Rozpędzili się w tych Niemczech z golami… O Nkunku, Schicku i Awoniyim słów kilka

            Tylko dwie drużyny nie strzeliły gola w siódmej kolejce Bundesligi. Łącznie widzieliśmy ich 31, co daje prawie 3,5 bramki na mecz (dokładnie 3,44). Jedynym niepokonanym klubem pozostał Freiburg, Union wygrywa na trudnym terenie, a Bayer taranuje kolejnego rywala. Kto zasługuje na naganę? Zapraszam na kolejny przegląd niemieckich boisk.

            Tradycyjnie zaczęto granie w Niemczech od piątku, kiedy na RheinEnergieStadion Koeln podejmowało ostatni w tabeli Greuther. Niespodziewanie to goście objęli prowadzenie. Jeremy Dudziak świetnie podał na dobieg Marco Meyerhoeferowi, który posłał piłkę między nogami próbującego interweniować Timo Horna. Później gra się wyrównała przede wszystkim w środku pola. Gospodarze nie mogli się przedrzeć przez szczelną obronę Fuerth, a beniaminek mógł prowadzić dwoma golami. Dudziak jednak w jednej akcji dwa razy strzelił w słupek, z czego ten drugi raz był na pustą bramkę. Do przerwy mimo wszystko pachniało niemałą sensacją, ale nie minęło 10 minut drugiej połowy, a z 0:1 zrobiło się 2:1. Najpierw Benno Schmitz po dobrej akcji z Florianem Kainzem podał na pustaka do Sebastiana Anderssona i był remis. Pięć minut później Kainz dograł z rzutu rożnego w pole karne, przedłużył piłkę Jonas Hector, a siłą woli Ellyes Skhiri skierował piłkę do bramki strzeżonej przez Mariusa Funka, dla którego był to debiut w Bundeslidze. Niemiec jeszcze raz skapitulował po świetnie przeprowadzonej kontrze przez Louisa Schauba, a jego podanie wykorzystał znowu Skhiri. Kibice ekipy Steffena Baumgarta w euforii, gdyż po 7 kolejkach zdobyli 12 punktów i to nie jest przypadek. Drużyna gra ładnie dla oka, dzięki czemu postronni kibice często się z nią utożsamiają. Po drugiej stronie humory nie dopisują. Greuther ugrzązł na ostatnim miejscu z tylko jednym punktem. Zanosi się na spodziewany spadek.

            Przed przerwą reprezentacyjną i kilka dni po wygranej ze Sportingiem piłkarze BVB musieli wygrać z Augsburgiem, by trzymać się czołówki. No i już po 10 minutach Borussia prowadziła. Bezsensownego karnego zrobił Jeffrey Gouweleeuw faulując w niegroźnej sytuacji Donyella Malena. Jedenastkę na gola zamienił w profesorski wręcz sposób Raphael Guerreiro. Gospodarze kontrolowali spotkanie i chcieli podwyższyć prowadzenie… w dość efektowny sposób. Z woleja próbowali Marco Reus i Jude Bellingham, a przewrotką niecelnie strzelał Malen. Dortmundczycy za bardzo chcieli się bawić, to też stracili bramkę. Stratę zaliczył Axel Witsel, piłkę dostał Arne Maier i z dystansu trafił w poprzeczkę. W polu karnym czujny był Andi Zeqiri dopadając do bezpańskiej futbolówki i wyrównał stan rywalizacji. Do przerwy bramkowy remis. Szybko w drugiej odsłonie Borussia wyszła na prowadzenie. Kontratak wyprowadził Marius Wolf, dograł do Reusa, ten do Juliana Brandta i było 2:1 po precyzyjnym strzale tego ostatniego. Wynik się nie zmienił mimo wielu okazji gospodarzy, między innymi w słupek trafił Thorgan Hazard, a w poprzeczkę Reus. Trzeba jednak przyznać, że to było wymęczone, aczkolwiek zasłużone zwycięstwo. Teraz czas na odpoczynek od grania co 3 dni, a potem zaczyna się niezły październikowy maraton. Warto wspomnieć, że zarówno Rafał Gikiewicz, jak i Robert Gumny zagrali dobre spotkania i nie zmienią tej oceny stracone gole.

