This is England #5. Millwall w finale FA Cup.

Millwall FC to klub, który nie może pochwalić się zbyt wieloma sukcesami. Dość powiedzieć, że ekipa z ‚The Den’ w ciągu swojej 135-letniej historii grała w najwyższej klasie rozgrywkowej jedynie przez dwa sezony. Dlatego dotarcie ‚Lwów’ do finału FA Cup w 2004 roku, należy rozpatrywać jako jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach tej drużyny.

Kibice sławniejsi niż piłkarze

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że przeciętny kibic futbolu z Polski na dźwięk słowa Millwall, ma przed oczami hordy rozwścieczonych chuliganów, gotowych do bitki. Taki obraz tego klubu, został wykreowany w dużej mierze przez kinematografię ostatnich lat. Fanatycy ‚The Lions’ byli głównymi antagonistami w takich obrazach jak ‚Football Factory’ czy ‚Green Street Hooligans’. Są to dwa najpopularniejsze filmy, traktujące o subkulturze stadionowych chuliganów, które pojawiły się na ekranach kin w połowie pierwszej dekady obecnego wieku. Nakreśliły one w głowach fanów piłki nożnej z całego świata pewien obraz tego klubu. Trzeba jednak przyznać, że nie zrodził się on jedynie w umysłach scenarzystów filmu, a realne wybryki fanatyków Millwall stanowiły solidną dawkę inspiracji w czasie tworzenia fabuły.

Być może taki stan rzeczy jest winą tego, że jak już wspomniałem na wstępie, piłkarze występujący na stadionie ‚The Den’ rzadko dostarczali swoim fanom powodów do dumy. Przez nomen-omen, lwią część swojej historii, Millwall tułało się gdzieś pomiędzy drugim a trzecim szczeblem rozgrywkowym. Dwa sezony spędzone w najwyższej klasie miały miejsce w latach 1988-90. O ile w pierwszym z nich londyński klub spisał się całkiem solidnie, plasując się na 10 pozycji w ligowej tabeli, o tyle kolejna kampania mieniła się już jako koszmar. Millwall wygrało zaledwie pięć ligowych meczów i na finiszu szorowało po dnie angielskiej elity. Strzelby w postaci takich zawodników jak Teddy Sheringham czy Tony Cascarino, nie były już tak skuteczne jak we wcześniejszej kampanii i krótkotrwały sen kibiców został zakończony w dość brutalny sposób.

Pod wodzą piłkarza-menadżera

W 2002 roku, szeregi ‚The Lions’ zasilił Dennis Wise. 21-krotny reprezentant Anglii, który przez ponad dekadę reprezentował barwy londyńskiej Chelsea, charakterologicznie pasował jak ulał do klubu, za którym ciągnęła się opinia świątyni chuliganów. Wise przez całą karierę wpisywał się w stereotyp hardego angielskiego rębajły, który prędzej sprzedałby duszę diabłu, niż odstawił nogę w stykowej sytuacji. Do legendy przeszła też anegdota, opowiadana przez Johna Terry’ego, który wspominał, że jako młokos wchodzący dopiero do pierwszej drużyny ‚The Blues’, musiał przed meczami nagrzewać deskę klozetową, by delikatna skóra Wise’a nie została przeszyta lodowatym chłodem porcelany.

W 2003 roku były reprezentant ‚Synów Albionu’ został grającym trenerem ekipy z ‚The Den’. To właśnie pod jego wodzą, miał się wkrótce odbyć marsz, który doprowadził Millwall do finałowej batalii o prestiżowe trofeum.

ay_1020207591-e1358864907920
Dennis Wise dziękujący kibicom. Źródło: metro.co.uk

‚Lwy’ zaczęły swoją drogę do finału od trzeciej rundy. Z początkiem stycznia odprawili na ‚The Den’ zespół Walsall, który również występował w First Division (przemianowanej wkrótce na Championship). W czwartej rundzie czekała ich teoretycznie łatwiejsza przeprawa. Występujące na poziomie lokalnym Telford United zostało odprawione przez Wise’a i jego chłopców dwoma bramkami. Wygrana 1-0 z ligowym rywalem Burnley, pozwoliła kibicom londyńskiego klubu świętować awans do czołowej ósemki.

Australijski lider

Trzeba uczciwie przyznać, że Millwall miało w czasie tamtej wędrówki do finału sporo szczęścia, a los krzyżował ich drogę z zespołami, które znajdowały się absolutnie w zasięgu zespołu Wise’a. Ćwierćfinałowym rywalem ‚The Lions’ zostało Tranmere Rovers, grające wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Twardzi chłopcy z ‚The Den’ musieli się sporo napocić, by wyeliminować niżej notowanego przeciwnika. Po bezbramkowym remisie na własnym terenie, potrzebny był mecz powtórkowy na stadionie Tranmare. Tam piłkarze ‚Lwów’ w ciągu pierwszych piętnastu minut strzelili dwa gole i mimo tego, że gracze Rovers jeszcze przed przerwą zdołali zdobyć bramkę kontaktową, dowieźli zwycięstwo do końca.

Millwall wykorzystało nadarzającą się okazję i stosunkowo łatwą ścieżkę do półfinału, którą otrzymali od losu. Również ostatni krok do finału trzeba było wykonać, bez konfrontowania się z zespołem z Premier League. 4 kwietnia 2004 roku na stadionie Old Trafford, Wise i jego chłopcy natknęli się na Sunderland. Obie ekipy występowały w tamtym sezonie na drugim szczeblu rozgrywkowym. Dzień wcześniej, na Villa Park w Birmingham, Manchester United dzięki zwycięskiej bramce Paula Scholesa wyeliminował Arsenal i zameldował się w finale. Siła rażenia tamtej pary półfinałowej była nieporównywalna.

PA-1918218
Cahill celebrujący bramkę. Źródło: londonnewsonline.co.uk

Już w tamtym momencie było wiadomo, że po raz pierwszy od 1982 roku w finale FA Cup wystąpi zespół spoza angielskiej elity. Był to również pierwszy taki przypadek w erze Premier League. Stawka była więc wysoka, bo już sam awans do finału pozwalał wpisać się do futbolowych kronik Zjednoczonego Królestwa.

Na trybunach ‚Teatru Marzeń’ zgromadziło się ponad 56 tysięcy fanów. Powody do radości miała jednak tylko ta część kibiców, która przyodziała niebiesko-białe barwy. Dał im je Tim Cahill, który w 26 minucie pierwszy dopadł do odbitej przez golkipera piłki i z kilkunastu metrów wpakował ją do siatki. Australijczyk przyczynił się do awansu ‚Lwów’ już w dwumeczu z Tranmere, także będąc autorem jednego z goli. Przybysz z Antypodów wyrastał na lidera ekipy z ‚The Den’ i nic dziwnego, że po sezonie zainteresowały się nim mocniejsze kluby. W czasie letniego okienka transferowego Cahill przeniósł się na Goodison Park za sumę 2 milionów funtów. Było warto. Australijski pomocnik z miejsca podbił serca miejscowych fanów, którzy uznali go za najlepszego piłkarza sezonu 2004/2005. Jego gol był jedynym, który tamtego dnia padł na stadionie w Manchesterze. Millwall po raz pierwszy i jak dotąd ostatni awansowało do ostatniego etapu FA Cup.

W czasie gdy jego podopieczni świętowali sukces, Dennis Wise podbiegł do kibiców Sunderlandu i nagrodził ich brawami za gorący doping dla swojego zespołu, pokazując wielką klasę i szacunek dla rywala. I pomyśleć, że facet w ciągu swojej kariery obejrzał 13 czerwonych kartek…

Weteran i jego żółtodzioby

Tradycyjnie finał FA Cup odbywa się na legendarnym stadionie Wembley. W 2004 roku wciąż jednak trwały prace nad budową nowego obiektu. W związku z tym finalistów Pucharu Anglii gościło walijskie Cardiff.

22 maja na Millenium Stadium, przybyły tysiące fanów londyńskiej ekipy. Millwall będące wiecznie w cieniu swoich największych lokalnych rywali jak Arsenal, Chelsea czy znienawidzony przez ‚The Lions’ West Ham miał w końcu swoje pięć minut chwały. Oczy piłkarskiej społeczności były zwrócone właśnie na nich.

Porównywanie dorobku obydwóch klubów kompletnie mijało się z celem. Był to stereotypowy pojedynek Dawida z Goliatem. Pytanie brzmiało jedynie: ‚Czy Dawid znajdzie odpowiednio duży kamień, by jego proca mogła powalić rywala.’ Nie znalazł…

Z jednej strony gwiazdy brytyjskiej piłki w postaci Paula Scholesa, Ryana Giggsa czy wschodzącej portuglskiej gwiazdy – dziewiętnastoletniego Cristiano Ronaldo. Z drugiej? Będący na finiszu swojej kariery piłkarz-menadżer Wise i dziesięciu graczy, którzy po raz pierwszy mogli liznąć naprawdę poważnej piłki. Tim Cahill stał dopiero u progu swojej kariery. Oprócz nich dwóch piłkę na poziomie Premier League liźnie tylko reprezentant Barbadosu Paul Ifill, który w barwach Sheffield United zagra w niej trzy mecze. Dla większości z tych graczy samo uczestnictwo w finałowej batalii było przygodą życia.

Oczywiście poza Wisem, który zaliczał swój piąty finał FA Cup, z czego trzykrotnie mógł cieszyć się ze zwycięstwa. Pierwszy raz jeszcze w latach 80., gdy sięgał po to trofeum wraz z ‚Szalonym Gangiem’ z Wimbledonu. Później w 1997 i 2000 roku wraz z Chelsea.

Lwy poskromione przez Diabły

‚Red Devils’ napoczęli rywala w końcówce pierwszej połowy, gdy po miękkiej wrzutce Gary’ego Neville’a, Cristiano Ronaldo głową pokonał bramkarza Andy Marshalla. Na dwa do zera podwyższył Ruud van Nistelrooy, który pewnym strzałem w okienko wykorzystał rzut karny. Holender dopełnił też dzieła zniszczenia. Niespełna dziesięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry, dołożył tylko nogę do silnego i płaskiego podania Ryana Giggsa. Manchester United to było już zbyt wiele dla ambitnych chłopców z ‚The Den’. Puchar powędrował na Old Trafford.

Trzeba jednak zaznaczyć, że Millwall przystąpiło do tego spotkania mocno osłabione. Z powodu kontuzji nie zagrali: Bob Peeters, Andy Roberts, Tony Warner i Charley Hearn. Za kartki pauzował Danny Dichio, a Wise, Kevin Muscat i Paul Ifill przystępowali do meczu z niezaleczonymi urazami. W końcówce meczu na murawie zameldował się Curtis Weston, który miał wówczas 17 lat i 119 dni. Do dziś jest to niepobity rekord jeśli chodzi o najmłodszego gracza w finale Pucharu Anglii.

Wiecie, co robi obrońca Robbie Ryan, który był w tym meczu odpowiedzialny za krycie CR7? Pracuje jako personel techniczny w londyńskim metrze. W takim przypadku hasło: ‚Chwała pokonanym’ ma jak najbardziej rację bytu. Swoją drogą mecz z United był jego ostatnim w barwach Millwall.

„Gdy po raz pierwszy ośmieszył mnie przy lini bocznej jednym ze swoich zwodów, marzyłem by grał na przeciwległym skrzydle.”

Robbie Ryan o Cristiano Ronaldo

Rekordzista Weston, miał okazję zaliczyć najpiękniejszy moment w swojej karierze, zanim ta na dobre się rozpoczęła. Przez resztę swojej przygody z futbolem tułał się po niższych ligach.

„To był zdecydowanie najlepszy moment mojej kariery. Od dziecka kibicowałem Manchesterowi, więc ten mecz miał dla mnie specjalne znaczenie. Przebywałem krótko na murawie, ale zaliczyłem kilka kontaktów z piłką. Zaatakowałem wślizgiem van Nistelrooya i starłem się bark w bark z Nicky Buttem. Po meczu wymieniłem się koszulką z Mikaelem Silvestre.”

Cahill przez osiem lat był podporą Evertonu. W barwach reprezentacji Australii zagrał ponad 100 spotkań i wystąpił na czterech Mundialach. W 2018 roku jego kariera zatoczyła koło gdy powrócił zakończyć ją, zakładając koszulkę klubu, który wyprawił go w wielki świat. Kibice na ‚The Den’ znów mogli zobaczyć ‚kangura’, zamieniającego się w lwa.

196129867.jpg.gallery
United z 11 tytułem. Źródło: newsshopper.co.uk

Dzięki udziałowi w finale FA Cup Millwall zakwalifikowało się do Pucharu UEFA. Ich przygoda zakończyła się jednak już na pierwszej rundzie, w której musieli uznać wyższość Ferencvarosu. W czasie tej potyczki dali o sobie również znać chuligani Millwall, którzy starli się w Budapeszcie z fanami z Węgier.

Chociaż nadal będziecie pewnie kojarzyć Millwall z chuligańskimi wybrykami ich kibiców oraz filmami o subkulturze stadionowych awanturników, to pamiętajcie, że ten niepozorny klubik miał również swoje chwile chwały.

P.S.
A jeśli nadal jesteście bardziej zainteresowani tematem chuliganów, to polecam wam przeczytać książkę „Ja, kibic”, opowiadającą o losach policjanta inwigilującego środowisko kibiców Millwall.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s