Ikony futbolu #3. Marco Van Basten, czyli piłkarz perfekcyjny

W oczach niezliczonej liczby kibiców futbolu, którzy  przekroczyli już 40 rok życia, Marco van Basten z pewnością jest jedną z największych ikon futbolu. Idolem z młodzieńczych lat. Symbolem wielkiego Milanu przełomu lat 80. i 90. oraz ubóstwianej przez wielu fanów reprezentacji Oranje. Mistrzów Europy z 1988 roku. Napastnikiem idealnym. Prześledźmy jego historię.

Marco Van Basten urodził się 31 października 1964 roku w Utrechcie jako Marcel Van Basten. Właśnie takie imię przyszły piłkarz nosił przez kilka pierwszych tygodni swojego życia. Dopiero po jakimś czasie rodzice malca, pani Lena i pan Joopa van Bastenowie, postanowili dokonać zmiany imienia syna. Wszystko po to, by ulżyć babci chłopca, która miała problemy z poprawnym wymówieniem jego imienia.

Joop van Basten był półprofesjonalnym piłkarzem i marzył, by jego synowie podążyli tą samą drogą.  Starszemu synowi nadał nawet imię na cześć swojego piłkarskiego idola – Stanleya Matthewsa. Jednakże to młodszy z braci van Basten wykazywał większy talent do kopania piłki. Jako sześciolatek został posłany przez tatę na treningi lokalnego klubiku EDO, stając się tym samym oczkiem w głowie zafiksowanego na punkcie futbolu ojca. Kiedy natomiast mały Marco obejrzał rok później, jak Ajax pokonał w finale Pucharu Mistrzów Panathinaikos, złapał piłkarskiego bakcyla na dobre.

Kolejne lata gry w zespołach juniorskich udowadniały, że Basta – jak nazywano go w czasie kariery zawodowej – nie jest tylko dobrym piłkarzem ale talentem czystej wody.  Gdy van Basten miał 11 lat po raz pierwszy zwrócił uwagę czołowych holenderskich klubów. Na jednym z młodzieżowych turniejów na tyle wyróżniał się na tle rówieśników, że do jego ojca zwrócili się przedstawiciele Feyenoordu Rotterdam, którzy zapragnęli mieć wonderkida z Utrechtu w swoich szeregach. Z Joopem van Bastenem rozmawiał wówczas sam Leo Benhakker, który piastował wtedy stanowisko trenera młodzieżowej drużyny Feyenoordu.  Van Basten senior odprawił jednak przyszłego selekcjonera kadry Polski z kwitkiem. Uważał, że Marco jest jeszcze za mały, by wyjeżdżać z dala od domu.

Niestety wkrótce dała o sobie znać również największa zmora van Bastena w czasie jego świetlistej kariery. Kontuzje. Częsty dyskomfort, który Basta odczuwał w czasie treningów i gier poskutkował wizytą chłopaka u specjalisty. Ortopeda po przebadaniu Marco oznajmił jego ojcu, że ułożenie kostek chłopaka jest na tyle niefortunne, że najlepszym rozwiązaniem dla jego syna byłoby zrezygnowanie z zawodowej kariery. W innym wypadku zbyt częste obciążanie organizmu jednostkami treningowymi  mogłoby doprowadzić w skrajnym przypadku nawet do kalectwa Van Bastena juniora. Mimo tej niezbyt optymistycznej informacji Joop i Marco zdecydowali się dalej gonić za marzeniami i spełniać piłkarskie ambicje. Szczególnie, że Basta coraz bardziej przesiąkał futbolem. Prowadził dziennik treningów i meczów, w których brał udział, skrzętnie notując najważniejsze informacje. Kiedy był już gwiazdą europejskich boisk jego ojciec z dumą przechowywał trzy duże notatniki, które były schowane w szufladzie pokoju Marco, który od nastoletnich czasów młodszego syna pozostawał w niezmienionym wystroju, pełen medali, pucharów i dyplomów z czasów juniorskich. 

Debiut z marzeń

W wieku szesnastu lat Marco przeniósł się do USV Elinkwijk, które było najsilniejszym zespołem juniorskim w okolicach Utrechtu. Mimo częstych kontuzji Basta pozostawał w orbicie zainteresowania wszystkich największych zespołów z Holandii. Chrapkę na młodociany talent miały zarówno Feyenoord, PSV Eindhoven, Ajax oraz miejscowy FC Utrecht.

Wybór Marco mógł być tylko jeden. Od kiedy jako kilkuletni malec oglądał w telewizorze popisy ekipy prowadzonej przez Rinusa Michelsa i mógł podziwiać poetycką maestrię Johana Cruyffa, marzył by założyć na siebie trykot klubu ze stolicy. Obrał więc azymut na Amsterdam i spełnił marzenie o wspólnej grze ze swoim bożyszczem.

Basta zadebiutował w Ajaxie 3 kwietnia 1982 roku. Trener Kurt Linder wprowadził go na drugą połowę meczu z NEC Nijmegen. Młodzian zmienił wspomnianego Johana Cruyffa i zrobił to najlepiej, jak mógł. W 67 minucie meczu podwyższył strzałem głową wynik na 3-0 dla Ajaxu.

Następca Cruyffa

W kolejnych sezonach Marco był stopniowo wprowadzany do gry i szykowany do bycia jednym z najważniejszych elementów w drużynie. Tym stał się już w sezonie 1983/84, gdy w 26 meczach ligowych, strzelił 28 goli. Zgarnął tym samym koronę króla strzelców Eredivisie. Tego tytułu nie oddawał, aż do czasu, gdy opuścił szeregi ekipy z Amsterdamu. W 1983 roku został także po raz pierwszy powołany do dorosłej reprezentacji.

Niebawem Basta zmienił etykietkę z napisem „młody, zdolny” na status gwiazdy europejskiego futbolu. Kolejne lata spędzone w Amsterdamie, to jak już wspominałem, trzy kolejne nagrody dla najlepszego strzelca ligi holenderskiej. Marco stał się prawdziwym goleadorem.  W latach 1983-1987 pomarańczowy snajper wystąpił w barwach Ajaxu 145 razy i zapisał na swoim koncie 138 goli. Van Basten imponował niemalże w każdym elemencie gry. Strzał, gra głową, szybkość, wykończenie? Basta miał to wszystko.

W 1985 roku Johan Cruyff powrócił do Amsterdamu. Jednakże już nie w roli piłkarza tylko trenera. A raczej wielkiego reformatora futbolu. A jeśli taki diament,  jak Marco wpada w ręce futbolowego szlifierza pokroju mistrza Johana, to z takiej kombinacji musi wyjść coś na wzór futbolowych Kryształów Swarovskiego bądź jajeczka  Faberge.

W sezonie 1985/86, kiedy to Joopie przejął stery stołecznego klubu, van Basten popisał się zdobyciem 37 goli w 26 meczach ligowych. W czasie tamtej kampanii Basta skarcił zespół Heraclesa Almelo zdobyciem pięciu goli, natomiast bramkarz Sparty Rotterdam kapitulował po jego uderzeniach aż sześć razy. O dziwo pod kuratelą Cruyffa Marco nie włożył do swojej gabloty złotego medalu za mistrzostwo kraju. Te zdobywał już wcześniej trzykrotnie. Do tego dołożył Puchar Holandii. Dwa kolejne wywalczył już w czasie kadencji mistrza Johana. Liga holenderska powoli zaczynała się robić dla niego za mała. Nim jednak ją opuścił, pozostawił w pamięci kibiców Ajaxu niezliczoną liczbę wspomnień. Nie tylko zdobywanych taśmowo bramek. Również fragmentów swojej bajecznej gry. Wspaniałych dryblingów, czy licznie zakładanych rywalom siatek. Zapierających dech w piersiach zwodów i sprytnych strzałów, które myliły bramkarzy przeciwników. Nikt nie miał już wątpliwości. To Basta był kreowany na nowego mesjasza holenderskiej piłki, który miał przejąć schedę po swoim nauczycielu – Johanie Cruyffie.

Transfer do Milanu i Euro ’88

Największą przeszkodą dla Basty w podbiciu piłkarskiego świata, nie byli obrońcy rywali, a kruche zdrowie. Pod koniec 1986 roku Marco złapał kontuzję kostki. Za namową Cruyffa wrócił na boisko już wiosną następnego roku. Pomógł Ajaxowi sięgnąć po Puchar Zdobywców Pucharów, strzelając w finale gola Lokomotive Lipsk i po raz kolejny popisując się kapitalną „windą” przy wyskoku do uderzenia głową.

W kolejnym sezonie przeniósł się do Mediolanu, gdzie Silvio Berlusconi kompletował kapelę pełną gwiazd. W czasie tego samego okienka transferowego zespół z San Siro ściągnął również w swoje szeregi rywala Van Bastena z PSV Eindhoven i jednocześnie kolegę Basty z reprezentacji Oranje – Ruuda Gullita. Rok później skład Rossonerich zasilił także inny Holender – Frank Rijkaard. Tym samym chcący odbudować potęgę Milanu Berlusconi i trener Arrigo Sacchi postanowili oprzeć trzon swojej drużyny o asy atutowe Mechanicznej Pomarańczy. W świetle wydarzeń z Euro 1988 wydawało się to być logicznym posunięciem. Ale do tamtego turnieju o mistrzostw Europy jeszcze wrócimy.

W swoim pierwszym sezonie w czerwono-czarnej koszulce, powracający po kontuzji Van Basten nie wyróżnił się niczym szczególnym. Na boiskach Serie A zdążył się zaprezentować zaledwie 11 razy. Mimo to zdobył bramki w spotkaniach przeciwko Empoli i Napoli, które walnie przyczyniły się do zdobycia scudetto przez ekipę Arrigo Sacchiego. Na szczęście szczyt formy nadeszedł w odpowiednim momencie. Latem 1988 roku na stadionach Republiki Federalnej Niemiec rozegrano europejski czempionat. Tam gwiazda “Łabędzia z Utrchtu”, jak również nazywano Marco, rozbłysła najmocniej.

Basta, który stracił większość sezonu, rozpoczynał turniej finałowy w roli rezerwowego. To John Bosman, były kolega klubowy van Bastena z Ajaxu Amsterdam miał stanowić główne żądło w układance trenera Rinusa Michelsa. Jednakże “Pomarańczowi” w swoim inauguracyjnym spotkaniu przeciwko ZSRR zaliczyli falstart i ponieśli porażkę po golu Vasyla Ratsa.

Michels postanowił zareagować i już w drugim spotkaniu, w którym rywalem Mechanicznej Pomarańczy byli Anglicy, w składzie Holendrów zaszły zmiany. Jedną z nich była podmiana Bosmana na van Bastena. Ta roszada okazała się strzałem w dziesiątkę. Obie drużyny przystępowały do tego spotkania z nożem na gardle. Synowie Albionu także doznali porażki w swoim pierwszym meczu, przegrywając 0-1 z Irlandią.

I chociaż to początkowo Anglicy byli bliżsi wyjścia na prowadzeni, dwukrotnie obijając aluminiowy słupek bramki Hansa van Breukelena, to w 44 minucie byli bezradni wobec geniuszu napastnika Milanu.  Ruud Gullit dograł piłkę do Basty zewnętrzną częścią stopy, ten przyjął ją tak, jakby ta przykleiła mu się do buta, a potem bajecznym zwodem wyminął Tony’ego Adamsa i wpakował futbolówkę do siatki Anglików. Co prawda osiem minut po rozpoczęciu drugiej połowy wynik meczu wyrównał Bryan Robson, ale kolejne dwa uderzenia znów wyprowadził van Basten.  Najpierw  w 71 minucie znowu wykorzystał podanie Gullita, a cztery minuty później wolejem z kilku metrów dobił kadrę Trzech Lwów. Zmiany kadrowe i taktyczne Michelsa okazały się przynieść wymierne skutki.

W ostatnim meczu grupowym dzielni Irlandczycy długo bronili się przed pomarańczowym naporem, a holenderscy fani z niepokojem spoglądali na zegarki, gdyż remis z piłkarzami z Zielonej Wyspy oznaczałby wypadnięcie ekipy z Kraju Wiatraków poza nawias turnieju. W 83 minucie mogli jednak odetchnąć z ulgą, gdyż gola na wagę awansu dla Holandii zdobył inny były kolega klubowy Basty – Wim Kieft.

W półfinale van Basten i jego koledzy natknęli się na ekipę gospodarzy. To spotkanie miało być swoistym rewanżem za porażkę Holendrów w finale Mundialu w 1974 roku. To co nie udało się pomarańczowym dowodzonym na boisku przez Cruyffa, miało się powieść Baście i jego partnerom z kadry. Jednak to piłkarze z RFN wyszli jako pierwsi na prowadzenie, kiedy to Lothar Matthaus strzałem z rzutu karnego pokonał van Breukelena. Holendrzy wyrównali w ten sam sposób. Po ich stronie pewnym egzekutorem “jedenastki” okazał się być Ronald Koeman. I kiedy zgromadzeni na stadionie w Hamburgu fani, szykowali się powoli do obejrzenia dogrywki, do akcji wkroczył van Basten. Jego ofiarny wślizg w polu karnym rywala zaskoczył pilnującego go Jurgena Kohlera, a niespodziewany strzał minął golkipera gospodarzy – Eike Immela. To Niemcy, którzy zazwyczaj przesądzali wyniki spotkań na swoją korzyść w końcowych fragmentach gry, tym razem odpadli w dramatycznych okolicznościach. Dodatkowe oburzenie wśród niemieckiej opinii publicznej wywołał strzelec pierwszego gola Ronald Koeman, który po meczu celebrował wygraną, udając, że podciera tyłek koszulką meczową Olafa Thona.

Fantastyczny gol, wielka Holandia, genialny Basta…

Finał był powtórką meczu inauguracyjnego i zarazem okazją do rewanżu dla podopiecznych Michelsa. Na przeciw Mechanicznej Pomarańczy stanęli ponownie Sowieci. Zdeterminowani Holendrzy nie pozwolili sobie już jednak na ponowną wpadkę. Stadion Olimpijski w Monachium, który był cichym świadkiem klęski Niderlandczyków w 1974 roku, tym razem miał być symbolem największego sukcesu tamtejszego futbolu. Rosjan napoczął Ruud Gullit, który silnym strzałem głową, skierowanym pod poprzeczkę bramki, pokonał radzieckiego golkipera – Rinata Dasajewa. Jednak to sytuacja z 54 minuty przeszła do historii futbolu. Tego gola trzeba po prostu zobaczyć:

Marco van Basten zdobył gola, który do dziś stanowi jego wizytówkę. Kapitalny strzał zachwycił kibiców oglądających finałowe widowisko zarówno na trybunach monachijskiego stadionu, jak i przed telewizorami. Najlepszy tego przykład? Pewne małżeństwo z Niemiec na tyle zachwyciło się wyczynem holenderskiego asa, że postanowiło w przyszłości nadać imię swojemu synowi na jego cześć. Dodam tylko, że owe małżeństwo – pan Thomas oraz pani Manuela – nosili nazwisko Reus. A ich syn został legendą Borussii Dortmund.

Holendrzy zostali Mistrzami Europy co po dziś dzień jest ich największym sukcesem w piłce reprezentacyjnej. A takie gwiazdy jak van Basten, Gullit czy Koeman zapisały się złotymi zgłoskami w historii piłki nożnej.

Grande Milan, grande Basta…

Po słabszym pierwszym sezonie van Basten wracał do klubu w glorii chwały, którą zdobył w czasie europejskiego czempionatu. Jak już wspominałem, w Milanie był także Gullit, a po zakończonym sezonie, na San Siro miał się także stawić Frank Rijkaard, który w Niemczech stanowił  trzon bloku defensywnego Mechanicznej Pomarańczy. Arrigo Sacchi postanowił tchnąć w swój zespół energię w kolorze oranż.

Przy pomocy trenera rewolucjonisty, “Rossoneri” wypracowali sobie styl, który wyróżniał ich na tle reszty Europy. Sacchi nadał Milnowi sznyt w którym widzieliśmy zarówno inspirację futbolem totalnym Holendrów z lat 70., jak i starym, dobrym cattenachio. Pod wodzą włoskiego trenera mediolańczycy zdobyli co prawda zaledwie jeden tytuł mistrzowski, ale ich wyczyny na arenie międzynarodowej, pchnęły pogrążony przez wiele lat w marazmie Milan z powrotem na salony Starego Kontynentu.

Chociaż w kolejnych dwóch kampaniach ligowych scudetto pozostawało tylko w sferze marzeń “Rossonerich”, to do klubowej gabloty trafiły dwa Puchary Mistrzów. W sezonie 1988/89 po niemrawym początku czerwono-czarni zaliczyli kapitalny finisz tych rozgrywek, kiedy to najpierw odprawili w meczu rewanżowym na San Siro Real Madryt wynikiem 5:0, a w finale nie dali żadnych szans Steauale Bukareszt, ogrywając Rumunów na Camp Nou 4:0. Maszyna Sachciego parła do przodu niczym taran,  a impetu nadawał jej van Basten, który z 10 golami na koncie zgarnął koronę króla strzelców Pucharu Mistrzów. Połowa tego dorobku padła łupem Basty w meczach półfinałowych i finale. Kapitalna forma holenderskiego snajpera, ciągnąca się od pamiętnych finałów mistrzostw Europy, skutkowała również licznymi wyróżnieniami indywidualnymi. Najważniejsze z nich, czyli Złotą Piłkę France Football “Łabędź z Utrchtu” zgarniał dwa razy z rzędu. Zarówno w roku 1988, jak i 1989. Nie było to jednak jego ostatnie takie trofeum… W tamtym czasie Marco został także twarzą firmy dzieżowej Diadora. Wypuszczony wówczas na rynek, przez włoskie przedsiębiorstwo model butów piłkarskich „San Siro Van Basten”, zarobił w ciągu pięciu lat dwa miliony dolarów.

Konflikt z Sacchim i złota passa

Rok później Sacchii i jego piłkarze obronili najważniejszy klubowy puchar. “Rossoneri” znów wyrzucili poza nawias turnieju Real Madryt, a do pokonania belgijskiego Mechelen i Bayernu Monachium potrzebowali dogrywek. W finale pokonali Benfikę 1-0 po bramce Rijkardaa, przy której asystował van Basten. Holenderski napastnik tym razem na przestrzeni całych rozgrywek dołożył zaledwie trzy gole. W zamian sięgnął po koronę króla strzelców Serie A. Na dokładkę wraz z kolegami triumfowali w meczu o Superpuchar Europy.

Ówczesny Milan był perfekcyjnie naoliwionym mechanizmem, który wielu ekspertów określa jako protoplastę Barcelony Pepa Guardioli. Dziennikarze France Football otwarcie pisali na swoich łamach, że futbol po erze drużyny Sacchiego już nigdy nie będzie taki sam. I chociaż trenerowi, który nigdy nie grał zawodowo w piłkę, udało się nagiąć do swoich kontrowersyjnych metod treningowych wielkie gwiazdy futbolu, nie oznaczało to, że owi zawodnicy bezgranicznie mu zaufali i darzą go wielkim szacunkiem. Chyba najbardziej sceptyczny wobec włoskiego trenera był Basta.

W przerwie między sezonami doszło do kłótni pomiędzy obydwoma panami. Marco nie podobało się wiele pomysłów opiekuna Milanu i nie miał zamiaru gryźć się w język. Otwarcie mówił o tym co w metodach treningowych Sacchiego jest trudne do zaakceptowania. Być może mierzwił go fakt, że zarządza nim człowiek, który nigdy nie powąchał szatni jako zawodnik i nie ma w tym względzie doświadczenia. Z drugiej strony miał do czynienia z człowiekiem, pod którego skrzydłami został mistrzem Włoch i dwa razy sięgał po Puchar Mistrzów, a Sacchi znał swoją wartość i nie miał zamiaru dać sobie skakać po głowie. Basta spędził dużą część kolejnego sezonu na ławce rezerwowych.

Szkoleniowiec “Rossonerich” uznał, że van Basten zza linii bocznej będzie miał jeszcze lepszy pogląd na grę swoich kolegów i być może uraczy go kolejną porcją błyskotliwych rad. Przez napiętą sytuację i problemy w klubie, Holender zaliczył słaby sezon. W 31 meczach ligowych zdobył 11 goli, co jak na jego standard strzeleckie było wynikiem mało satysfakcjonującym. Na koniec sezonu Sachciego jednak już w klubie nie było i van Basten mógł znowu oddychać pełną piersią.

Na ławce trenerskiej pojawił się Fabio Capello. Milan kontynuował kurs na zdobywanie trofeów, a holenderski supersnajper odzyskał utraconą chwilowo moc. Pod skrzydłami nowego opiekuna, AC Milan przez cztery sezony z rzędu sięgał po scudetto. W czasie kampanii ligowej 1991/92 van Basten w 31 ligowych występach ustrzelił 25 goli, co było jego najlepszym wynikiem podczas okresu spędzonego w Serie A. Ten rezultat strzelecki zapewnił mu oczywiście drugi w karierze tytuł króla strzelców ligi włoskiej. Basta zgarnął także po raz trzeci statuetę Złotej Piłki. Więcej takich wyróżnień na swoim koncie mają tylko Messi i Cristiano Ronaldo. Tyle samo Platini i Cruyff. To pokazuje w jakim miejscu na nieboskłonie futbolowych gwiazd, powinniśmy umieszczać “Łabędzia z Utrechtu”. Być może jego pozycja byłaby jeszcze silniejsza, ale piłkarska kariera Basty niestety zbliżała się do końca.

Przedwczesny koniec

W 1992 roku Holendrzy udali się do Szwecji, by bronić tytułu najlepszej ekipy starego kontynentu. Mechaniczna Pomarańcza była jednym z faworytów do odniesienia końcowego zwycięstwa, jednak ich udział w turnieju zakończył się na półfinale, gdzie po rzutach karnych wyeliminowali ich późniejsi sensacyjni triumfatorzy tamtego czempionatu – Duńczycy. O porażce kadry Oranje przesądził jeden nie udany rzut karny. Piłkarzem przechytrzonym przez Petera Shmeichela, okazał się być van Basten. Po tym spotkaniu Marco przywdział pomarańczowy trykot reprezentacji już tylko trzykrotnie. Po raz ostatni pokazał się publiczności w meczu międzypaństwowym 14 października 1992 roku. W ramach eliminacji do Mistrzostw Świata w 1994 roku, Holendrzy podejmowali na stadionie w Rotterdamie prowadzoną przez Andrzeja Strejlaua reprezentację Polski. Biało-czerwoni zremisowali tamten mecz 2-2. Licznik “Łabędzia z Utrechtu” zatrzymał się na 58 występach i 24 golach dla narodowej kadry.

26 maja 1993 roku. 86 minuta spotkania finału Ligi Mistrzów. AC Milan przegrywa 0-1 z Marsylią. Van Basten opuszcza murawę  Stadionu Olimpijskiego w Monachium po ostrym starciu z obrońcą rywala – Basile Bolim – który na domiar złego był autorem gola dla francuskiego zespołu. Fabio Capello zarządził zmianę. W miejsce snajpera, który już i tak większość sezonu stracił z powodu kontuzji, wchodzi Stefano Eranio. Monachijska arena, która pięć lat wcześniej była świadkiem triumfu Holendrów na mistrzostwach Europy i widziała kapitalnego gola, którym van Basten okrasił finałowe starcie ze Związkiem Radzieckim, dziś nie przyniosła szczęścia “Łabędziowi z Utrechtu”. Jest to jednak symboliczny moment. Zgromadzeni kibice jeszcze tego nie wiedzą, ale Basta właśnie opuszcza murawę, by już więcej nie powrócić na nią jako czynny piłkarz. Właśnie w tym miejscu, w którym osiągnął apogeum swoich możliwości, wzniósł się na wyżyny własnego kunsztu los kazał mu zapłacić cenę, za lata wypełnione sukcesami.

Poprzedzający to wydarzenie sezon miał słodko-gorzki smak. Jeszcze pół roku wcześniej van Basten ustrzelił cztery gole w meczu grupowym Ligi Mistrzów przeciwko IFK Goeteborg. Tym samym został pierwszym piłkarzem, który mógł się pochwalić takim wyczynem. Ozdobą tego spotkania był gol z przewrotki Holendra, lecz polecam wam odwinąć sobie wszystkie gole Marco z tego meczu. Luz, spryt i maestria, która cechuje tylko prawdziwych mistrzów w swoim fachu. Niestety wkrótce podczas meczu ligowego z Anconą odnowiła się kontuzja kostki, która prześladowała Marco przez całą karierę. Holender udał się na półroczne zwolnienie i przeszedł szereg operacji. Po kontuzji spowodowanej starciem z Bolim musiał się poddać kolejnemu zabiegowi. Jednak ciągła rehabilitacja na niewiele się zdawała…

17 sierpnia 1995 roku. Tego dnia władze Milanu zwołały specjalną konferencję prasową. Był duszny, letni dzień. To co mieli zamiar ogłosić włodarze Rossonerich, z pewnością spowodowało, że nie jednemu fanowi ekipy mistrzów Włoch zabrakło tlenu. Po dwuletniej, bezskutecznej walce o pełen powrót do zdrowia, który umożliwiłby ponowną grę w futbol, Marco van Basten rzucił biały ręcznik i postanowił zakończyć karierę. 21-letni kibic zespołu z San Siro, Paolo Simonetti dobrowolnie zgłosił się do personelu medycznego Czerwono-czanych i zaoferował, że odda Marco brakującą chrząstkę, by ten mógł powrócić do gry.   Na nic się to zdało. Lekarze powiedzieli fanatykowi pragnącemu znów ujrzeć swojego idola na boisku, że takich zabiegów się nie praktykuje.

Wina Cruyffa?

Wielu ekspertów pytanych o stworzenie idealnego napastnika i nadanie mu parametrów piłkarzy, którzy byli najlepsi w danym elemencie, odpowiada: To byłby po prostu Marco van Basten. Ciężko było znaleźć słabe strony Holendra. No, może poza zdrowiem i trudnym charakterem.

Po zakończeniu piłkarskiej kariery van Basten postanowił spróbować swoich sił jako trener. Jednakże o ile na boisku być może dorównywał swoimi umiejętnościami i kunsztem idolowi z lat młodzieńczych, którym był Johan Cruyff, o tyle jako szkoleniowiec nie zbliżył się nawet do poziomu Joopiego. Trzeba jednak podkreślić, że w pewnym momencie swojej kariery Basta mocno zdystansował się od starszego mentora, uważając go za jednego z winowajców, przez których musiał przedwcześnie zakończy przygodę z futbolem.

„Pewnie myślał o mnie głównie jako o człowieku, który na początku jego gry w Ajaksie, wystawił go na boisko w meczu przeciwko FC Groningen, kiedy jego kostka była w wątpliwym stanie. W tym meczu kontuzja tak bardzo się pogłębiła, że kilka lat później zmuszony był przedwcześnie zakończyć karierę. Próbowałem postawić się w jego położeniu i zacząłem rozumieć, dlaczego później nie liczył się z moim zdaniem i nie korzystał z moich rad. Był to swojego rodzaju odwet za to, że pozwolił mi się przekonać do gry w meczu, który miał położyć się cieniem na reszcie jego dokonań.”

Dywagował w późniejszych latach Johan Cruyff.

Po karierze

Van Bastenowi już na początku jego trenerskiej przygody powierzono opiekę nad reprezentacją Holandii. Funkcję tę sprawował w latach 2004-2008. Prowadził kadrę Oranje na Mundialu w 2006 roku i Euro 2008. Z pierwszego turnieju został wyeliminowany w 1/8 finału przez Portugalczyków, po brutalnym meczu nazwanym potem „Bitwą o Norymbergię”, gdyż sędziujący to spotkanie Walentin Iwanow rozdał 20 kartek, z czego cztery miały czerwony kolor. W 2008 roku Mechaniczna Pomarańcza jak burza przeszła fazę grupową, demolując po drodze 3-0 Włochów, 4-1 Francuzów i 2-0 Rumunów, grając w ostatnim meczu rezerwowymi zawodnikami. Gdy wszyscy myśleli, że oto narodził nam się faworyt do wygrania turnieju, który za sprawą Basty nawiąże do ekipy z 1988 roku, Holendrzy niespodziewanie ulegli po dogrywce „Czarnemu koniowi” tamtego czempionatu – Rosjanom. Wkrótce Marco zrezygnował z roli selekcjonera i został szkoleniowcem Ajaxu Amsterdam. Jednakże ani praca w stolicy kraju, ani w Heerenveen, ani w AZ Alkmaar nie przyniosła spodziewanych efektów.

W 2016 roku objął stanowisko dyrektora technicznego w FIFA. W czasie pracy w światowym związku udał się wraz z Giannim Infantino do Iranu, gdzie apelował o zniesienie zakazu uczestnictwa kobiet w imprezach sportowych. Brał także wraz ze Zbigniewem Bońkiem i Luisem Figo udział w kampanii reklamowej jednej z polskich marek piwowarskich. Pracował również dla telewizji sportowych jako analityk. W 2019 roku wzbudził kontrwersję, gdy na antenie pożegnał się z widzami słowami: „Sieg heil” będącymi nazistowskim pozdrowieniem. Tłumaczył później, że zwrot ten miał być tylko głupim żartem, gdyż chwilę wcześniej telewizja Fox Sports pokazała wywiad z niemieckim trenerem Frankiem Wormuthem. Basta sądził, że ma już wyłączony mikrofon. Jedną z konsekwencji jakie poniósł za tamtą wpadkę, było usunięcie jego karty z gry Fifa Ultimate Team.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