            Jak już mówimy o Polakach, to w kadrze meczowej Herthy na mecz z Freiburgiem było ich dwóch: Krzysztof Piątek i Dennis Jastrzembski zaczęli mecz na ławce rezerwowych. I być może to był błąd Pala Dardaia, bo pierwsza odsłona rozgrywała się pod dyktando gości. To, że stołeczna drużyna nie umie bronić stałych fragmentów gry, dowiedzieliśmy się w 17. minucie. Z rzutu rożnego dośrodkował Christian Guenter, najwyżej wyskoczył Philipp Lienhart i głową wpakował piłkę do siatki. Gospodarze nie mieli pomysłu jak przetransportować piłkę do Daviego Selke. Zresztą on sam nie pokazywał nic konkretnego, więc w przerwie wszedł za niego Piątek. Po 14 minutach drugiej połowy wszedł również Jastrzembski i zaprezentował się solidnie. Do 70. minuty Hertha mimo zmian nie grała nic. Nagle Suat Serdar rozpoczął akcję środkiem boiska i podał na lewą stronę do Maximiliana Mittelstaedta. On dograł do niepilnowanego Piątka – tutaj kamyczek do ogródka dla Lienharta, który był najbliżej Polaka – i niespodziewanie był remis. Gospodarze dostali wiatru w żagle i rzucili się momentalnie do ataku. Piątek raz strzelał, Jurgen Ekkelenkamp trafił w poprzeczkę, ale na tym się skończyło. Dawno nie było straconej bramki po rzucie rożnym prawda? Właśnie tak Freiburg ustalił wynik spotkania. Guenter dośrodkował, zrobiło się zamieszanie i ostatecznie Nils Petersen w ekwilibrystyczny sposób pokonał Alexandra Schwolowa. Hertha znowu bez punktów i stołek Dardaia jest coraz bardziej gorący. A Christian Streich i spółka kontynuuje swój najlepszy start w historii gier w Bundeslidze.

            Z Berlina przenosimy się do Stuttgartu, gdzie miejscowe VfB podejmowało Hoffenheim i trzeba podkreślić, że od pierwszej minuty tempo spotkania było bardzo wysokie. Śledziliśmy szybkie ataki zarówno na bramkę Floriana Muellera, jak i Olivera Baumanna. Na dowód tego taka sytuacja: pierwszego gola poprzedził strzał w poprzeczkę napastnika gości Ihlasa Bebou, a minutę później to gospodarze prowadzili. Rzut rożny wykonywany przez Omara Marmousha, główkuje Marc-Oliver Kempf i jest 1:0. Obraz gry się na szczęście nie zmienił i mieliśmy do czynienia z fantastycznym widowiskiem. Mimo braku goli okazji nie brakowało. Sam Andrej Kramarić po stracie bramki miał dwie, po drugiej stronie prym wiódł Marmoush. Ostatecznie kolejny raz piłka w siatce już w drugiej połowie wylądowała dzięki… obrońcy, a dokładnie Konstantinosowi Mavropanosowi, który postanowił śmiało pobiec w pole karne i strzelić po długim słupku nie do obrony. Od tego momentu nic specjalnego się nie działo przez około 20 minut, po czym końcówka przyniosła następne dwa gole. Najpierw zamknął mecz precyzyjnym strzałem z narożnika szesnastki Roberto Massimo, a wynik na 3:1 ustalił takim dziwnym centrostrzałem Jacob Bruun Larsen. Ważne zwycięstwo Stuttgartu stało się faktem, a goście do Sinsheim wrócą w średnich nastrojach, bo mieli swoje okazje, ale nie byli skuteczni.

            Lekką zadyszkę łapią Wilki, które u siebie podejmowały Borussię Moenchengladbach no i po siedmiu minutach było już… 0:2. Najpierw sprytnie wykonany rzut wolny przez Jonasa Hofmanna, który zgrał na przedpole do Denisa Zakarii. Ten wstrzelił w pole karne, gdzie przepięknie do przewrotki złożył się Breel Embolo i prowadzenie gości stało się faktem. Potem strzelec bramki prostopadle podał do Hofmanna, minął się z piłką Koen Casteels i strzelając na pustaka Niemiec podwyższył prowadzenie. Wolfsburg jeszcze przed przerwą złapał kontakt. Ridle Baku dograł w pole karne, odbiła się futbolówka o dwóch obrońców gości i trafiła do Luki Waldschmidta, który pokonał Yanna Sommera. Szczerze mówiąc, pierwsze 45 minut mimo trzech goli było słabe. Okazji było jak na lekarstwo, wkradł się brzydki futbol z licznymi faulami. Po przerwie było trochę lepiej, ale też nie rewelacyjnie. Widzieliśmy w tym meczu również karnego, przez którego za drugą żółtą kartkę wyleciał Maxence Lacroix. Lars Stindl jednak fatalnie ją wykonał – bez problemu złapał piłkę bramkarz. Na sam koniec spotkania wynik ustalił Joe Scally po asyście… Sommera! BMG pozytywnie zareagował na zwycięstwo z BVB i odprawił kolejnego kandydata do miejsc 1-4 gwarantujące grę w Lidze Mistrzów. A Wolfsburg w ostatnich trzech meczach tylko jeden punkt. Nie wygląda to dobrze.

            Sobota kończyła się w Lipsku, gdzie klub spod szyldu Red Bulla mierzył się z Bochum. Wiadomo było od początku jak, będzie wyglądał obraz gry – gospodarze dążyli do jak najszybszego objęcia prowadzenia, a beniaminek pod gardą szukał okazji do wyprowadzenia kontry. Powinni lipszczanie wygrywać przed zejściem do szatni, ale albo Emil Forsberg trafił w poprzeczkę, albo dobrym refleksem wykazywał się Manuel Riemann. A jak już Angelino ominął bramkarza, to z linii bramkowej wybijał obrońca, dlatego do przerwy bez bramek. Pierwsza część drugiej połowy była tragiczna. Żadnej składnej akcji, żadnego nawet strzału na bramkę w wykonaniu obu drużyn! Jesse Marsch zareagował i wpuścił Dominika Szoboszlaia i Andre Silvę na boisko. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo pierwsza bramka była ich udziałem. Węgier dośrodkował z rzutu rożnego, a Portugalczyk głową skierował piłkę do siatki. Kibice odetchnęli z ulgą, a Lipsk poszedł za ciosem. Nie minęło pięciu minut od pierwszego gola, a Silva cieszył się z asysty, którą wykorzystał fenomenalny ostatnimi czasy Christopher Nkunku, pokonując bramkarza podcinką. To jednak nie koniec show Francuza w tym meczu, bo to on ustalił wynik spotkania na 3:0 i znowu Riemann został przez niego przelobowany. Obrońcy co prawda wybili piłkę z bramki, ale wcześniej przekroczyła ona linię bramkową. Lipsk w Bundeslidze coraz lepiej wygląda, chociaż nie grali dotąd z jakimiś dobrymi drużynami, więc, jak mawia klasyk, spokojnie. A Bochum niestety okupuje strefę spadkową, chociaż mógł imponować pressing założony na gospodarzy. Co z tego, jak nic nie wpada do bramki?

            Zobaczmy, co się działo w niedzielę. Wszystko zaczęło się na MEWA Arena, gdzie gospodarze jeszcze dotąd nie stracili gola. Przyjechał do nich Union, który miał serię 8 meczów bez wyjazdowej wygranej. Jednak to właśnie goście przeważali i stwarzali sobie dogodne okazje do objęcia prowadzenia. Przed przerwą Taiwo Awoniyi nie był w najlepszej formie i marnował to, co wypracowali mu koledzy. Jeżeli tak się dzieje, to się zazwyczaj mści i tak też było tym razem. Do szatni piłkarze schodzili przy stanie 1:0 dla Mainz, a bramkę po składnej akcji strzelił Marcus Ingvartsen. W drugiej odsłonie znowu przeważała ekipa Ursa Fischera, ale do 69. minuty wyglądało to średnio, a wtedy Awoniyi pokazał, dlaczego nie powinno się oceniać zawodników podczas meczu. Nigeryjczyk wykorzystał fantastyczne podanie Maxa Krusego, wręcz staranował Silvana Widmera i umieścił piłkę w bramce. Jakby tego było mało, to ten napastnik cztery minuty po wyrównaniu ustrzelił doppelpacka! Tym razem wygrał pojedynek z Davidem Nemethem i posłał futbolówkę w długi róg bramki Robina Zentnera. Nic się nie zmieniło do końca meczu i Union wywozi z gorącego terenu trzy punkty, a Mainz zalicza trzeci mecz bez wygranej. Czyżby łapali zadyszkę?

            Nikt na Allianz Arena nie spodziewał się czegoś innego niż lekkiej wygranej Bayernu. Okazało się, że Eintracht, który jeszcze w Bundeslidze nie wygrał, podyktował ciężkie warunki. Nie było tego widać od pierwszych minut, bo gospodarze średnio co trzy minuty strzelali na bramkę Kevina Trappa. Bawarczycy dopięli swego po pół godziny gry. Thomas Mueller dograł do Roberta Lewandowskiego, ten od razu obsłużył podaniem Leona Goretzkę, który strzelił na 1:0. Radość jednak nie trwała długo, gdyż po rzucie rożnym wykonywanym przez Filipa Kosticia wyrównał Martin Hinteregger. Do przerwy 1:1, chociaż obie drużyny miały swoje okazje, chociażby Serge Gnabry, ale Trappa uratował słupek. W drugiej odsłonie nadal Bayern przeważał, strzelał jak nakręcony, ale fenomenalną formą popisał się w to niedzielne popołudnie Trapp. Ostatecznie mistrz Niemiec ten mecz… przegrał, bo nieliczną kontrę dzięki swoim umiejętnościom wykorzystał Kostić. Takiego obrotu spraw nikt nie prognozował, a ten mecz może być tym, na którym Oliver Glasner będzie budował zespół. Monachijczycy pokazali swoją ludzką twarz – trafił im się akurat słabszy dzień i raczej nie będą z tego powodu bili na alarm.

            Na koniec przenieśmy się na SchuecoArena, gdzie przyjechał rozpędzony Bayer, który do meczu przystępował z czterema zwycięstwami z rzędu, licząc wszystkie rozgrywki. Arminia jednak nie błagała o jak najmniejszy wymiar kary. Wyszli do gości wysokim pressingiem, ale oni nic z tego sobie nie robili, gdyż szybko ten problem został rozwiązany. No i padła spodziewana bramka dla podopiecznych Gerardo Seoane. Z prawej strony w pole karne dograł Florian Wirtz, tam zdarzył się delikatny bilard, który wykorzystał Moussa Diaby. Jak można się było spodziewać, drużyna z Leverkusen szła za ciosem, i kwestią czasu był drugi gol. I faktycznie, po 24 minutach był wynik 2:0. Dośrodkował znowu ten osiemnastoletni wielki talent Wirtz wprost na głowę Patrika Schicka, dla którego była to już piąta bramka na niemieckich boiskach w tym sezonie. A trzeba jeszcze powiedzieć, że to nie ostatnie słowo Czecha w tym spotkaniu. Po przerwie liczba jego goli wzrosła do sześciu i ponownie zrobił to głową, a asystę przy golu zaliczył Jeremy Frimpong. Z racji tego, że Bayer lubi sobie dobić przeciwnika w końcówce, to w doliczonym czasie gry wywalczyli rzut karny po faulu Floriana Kruegera na Karimie Bellarabim. Jedenastkę na gola zamienił Karem Demirbay. Tak więc Seoane i spółka przystępują do przerwy reprezentacyjnej w roli wicelidera, a Arminia przesiedzi ją w miejscu gwarantującym baraże.

            Ależ zrobił nam się ścisk na szczycie! Po siedmiu seriach spotkań między pierwszym Bayernem a czwartym Freiburgiem (!) jest różnica jednego punktu. Szkoda tej dwutygodniowej przerwy, bo wyraźnie piłkarze nam się rozpędzili. Ale jak już wrócimy, to z grubej rury. Najbliższa kolejka: BVB-Mainz, Bayer-Bayern (wicelider z liderem), Union-Wolfsburg, Freiburg-Lipsk… Apetyty są rozbudzone bardzo mocno, więc tęsknimy już za rozgrywkami klubowymi.

Adrian Malanowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s