Loża Rebelianckich Szyderców #22

O Podolskim, Brzęczku, Florentino Perezie, europucharach i kilku innych sprawach. Zapraszam na garść moich malkontenckich wynurzeń w kolejnej odsłonie Loży Rebelianckich Szyderców.

Na sam początek chciałbym jednak wyrazić swój głęboki żal z powodu śmierci pana Stanisława Sętkowskiego. Nie było chyba drugiej tak wyrazistej postaci wśród osób, które nie były bezpośrednio związane z klubami ekstraklasy (piłkarze, trenerzy, działacze etc.). Nie było chyba drugiego kibica, który byłby tak popularny w szeroko pojętym środowisku ligowym. O tym, jaką ikoną był popularny „Leon”, niech świadczy fakt, że kondolencje dla rodziny i klubu z Zabrza płyną z każdej strony. Ponad klubowymi podziałami.  Pan Stanisław, który poprzez swoją aparycję przywodził wielu kibicom na myśl legendarnego komika Bohdana Smolenia, stał się żywą maskotką Górników. Osobą, która siłą rzeczy dawała ekipie z Górnego Śląska mnóstwo profitów wizerunkowych i zdobywała sympatię postronnych osób. A słynny rytuał polegający na obdarowywaniu zawodnika meczu żywym kogutem, przebił się nawet do świadomości ludzi nieinteresujących się futbolem. Chociażby ze względu na słynny wywiad Prejuce Nakoulmy.

Cieszę się, że pan Stanisław dożył momentu, w którym Lukas Podolski przywdział barwy Górnika. Żałuję, że nie mógł zobaczyć jak Poldi zdobywa gole dla jego ukochanego klubu. A może się mylę? Może teraz będzie oglądał wyczyny byłego napastnika Bayernu z wysokości niebiańskiej trybuny, a charakterystyczny dźwięk dzwonka poniesie się po sektorze zajmowanym przez zabrskich fanów, którzy swój ukochany klub dopingują już z tej najwyżej usytuowanej loży po drugiej stronie lustra życia…?

Powróćmy do tematu Lukasa Podolskiego. Baaaardzo długo fani Górnika musieli znosić szyderę ze strony innych kibiców, którzy mówili, że już przecież momencik, już tylko chwila i Poldi zamelduje się na Górnym Śląsku. Po drodze zagra jeszcze tylko w lidze Wyspy Wielkanocnej, zaliczy dwa sezony w drużynie baseballowej i rozegra partyjkę golfa na Sri Lance. W końcu jednak każdy z nas malkontentów musiał zamknąć pysk. Co prawda mocno okrężną drogą, ale Podolski dotarł do Zabrza, chociaż jeszcze kilkanaście dni temu parskaliśmy ze śmiechu na wiadomość o tym, że Mistrz Świata z 2014 roku będzie jurorem w niemieckiej edycji programu „Mam talent”. Niebawem jednak saga związana z transferem urodzonego w Gliwicach piłkarza dobiegła końca.

Nie było jeszcze w Ekstraklasie gracza takiego formatu. Nie przybył do nas nigdy straniero z tak wyrobioną marką. Ljuboja, Krasić i Eduardo razem wzięci nie zbliżyliby się nawet, łącząc swoje CV, do życiorysu piłkarza urodzonego w Gliwicach. I chociaż śledząc ostatnich kilka sezonów Podolskiego, które spędził w Japonii i Turcji, można mieć wątpliwości, czy 130-krotny reprezentant Niemiec da radę wziąć szturmem naszą rodzimą ligę, to bez względu na wszystko jego przybycie do Polski stanowi fantastyczny ruch marketingowy, z którego korzyści może czerpać nie tylko klub z Zabrza, ale i cała liga.

