Loża rebelianckich szyderców #14

Ona wróciła. I zanim zaczniecie ją krzyżować lub jeśli już to uczyniliście, to pragnę tylko przypomnieć, że jeszcze miesiąc temu, dalibyście się żywcem pokroić za mecz Wisła Płock vs. Korona do obiadku. Więc na kolana i przepraszać bogów futbolu, albowiem rok 2020 doświadczył nas uczuciem braku przenajświętszej Ekstraklasy. A pamięć ludzka jest krótka i zawodna.

Miałem tak samo jak ty czytelniku. Chodziłem i tęskniłem. Błagałem przekorny los, by w końcu w telewizji pojawiła się odrobina futbolu. Nie takiego z taśmy i sprzed 20 lat. Szczypta emocji przeżywanych na żywo. Cieszyłem się jak dziecko, gdy nadchodził czas wznowienia Bundesligi. Czułem podnietę na myśl o tym, że wkrótce znów będziemy komentować formę poszczególnych zawodników, to ile bramek zdobyli już w tym sezonie czy zwyczajnie raczyć się boiskowymi niespodziankami. Bundesliga ruszyła. A ja nie czułem tego flow, na które liczyłem. Są mecze. Fajnie. Bez kibiców? Jakoś przeżyję. W końcu zawsze chciałem obejrzeć mecz Bayeru i sprawdzić, czy Kai Havertz to faktycznie taki kozak jak wynikało z twitterowych komentarzy i analiz ekspertów. Była ku temu okazja. Ale to nie jest moja naturalna liga. Ja ostatnio przeżywałem głębsze emocje, oglądając ligę niemiecką, gdy Patrik Andersson pozbawiał Schalke 04 z Wałdochem i Hajto w składzie tytułu mistrza. Tak, Havertz jest kozakiem. Jadona Sancho ogląda się z olbrzymią przyjemnością. Fajnie patrzeć na gole zdobywane przez Lewego czy Piątka. Ale to nie jest moja liga. Jak lubię schabowego z ziemniakami, a w restauracji podadzą mi, chociażby najlepiej przyrządzone sushi na świecie, to nadal będę wiedział, że to nie jest smak mojego ulubionego niedzielnego obiadu. A czerwone, półwytrawne wino z winnicy pod Bilbao nie będzie kompotem z wiśni. Nie oszukam kubków smakowych, które rozpoznają, czy odbierane przeze mnie bodźce są ulubionym smakiem z dzieciństwa, czy czymś smacznym, ale nie tym, co kocham najbardziej.

I nadszedł dzień meczu Legii ze Stalą Mielec w Pucharze Polski. Spojrzałem w błękitną toń telewizora. Zobaczyłem Jose Kante, Michała Żyro oraz Mateusza Maka i uśmiech samoczynnie pojawił się na mojej twarzy. Tak, wtedy poczułem się dobrze. Gdy mogłem pomyśleć o tym, jaki zjazd zaliczył wspomniany Żyro. Rozkminić, że Karbownik to kozak i zastanowić się kiedy wskoczy do reprezentacji. Uśmiechnąć się na widok Wojtka Łobodzińskiego, wychowanka Zawiszy Bydgoszcz… Koszula bliższa ciału. Ta liga jest na wyciągnięcie ręki, odbywa się gdzieś obok mnie.

Nie będę wam ściemniał, że obejrzałem wszystkie mecze Ekstraklasy od deski do deski. Lubię mieć też inne życie oprócz futbolu. Nawet schabowym z ziemniakami można się szybko przejeść. Dlatego wolę przyjmować rozsądne porcje. Oczywiście tym, na co czekał każdy bezstronny kibic w tym kraju, były tzw. Derby PolskiWiecie co? Nie chcę tu wysuwać porównań, które zostaną uznane za jakieś szalone teorie, ale widziałem w tym starciu pewną analogię do ostatniego Der KlassikeraUmownie u siebie, gra młoda, napędzana przez rozwijające się talenty ekipa oraz starzy wyjadacze. I ci starzy wyjadacze właśnie doświadczeniem i opanowaniem  zdobywają trzy punkty kosztem tych efektownych, ale nie tak cwanych młokosów. Jak podkreślał w pomeczowym wywiadzie dla Canal Plus trener Vuković, to był pierwszy mecz, który Legia zwyciężyła nie tyle wspięciem się na wysoki poziom umiejętności stricte piłkarskich, ile właśnie wyrachowaniem, spokojem i doświadczeniem. BVB miało w bramce Romana Burkiego, który moim zdaniem nie przystaje poziomem do drużyny o takich aspiracjach jak ekipa z Dortmundu. Lech ma w bramce van der Harta i kibice ze stolicy Wielkopolski już od dawna wiedzą, że gość wcale nie powstał w wyniku laboratoryjnego eksperymentu, mającego na celu połączyć geny Edwina van der Sara i Joe Harta. Obaj nie mają czystego sumienia po puszczonych golach w kluczowym meczu sezonu. Pisałem już o tym kiedyś, że Lechowi potrzeba jeszcze co najmniej jednego sezonu bez wyprzedawania  swoich młodych talentów, by ta ekipa okrzepła i złapała odpowiednie rozumienie. Nie wierzę jednak, by ten czas dostała, gdyż jak sam tweetowałem:

W przyszłym sezonie młodego skrzydłowego Lecha zabraknie w składzie, a włodarze przytulą fajną sumkę. Być może zabraknie też, chociażby Tymoteusza Puchacza, chociaż to właśnie jego brak zimnej krwi zadecydował o tym, że Legia wyjechała z Bułgarskiej z kompletem punktów.

W lidze może zabraknąć także Bartka Białka.

Zagłębie rozbiło Pogoń, ale ja bym się jakoś mocno nie przywiązywał do tego wyniku. Sądzę, że to słynna loteria ekstraklasy i mityczna dyspozycja dnia zadecydowały o rezultacie. Tak ważne w tej lidze czynniki. Za tydzień role mogą się kompletnie odwrócić. Co nie zmienia faktu, że Białka drodzy kibice bierzemy pod lupę, bo to jedna z najciekawszych postaci, która nam się objawiła ostatnio w tej lidze.

Michał Probierz dalej potwierdza moje przypuszczenia, że więcej w nim sprawnego mówcy i demagoga niż genialnego trenera. Nudna Cracovia nadal kroczy ścieżką przegranych, a antyfutbol rodem spod Wawelu przestał żreć. Na drugim biegunie Waldemar Fornalik, który drugi sezon z rzędu ciągnie Piasta ku świetnemu wynikowi w lidze, czym potwierdza, że jest jednym z najlepszych trenerskich fachowców w tym kraju. I co najważniejsze, niewiele się odzywa, woląc dostarczać argumentów poprzez wysoką formę Piastunek na placu boju. Przyjemniejsze to od probierzowego stylu. Zarówno na konferencjach, jak i na murawie.

Derby Trójmiasta zostały wczoraj skomplementowane na każdy możliwy sposób, więc ja w tym względzie nie mam wiele do dodania. Kapitalna reklama ligi i wspaniały prezent dla wszystkich spragnionych ligowych emocji po koronawirusowej przerwie. Mnie natomiast bardzo ciekawi, czy Flavio Paixao będzie pierwszym obcokrajowcem, któremu uda się dostać do „klubu 100”. W tym momencie ma na koncie 78 goli. Ma jeszcze dziesięć spotkań, by poprawić swój strzelecki rezultat. Co prawda czas goni, Flavio ma już 36 wiosen na karku, ale chyba nie nosi się z zamiarem zawieszenia butów na kołku. Przy dobrych wiatrach wystarczy mu jeszcze jedna pełna kampania ligowa, by na zawsze zapisać się w historii Ekstraklasy. Z całego serca właśnie tego Portugalczykowi życzę.

17 czerwca wracają emocje związane z Premier League. Na boisko wybiegnie Arsenal. Wtedy serce zabije równo mocno co po restarcie rozgrywek w naszym kraju.

That’s all folks! Do przeczytania za tydzień!

Rafał Gałązka 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s