Wizyta w Manchesterze. Old Trafford, Etihad i muzeum MU

W listopadzie miałem okazję być w Manchesterze. I to na dwóch meczach! Tak się złożyło, że w poniedziałek 24 listopada na Old Trafford piłkarze United podejmowali Everton w Premier League, a dzień później City mierzyło się z Bayerem Leverkusen w Lidze Mistrzów, trzeci dzień pobytu na Wyspach również był ciekawy. Spędziłem bowiem sporo czasu w klubowym muzeum „Czerwonych Diabłów”.

Trzeba przyznać, że Manchester jest specyficznym miastem, w centrum można poczuć się jak w metropolii pełnej wysokich budynków, nowoczesnych wieżowców, w których zapewne praca wre, natomiast gdzie indziej jest też wiele miejsc, które nie prezentują się zbyt atrakcyjnie. Tak czy inaczej, ogólna ocena miasta musi być pozytywna. Już w listopadzie przechodniom czas umilały wystawy świąteczne i nastrojowe piosenki. Warto też docenić brytyjską kolej: punktualne pociągi, w których miejsca są naprawdę komfortowe. Przechodząc do pierwszego meczu, czyli spotkania MU z Everton, muszę przyznać, że nie mogłem sobie pozwolić, by nie kupić programu meczowego, dotyczy to zresztą też drugiego meczu. To świetna pamiątka.

Piękny hołd

Old Trafford robi wrażenie na zewnątrz i w środku. Przed stadionem widzimy pomniki na cześć klubowych legend, menedżerów: sir Aleksa Fergusona i sir Matta Busby’ego oraz ikonicznych piłkarzy: sir Bobby’ego Charltona, George’a Besta i Denisa Lawa. Charlton i Best zostali upamiętnieni także w drodze na stadion, murale im poświęcone przykuwają uwagę wielu osób, czemu trudno się dziwić. Wszak są naprawdę efektowne.

Czy Old Trafford żyje meczem?

Oglądając mecz za jedną z bramek, obserwowałem reakcje kibiców. Jeśli chodzi o doping, trzeba przyznać, że o ile przed rozpoczęciem rywalizacji fani gospodarzy z entuzjazmem śpiewali „Take me home, United road”, to już po pierwszym gwizdku sędziego… zamilkli niemal na dobre. Jeśli już, to jedynie od czasu do czasu uaktywniali się, by zadrwić sobie z rywali, rozsierdzić ich krótkimi docinkami.

Warto też dodać, że każdy kontakt Jacka Grealisha z piłką był kwitowany gwizdami. Skrzydłowy, który w Evertonie przeżywa renesans formy (aczkolwiek tym razem akurat nie błyszczał), jak wiadomo, wcześniej reprezentował barwy MC, a zdaniem wielu niezbyt dobrze, bo dość frywolnie prowadził się poza boiskiem…

Do kogo kibice maja słabość?

Gdy w narożniku boiska pojawiał się Bryam Mbeumo, by zacentrować w pole karne, na trybunach podnosiła się wrzawa. Kameruńczyk zresztą raz sam zachęcał kibiców do wzmożonego dopingu. Widać, że ten błyskotliwy zawodnik, który wzmocnił drużynę Rubena Amorima latem, szybko zaskarbił sobie sympatię kibiców MU. Co jeszcze warto odnotować? Aplauz po wejściu na boisko wychowanka „Czerwonych Diabłów”: Kobbiego Mainoo.

20-latek, który zachwycił wielu na EURO 2024 czy też w poprzednim sezonie, gdy strzelił cudownego gola na Molineux przeciwko Wolves, w tej kampanii nie ma wysokich notowań u Amorima. Jednak ponieważ jest to szalenie waleczny piłkarz, fani wciąż w niego wierzą.

Niecodzienna sytuacja

W 13. minucie meczu Idrisa Gueye uderzył… kolegę z drużyny Michaela Keane’a w twarz, za co natychmiast obejrzał czerwoną kartkę. Po chwili doszło jeszcze do spięcia porywczego obrońcy z bramkarzem Jordanem Pickfordem, który chciał być mediatorem. Arbiter jednak pokazał Senegalczykowi czerwony kartonik, a ja, jak pewnie wielu zgromadzonych w Teatrze Marzeń, w pierwszej chwili byłem zdezorientowany, mimo że do tej osobliwej sytuacji doszło na połowie, którą lepiej widziałem zza bramki.