Jego prezentacja przywodziła na myśl te, które mają miejsce na największych stadionach świata i dotyczą największych gwiazd futbolu. Noo, może nie był to kaliber takiej bomby marketingowej, jak swego czasu przenosiny Davida Beckhama do Madrytu, ale biorąc pod uwagę klimat, jaki stworzyli fanatycy przy Roosvelta można się było poczuć jak podczas prezentacji zawodników przenoszących się, chociażby do ligi tureckiej, gdzie fanatycy znad Bosforu witają nowych graczy jak objawiających im się mesjaszy. Żaden inny piłkarz nie był witany w kraju nad Wisłą z taką pompą. To pokazuje, jak bardzo kibice z Zabrza zawierzyli słowom Podolskiego i czekali z utęsknieniem na jego przyjazd.

Przez wiele lat nie pałałem sympatią do Poldiego. Zawsze większym szacunkiem darzyłem Miro Klose, który otwarcie bez ogródek pokazywał, że ma swój kraj pochodzenia gdzieś. Nie lubiłem go, ale szanowałem za to, że nie stwarzał pozorów jak Lukas. Wszelkie słowa Podolskiego o tym jak kocha kraj rodziców, brak radości po golach strzelonych biało-czerwonym na mistrzostwach Europy 2008 strasznie mnie irytowały. Wychodziłem z założenia, że jeśliby tak bardzo kochał Polskę, to zwyczajnie przywdziewałby nasz trykot. Nawet jego gra w Arsenalu, którego prywatnie jestem sympatykiem, nie zmieniła tego stanu rzeczy. Gość zwyczajnie od zawsze działał mi na nerwy.

Nić sympatii zasiały w moim sercu dopiero opowieści o tym, jak Poldi wziął pod opiekę w FC Koeln Adama Matuszczyka i nie pozwalał na żadne przytyki starszych kolegów z drużyny w kierunku polskiego młodziana i kraju jego pochodzenia. Za dotrzymanie obietnicy gry w Górniku też szanuję. Nawet jeśli zagra w nim 10 razy i strzeli jednego gola, okazując się już bardziej celebrytą i jurorem talent show, który po godzinach pracy kopie piłkę gdzieś w Polsce niż pełnoprawnym piłkarzem.

Pozostając poniekąd nadal w klimacie Górnika Zabrze, poruszę temat jego byłego zawodnika. Chociaż na dźwięk słów „Jerzy Brzęczek” większość z was ma zapewne inne skojarzenia. Były selekcjoner reprezentacji Polski przyznał ostatnio w jednym z wywiadów, że chętnie obrałby kierunek austriacki i poprowadził jeden z tamtejszych zespołów. I zapewne wielu z was opluło w tym momencie ekran smartfona czy laptopa, bo uważa „papieża” za trenerskiego nieudacznika, który może sobie co najwyżej poprowadzić randomowy zespół kiszący się w polskim ligowym dżemiku.

Ja natomiast uważam, że to całkiem rozsądne marzenie Brzęczka i życzę mu z całego serca, by któryś z podalpejskich zespołów złożył mu propozycję pracy. Mówimy o facecie, który rozegrał grubo ponad 300 spotkań na różnych szczeblach ligowych w Austrii, przez lata wypracowując sobie w tym kraju niezłą renomę jako piłkarz. Suche fakty są takie, że jako selekcjoner Brzęczek wprowadził nas na Euro, wygrywając grupę kosztem Austrii i robiąc na ekipie Franco Fody pięć na sześć punktów. Nie sądzę, by opinia publiczna w Austrii na tyle zagłębiała się we wszelkie niuanse związane z Brzęczkiem, by mieć za sobą seans Niekochanych i śledzić dramę związaną z książką Małgorzaty Domagalik. Raczej postrzegają go jako faceta, któremu zrobiono krzywdę i pozbawiono możliwości zebrania plonu, który sam zasiał i wyhodował, zwalniając go przed ostatecznym testem i zatrudniając na jego miejsce gościa z zagranicy, który i tak nie dał nam na Euro niczego ekstra.

