Bitwa o Anglię. Historia nienawiści.

Ostatnie spotkanie Manchesteru z Liverpoolem, miało dojść do skutku 2 maja. Protesty kibiców „Czerwonych Diabłów”, którzy wtargnęli na stadion, sprawiły jednak, że do meczu nie doszło. Miejscowym fanom zależało by ich wściekłość, skierowana w stronę właścicieli, rozniosła się szerokim echem. Nic więc dziwnego, że na moment manifestacji wybrali sobie najgorętszy mecz w historii Anglii. 

Bo przecież rywalizacja tych dwóch klubów, to waśnie stare jak świat. Symbol zespołu z miasta Beatlesów, Steven Gerrard, mówił o niej:

„Jesteśmy dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w Anglii. Nasza rywalizacja jest tak silna, przez małą odległość między miastami i fakt, że ścieramy się ze sobą od lat. Dlatego jeśli spytasz, któregokolwiek z naszych zawodników, o ten jeden mecz, który za wszelką cenę chciałby wygrać, to zawsze będzie to potyczka z United.”

Z drugiej strony barykady odzywa się Gary Neville:

„Nie znoszę Liverpoolu. Nie znoszę jego mieszkańców, ani niczego, co jest z nim związane.”

„To spotkanie, które masz z tyłu głowy, już na dwa tygodnie przed dniem meczu. Na tydzień przed wysuwa się na pierwszy plan, a trzy dni przed rozpoczęciem wali cię pięścią w nos. Jeśli pokonasz Liverpool, to będzie to twój najlepszy dzień w sezonie. Jeśli przegrasz, bezsprzecznie najgorszy.”

Tego typu wypowiedzi to norma. Manchester-Liverpool jest w Anglii starciem absolutnie kluczowym. Do kolejnej rywalizacji dojdzie już jutro, ale zanim zasiądziemy przed telewizorami, warto dowiedzieć się skąd wzięła się waga owej potyczki i wzajemna niechęć obu klubów.

Jak nie wiesz o co chodzi…

Jeśli na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki, to warto zaznaczyć, że ta – bądź co bądź – śmiertelna nienawiść, rozpoczęła się od podatków właśnie. Bo początek tego antagonizmu nie ma podłoża sportowego, i nie tyczy się tylko rywalizacji klubowej. W grę wchodzi zdecydowanie coś więcej, a więc walka o gospodarczy rozwój Manchesteru i Liverpoolu, a co za tym idzie, o byt mieszkańców obu miast. A burzliwa historia ich rywalizacji sięga aż XIX wieku i czasów rewolucji przemysłowej, podczas której, doszło do rozłamu w tych relacjach. 

Bo oba miasta przez długie lata funkcjonowały przecież w symbiozie. Manchester znany był z przemysłu włókienniczego i mógł śmiało nazywać się miastem robotniczym, na którego terenie znajdowało się mnóstwo manufaktur, a także innych ośrodków ściśle związanych z branżą tekstylną. Problem polega na tym, że miasto to, było w pełni uzależnione od oddalonego o zaledwie 50 km Liverpoolu, który to mógł poszczycić się własnym portem. Korelacja między dwoma zainteresowanymi wydaje się być oczywista, bo przecież lwia część surowców trafiająca do Liverpoolu właśnie, to materiały niezbędne do funkcjonowania przemysłu w Manchesterze. I tu wracamy do wymienionych na wstępie finansów. Materiały historyczne serwują nam różne teorie. Jedne mówią o pazerności włodarzy portowego miasta, którzy w sposób nagły i bezpardonowy dopuścili się znacznego podniesienia obowiązujących dotąd podatków, nałożonych na towar trafiający do liverpoolskiego portu. Inne, że wcale nie musiało do tego dojść, by Manchester chciał się po prostu uniezależnić, od swoich dotychczasowych partnerów.

Załóżmy więc, że prawda leży po środku. Niezależnie czy są one wysokie, czy niskie, podatków nikt z nas nie lubi. Nie lubili ich również ludzie rządzącym Manchesterem. I to właśnie podejście zaowocowało inwestycją bliską 15 mln funtów, której rezultatem był Manchester Ship Canal, a więc sztuczny kanał żeglugowy, który miał rozwiązać problemy z brakiem portu. Taki ruch zapewnił miastu suwerenność w interesach, i do dziś jest dla jego mieszkańców powodem do dumy. Najlepszym dowodem niech będzie fakt, że zarówno w herbie Manchesteru United, jak i City, widnieje statek, który symbolizuje owe przedsięwzięcie. Niezależność jednych, oznaczało spadek dochodów tych drugich. A to przełożyło się na sytuację materialną mieszkańców Liverpoolu, których spora część pracowała przecież w porcie, który nie dość, że przestał być spoiwem w relacjach dwóch potęg położonych w północno-zachodniej części Anglii, to jeszcze zyskał konkurencję. Ta rewolucja przełożyła się na wzrost bezrobocia w Liverpoolu i ogólne zubożenie tamtego społeczeństwa. Tak więc nawet jeśli oba miasta kiedyś łączyła jakakolwiek zażyłość, to ten okręt już dawno odpłynął. I znalazł się na burzliwych wodach. 

Rywalizacja gigantów 

Ale dlaczego nienawiść istnieje tylko na linii Manchester United-Liverpool FC, skoro kibice City, również mogą wspominać owy rozłam w relacjach? No i jest jeszcze przecież Everton! Tutaj biznes robi jednak miejsce dla sportowej rywalizacji. Otóż „The Citizens”, są topowym klubem dopiero od niedawna, a Everton, mimo dziewięciu mistrzostw, też nie jest raczej kojarzony jako potęgą angielskiego futbolu. Manchester i Liverpool zaś, to dwa najbardziej utytułowane zespoły w kraju, a ich rywalizacja i wzajemna niechęć ciągną się od lat.

Pierwszy bezpośredni pojedynek klubów datowany jest na październik, 1985. Wówczas Liverpool rozgromił rywala aż 7-1, co jest jednocześnie najwyższym zwycięstwem „The Reds” w historii tej rywalizacji. W rewanżu lepsze były „Czerwone Diabły”, które wygrały 5-2.

Jeśli zerknąć zaś na gabloty obu klubów, to zespół z miasta Beatlesów ma na swoim koncie 19 Mistrzostw Anglii. Ostatni triumf przypadł na rok 2020, jednak ich znakomita większość to lata 70 i 80. Co ciekawe, czasy te to okres posuchy w Manchesterze, który to zaczął dominować w krajowych rozgrywkach po roku 1990, a okres hegemonii zakończył niemal dwie i pół dekady później. Drużyna z Old Trafford może się pochwalić łącznie 20 tytułami, z czego aż 13 przypada na lata 1993-2013. 

I tutaj pora przejść do postaci Sir Alexa Fergusona, autora wszystkich tych sukcesów, a także najwybitniejszego menedżera w historii „Diabłów”, a być może i całej angielskiej piłki. Kiedy Szkot trafił na Old Trafford w 1983 roku, nikt nawet nie przeczuwał, że ruch ten może rozpocząć zupełnie nową erę. Szkoleniowiec znany jest zresztą z wypowiedzi w której oświadczył:

„Dla mnie największym wyzwaniem nie jest to, co dzieje się w tej chwili. Dla mnie największym wyzwaniem było strącenie Liverpoolu z ich pieprzonej grzędy. I możecie to wydrukować!”

Słowa te mają pokrycie w rzeczywistości. Liverpool po triumfie w 1990 roku, czekał na kolejny aż 30 lat, zazdrośnie patrząc na odwiecznego rywala, tracąc w tym czasie tytuł najbardziej utytułowanego klubu na angielskim podwórku. Oczywiście na jego rzecz. To czym jednak mogą pochwalić się fani „The Reds”, to aż 6 zwycięstw w Pucharze Europy, podczas gdy ich rywale sięgali po takie trofeum zaledwie trzykrotnie.

Trudna historia 

Niestety, bogate gabloty i gospodarcze przepychanki, to nie jedyne aspekty łączące oba zespoły. Zarówno Manchester jak i Liverpool, to kluby naznaczone tragiczną przeszłością,

Przenieśmy się do wydarzeń z 6 lutego, 1958 roku i wielkiej tragedii jaka dotknęła klub z Old Trafford. Zespół „Czerwonych Diabłów” dopiero co pokonał zespół Crveny Zvezdy i jego samolot wystartował z Belgradu, po to by przetransportować piłkarzy, trenerski sztab, a także grupę dziennikarzy, z powrotem do Anglii. Podróży towarzyszyło międzylądowanie, na lotnisku w Monachium, które to służyło wymianie paliwa. Niestety, problemy techniczne sprawiły, że rutynowa procedura zakończyła się koszmarem. Już pierwsza i druga próba startu nie powiodła się. Ale dopiero trzecia okazała się tą, która zakończyła się dramatem. Samolot rozbił się, jeszcze zanim w ogóle wzniósł się w powietrze. Maszyna uderzyła w garaż, w którym stała ciężarówka wypełniona paliwem. Doszło do wybuchu, który spowodował śmierć aż 23 z 43 pasażerów. W tym 8 zawodników United.

