłami taktycznymi. Stwierdził, że jego przyszłe drużyny będą grały w ustawieniu 2-7-2.

Geoffrey Kondogbia (5 występów dla Francji i 4 występy dla Republiki Środkowoafrykańskiej)


Geoffrey urodził się we Francji, ale jego ojciec pochodził się Republiki Środkowoafrykańskiej. W wieku 11 lat zapisał się do szkółki Lens. Już w młodzieńczych latach wyróżniał się umiejętnościami i fizycznością, przez co otrzymywał powołania do młodzieżowych reprezentacji trójkolorowych. Francuzi wiązali z piłkarzem ogromne nadzieje. W wieku 19 lat sięgnęła po niego Sevilla, płacąc 3 mln euro. 14 sierpnia 2013 roku zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Francji w meczu towarzyskim przeciwko Turcji. Zawodnik wystąpił jeszcze 4-krotnie, otrzymując szansę w spotkaniach towarzyskich w 2015 roku. Zahamowanie rozwoju i złe wybory przyczyniły się do mniejszego zainteresowania przez selekcjonera trójkolorowych – Didiera Deschampesa.

W 2017 roku wyraził chęć gry dla Republiki Środkowoafrykańskiej, składając wniosek do FIFY. Po roku otrzymał pozwolenie na reprezentowanie nowego kraju. Do tego wyboru przyczynił się brat Evans, który już od wielu lat jest reprezentantem tego kraju. 12 października 2018 roku zadebiutował Geoffrey w reprezentacji Republiki Środkowoafrykańskiej, otrzymując już w pierwszym spotkaniu opaskę kapitana. Kondogbia na co dzień występuje w Atletico Madryt, ale nie potrafi przekonać do siebie Diego Simeone, który daje bardzo mało szans na wykazanie się piłkarzowi.

W całej historii było więcej takich przypadków, ale w ostatnich latach niewiele. W ostatnim czasie wielu zawodników decyduje się na grę dla Kosowa, gdyż kraj nie tak dawno uzyskał niepodległość i został włączony do struktur FIFA. Nie jest tak łatwo ubiegać się o zmianę barw narodowych, międzynarodowa federacja piłki nożnej niechętnie akceptuje wnioski w tej sprawie. Wyżej wymienionych można opisać tymi niezwykłymi szczęściarzami.

KACPER KARPOWICZ

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