To chyba zrozumiałe, bo ile razy na przestrzeni lat mieliśmy do czynienia z takim absurdem? Everton, mimo długiej gry w dziesiątkę, nie dał się rozbić. Przeciwnie, drużyna Davida Moyesa strzeliła jedynego gola w meczu, gdyż kapitalnym uderzeniem w samo okienko bramki United popisał się Kiernan Dewsbury-Hall. Widziałem to z oddali, gol padł na bramkę, za którą w narożniku siedzieli kibice gości. W ich sektorze oczywiście natychmiast nastąpił wybuch radości. Wspomniany Grealish czy Iliman Ndiaye, kreatywni gracze Evertonu, często uciekający się do dryblingów i innych nieszablonowych zagrań, tym razem nie mogli nawet wznieść się na wyżyny, ponieważ ich zespół po objęciu prowadzenia, co zrozumiałe, czekał na ruch gospodarzy tej rywalizacji.

Tymczasem piłkarze United nie potrafili pokonać Jordana Pickforda. Gdy atakowali na tę bramkę, do której miałem dalej, a działo się to w drugiej części spotkania, wykreowali sobie najlepsze sytuacje. Raz z bliska spudłował kapitan Bruno Fernandes, z kolei ustawiony na szpicy Joshua Zirkzee główkował ładnie, ale Pickford był na posterunku i zachował czyste konto. Akurat w tym meczu MU zawiódł, a miał kontynuować dobrą passę w Premier League, jednak mimo wszystko można być zadowolonym z meczu. Udało się obejrzeć pięknego gola. Jak zwykle na Wyspach – była wysoka intensywność i zaangażowanie. Mogło być więcej fajerwerków, ale nie ma sensu utyskiwać.

Pierwszy raz na Lidze Mistrzów

To było w poniedziałek, a we wtorek, nim opadł kurz po meczu na Old Trafford, trzeba było się zbierać, by dotrzeć na Etihad, gdzie Manchester City podejmował Bayer Leverkusen w spotkaniu fazy ligowej Champions League. Przed stadionem można zobaczyć pomnik upamiętniający niezapomnianego gola Kuna Aguero w ostatniej kolejce sezonu 2011/12, gdy City przegrywało 1:2 z QPR, jednak w doliczonym czasie gry zdołało dwa razy trafić do siatki, zapewniając sobie mistrzostwo w dramatycznych okolicznościach. Old Trafford oddycha historią, Etihad jest inne, co nie znaczy, że gorsze. Z pewnością w oczy rzuca się nowoczesność, a miejscowi zadbali, by kibice jeszcze przed meczem mieli sporo wrażeń.

Występ muzyczny Alexa Spencera czy kultowe już „Na Na Na Nah” uprzyjemniły oczekiwanie na pierwszy gwizdek arbitra.

Na Old Trafford było dość spokojnie na trybunach, a na Etihad o odpowiedni doping postarali się goście z Niemiec. Mieli swoją strefę w narożniku i wyposażeni w bęben śpiewali, natomiast fani gospodarzy milczeli od początku do końca. To był jubileuszowy, setny mecz Pepa Guardioli jako menedżera City w Lidze Mistrzów. Jednak Katalończyk zawiódł wielu, sadzając na ławce rezerwowych Erlinga Haalanda czy Jeremiego Doku. W programie meczowym można było przeczytać wypowiedź menedżera „The Citizens”, który powiedział, że nie może doczekać się taktycznej rywalizacji z Kasprem Hjumlandem. Duńczyk przechytrzył swojego bardziej utytułowanego rywala, Leverkusen zagrało mądrze. Dwa gole strzelone przez „Aptekarzy” zszokowały Etihad, a City po przerwie, owszem, przeszło do bardziej zdecydowanej ofensywy, lecz nie były to huraganowe ataki. To, jak Mark Flekken, zatrzymał Erlinga Haalanda, musiało zrobić niemałe wrażenie. A możliwość usłyszenia hymnu Ligi Mistrzów na stadionie – świetna sprawa.

Środa to tour na Old Trafford. Najpierw zwiedzanie muzeum na własną rękę, a później oprowadzenie po legendarnym stadionie i słuchanie opowieści przewodnika. Na stadionie standardowo – wejście na murawę, trybuny, do stref dla sztabów szkoleniowych i rezerwowych. Później wizyta w szatni gospodarzy, gdzie były koszulki piłkarzy i piłkarek, bo Manchesterowi United zależy także na rozwoju kobiecego futbolu, no i salka konferencyjna na sam koniec. W muzeum prześledzić całą historię klubu. Najpiękniejsze momenty w historii United, ale też te tragiczne, jak tragedię w Monachium.

I jeszcze zaskakująca ciekawostka – wśród pamiątek pozostawionych gospodarzom na przestrzeni lat przez ich rywali można zobaczyć polski, a dokładnie łódzki akcent…

Z tym muzeum jest jeden „problem”. Wszystkiego jest aż za dużo. Pewnie, aby zapoznać się wnikliwie z każdym szczegółem, trzeba byłoby spędzić w nim 5-6 godzin. Dlaczego? Ponieważ historia United jest przebogata!

Bartłomiej Najtkowski

Dodaj komentarz

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