Jeśli zaś chodzi o historię Liverpoolu, to dzieje tego klubu naznaczone są katastrofami stadionowymi. Najpierw było Heysel, kiedy to w roku 1985 Liverpool ścierał się z Juventusem, w finale Pucharu Europy. Zanim jednak doszło do meczu, na trybunach rozegrał się dramat. Angielscy kibice zaatakowali fanów Juve, którzy to uciekając w popłochu tratowali się wzajemnie. Jakby tego mało, na część z nich spadła, zawalająca się, trzymetrowa ściana, która przyczyniła się do kolejnych zgonów. W trakcie zamieszek zginęło łącznie 39 kibiców (38 Włochów i 1 Belg). Wszystkie angielskie kluby, których fani już wcześniej kojarzeni byli z chuligaństwem, zostały wykluczone z europejskim rozgrywek na 5 lat. Liverpool otrzymał banicję o rok dłuższą.

Cztery lata później to kibice z Liverpoolu wystąpili w roli ofiar. Tragedia na Hillsborough to najsmutniejsze wydarzenie w dziejach tego klubu. Dramat rozgrywał się przy okazji półfinałowego spotkania o Puchar Anglii, w którym to „The Reds” mierzyli się z zespołem Nottingham Forest. Wówczas zarówno organizatorzy jak i policja dopuścili się masy zaniedbań, które przyczyniły się do śmierci 96 osób. Wszyscy byli fanami Liverpoolu. Głównym zarzutem jest fakt, że na stadionie znalazło się zbyt wielu kibiców, w zbyt krótkim czasie. Przepustowość bramek okazała się zbyt mała, w związku z czym, podjęto decyzję o otwarciu dodatkowej bramy. A to okazało się fatalnym w skutkach posunięciem. Stadion pękał w szwach, i to dosłownie. Zdecydowanie zbyt duży tłum zaczął powoli wpadać panikę, w wyniku, której ludzie zaczęli się wzajemnie tratować. Winą za całe zajście obarczano przez długi czas fanów The Reds, jednak ciągnące się latami śledztwo nie pozostawiło wątpliwości. Odpowiedzialność za tragedię ponosił kto inny, a liverpoolskiej społeczności zwrócono sprawiedliwość. 

Ktoś mógłby pomyśleć, że owe tragedie powinny pomóc kibicom zwaśnionych klubów, w znalezienia choćby nici sympatii. Nic bardziej mylnego. Zarówno jednym, jak i drugim zdarzało się dotknąć dna, kiedy to drwili sobie z dramatycznych wydarzeń w swoich durnych przyśpiewkach. I tak, kiedy kibice Manchesteru odwoływali się do wydarzeń z Hillsborough w słowach:

„Mordercy, nigdy nie jest wasza wina, zawsze jesteście ofiarami!”

to ich wrogowie odwdzięczali się im przyśpiewką:

„Kto to leży na pasie startowym, kto to umiera na śniegu? To Matt Busby i jego chłopcy, robiący jebany hałas, bo ich samolot nie może się wznieść.”

Komentarz jest tutaj zbędny. Na pewne rzeczy pozwolić sobie po prostu nie można.

Znaczenie meczu

Jutro takich haseł na pewno nie usłyszymy. I nie chodzi tu o zaufanie do jednych, czy drugich kibiców, a o to, że na stadionie ich po prostu nie będzie. Nie zmienia to faktu, że mecz ten jest istotny nie tylko ze względu na historię, ale także na końcowy układ tabeli. Dwa ostatnie sezony to perfekcyjne kampanie w wykonaniu Liverpoolu. Wicemistrzostwo i Mistrzostwo kraju, i dwukrotne zbliżenie się do bariery 100 punktów, to coś co musiało zadowolić miejscowych kibiców. Ci z Manchesteru mieli mniej powodów do zadowolenia, gdyż dwukrotnie oglądali plecy swoich największych rywali, zajmując kolejno 6 i 3 miejsce.

Dziś to już przeszłość. „Czerwone Diabły” co prawda szans na tytuł nie mają, ale pewnie usadowili się na pozycji numer dwa, która gwarantuje im udział w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Na nieobecność w tych elitarnych rozgrywkach nie może pozwolić sobie Liverpool, który na ten moment jest jednak za ich burtą. Piłkarze Kloppa potrzebują serii zwycięstw, która pozwoli im na wskoczenie do pierwszej czwórki Premier League, a potknięcia nie wchodzą w grę. I choć Manchester nie gra już w zasadzie o nic, to zrobi wszystko by przeszkodzić rywalom. Choćby – a może i przede wszystkim – przez wzgląd na stare dzieje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s