Poza tym nie czarujmy się… Austriacka Bundesliga to nie Premier League czy Serie A. Nie mówimy o tym, by Brzęczek dostał w swoje ręce RB Salzburg, czy chociażby którąś z wiedeńskich ekip. Ale dlaczego nie miałby poprowadzić zespołu pokroju Klagenfurtu czy Hartbergu, który rok temu wyleciał z europucharów za sprawą Piasta Gliwice? Ludziom związanym ze środowiskiem danej ligi zawsze jest łatwiej wystartować w jej realiach. Być może Brzęczek faktycznie by się nie nadał, ale samo otrzymanie szansy trenowania drużyny z austriackiej BuLi, absolutnie nie byłoby dla mnie żadną abstrakcją. Besnik Hasi też dostał do prowadzenia Anderlecht dzięki temu, że wiele lat spędził w Belgii. Dopiero potem życie zweryfikowało, że Dr. Alban nie nadawał się do prowadzenia nawet średnio sensownych zespołów. Zresztą tyle narzekamy, że polscy szkoleniowcy są zbyt słabi, by pracować za granicą. Ja chętnie zobaczyłbym weryfikację „papieża” w innej lidze niż nasza.

Afera jest! Wyciekły taśmy, na których Florentino Perez — najczęściej w niewybrednych słowach — komentuje sprawy dotyczące Realu Madryt i osób z nim związanych. Co prawda owe nagrania pochodzą z okresu pomiędzy 2006 a 2012 rokiem, ale niesmak nadal powinien pozostać.  Bo oto dowiadujemy się, że facet, który od 20 lat (z trzyletnią przerwą) jest kapitanem na okręcie flagowym światowej piłki, uważa, że:

  • Iker Casillas i Raul Gonzalez są „oszustwami Realu”. W dodatku ten pierwszy nie był bramkarzem na miarę „Królewskich”, ma kłopoty ze wzrokiem i jest za niski.
  • Sarze Carbonero, byłej już żonie Casillasa, uderza do głowy woda sodowa.
  • Cristiano Ronaldo i Mourinho to imbecyle
  • Fabio Coentrao to przygłup
  • -Vicente Del Bosque jest niedołężny i jest miernym trenerem

Najbardziej jednak podobał mi się fragment, w którym Perez opowiada, że Mourinho musiał wytłumaczyć Mesutowi Oezilowi, że z jego nową dziewczyną sypiał cały Mediolan.

Nie szokują mnie jakoś szczególnie fragmenty tych rozmów. Perez ma prawo do swoich poglądów i są to tematy, które poruszał w rozmowach prywatnych. Podejrzewam, że każdego prezesa wielkiego klubu można by nagrać i sklecić z jego słów kontrowersyjny materiał. A tu mamy do czynienia z Florentino Perezem – kolorowym ptakiem wśród piłkarskich kacyków. Co nie zmienia faktu, że będąc fanem Realu, czułbym się nieswojo, słuchając, jak prezes jeździ po – było, nie było – klubowych legendach, które zapewniały jego zespołowi liczne trofea. Albo jak równa z podłogą trenera, który wkrótce później sięgnie po mistrzostwo Europy i świata z reprezentacją Hiszpanii, a i jego klubowi dał wcześniej dwa mistrzostwa La Liga i dwa triumfy w Lidze Mistrzów.

Tymczasem przeglądam co do powiedzenia ma fanbaza „Królewskich” i widzę w większości zachwyty nad charyzmą Florentino i poklepywanko po plecach, bo przecież dobrze gada, polać mu. Silny prezes, który nie daje sobie w kaszę dmuchać. No ok. Można to i tak interpretować. Poddaństwo godne podziwu.

Zaczęły się europuchary. W pierwszej serii spotkań udało nam się uniknąć kompromitacji. Ba! Możemy w pewnym stopniu być z siebie dumni, bo przecież część fanów skazywała Legię na porażkę w starciu z Bodo/Glimt. Tymczasem mistrza Norwegii udało się pokonać i to nawet w zadowalającym stylu. Swoje zrobił też Śląsk Wrocław. W kolejnej rundzie te dwa zespoły czekają starcia z Estończykami (Flora) i Ormianami (Ararat) i tutaj generalnie też nie wyobrażamy sobie innego scenariusza niż nabicie kolejnych punktów do rankingu. Liczę też na awans Rakowa, który zmierzy się z litewską Suduvą. Mniej pewny jestem o los Pogoni, która podejmie chorwacki Osijek. W barwach ekipy z Bałkanów występuje m.in. Węgier Laszlo Kleinheisler, którego część kibiców zapamiętała z pewnością z występów na europejskim czempionacie w barwach naszych walecznych bratanków.

Nie milkną echa finału Mistrzostw Europy a w szczególności tego, co wydarzyło się wkrótce po nim. Na trzech czarnoskórych piłkarzy z drużyny Garetha Southgate’a, którzy nie wykorzystali swoich prób w konkursie rzutów karnych, wylał się wodospad pomyj. Mnóstwo inwektyw, których musieli się o sobie naczytać Saka, Sancho i Rashford miało rasistowski kontekst. Cóż, Anglicy przez cały czas trwania turnieju pokazywali, że szczególnie gustują w zabawach rodem z epoki kamienia łupanego, co mogliśmy oglądać na licznie umieszczanych w mediach społecznościowych filmikach. Uliczne burdy, tony śmieci na ulicach, prostackie zabawy po pijaku, gwizdanie w czasie odgrywania hymnu przeciwnika, rozpraszanie Kaspera Schmeichela poprzez świecenie mu laserem po oczach… Do tego dochodzi sam turniej, w którego czasie mieliśmy wrażenie, że w żagle Synów Albionu są dyskretnie wymierzone dmuchawy, które mają im delikatnie ułatwiać rejs w kierunku końcowego sukcesu. Wicemistrzostwo Europy z pewnością można uznać za sukces Synów Albionu, chociaż apetyty wyspiarskiej opinii  publicznej były jak zawsze rozbudzone do granic możliwości. Ale czy biorąc pod uwagę cały kontekst zakończonego przed tygodniem czempionatu, gospodarze finału mają się z czego cieszyć? Wiele osób z pewnością uzna, że nie powinni, bo wizerunkowo ponieśli klęskę na całej linii, co w dużym stopniu przysłoniło zaprezentowane przez nich boiskowe umiejętności.

Zabawnie z perspektywy czasu można wspominać słowa Sola Campbella, który przed Euro 2012 ostrzegał swoich rodaków, by darowali sobie podróż do tak dzikich krain jak Polska czy Ukraina. Z uśmiechem politowania można sobie odświeżyć artykuł The Athletic, w którym autora zastanawiał się, czy majowy finał Ligi Europy powinien odbyć się w Gdańsku. Wyspiarze w pierwszej kolejności powinni popatrzeć na swoje podwórko, bo przy wyczynach fanów ich kadry absolutnie żadna inna nacja nie powinna mieć żadnych kompleksów.

A problem tzw. internetowego hejtu będzie istniał, dopóki Jasiu z Kutna czy Andy z Gillingham nie zrozumieją, że obrażanie kogoś czy grożenie jego rodzinie jest tym samym bez względu na to, czy odbywa się w świecie cyfrowym, czy twarzą w twarz. Anglicy mam wrażenie dostali impuls i będą teraz przez jakiś czas zwalczać problem wszelkimi możliwymi metodami. Boję się jednak, że wyleją dziecko z kąpielą. Mniemam tak po tym, że do aresztu ma trafić facet, który napisał do Marcusa Rashforda, by „wracał do swojego kraju.” Zresztą nie długo później się zrehabilitował i przeprosił za te słowa. Pisać tak oczywiście absolutnie nie powinien, ale jestem pewien, że służby mundurowe są w stanie wytropić setki osób, które użyły słów o zdecydowanie większym kalibrze i o wiele bardziej zasługujące na ukaranie.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: