Jędrzejczak z kontry. Doceniajmy polskich trenerów.

Kilka dni temu selekcjoner naszej młodzieżowej kadry Michał Probierz – bez ogródek w przestrzeni publicznej stwierdził – że polski trener śmiało poradziłby sobie w FC Barcelonie. Duma Katalonii, jak mniemam, użyta w tej wypowiedzi została zapewne po to, aby zaakcentować mocnym przykładem swoją tezę odnoszącą się do właściwego postrzegania własnej opinii. Jak zatem łatwo się domyślić, wokół tych słów padło wiele prześmiewczych komentarzy, memów czy niewybrednych żartów z różnych stron rodzimego piłkarskiego podwórka. Wszak była to dość odważna kwestia i przyznam szczerze, że raczej bym się osobiście o nią nie pokusił.

Odkąd śledzę rodzimą piłkę, temat polskiej myśli szkoleniowej urasta wręcz do karykaturalnych rozmiarów. Już samo to określenie brzmi i jest postrzegane pejoratywnie, bo kojarzy się dość stereotypowo ze starszym panem w dresie, najpewniej z papierosem w ustach i treningowymi metodami zaczerpniętymi jeszcze w poprzednim tysiącleciu niezważający na to, że piłka nożna na przestrzeni lat mocno ewoluowała. Wydawać by się mogło, że polskim szkoleniowcom pociąg z innowacjami i nowoczesnymi stylem prowadzenia drużyn już odjechał. Uważam jednak, że nic bardziej mylnego i nasi nadwiślańscy trenerzy w żadnym stopniu nie muszą i nie powinni mieć kompleksów względem swoich zagranicznych kolegów po fachu.

Gdy polski niezorientowany kibic spojrzy na piłkarską mapę Europy w poszukiwaniu rodaka na stanowisku pierwszego trenera klubowego, gorzko się rozczaruje. Stwierdzi wprost, że skoro nigdzie takiego nie ma, to znaczy, że pod tym względem jako nacja jesteśmy bez żadnych argumentów i w tej materii jesteśmy ułomni. Nic bardziej mylnego.

Sprawa zatrudnienia za granicą trenerów z Polski jest dość złożona i nie jest tak płaska jak można pierwotnie odnieść wrażenie. Trzeba zdać sobie przede wszystkim sprawę z tego, że prawdziwym oknem wystawowym na piłkarski rynek są europejskie puchary, a co za tym naturalnie idzie ich eliminacje. Nie jest żadną tajemnicą fakt, że w kolejnych próbach wprowadzenia polskiego zespołu na europejskie salony jesteśmy po prostu miałcy. Odpadnięcia polskich klubów z egotycznymi drużynami to chleb powszedni polskiej kopanej. Tak naprawdę udaję się to nam od wielkiego dzwonu i jedynie co kilka lat, a powinno być to oczywiście normą. Trenerzy z Polski zatem nie mają przez to możliwości poważnej rywalizacji, zwrócenia na siebie uwagi prezesów zza granicy. Nasze kluby odpadają głównie w początkowych fazach, a trenerzy mają wąskie kadry, najczęściej mając nad sobą prezesa z wężem w kieszeni, który nie wzmacnia drużyny w walce na trzech frontach, pozostawiając często wszystko na barkach szkoleniowca, który musi jakoś sklejać i łatać z materiału, który zapewnia mu pracodawca. W maju zatem trwa euforia związana z przepustką do Europy, w gabinetach prezesów liczy się wirtualne pieniądze, często też sprzedaję się znaczących graczy, bo chce się wykorzystać dobrą ofertę, która trafia na stół. W lipcu jednak następuje brutalne zderzenie z rzeczywistością i odrabianie strat po słabym początku w meczach ligowych. Często już z nowym trenerem u steru. W ten sposób błędne koło się zamyka.

Kolejną ważną kwestią traktującą stan faktyczny, jest wspomniana niejako krótkowzroczność zarządzających klubami. Szkolenie zawodników to proces, a co za tym idzie także i cierpliwość oraz zaufanie do trenerów. Najczęściej jednak nie ma na to czasu, pierwszy poważniejszy kryzys kończy się gilotyną i głowa szkoleniowca zostaje ścięta bez możliwości wyjścia z dołka choćby tak, jak wiosną w Radomiu, gdy władze Radomiaka zwolniły trenera Dariusza Banasika. Całe szczęście znajdują się jednak miejsca i ludzie, którzy stawiają na długofalowość mimo różnych okoliczności, a Raków Częstochowa z Markiem Papszunem i Puszcza Niepołomice z Tomaszem Tułaczem są tego beneficjentami, bo pierwsi otarli się o fazę grupową Ligi Konferencji, a drudzy właśnie liderują w walce o awans do Ekstraklasy. Jaki z tego wniosek? Czas pozwala ewoluować nie tylko drużynom, ale także trenerom również w ich osobistym rozwoju.

Co ponadto sprawia, że poza granicami trenerzy z Polski nie są rozchwytywani na rynku? Paradoksalnie rzecz ujmując – status podczas kariery zawodniczej w danym miejscu. Oczywiście, nie każdy trener musi być znanym i cenionym w przeszłości zawodnikiem, ale historia pokazuję, że byli piłkarze, mają łatwiejszy start na tym polu, aniżeli młody chłopak zaczynający trenerski kurs od zera. Jeżeli dany polski piłkarz wyjeżdżał na podbój Europy, rzadko kiedy był postacią na tyle kluczową, że gdy zostawał trenerem, powierzano mu prowadzenia drużyny, w której przez lata grał, lub nie dawano nawet się zbliżyć do przejęcia tego steru. Aktualnie ta tendencja się odwraca, mamy wielu znakomitych piłkarzy w świetnych klubach i jestem przekonany, że gdy zajmą się oni trenerką, dostaną szansę poprowadzenia europejskiego klubu między innymi ze względu na swój status w nim.

Nie uważam zatem, że polscy trenerzy są niekompetentni, nieprzygotowani do zawodu, czy po prostu słabi. W Polsce  mamy wielu ambitnych szkoleniowców, bardzo dobrze prosperującą Szkołę Trenerów PZPN w Białej Podlaskiej, wizjonerów, którzy w momencie, gdy dostaliby możliwość prowadzenia klubu z wizją i planem gdzieś na zachodzie, to nie uważam, że przygotowaniem i standardem pracy odbiegaliby od reszty.

Bartłomiej Jędrzejczak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: